W piątkowy wieczór, chwilę przed położeniem się spać obejrzałem rozmowę Agnieszki Kublik z Katarzyną Piekarską (SLD) i Iwo Zaniewskim (dyrektor artystyczny agencji reklamowej PZL). I spać się nie położyłem: w obawie przed koszmarami.
Kiedyś napisałem, że polityczna poprawność jest niczym innym jak nowym rodzajem cenzury i w świetle linkowanego powyżej materiału wygląda na to, że mam stuprocentową rację.
Tym razem komuś nie spodobały się tak zwane "głupie reklamy". Reklamy na ogół raczej drażnią i w większości mamy tendencję do ich ignorowania, więc gdyby zniknęły nikt by po nich nie płakał, ale tym razem wkurzyła się na nie "polityczka" (jeśli konsekwentnie zastosować politpoprawną nowomowę) i jeśli będzie skuteczna, to być może zapoczątkuje proces prowadzący do otwarcia na nowo niesławnego gmachu przy Mysiej 2 w Warszawie - gdzie za PRL mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.
Otóż panią Piekarską reklamy pudrów zirytowały do tego stopnia, że postanowiła zgłosić je do Rady Etyki Mediów wnioskując zarazem o zakaz ich publikacji. Dlaczego? Bo modelki są "zbyt poprawione Photoshopem". W związku z powyższym, kobiety ze zmarszczkami zbyt głębokimi by można je ukryć pod warstwą fluidu mogą poczuć się rozczarowane, zdołowane i brzydkie (szczególnie jeśli puder nie wygładzi niedoskonałości ich urody), a to z kolei może wpłynąć negatywnie na ich życie emocjonalne i postrzeganie samych siebie.
Przykro pisać, ale orędowniczka sprawy kobiet pani Katarzyna Piekarska wygłaszając takie sądy - sprawie kobiet tylko szkodzi. W uczciwość i obiektywność reklamy nie wierzą nawet małe dzieci - natomiast p. Piekarska sugeruje, że kobiety są po prostu zbyt głupie by poradzić sobie z oceną oglądanego materiału.
Żyję już kilkadziesiąt lat na tym świecie, ostatnie siedem spędziłem pracując głównie z kobietami i nie spotkałem jeszcze ani jednej, która powiedziałaby mi, że w stu procentach wierzy w skuteczność kosmetycznych mazideł, w to, że się jej za ich pomocą w cudowny sposób zatrzymać czas. Nie spotkałem też chyba żadnej, która z tego powodu miałaby zrezygnować z wcierania ich w skórę każdego, albo prawie każdego dnia. Kobiety, zachęcone reklamą czy bez niej, będą starały się wyglądać ładnie. I to nawet nie dla mężczyzn - bo ci w większości nawet tych starań nie zauważą, ale dla siebie - taka już ich natura.
Drugim wątkiem poruszonym w tej zajmującej dyskusji były reklamy seksistowskie i utrwalające stereotypy.Ten fragment był nawet zabawny. Otóż utrwalaniem stereotypu ma być na przykład reklama zmywarki do naczyń. Pokazano w niej, uwaga, uwaga: kobietę zmywającą naczynia i mężczyznę, który kupuje zmywarkę - aby swojej żonie ulżyć. Jak się okazuje - to stereotyp. Pan Zaniewski (do tej pory grzecznie potakujący totalitarnym tezom Piekarskiej), mimochodem stwierdził, że przecież w tej reklamie nic takiego dyskryminującego nie ma, w końcu to kobiety statystycznie częściej wykonują prace domowe. Mówiąc oczywistą dla każdego prawdę naraził się i od raz dostał od rozmówczyń po uszach, a Agnieszka Kublik uznała się za statystyczną reprezentatywną grupę, jako że "u niej w domu to na przykład nie". Co trochę dziwi, gdyż dziennikarz - profesjonalista powinien jednak odróżniać własne doświadczenia od doświadczeń ogółu.
Nie wolno zapomnieć o jednym: jeśli chce się już pod tym kątem cenzurować reklamy, to chyba należałoby sprawiedliwie stwierdzić, że utrwalaniem stereotypów jest też reklama w której mężczyzna dajmy na to: maluje pokój albo naprawia cieknący kran, czy też przetyka kibel. Bo gdzie jest powiedziane, że tylko faceci mają babrać się w gównie?
Seksistowskimi reklamami mają być też te, w których piękne młode dziewczyny zachęcają do kupna jakiegoś przedmiotu: opon, roweru, monitora, telewizora czy jakiegokolwiek innego produktu. Nie wiem czemu przypisać niechęć do modelek topless na kalendarzach w zakładach wulkanizacyjnych - chyba tylko zawiści posuniętej w latach, nieatrakcyjnej baby za którą nikt się już nie ogląda.
Seks się sprzedaje, bo jest pierwotnym instynktem, każdemu znanym: jak głód, czy konieczność regularnego wypróżniania się. Zaspokojenie każdej z tych potrzeb większości ludzi kojarzy się przyjemnie - a że seks jest bardziej estetyczny niż robienie kupy to znalazł zastosowanie jako narzędzie marketingowe. Ciężko mi dopatrzyć się w tym czegokolwiek nagannego - ludzie są istotami biologicznymi i basta. Młoda, atrakcyjna samica / samiec będą się zawsze wydawały bardziej pociągające od starych. Młodość jest atrakcyjna, bo to w młodości ma się dokonywać prokreacja i trzeba do niej jakoś zachęcić - i każda biologiczna istota w taki właśnie podświadomy sposób to odbiera. Wiek dojrzały, czy podeszły mają inne zalety i inne problemy i nie należy do nich poszukiwanie partnera do prokreacji, czyli zachęcanie, kuszenie i prowokowanie - cechy wspólne reklamy i uwodzenia.
Nie lubię być traktowany jak bezmózgi kretyn. Nie lubię też, gdy traktuje się tak moich bliźnich, z których każdy został wyposażony w lepiej lub gorzej funkcjonujący, ale zawsze, mózg. Tak cenzurowanie reklam, jak i umieszczanie piętnastosekundowych ostrzeżeń o wszystkich przeciwwskazaniach reklamowanego produktu farmaceutycznego to traktowanie nas wszystkich jako idiotów nie umiejących czytać i nie rozumiejących świata, nie wiedzących czym jest reklama i nie potrafiących dbać o siebie.
Pani Piekarska i inni kryptototalitarni socjaliści przypominają mi starą ciotkę, która przy dziesięciu stopniach powyżej zera każe ubierać szalik i czapkę. A że chyba każdy pamięta co miał ochotę przy takiej okazji ciotce powiedzieć - cytował nie będę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 marca 2012
niedziela, 11 grudnia 2011
Miał być Osama. Jest groźniej
Miało być o bin Ladenie. Miało i nawet było, ale nierozważnie naciśnięty przycisk "refresh" w przeglądarce obrócił wszystko na nice. O bin Ladenie, a właściwie o cywilizowanym, zachodnim, humanitarnym świecie, który na chwilę zrzucił maskę hipokryzji i ustami swych światłych przywódców oraz tzw. szarych ludzi pytanych podczas telewizyjnych ulicznych sond i który odtańczył taniec radości na wieść o odstrzeleniu bez procesu sądowego terrorysty wszechczasów. A ja powiem tak: w tonie zbliżonym do tego co mówił nasz Minister Sprawiedliwości, musiał się wypowiadać jego nieżyjący już kolega po fachu, Minister Rządu Carskiej Rosji, gdy skazano naszego bohatera narodowego Józefa P. na katorgę za udział w nieudanym zamachu na Aleksandra III. Piłsudski według wszelkich definicji był również terrorystą.
Miało, ale nie wyszło. Będzie więc o czym innym.
Tak się dziwnie składa, że większość krajów na świecie, spośród których zapewne spory odsetek ma wpisane w konstytucje wartości w stylu: wolność osobista, równość wobec prawa, szcunek dla jednostki, demokrację i wzajemne zaufanie społeczne jakoś zbytnio swoim obywatelom nie ufa.
Podobnie jak kowboj, który bydełku na boku wypalał znak właściciela, tak i większość Państw swoich obywateli znakuje. Z polskiego prawa wynika bowiem obowiązek posiadania przez każdego dorosłego obywatela dowodu osobistego. Sama nazwa, w naszym języku jest akurat bardzo trafna i oddaje doskonale istotę rzeczy. Jest to dokument, przy pomocy którego obywatel ma dowodzić kim właściwie jest.
Pech chce, że nasze polskie dowody mają dość ograniczoną wytrzymałość. Szlag je, kolokwialnie mówiąc, trafia zawsze w jednym i tym samym miejscu - powyżej paska z alfanumerycznym kodem - zwykle na skutek częstego przeciągania dokumentu przez czytniki na granicy, czasem w Urzędach, a czasem na skutek noszenia w portfelu na tyłku lub używania w charakterze drapaka do oszronionych szyb.
Stało się tak, że i mój dowód nie wytrzymał nawet połowy swojego terminu ważności i pękł wzdłuż. Trzeba więc było pokonać wrodzony wstręt i pójść do Urzędu Miasta Jaworzna.
Żeby dostać nowy dokument, trzeba wypełnić wniosek. Sam w sobie dość idiotyczny, choć to już mnie tak bardzo nie dziwi - należy na nim wypełnić tuż obok siebie datę urodzenia i PESEL (mimo że jedno zawiera się w drugim), podać wzrost, kolor oczu (które to wartości nieco sobie pozmieniałem w stosunku do poprzedniego dokumentu), a także, nawet jeśli jest się mężczyzną - nazwisko rodowe. Trzeba również dostarczyć dwa zdjęcia.
Ze zdjęciami, jak się okazało był problem. Dostarczyłem takie, na których niedostatecznie wyeksponowano mój lewy półprofil. Urzędniczka (pomijam już, że przy obecnych możliwościach technicznych i przy odrobinie zaufania dla obywateli - całkowicie zbędna) stanowczo odmówiła tak poważnego naruszenia obowiązujących przepisów, a próby przemówienia jej do zdrowego rozsądku odbiły się chyba od pancernej szyby jaką odgrodzona była od petentów. Tym sposobem 20 PLN opuściło moją kieszeń, by mógł je sobie po stronie aktywów wpisać właściciel pobliskiego atelier. Szczęśliwie, nowe fotografie zyskały aprobatę i z namaszczeniem zostały przyklejone przy użyciu kleju w sztyfcie na kolejny papier - tyle, że wypełniony przez Urzędniczkę.
Urzędnik według teorii biurokracji doskonałej, stosuje przepisy i działa w oparciu o nie. Wniosek jest taki, że jeśli mamy gówniane przepisy to i Urzędnicy są... jacy są.
Bo tak na logikę: co za różnica, który profil widać na zdjęciu? Jeśli widać na nim twarz, bez zniekształceń? Jedynym, co dyskwalifikowało moją fotografię był fakt, że nie była zgodna z PRZEPISEM. Przepisem, który jeden kretyn cierpiący na manię twórczą postanowił umieścić w prawie, a drugi stosować do ostatniego znaku przestankowego.
Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że inny dokument z tym samym napuszonym orłem w koronie wymaga zdjęć robionych en face (podobnie jak dowody francuskie, niemieckie, austriackie, hiszpańskie i wikipedia raczy wiedzieć jakie jeszcze). Mowa oczywiście o paszporcie. Powstaje dość interesująca sytuacja: jeśli chciałbym zrobić zdjęcia do obydwu wydawanych przez nasz kraj dokumentów, nie mogę tego zrobić za jednym zamknięciem się migawki i przyjść do Urzędu z jednym, standardowym kompletem czterech zdjęć jakie zazwyczaj daje fotograf. Czyli - trzeba zapłacić dwakroć. I szczerze wątpię, żeby ten, który wymyślił owe bzdurne wytyczne miał na myśli stymulowanie koniunktury na rynku usług fotograficznych.
Prawo wbrew temu co się powszechnie uważa, tylko w niewielkiej części tworzone jest przez polityków. Żaden minister, ani poseł nie będzie przecież pisał ustawy od początku do końca. Od tego są tak zwani eksperci, czy jak kto woli Urzędnicy różnych szczebli, którzy przygotowują projekty przepisów. Urzędnik musi czuć się potrzebny, musi się też wykazywać, a jak już kiedyś pisałem - miarą jego wydajności jest ilość tworzonych przepisów.
No i mamy: różne ujęcia fotograficzne na dokumentach, reklamy farmaceutyków, gdzie 80% czasu trwania zajmują ostrzeżenia przed skutkami ubocznymi, za chwilę wzrost ceny preparatów ziołowych, dziesiątki numerów opisujących każdego obywatela, ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, okólniki... Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. A jako, że spora część przepisów odnosi się samych Urzędów i Urzędników, jesteśmy coraz bliżej jednego z przewidzianych bodajże przez Maxa Webera wypaczeń modelu idealnej biurokracji. Urząd nie potrzebuje mieć jakiegokolwiek przedmiotu działania, bo zajmuje się sam sobą i heroicznie zwalcza przeszkody, które sam sobie stworzył. Na co zresztą jest pośredni dowód w postaci 600 tys. etatów administracji publicznej wszystkich szczebli, na których wypłaty wszyscy uczciwie zarabiający, wytwarzający jakąkolwiek warotść dodaną ciężko pracujemy.
W Chinach, przez długie wieki najważniejszymi Urzędnikami byli Mandaryni. Poza zarządzaniem krajem, zajmowali się: filozofią, sztuką, religioznastwem, literaturą itp. Otaczał ich ogólny respekt, poważanie i szacunek. W sumie szkoda, że nasi Urzędnicy nie mają podobnych zajęć. Nie utrudnialiby życia, a i pasożytnictwa byłoby może mniej.
PS: Wszędzie gdzie pisałem Urzędnik wielką literą, robiłem to celowo. Wielki ich bowiem majestat, odpowiedzialność i ciężka praca zasługują na takie wyróżnienie. Amen.
ibsen82, piątek, 06 maja 2011; Bartosz Sowisło
Miało, ale nie wyszło. Będzie więc o czym innym.
Tak się dziwnie składa, że większość krajów na świecie, spośród których zapewne spory odsetek ma wpisane w konstytucje wartości w stylu: wolność osobista, równość wobec prawa, szcunek dla jednostki, demokrację i wzajemne zaufanie społeczne jakoś zbytnio swoim obywatelom nie ufa.
Podobnie jak kowboj, który bydełku na boku wypalał znak właściciela, tak i większość Państw swoich obywateli znakuje. Z polskiego prawa wynika bowiem obowiązek posiadania przez każdego dorosłego obywatela dowodu osobistego. Sama nazwa, w naszym języku jest akurat bardzo trafna i oddaje doskonale istotę rzeczy. Jest to dokument, przy pomocy którego obywatel ma dowodzić kim właściwie jest.
Pech chce, że nasze polskie dowody mają dość ograniczoną wytrzymałość. Szlag je, kolokwialnie mówiąc, trafia zawsze w jednym i tym samym miejscu - powyżej paska z alfanumerycznym kodem - zwykle na skutek częstego przeciągania dokumentu przez czytniki na granicy, czasem w Urzędach, a czasem na skutek noszenia w portfelu na tyłku lub używania w charakterze drapaka do oszronionych szyb.
Stało się tak, że i mój dowód nie wytrzymał nawet połowy swojego terminu ważności i pękł wzdłuż. Trzeba więc było pokonać wrodzony wstręt i pójść do Urzędu Miasta Jaworzna.
Żeby dostać nowy dokument, trzeba wypełnić wniosek. Sam w sobie dość idiotyczny, choć to już mnie tak bardzo nie dziwi - należy na nim wypełnić tuż obok siebie datę urodzenia i PESEL (mimo że jedno zawiera się w drugim), podać wzrost, kolor oczu (które to wartości nieco sobie pozmieniałem w stosunku do poprzedniego dokumentu), a także, nawet jeśli jest się mężczyzną - nazwisko rodowe. Trzeba również dostarczyć dwa zdjęcia.
Ze zdjęciami, jak się okazało był problem. Dostarczyłem takie, na których niedostatecznie wyeksponowano mój lewy półprofil. Urzędniczka (pomijam już, że przy obecnych możliwościach technicznych i przy odrobinie zaufania dla obywateli - całkowicie zbędna) stanowczo odmówiła tak poważnego naruszenia obowiązujących przepisów, a próby przemówienia jej do zdrowego rozsądku odbiły się chyba od pancernej szyby jaką odgrodzona była od petentów. Tym sposobem 20 PLN opuściło moją kieszeń, by mógł je sobie po stronie aktywów wpisać właściciel pobliskiego atelier. Szczęśliwie, nowe fotografie zyskały aprobatę i z namaszczeniem zostały przyklejone przy użyciu kleju w sztyfcie na kolejny papier - tyle, że wypełniony przez Urzędniczkę.
Urzędnik według teorii biurokracji doskonałej, stosuje przepisy i działa w oparciu o nie. Wniosek jest taki, że jeśli mamy gówniane przepisy to i Urzędnicy są... jacy są.
Bo tak na logikę: co za różnica, który profil widać na zdjęciu? Jeśli widać na nim twarz, bez zniekształceń? Jedynym, co dyskwalifikowało moją fotografię był fakt, że nie była zgodna z PRZEPISEM. Przepisem, który jeden kretyn cierpiący na manię twórczą postanowił umieścić w prawie, a drugi stosować do ostatniego znaku przestankowego.
Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że inny dokument z tym samym napuszonym orłem w koronie wymaga zdjęć robionych en face (podobnie jak dowody francuskie, niemieckie, austriackie, hiszpańskie i wikipedia raczy wiedzieć jakie jeszcze). Mowa oczywiście o paszporcie. Powstaje dość interesująca sytuacja: jeśli chciałbym zrobić zdjęcia do obydwu wydawanych przez nasz kraj dokumentów, nie mogę tego zrobić za jednym zamknięciem się migawki i przyjść do Urzędu z jednym, standardowym kompletem czterech zdjęć jakie zazwyczaj daje fotograf. Czyli - trzeba zapłacić dwakroć. I szczerze wątpię, żeby ten, który wymyślił owe bzdurne wytyczne miał na myśli stymulowanie koniunktury na rynku usług fotograficznych.
Prawo wbrew temu co się powszechnie uważa, tylko w niewielkiej części tworzone jest przez polityków. Żaden minister, ani poseł nie będzie przecież pisał ustawy od początku do końca. Od tego są tak zwani eksperci, czy jak kto woli Urzędnicy różnych szczebli, którzy przygotowują projekty przepisów. Urzędnik musi czuć się potrzebny, musi się też wykazywać, a jak już kiedyś pisałem - miarą jego wydajności jest ilość tworzonych przepisów.
No i mamy: różne ujęcia fotograficzne na dokumentach, reklamy farmaceutyków, gdzie 80% czasu trwania zajmują ostrzeżenia przed skutkami ubocznymi, za chwilę wzrost ceny preparatów ziołowych, dziesiątki numerów opisujących każdego obywatela, ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, okólniki... Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. A jako, że spora część przepisów odnosi się samych Urzędów i Urzędników, jesteśmy coraz bliżej jednego z przewidzianych bodajże przez Maxa Webera wypaczeń modelu idealnej biurokracji. Urząd nie potrzebuje mieć jakiegokolwiek przedmiotu działania, bo zajmuje się sam sobą i heroicznie zwalcza przeszkody, które sam sobie stworzył. Na co zresztą jest pośredni dowód w postaci 600 tys. etatów administracji publicznej wszystkich szczebli, na których wypłaty wszyscy uczciwie zarabiający, wytwarzający jakąkolwiek warotść dodaną ciężko pracujemy.
W Chinach, przez długie wieki najważniejszymi Urzędnikami byli Mandaryni. Poza zarządzaniem krajem, zajmowali się: filozofią, sztuką, religioznastwem, literaturą itp. Otaczał ich ogólny respekt, poważanie i szacunek. W sumie szkoda, że nasi Urzędnicy nie mają podobnych zajęć. Nie utrudnialiby życia, a i pasożytnictwa byłoby może mniej.
PS: Wszędzie gdzie pisałem Urzędnik wielką literą, robiłem to celowo. Wielki ich bowiem majestat, odpowiedzialność i ciężka praca zasługują na takie wyróżnienie. Amen.
ibsen82, piątek, 06 maja 2011; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)