O apostazji w naszym pięknym kraju ostatnimi czasy coraz głośniej. Jak wyczytałem, jakiś czas temu ateiści i agnostycy dokonali na wzór środowisk LGBT publicznego coming out, w którym udział wzięło jakieś 10 tys osób. Spośród nich spora część zgromadzona wokół portalu racjonalista.pl. Z punktu widzenia Kościoła - zagubione owieczki, z własnego ludzie wolni. Z mojego - obydwa stanowiska są bezsensowne i nie mają jakiegokolwiek oparcia w logice i rzeczywistości - jeśli uznać, że racjonaliści istotnie w dochodzeniu do różnych wniosków kierują się rozumem.
Apostazja jest niczym innym jak oficjalnym aktem wystąpienia z Kościoła Katolickiego (dla ułatwienia będę używał dalej poręcznego skrótowca - KK). Dawniej przyjmowało formę wywalenia z Kościoła np. heretyka i w małych, a głęboko religijnych społecznościach, oznaczało w gruncie rzeczy konieczność pakowania manatek i poszukiwania nowego miejsca zamieszkania w najlepszym przypadku, a w najgorszym pogodzenia się z myślą, że żywot przyjdzie zakończyć w mało przyjaznym środowisku skwierczącego stosu i gryzącego nos dymu.
Obecnie heretyków się już nie pali, a fakt olewania tak KK jak i wszelkiego rodzaju towarzyszących mu obrządków budzi co najwyżej wzruszenie ramion. Miejsce religii zajęła niegdyś ideologia i póki co - trzyma się dobrze. Niesprecyzowana, nieokreślona i nie nazwana imieniem i nazwiskiem, a po prostu ideologia jakakolwiek. Długo czekać nie trzeba więc było, aż pojawili się ludzie, za punkt honoru stawiający sobie, by statystyki KK popsować i dowieść wszystkim wokół i samym sobie przy okazji, że katolików w Polsce jest jednak mniej niż 95%, że jak pogrzeb to bez udziału księdza, że w parafialnych księgach obok mojego nazwiska ma figurować adnotacja o defectio ab Ecclesia catholica actu formali.
Z punktu widzenia czystej logiki, chęć posiadania takowej jest całkowicie pozbawiona sensu i dla człowieka nie poczuwającego się do przynależności do wspólnoty wyznaniowej jest w zasadzie marnowaniem czasu. I tu mamy drugą stronę medalu.
Przepisy odstąpienia od wiary katolickiej regulują wyłącznie przepisy katolickie: Kodeks Prawa Kanonicznego i jego wykładnie czyli np. instrukcje Papieskiej Rady do Spraw Tekstów Prawnych lub wskazania Komisji Episkopatu Polski. I o ile wstępując do KK zwykle nie mamy nawet świadomości tego faktu, bo na ogół nie pamiętamy jak to niemowlęciem będąc pan w kiecce oblał nas wodą, o tyle żeby wystąpić należy już przyprowadzić ze sobą dwóch pełnoletnich świadków i podpisane pisemko, w którym podajemy chęć wystąpienia z KK, jak również pokrótce opisać motywy nami powodujące. Ergo: nie możemy wysłać sobie smsa do proboszcza naszej parafii (prawdziwy ateista powinien zadać sobie od razu pytanie: a która to?). Jest to ciekawy przykład z punktu widzenia prawa: uznaje się tym samym właściwość organizacji, by wypuściła nas ze swych miłosiernych objęć, a do której wstąpiło się nieświadomie, z którą nie czuje się więzi i w której nie chce się być.
Jeśliby potraktować KK jako zwykłą społeczną organizację, to człowieka, który nie praktykuje, nie przyjmuje księdza po kolędzie, nie dokłada się do jej funkcjonowania winno się po prostu z niej wykluczyć. Taka sytuacja ma miejsce np. w Niemczech, gdzie przy wypełnianiu zeznania podatkowego każdy deklaruje przynależność do określonego kościoła i nakłada na siebie daninę na jego rzecz. Gdy owieczka pisze, że nie będzie się na religię zrzucać, bundesurzędnik z automatu informuje o tym związki wyznaniowe, a te załatwiają już resztę i obowiązkowo delikwenta z ksiąg wykreślają. Co jeszcze ciekawsze, wykluczenie z grona katolików w Niemczech nie powoduje tego samego skutku w Polsce - co oznaczałoby, że przynależność do KK i wiara nie mają znamion uniwersalności, co przecież jest jednym z filarów Kościoła.
Byłoby to całkiem dobre rozwiązanie, ale w Polsce nie przejdzie. Szara strefa tacy w kościele i koperty przy każdej innej okazji jest zbyt atrakcyjną, by KK mógł się na jej likwidację bez walki zgodzić.
Wracając do apostatów. Czy naprawdę tak ważne jest formalne stwierdzenie faktu wystąpienia z KK? Czy przypadkiem prawdziwy, nie uznający tej instytucji ateista mimo, że został ochrzczony i pod przymusem poprzyjmował ileś sakramentów, koniecznie musi informować władze kościelne o tym fakcie? Czy nie prościej powiedzieć samemu sobie: nie jestem katolikiem i mam to wszystko w nosie? Jeśli już jesteśmy tak racjonalistyczni zastosujmy odwrócony Zakład Pascala: Jeśli Bóg jest, to zinterpretuje to sobie po swojemu. Jeśli go nie ma - co za różnica?
I zaprawdę powiadam Wam wielka jest pewność Kościoła w wykładaniu Bożych zamysłów, jeśli potrafi wciąć się między Wszechmogącego a człowieka i tak naprawdę, w świetle swoich pism, uznając apostazję, równocześnie nie uznać jej: Pozostaje jednakowoż jasnym, że sakramentalna więź przynależności do Ciała Chrystusa, którym jest Kościół, zważywszy charakter sakramentalny chrztu, jest trwałą więzią ontologiczną i nie zostaje umniejszona z powodu jakiegokolwiek aktu lub faktu odstąpienia (stanowisko Sesji Plenarnej Papieskiej Rady Tekstów Prawnych), a Komisja Episkopatu Polski dopuszcza udzielanie dalszych sakramentów (chodzi głównie o Ostatnie Namaszczenie) w przypadku gdy: Jeśli z wiedzy na temat danej osoby wynika, że pomimo złożonej deklaracji nie miała rzeczywistej woli wystąpienia z Kościoła, należy zwrócić się do kurii z wnioskiem o anulowanie adnotacji w księdze ochrzczonych. Jeśli sprawa wyniknie przy okazji pogrzebu, można udzielić katolickiego pogrzebu w formie uznanej przez proboszcza, o ile praktyka życia zmarłej osoby pozwala sądzić, iż nie miała ona woli zrywania ze wspólnotą Kościoła, lub gdy przed śmiercią dała oznaki pokuty. Czyli, tłumacząc z polskiego na nasze, jeśliś ateisto - apostato: nie gwałcił, nie palił, nie mordował, nie nabijał kleru na pal, nie rzucał fałszywych oskarżeń przeciw bliźniemu swemu, a przypadkiem masz małżonkę lub rodziców, którzy są wierzący - to i tak do piachu pójdziesz z krzyżykiem nad głową, jeśli tylko taka będzie ich wola i (w domyśle) będą mieć dość środków by opłacić Twój bilet powrotny na łono KK.
Jedyne wyjście, to spisać notarialnie testament i zaznaczyć w nim, że jeśli dojdzie do pochówku lub udzielenia Ci sakramentu wbrew Twej woli - spadkobiercy będą musieli obejść się smakiem. Tyle, że wtedy skadasz tak hołd jak i daninę innej organizacji przymusowej i jeszcze bardziej od KK totalnej - Państwu.
ibsen82, wtorek, 08 lutego 2011; Bartosz Sowisło
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Postmodernistyczny Panteon
Każde czasy mają swoich Bogów. W starożytności było ich wielu, później długo, długo jeden, ale za to w trzech osobach i mniej lub bardziej dopasowujący swoje zasady (przynajmniej te, które werbalizowało jego instytucjonalne ramię, czyli kościół), do zmieniającej się rzeczywistości. Tenże bóg, z wolna umiera. Robi się wakat, który trzeba będzie czymś wypełnić, przecież ludzie, którzy od zawsze w coś wierzą, nie mogą nagle zostać zostawieni ot tak sami sobie bez moralnych zakazów i nakazów.
Zbiór określonych wierzeń, doktryn i praktyk nazywa się religią. Religia powstawała zwykle na skutek istnienia boga (nieistotne czy prawdziwego czy domniemanego), ale tym razem jest dokładnie odwrotnie. Religie już mamy - bogowie in progress. Mimo to mogę już wymienić ich imiona: Securitas, Lexis i Climaticus.
Mimo formalnego braku bogów, nowe religie mają się nieźle. Posiadają już wszystko, co religia posiadać powinna (spoglądając z punktu widzenia dyletanta): doktrynę, rytuały, organizację i w sferze indywidualnej mistycyzm.
Dość jednak pustego gadania, weźmy na tapetę najnowszego z bożków nr 1, czyli Securitasa.
Securitas, podobnie jak Bóg chrześcijan, występuje w więcej niźli jednej osobie na raz. O ile jednak wspomniane Bóstwo, to "trzy w jednym" (Bóg ojciec, syn Boży i Duch Święty) o tyle Securitas dorobił się, póki co, tylko dwuosobowego podziału. W języku polskim, kapłani Securitasa, nie opracowali jeszcze odpowiedniej nomenklatury lecz teologowie brytyjscy i amerykańscy, gdzie kult jego szerzy się prędzej niźli grypa w 1919, wynaleźli już odpowiednie sformułowania. Osoby te to: Security i Safety.
Co mówi nam doktryna religii Securitasa? W największym możliwym skrócie: ludzie, bądź to przez przemyślne działania, bądź to przez własną głupotę i nieuwagę są niebezpieczni dla innych i dla siebie. Przmyślnymi działaniami zajmuje się Security, natomiast głupotą, nieodpowiedzialnością i niewłaściwym korzystaniem z dobrodziejstw cywilizacji Safety.
Zasięg:
-Religia ta rozprzestrzeniła się dość szybko na wszystkie kraje, które niegdyś opisywane były jako "pierwszy i drugi świat".
Świątynie:
- odłamu Security mieszczą się głównie w: budynkach rządowych, bankach, bazach wojskowych, komisariatach policji a nawet w sklepach i sądach, ale również na: lotniskach, koncertach i coraz częściej - strzeżonych osiedlach.
-odłamu Safety, wyrosły jak grzyby po deszczu praktycznie wszędzie: na budowach, w samolotach, w zakładach pracy. Małe kapliczki siłą wepchnięto nawet do prywatnych domów i samochodów osobowych i w wiele wiele innych miejsc.
Securitas ma mnóstwo świętych ksiąg, a jeszcze więcej piśmiennictwa okołoreligijnego - wykładni doktryn, wykładni wykładni. Do najważniejszych jednak należą: Plan Obrony (odłam Security) i Instrukcja BHP (odłam safety).
Kapłani:
nie tworzą homogenicznej grupy, bardzo różnią się statusem społecznym. Trudno również byłoby ustalić jednego, konkretnego Pontifex Maximus tej religii. Zwykle zgodnie z ogólnie przyjętym podziałem politycznym świata rolę najwyższych kapłanów na terytoriach podległych jurysdykcji określonego państwa pełnią ministrowie: spraw wewnętrznych, obrony narodowej, pracy. Na terenie Europy widoczna jest rosnąca rola Komisji Europejskiej i jej odpowiednich członków, którzy sprowadzili dotychczasowych kapłanów do roli pomniejszych pomagierów.
Jednakże zwykli kapłani, a przy tym najzacieklesi wyznawcy i misjonarze nowej religii są wszędzie wokół nas, być może jesteśmy nimi nawet sami. Pracownicy ochrony, policjanci, straż graniczna, żołnierze - to wszystko ludzie wymuszający na innych - często niewiernych poddawanie się określonym rytuałom opisanym w księgach Security. Na usługi, Safety oddali się inni: inspektorzy BHP, spece BHP w określonych firmach, konstruktorzy samochodów, stewardessy...
Jak rozpoznać kapłana? To wyjątkowo proste, podczas wykonywania swej ewangelizacyjnej misji kapłan Safety będzie nosił na sobie zwykle szatę liturgiczną w postaci odblaskowej kamizelki (ostatnio widziałem nawet kapelana lotniskowego w odblaskowej kurtce z czarnym krzyżem na plecach - co może być przykładem godnego podziwu ekumenizmu nowej religii), do stroju kapłana Security zwykle przynależy jakiś środek przymusu bezpośredniego, zwykle też ma na sobie czarny, workowaty battledress.
Mistycyzm:
-Wszyscy bez wyjątku kapłani Securitasa, uważają że bezpieczeństwo jest dobrem nadrzędnym, nawet w stosunku do wolności jednostki. Szczególnie podatne są kobiety. Stąd też jako doświadczenia mistyczne znane są przykłady stewardess, które wzywały policję do pasażera, który nie chciał zapiąć pasa, bądź konfiskaty na lotniskach pomarańczowo - zielonych pistoletów na wodę, gdyż imitują one broń. Te i inne zachowania dostępne są jednak tylko najgłębiej i najbardziej oddanym Securitasowi wyznawcom.
Rytuały:
-w kulcie Security najczęstszym rytuałem jest tzw. "oczyszczenie", czyli wyjęcie wszystkich przedmiotów z kieszeni, zdjęcie butów, przejście przez określoną bramkę i poddanie się braterskim uściskom kapłana, który sprawdzi, czy rzeczywiście pozbyliśmy się wszystkiego co nas może obciążać. Czasami, konieczne jest, zapewne w ramach publicznego wyznania wiary, włączenie komputera. Co najciekawsze, wyznawcy Securitasa (szczególnie kultu Security) są niesamowicie egalitarni: opisane są przypadki, gdy kapitan samolotu, a przy okazji najwyższy kapłan Securitasa na pokładzie (i to obydwu kultów) musiał poddawać się pełnemu oczyszczeniu przy pomniejszych kapłanach Security. W tym kulcie, powstało kilka obrządków, najbardziej ortodoksyjny jest europejski, którego cechą charakterystyczną jest zakaz wnoszenia do strefy zastrzeżonej lotniska płynów o pojemności powyżej 100ml.
- w kulcie Safety, są to zwykle zbiory czynności ruchowych, pozbawionych pozornie większego sensu, ale mające na celu oddać cześć Securitusowi: zapięcie pasów bezpieczeństwa, umieszczenie bagażu w półce nad głową, założenie odpowiedniego nakrycia głowy, czy też przywdzianie szaty liturgicznej. Może to być również nakaz wstrzemięźliwości podczas jazdy samochodem, polegający na ograniczaniu na prostej drodze prędkości, do wartości, które pojazdy osiągały bez większego wysiłku już siedemdziesiąt lat temu.
Religie - jak to religie - dziwnym trafem zawsze najbardziej ze wszystkiego potrzebują pieniędzy. Securitas jest pod tym względem niesłychanie pazernym bóstwem. Pieniądze trafiają doń z wielu źródeł, a postulat o rozdzieleniu Państwa od Kościoła w żadnym wypadku nie pokrywa się tu z prawdą (jest to zresztą w pewnym sensie religia państwowa). Jako że Państwo nie jest już w stanie samo finansować Securitasa i jego kultu przyznało kapłanom prawo do pobierania daniny ku jego chwale i sławie. Stąd też kapłani, gdy dopatrzą się nie dość gorliwych praktyk religijnych, mają prawo wręczenia cegiełki na kościół - zwanej nie wiedzieć czemu mandatem - która obowiązkowo musi zostać wykupiona. O ile jednak, chrześcijaństwo ostatnimi czasy stało się dość dobrowolne i płacić już na nie nie ma obowiązku, o tyle religia Securitasa obowiązkowa niestety dla wszystkich jest - i płacić na nią trzeba.
ibsen82, piątek, 01 października 2010; Bartosz Sowisło
Zbiór określonych wierzeń, doktryn i praktyk nazywa się religią. Religia powstawała zwykle na skutek istnienia boga (nieistotne czy prawdziwego czy domniemanego), ale tym razem jest dokładnie odwrotnie. Religie już mamy - bogowie in progress. Mimo to mogę już wymienić ich imiona: Securitas, Lexis i Climaticus.
Mimo formalnego braku bogów, nowe religie mają się nieźle. Posiadają już wszystko, co religia posiadać powinna (spoglądając z punktu widzenia dyletanta): doktrynę, rytuały, organizację i w sferze indywidualnej mistycyzm.
Dość jednak pustego gadania, weźmy na tapetę najnowszego z bożków nr 1, czyli Securitasa.
Securitas, podobnie jak Bóg chrześcijan, występuje w więcej niźli jednej osobie na raz. O ile jednak wspomniane Bóstwo, to "trzy w jednym" (Bóg ojciec, syn Boży i Duch Święty) o tyle Securitas dorobił się, póki co, tylko dwuosobowego podziału. W języku polskim, kapłani Securitasa, nie opracowali jeszcze odpowiedniej nomenklatury lecz teologowie brytyjscy i amerykańscy, gdzie kult jego szerzy się prędzej niźli grypa w 1919, wynaleźli już odpowiednie sformułowania. Osoby te to: Security i Safety.
Co mówi nam doktryna religii Securitasa? W największym możliwym skrócie: ludzie, bądź to przez przemyślne działania, bądź to przez własną głupotę i nieuwagę są niebezpieczni dla innych i dla siebie. Przmyślnymi działaniami zajmuje się Security, natomiast głupotą, nieodpowiedzialnością i niewłaściwym korzystaniem z dobrodziejstw cywilizacji Safety.
Zasięg:
-Religia ta rozprzestrzeniła się dość szybko na wszystkie kraje, które niegdyś opisywane były jako "pierwszy i drugi świat".
Świątynie:
- odłamu Security mieszczą się głównie w: budynkach rządowych, bankach, bazach wojskowych, komisariatach policji a nawet w sklepach i sądach, ale również na: lotniskach, koncertach i coraz częściej - strzeżonych osiedlach.
-odłamu Safety, wyrosły jak grzyby po deszczu praktycznie wszędzie: na budowach, w samolotach, w zakładach pracy. Małe kapliczki siłą wepchnięto nawet do prywatnych domów i samochodów osobowych i w wiele wiele innych miejsc.
Securitas ma mnóstwo świętych ksiąg, a jeszcze więcej piśmiennictwa okołoreligijnego - wykładni doktryn, wykładni wykładni. Do najważniejszych jednak należą: Plan Obrony (odłam Security) i Instrukcja BHP (odłam safety).
Kapłani:
nie tworzą homogenicznej grupy, bardzo różnią się statusem społecznym. Trudno również byłoby ustalić jednego, konkretnego Pontifex Maximus tej religii. Zwykle zgodnie z ogólnie przyjętym podziałem politycznym świata rolę najwyższych kapłanów na terytoriach podległych jurysdykcji określonego państwa pełnią ministrowie: spraw wewnętrznych, obrony narodowej, pracy. Na terenie Europy widoczna jest rosnąca rola Komisji Europejskiej i jej odpowiednich członków, którzy sprowadzili dotychczasowych kapłanów do roli pomniejszych pomagierów.
Jednakże zwykli kapłani, a przy tym najzacieklesi wyznawcy i misjonarze nowej religii są wszędzie wokół nas, być może jesteśmy nimi nawet sami. Pracownicy ochrony, policjanci, straż graniczna, żołnierze - to wszystko ludzie wymuszający na innych - często niewiernych poddawanie się określonym rytuałom opisanym w księgach Security. Na usługi, Safety oddali się inni: inspektorzy BHP, spece BHP w określonych firmach, konstruktorzy samochodów, stewardessy...
Jak rozpoznać kapłana? To wyjątkowo proste, podczas wykonywania swej ewangelizacyjnej misji kapłan Safety będzie nosił na sobie zwykle szatę liturgiczną w postaci odblaskowej kamizelki (ostatnio widziałem nawet kapelana lotniskowego w odblaskowej kurtce z czarnym krzyżem na plecach - co może być przykładem godnego podziwu ekumenizmu nowej religii), do stroju kapłana Security zwykle przynależy jakiś środek przymusu bezpośredniego, zwykle też ma na sobie czarny, workowaty battledress.
Mistycyzm:
-Wszyscy bez wyjątku kapłani Securitasa, uważają że bezpieczeństwo jest dobrem nadrzędnym, nawet w stosunku do wolności jednostki. Szczególnie podatne są kobiety. Stąd też jako doświadczenia mistyczne znane są przykłady stewardess, które wzywały policję do pasażera, który nie chciał zapiąć pasa, bądź konfiskaty na lotniskach pomarańczowo - zielonych pistoletów na wodę, gdyż imitują one broń. Te i inne zachowania dostępne są jednak tylko najgłębiej i najbardziej oddanym Securitasowi wyznawcom.
Rytuały:
-w kulcie Security najczęstszym rytuałem jest tzw. "oczyszczenie", czyli wyjęcie wszystkich przedmiotów z kieszeni, zdjęcie butów, przejście przez określoną bramkę i poddanie się braterskim uściskom kapłana, który sprawdzi, czy rzeczywiście pozbyliśmy się wszystkiego co nas może obciążać. Czasami, konieczne jest, zapewne w ramach publicznego wyznania wiary, włączenie komputera. Co najciekawsze, wyznawcy Securitasa (szczególnie kultu Security) są niesamowicie egalitarni: opisane są przypadki, gdy kapitan samolotu, a przy okazji najwyższy kapłan Securitasa na pokładzie (i to obydwu kultów) musiał poddawać się pełnemu oczyszczeniu przy pomniejszych kapłanach Security. W tym kulcie, powstało kilka obrządków, najbardziej ortodoksyjny jest europejski, którego cechą charakterystyczną jest zakaz wnoszenia do strefy zastrzeżonej lotniska płynów o pojemności powyżej 100ml.
- w kulcie Safety, są to zwykle zbiory czynności ruchowych, pozbawionych pozornie większego sensu, ale mające na celu oddać cześć Securitusowi: zapięcie pasów bezpieczeństwa, umieszczenie bagażu w półce nad głową, założenie odpowiedniego nakrycia głowy, czy też przywdzianie szaty liturgicznej. Może to być również nakaz wstrzemięźliwości podczas jazdy samochodem, polegający na ograniczaniu na prostej drodze prędkości, do wartości, które pojazdy osiągały bez większego wysiłku już siedemdziesiąt lat temu.
Religie - jak to religie - dziwnym trafem zawsze najbardziej ze wszystkiego potrzebują pieniędzy. Securitas jest pod tym względem niesłychanie pazernym bóstwem. Pieniądze trafiają doń z wielu źródeł, a postulat o rozdzieleniu Państwa od Kościoła w żadnym wypadku nie pokrywa się tu z prawdą (jest to zresztą w pewnym sensie religia państwowa). Jako że Państwo nie jest już w stanie samo finansować Securitasa i jego kultu przyznało kapłanom prawo do pobierania daniny ku jego chwale i sławie. Stąd też kapłani, gdy dopatrzą się nie dość gorliwych praktyk religijnych, mają prawo wręczenia cegiełki na kościół - zwanej nie wiedzieć czemu mandatem - która obowiązkowo musi zostać wykupiona. O ile jednak, chrześcijaństwo ostatnimi czasy stało się dość dobrowolne i płacić już na nie nie ma obowiązku, o tyle religia Securitasa obowiązkowa niestety dla wszystkich jest - i płacić na nią trzeba.
ibsen82, piątek, 01 października 2010; Bartosz Sowisło
Burka na minarecie z krzyżem
Mam w głowie mętlik.
Jakiś czas temu w Szwajcarii, w referendum (czyli najbardziej suwerennym z możliwych dla narodu sposobów wypowiadania się o losach swojego państwa) przegłosowano wprowadzenie zakazu stawiania minaretów przy meczetach. Naród, najwyższy suweren (to zresztą słowa wybranego na prezydenta RP Bronisława Komorowskiego) uznał, że nie życzy sobie budowania smukłych wież przy islamskich świątyniach. Jakimi pobudkami kierowali się głosujący za zakazem? Pozostaje mi jedynie domniemywać. Może uważali, że minarety nie pasują do krajobrazu i szpecą miasta? Może doszli do wniosku, że śpiewy muezzinów nawołujący pięć razy w ciągu doby będą im przeszkadzać w pracy, albo odpoczynku? Może, zgodnie z plakatem jaki widziałem, uznali je za propagandę odmiennego kulturowo i religijnie trybu życia, zagrażającego wartościom typowo szwajcarskim?
Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Trudno wejść w głowę każdego głosującego i przeprowadzić badania socjologiczne. Fakt jest taki, że mieszkańcy górskiej konfederacji nie są aż na tyle gościnni, by pozwalać obcemu - było nie było - kulturowo elementowi stawiać wieżyczki przy miejscach gdzie się modlą.
W sprawę minaretów wmieszała się Rada Europy. Zażądała by Szwajcarzy zakaz - znieśli. Wprawdzie zgadzam się z tym, że w demokracji, szczególnie bezpośredniej, podejmuje się czasem durne decyzje, jako że większość społeczeństw jest po prostu durna, ale pakowanie się z butami w decyzje całego narodu? Szczególnie w tak wątpliwej i śliskiej sprawie jak religia? Może obawiali się powtórki z nocy świętego Bartłomieja? Tylko kto kogo miałby wyżynać? Szwajcarzy muzułmańskich emigrantów - czy emigranci Szwajcarów?
Mętlik w mojej głowie potęgują jeszcze bardziej następujące wydarzenia: we Francji od kilkunastu dni obowiązuje zakaz noszenia burek, czyli zakrywających niemal całą twarz chust. Za noszenie burki w miejscu publicznym, można nawet dostać mandat - o ile dobrze pamiętam 150 euro. Co ciekawsze, w tym przypadku decyzję o zakazie podjął nie naród, a Zgromadzenie Narodowe, czyli taki francuski Sejm. Tym samym Francja stała się drugim krajem w Europie, gdzie muzułmanki nie mogą zakrywać twarzy (pierwszym były Włochy).
Dziwne, bo w tym przypadku Rada Europy, nie protestowała, ani nie próbowała narzucić zniesienia zakazu. A wszystko w imię najnowszego bożka czasów w których żyjemy - BEZPIECZEŃSTWA. Bożka, do którego obrządków należą: noszenie odblaskowych kamizelek, zdejmowanie butów na lotniskach, plastikowe sztućce w samolotach, zapalniczki z kinderblokadą (to tylko niektóre, najpospolitsze formy oddawania czci BEZPIECZEŃSTWU).
W najbardziej opiniotwórczym, światłym i intelektualnym polskim dzienniku, jakim jest z całą pewnością Gazeta Wyborcza, komentatorzy wpierw potępiali w czambuł wyniki szwajcarskiego referendum, zarzucając Helwetom ksenofobię, a następnie rozpływali się w zachwytach nad zakazem noszenia burek, jako metodą walki z terroryzmem i cywilizowania nieludzkich, nieżyciowych i depczących godność kobiet interpretacji Koranu (ciekaw jestem, czy ktoś pofatygował się by zapytać o ich zdanie).
Ukoronowaniem tego wszystkiego o czym piszę, jest dla mnie ostatnia awantura o krzyż, stojący przed Pałacem Namiestnikowskim. Znów, postawiony (podobno) przez ciemny lud, który chciał w ten sposób zamanifestować solidarność, współczucie, poczucie wspólnoty, żal czy co tam jeszcze i światła część społeczeństwa, która krzyż chce przestawić w inne miejsce.
Mimo, że dla mnie symbol ustawiony przed siedzibą prezydenta, to tylko dwa kawałki drewna połączone pod kątem prostym, na wysokości dwóch trzecich dłuższego, jakiś niesmak poczułem, gdy słuchałem co bardziej światłych i liberalnych publicystów wykpiwających tą oddolną inicjatywę. Któraś z reporterek, gdy mówiła o pierwszych dniach Komorowskiego jako prezydenta RP stwierdziła: "I on ma się tam wprowadzić? Mieszkać pod tym krzyżem?". Wybaczcie, elitarystyczne Panie i światli Panowie, ale wstręt i niechęć do zwykłych ludzi, poczucie Waszej wyższości, nie daje się już przykrywać płaszczykiem pięknych słówek, wykpiwanie tych wszystkich dla których te symbole coś znaczą, jakoś słabo godzi się z duchem tolerancji i liberalizmu.
Mamy poważny problem z nazewnictwem w naszym świecie i to nie tylko w Polsce. Ci, którzy mienią się liberałami i demokratami mydlą nam tylko oczy, mówiąc jedno, a robiąc drugie. Założę się o każdą sumę, że gdyby każdego z przedstawicieli członków Rady Europy, wziąć na bok i zapytać, co jest dla niego najważniejszym wyznacznikiem tego czy dobrze postępuje odpowiedziałby: że zadowolenie i satysfakcja ludzi, którzy oddali na niego głosy w trakcie jego politycznej kariery. Gdyby spytać, czy zdanie zwykłych ludzi jest dlań ważne, żachnąłby się pewnie i stwierdził, że nie wyobraża sobie inaczej.
Czemu zatem, nie chcecie Państwo uszanować decyzji ludu szwajcarskiego, decyzji muzułmańskich kobiet i ich rodzin? Czemu nie szanujecie decyzji ludzi, którzy zdecydowali się postawić krzyż w kraju, gdzie nominalnie jest 95% katolików i nikomu, teoretycznie, nie powinien przeszkadzać?
Czyżbyście czuli się lepsi, mądrzejsi i światlejsi? Czemu nie powiecie tego wprost? Bo niestety, od tych wszystkich kmiotów i ciemnogrodu, zależy: sprzedaż, głosy, reklamodawcy, pieniądze (właściwe podkreślić). A poza tym jest ich dużo i mogą na przykład przyjechać na manifestację do stolicy i zakorkować miasto, a że zazwyczaj w ciemnogrodzie niewiele gejów, lesbijek, bi i trans, to taka manifestacja słabo wygląda w telewizji i nie jest symbolem postępowości społeczeństwa.
Mam w głowie mętlik, bo jak byłem mały, uczono mnie, że nie należy kłamać. Gdy słyszę, że ktoś uroczyście deklaruje przywiązanie do określonego systemu wartości, po czym postępuje zupełnie na odwrót, to nie mam wątpliwości, że po prostu - kłamie. Może ich mamy uczyły inaczej?
ibsen82, poniedziałek, 19 lipca 2010; Bartosz Sowisło
Jakiś czas temu w Szwajcarii, w referendum (czyli najbardziej suwerennym z możliwych dla narodu sposobów wypowiadania się o losach swojego państwa) przegłosowano wprowadzenie zakazu stawiania minaretów przy meczetach. Naród, najwyższy suweren (to zresztą słowa wybranego na prezydenta RP Bronisława Komorowskiego) uznał, że nie życzy sobie budowania smukłych wież przy islamskich świątyniach. Jakimi pobudkami kierowali się głosujący za zakazem? Pozostaje mi jedynie domniemywać. Może uważali, że minarety nie pasują do krajobrazu i szpecą miasta? Może doszli do wniosku, że śpiewy muezzinów nawołujący pięć razy w ciągu doby będą im przeszkadzać w pracy, albo odpoczynku? Może, zgodnie z plakatem jaki widziałem, uznali je za propagandę odmiennego kulturowo i religijnie trybu życia, zagrażającego wartościom typowo szwajcarskim?
Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Trudno wejść w głowę każdego głosującego i przeprowadzić badania socjologiczne. Fakt jest taki, że mieszkańcy górskiej konfederacji nie są aż na tyle gościnni, by pozwalać obcemu - było nie było - kulturowo elementowi stawiać wieżyczki przy miejscach gdzie się modlą.
W sprawę minaretów wmieszała się Rada Europy. Zażądała by Szwajcarzy zakaz - znieśli. Wprawdzie zgadzam się z tym, że w demokracji, szczególnie bezpośredniej, podejmuje się czasem durne decyzje, jako że większość społeczeństw jest po prostu durna, ale pakowanie się z butami w decyzje całego narodu? Szczególnie w tak wątpliwej i śliskiej sprawie jak religia? Może obawiali się powtórki z nocy świętego Bartłomieja? Tylko kto kogo miałby wyżynać? Szwajcarzy muzułmańskich emigrantów - czy emigranci Szwajcarów?
Mętlik w mojej głowie potęgują jeszcze bardziej następujące wydarzenia: we Francji od kilkunastu dni obowiązuje zakaz noszenia burek, czyli zakrywających niemal całą twarz chust. Za noszenie burki w miejscu publicznym, można nawet dostać mandat - o ile dobrze pamiętam 150 euro. Co ciekawsze, w tym przypadku decyzję o zakazie podjął nie naród, a Zgromadzenie Narodowe, czyli taki francuski Sejm. Tym samym Francja stała się drugim krajem w Europie, gdzie muzułmanki nie mogą zakrywać twarzy (pierwszym były Włochy).
Dziwne, bo w tym przypadku Rada Europy, nie protestowała, ani nie próbowała narzucić zniesienia zakazu. A wszystko w imię najnowszego bożka czasów w których żyjemy - BEZPIECZEŃSTWA. Bożka, do którego obrządków należą: noszenie odblaskowych kamizelek, zdejmowanie butów na lotniskach, plastikowe sztućce w samolotach, zapalniczki z kinderblokadą (to tylko niektóre, najpospolitsze formy oddawania czci BEZPIECZEŃSTWU).
W najbardziej opiniotwórczym, światłym i intelektualnym polskim dzienniku, jakim jest z całą pewnością Gazeta Wyborcza, komentatorzy wpierw potępiali w czambuł wyniki szwajcarskiego referendum, zarzucając Helwetom ksenofobię, a następnie rozpływali się w zachwytach nad zakazem noszenia burek, jako metodą walki z terroryzmem i cywilizowania nieludzkich, nieżyciowych i depczących godność kobiet interpretacji Koranu (ciekaw jestem, czy ktoś pofatygował się by zapytać o ich zdanie).
Ukoronowaniem tego wszystkiego o czym piszę, jest dla mnie ostatnia awantura o krzyż, stojący przed Pałacem Namiestnikowskim. Znów, postawiony (podobno) przez ciemny lud, który chciał w ten sposób zamanifestować solidarność, współczucie, poczucie wspólnoty, żal czy co tam jeszcze i światła część społeczeństwa, która krzyż chce przestawić w inne miejsce.
Mimo, że dla mnie symbol ustawiony przed siedzibą prezydenta, to tylko dwa kawałki drewna połączone pod kątem prostym, na wysokości dwóch trzecich dłuższego, jakiś niesmak poczułem, gdy słuchałem co bardziej światłych i liberalnych publicystów wykpiwających tą oddolną inicjatywę. Któraś z reporterek, gdy mówiła o pierwszych dniach Komorowskiego jako prezydenta RP stwierdziła: "I on ma się tam wprowadzić? Mieszkać pod tym krzyżem?". Wybaczcie, elitarystyczne Panie i światli Panowie, ale wstręt i niechęć do zwykłych ludzi, poczucie Waszej wyższości, nie daje się już przykrywać płaszczykiem pięknych słówek, wykpiwanie tych wszystkich dla których te symbole coś znaczą, jakoś słabo godzi się z duchem tolerancji i liberalizmu.
Mamy poważny problem z nazewnictwem w naszym świecie i to nie tylko w Polsce. Ci, którzy mienią się liberałami i demokratami mydlą nam tylko oczy, mówiąc jedno, a robiąc drugie. Założę się o każdą sumę, że gdyby każdego z przedstawicieli członków Rady Europy, wziąć na bok i zapytać, co jest dla niego najważniejszym wyznacznikiem tego czy dobrze postępuje odpowiedziałby: że zadowolenie i satysfakcja ludzi, którzy oddali na niego głosy w trakcie jego politycznej kariery. Gdyby spytać, czy zdanie zwykłych ludzi jest dlań ważne, żachnąłby się pewnie i stwierdził, że nie wyobraża sobie inaczej.
Czemu zatem, nie chcecie Państwo uszanować decyzji ludu szwajcarskiego, decyzji muzułmańskich kobiet i ich rodzin? Czemu nie szanujecie decyzji ludzi, którzy zdecydowali się postawić krzyż w kraju, gdzie nominalnie jest 95% katolików i nikomu, teoretycznie, nie powinien przeszkadzać?
Czyżbyście czuli się lepsi, mądrzejsi i światlejsi? Czemu nie powiecie tego wprost? Bo niestety, od tych wszystkich kmiotów i ciemnogrodu, zależy: sprzedaż, głosy, reklamodawcy, pieniądze (właściwe podkreślić). A poza tym jest ich dużo i mogą na przykład przyjechać na manifestację do stolicy i zakorkować miasto, a że zazwyczaj w ciemnogrodzie niewiele gejów, lesbijek, bi i trans, to taka manifestacja słabo wygląda w telewizji i nie jest symbolem postępowości społeczeństwa.
Mam w głowie mętlik, bo jak byłem mały, uczono mnie, że nie należy kłamać. Gdy słyszę, że ktoś uroczyście deklaruje przywiązanie do określonego systemu wartości, po czym postępuje zupełnie na odwrót, to nie mam wątpliwości, że po prostu - kłamie. Może ich mamy uczyły inaczej?
ibsen82, poniedziałek, 19 lipca 2010; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)