Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

Wolontariusz niewolnik

Widmo krąży po Europie. Widmo wolontariatu.

Jak się okazuje, jesteśmy na przedostatnim w Unii Europejskiej miejscu jeśli idzie o działalność: "dobrowolną, świadomą i bezpłatną na rzecz innych lub całego społeczeństwa, wykraczającą poza związki rodzinno - koleżeńsko - przyjacielskie" - jak opisuje wolontariat polska Wikipedia opierając się na ustawowej definicji z "Ustawy o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie".

Jest fatalnie. Raptem 11,3% naszego społeczeństwa było lub bywało w 2008 roku wolontariuszami (źr. wg. Stowarzyszenia Klon/Jawor), a tymczasem w Wielkiej Brytanii aż 43% mieszkańców bez wynagrodzenia poświęciło swój czas przynajmniej raz w roku, a 28% poświęca go raz miesięcznie.

Różne wolontariackie stowarzyszenia, fundacje czy organizacje rozdzierają szaty i wylewają gorzkie łzy nad naszym wstrętnym narodem, który zobojętniale domaga się zapłaty za każde kiwnięcie palcem. Podają też przyczyny tej znieczulicy: nie dość struktur i organizacji (strona bazy.ngo.pl podaje nieco ponad 8 tys wyników, czyli około 4 na gminę i ponad 25 na powiat), brak tradycji, niska świadomość i dążenie do materialnej (a fe!) poprawy własnego w pierwszej kolejności losu.

Widać z powyższego, że jako neofici quasi - kapitalizmu w jakim przyszło nam funkcjonować odrobiliśmy zadanie domowe na celujący. Po dziesiątkach lat zasuwania w soboty w czynach społecznych za bezdurno, a do tego widząc teraz jak efekty tej harówki zostały sprywatyzowane i ktoś robi na nich sporą kasę - logicznie wywodząc mamy wszelkie podobnej maści działania w głębokim poważaniu.

I bardzo dobrze.

Praca - miara wysiłku człowieka w wytwarzanie danego dobra, czynności umysłowe i fizyczne podejmowane do realizacji danego celu. Poprzez działalność człowiek generuje wartość ekonomiczną w postaci towarów i usług.

To definicja wikipedystyczna pracy. Jak się okazało, w miejscu gdzie sądziłem, że na stronie startowej znajdę czego potrzebuję, czyli portalu Międzynarodowej Organizacji Pracy - definicji nie ma. W żadnym z dokumentów wydanych przez tą organizację od 1919 roku, które udało mi się przeczytać nie istnieje podana expressis verbis definicja pracy jako takiej. Pojawiają się określenia czym praca nie jest, jaka powinna być i jakiego rodzaju warunki powinny być spełniane przy wykonywaniu poszczególnych zawodów. Mimochodem przebąkują też coś o wynagrodzeniu, równoważnym rozwoju i prawach do rokowań. Szukałem przede wszystkim akapitu, gdzie czarno na białym stałoby namazane, że nie ma czegoś takiego jak praca bez wynagrodzenia - nie znalazłem.

Doszukałem się za to poniżej cytowanej z Wikipedii definicji pracy. Autor artykułu pisze: każdej osobie wykonującej pracę należy się wynagrodzenie. Nie wiem na ile podyktował mu to twierdzenie zdrowy rozsądek, a na ile oparł się na źródłach (przypisu brak) - ale jest logiczne. Pracuje się - zarabia się.

Oczywiście wynagrodzenie niekoniecznie musi być materialne (w naturze, czy gotówce) i na tym opiera się idea pracy woluntarnej, gdzie wynagrodzeniem osoby pracującej (czyli: generującej wartość ekonomiczną w postaci towarów lub usług), a wykonywanej dobrowolnie i bezpłatnie jest: satysfakcja, samorealizacja, zaspokojenie własnego ego, zdobycie doświadczenia czy co tam jeszcze, poza pieniędzmi można z pracy wynieść w sensie metaforycznym.

Szczerze - po zredukowaniu wszystkiego w powyższym akapicie do absurdu - mamy mokry sen kapitalisty. Pracownicy nań robią i nie chcą w zamian nic. Pokolenia związkowców i bojowników robotniczych przewracają się właśnie w grobach, a my zbliżamy się niebezpiecznie blisko granicy słownikowej definicji niewolnictwa. Pech chce, że podobne sny na jawie nie są wyłącznie moimi konstrukcjami myślowymi i abstrakcyjnymi bytami. Dzieją dookoła nas.

O ile chyba każdy zgodzi się, że wykonywanie pracy na rzecz staruszków czy upośledzonych dzieci, albo ochrony środowiska naturalnego ma na celu nie tyle zysk, a wytworzenie jakiejś "moralnej/etycznej wartości dodanej". Nie można tego samego powiedzieć o pracy u kogoś, kto osiąga materialną korzyść nie płacąc pracownikom. A jeśli do tego dokłada czynnik przymusu i szantaż - przekraczamy wzmiankowaną wyżej granicę i wkraczamy na grząski i smrodliwy grunt pracy niewolniczej.

Przykład.

Niedawno w Katowicach odbył się wielki festiwal muzyczny, mający za sponsora jeden z największych koncernów energetycznych w Polsce, którego zresztą logo i nazwa znalazły się w nazwie samego festiwalu. Z tej okazji nocowały u mnie dwie gdańskie studentki - jedna kupiła normalnie bilet i brała udział w koncertach, druga zaangażowała się w obsługę jako wolontariuszka.

Dziewczyna przepracowała dwie noce (do piątej rano, w najgorętszy chyba weekend minionego lata) nie otrzymując nawet grosza wynagrodzenia. Nie wiem czy miała przynajmniej okazję obejrzeć jakiś koncert, bo z opowieści wynikało, że siedzi w czymś w rodzaju punktu obsługi klienta i przyjmuje zgłoszenia o zagubionych przedmiotach, rzeczy do depozytu itp.

Drugiego dnia - wdzięczne, że użyczyłem im dachu nad głową - zaprosiły mnie na kolację. Spóźniłem się niestety i kolacja ograniczona została do mniej więcej godzinnego oczekiwania na naleśniki i skonsumowania ich w ekspresowym tempie sześciu minut, a tylko dlatego, że sympatyczna wolontariuszka koniecznie musiała znaleźć się w Katowicach o 20.00. Zasugerowałem, że skoro i tak jej nie płacą - z roboty nie wyleci, więc może się spóźnić, a jeśli wolontariat jest pracą dobrowolną - to się robi go albo i nie. Nie chciała słuchać. Mruknęła coś o rekomendacji, którą mają jej napisać i zaczęła obmyślać wymówkę do sprzedania przełożonym - na bramie miał być tłok. Nam za to wskakuje ostatni element układanki: przymus wykonania zadania w określonym przez zleceniodawcę miejscu i czasie oraz domyślny szantaż: strach o niekorzystny list referencyjny, bądź jego brak - czyli brak wynagrodzenia...

Zdumiewa mnie takie nastawienie. Wg. Gazety Wyborczej bawiło się na tym festiwalu nawet 17 tys. osób, z których każda zapłaciła pewnie średnio około 100 złotych za bilet. Czyli przychód z imrezy, licząc same tylko bilety wyniósł 1,7 mln złotych. Pomijając reklamę za darmo jaką miał sponsor, bo trąbiły o festiwalu media w całej Polsce i przypuszczalną tłustą kwotę, którą zaksięgował po stronie kosztów. W takiej sytuacji, gdy na koncertach zarobili wszyscy: artyści, organizator, sponsor - biedna gdańska studentka boi się spóźnić na posterunek, bo nie dostanie ładnego listu referencyjnego. Ciekawe czy "zatrudniający" ją również robił to za darmo?

Wolontariat w takiej wypaczonej postaci - szkodzi. I to bardzo. Młodzi ludzie, kończący studia, którzy w dobrze pojętym interesie całego kraju powinni szukać godziwie płatnej pracy, zakładać rodziny i rodzić dzieci - pakują się w podobne zlecenia, marnując tak czas jak i energię, karmieni złudzeniami o "doświadczeniu", "wpisie w CV" itp. przez rozmaitych cwaniaków popisujących się potem przed przełożonymi lepszą efektywnością. Bo tak Bogiem a Prawdą - czy koszt festiwalu byłby naprawdę dużo większy, gdyby dać dziewczynie zarobić choćby sto złotych, by zwrócił jej się bilet do domu? Czy podniesienie średniej ceny biletu o dwa złote, co dałoby dodatkowe 34 tys. przychodu, którym możnaby zapłacić za ciężką pracę tzw. wolontariuszy ograniczyłoby liczbę uczestników? Wątpię.

Wolontariat, jeśli już, powinni wykonywać ludzie stabilni finansowo, zarabiający, którzy uważają, że mają jeszcze trochę zbędnej energii i czasu. Studenci czy bezrobotni - w swoim własnym interesie - powinni podobnych akcji unikać jak ognia.

Gdy słuchałem kiedyś audycji (nie pamiętam jaka stacja to była) o wolontariacie jeden ze słuchaczy świetnie spointował całą dyskusję: "Wolontariat? Ja się tak czuję co miesiąc, gdy dostaję przelew na konto"








 ibsen82, poniedziałek, 05 września 2011; Bartosz Sowisło

Miał być Osama. Jest groźniej

Miało być o bin Ladenie. Miało i nawet było, ale nierozważnie naciśnięty przycisk "refresh" w przeglądarce obrócił wszystko na nice. O bin Ladenie, a właściwie o cywilizowanym, zachodnim, humanitarnym świecie, który na chwilę zrzucił maskę hipokryzji i ustami swych światłych przywódców oraz tzw. szarych ludzi pytanych podczas telewizyjnych ulicznych sond i który odtańczył taniec radości na wieść o odstrzeleniu bez procesu sądowego terrorysty wszechczasów. A ja powiem tak: w tonie zbliżonym do tego co mówił nasz Minister Sprawiedliwości, musiał się wypowiadać jego nieżyjący już kolega po fachu, Minister Rządu Carskiej Rosji, gdy skazano naszego bohatera narodowego Józefa P. na katorgę za udział w nieudanym zamachu na Aleksandra III. Piłsudski według wszelkich definicji był również terrorystą.

Miało, ale nie wyszło. Będzie więc o czym innym.

Tak się dziwnie składa, że większość krajów na świecie, spośród których zapewne spory odsetek ma wpisane w konstytucje wartości w stylu: wolność osobista, równość wobec prawa, szcunek dla jednostki, demokrację i wzajemne zaufanie społeczne jakoś zbytnio swoim obywatelom nie ufa.

Podobnie jak kowboj, który bydełku na boku wypalał znak właściciela, tak i większość Państw swoich obywateli znakuje. Z polskiego prawa wynika bowiem obowiązek posiadania przez każdego dorosłego obywatela dowodu osobistego. Sama nazwa, w naszym języku jest akurat bardzo trafna i oddaje doskonale istotę rzeczy. Jest to dokument, przy pomocy którego obywatel ma dowodzić kim właściwie jest.

Pech chce, że nasze polskie dowody mają dość ograniczoną wytrzymałość. Szlag je, kolokwialnie mówiąc, trafia zawsze w jednym i tym samym miejscu - powyżej paska z alfanumerycznym kodem - zwykle na skutek częstego przeciągania dokumentu przez czytniki na granicy, czasem w Urzędach, a czasem na skutek noszenia w portfelu na tyłku lub używania w charakterze drapaka do oszronionych szyb.

Stało się tak, że i mój dowód nie wytrzymał nawet połowy swojego terminu ważności i pękł wzdłuż. Trzeba więc było pokonać wrodzony wstręt i pójść do Urzędu Miasta Jaworzna.

Żeby dostać nowy dokument, trzeba wypełnić wniosek. Sam w sobie dość idiotyczny, choć to już mnie tak bardzo nie dziwi - należy na nim wypełnić tuż obok siebie datę urodzenia i PESEL (mimo że jedno zawiera się w drugim), podać wzrost, kolor oczu (które to wartości nieco sobie pozmieniałem w stosunku do poprzedniego dokumentu), a także, nawet jeśli jest się mężczyzną - nazwisko rodowe. Trzeba również dostarczyć dwa zdjęcia.

Ze zdjęciami, jak się okazało był problem. Dostarczyłem takie, na których niedostatecznie wyeksponowano mój lewy półprofil. Urzędniczka (pomijam już, że przy obecnych możliwościach technicznych i przy odrobinie zaufania dla obywateli - całkowicie zbędna) stanowczo odmówiła tak poważnego naruszenia obowiązujących przepisów, a próby przemówienia jej do zdrowego rozsądku odbiły się chyba od pancernej szyby jaką odgrodzona była od petentów. Tym sposobem 20 PLN opuściło moją kieszeń, by mógł je sobie po stronie aktywów wpisać właściciel pobliskiego atelier. Szczęśliwie, nowe fotografie zyskały aprobatę i z namaszczeniem zostały przyklejone przy użyciu kleju w sztyfcie na kolejny papier - tyle, że wypełniony przez Urzędniczkę.

Urzędnik według teorii biurokracji doskonałej, stosuje przepisy i działa w oparciu o nie. Wniosek jest taki, że jeśli mamy gówniane przepisy to i Urzędnicy są... jacy są.

Bo tak na logikę: co za różnica, który profil widać na zdjęciu? Jeśli widać na nim twarz, bez zniekształceń? Jedynym, co dyskwalifikowało moją fotografię był fakt, że nie była zgodna z PRZEPISEM. Przepisem, który jeden kretyn cierpiący na manię twórczą postanowił umieścić w prawie, a drugi stosować do ostatniego znaku przestankowego.

Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że inny dokument z tym samym napuszonym orłem w koronie wymaga zdjęć robionych en face (podobnie jak dowody francuskie, niemieckie, austriackie, hiszpańskie i wikipedia raczy wiedzieć jakie jeszcze). Mowa oczywiście o paszporcie. Powstaje dość interesująca sytuacja: jeśli chciałbym zrobić zdjęcia do obydwu wydawanych przez nasz kraj dokumentów, nie mogę tego zrobić za jednym zamknięciem się migawki i przyjść do Urzędu z jednym, standardowym kompletem czterech zdjęć jakie zazwyczaj daje fotograf. Czyli - trzeba zapłacić dwakroć. I szczerze wątpię, żeby ten, który wymyślił owe bzdurne wytyczne miał na myśli stymulowanie koniunktury na rynku usług fotograficznych.

Prawo wbrew temu co się powszechnie uważa, tylko w niewielkiej części tworzone jest przez polityków. Żaden minister, ani poseł nie będzie przecież pisał ustawy od początku do końca. Od tego są tak zwani eksperci, czy jak kto woli Urzędnicy różnych szczebli, którzy przygotowują projekty przepisów. Urzędnik musi czuć się potrzebny, musi się też wykazywać, a jak już kiedyś pisałem - miarą jego wydajności jest ilość tworzonych przepisów.

No i mamy: różne ujęcia fotograficzne na dokumentach, reklamy farmaceutyków, gdzie 80% czasu trwania zajmują ostrzeżenia przed skutkami ubocznymi, za chwilę wzrost ceny preparatów ziołowych, dziesiątki numerów opisujących każdego obywatela, ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, okólniki... Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. A jako, że spora część przepisów odnosi się samych Urzędów i Urzędników, jesteśmy coraz bliżej jednego z przewidzianych bodajże przez Maxa Webera wypaczeń modelu idealnej biurokracji. Urząd nie potrzebuje mieć jakiegokolwiek przedmiotu działania, bo zajmuje się sam sobą i heroicznie zwalcza przeszkody, które sam sobie stworzył. Na co zresztą jest pośredni dowód w postaci 600 tys. etatów administracji publicznej wszystkich szczebli, na których wypłaty wszyscy uczciwie zarabiający, wytwarzający jakąkolwiek warotść dodaną ciężko pracujemy.

W Chinach, przez długie wieki najważniejszymi Urzędnikami byli Mandaryni. Poza zarządzaniem krajem, zajmowali się: filozofią, sztuką, religioznastwem, literaturą itp. Otaczał ich ogólny respekt, poważanie i szacunek. W sumie szkoda, że nasi Urzędnicy nie mają podobnych zajęć. Nie utrudnialiby życia, a i pasożytnictwa byłoby może mniej.

PS: Wszędzie gdzie pisałem Urzędnik wielką literą, robiłem to celowo. Wielki ich bowiem majestat, odpowiedzialność i ciężka praca zasługują na takie wyróżnienie. Amen.


 ibsen82, piątek, 06 maja 2011; Bartosz Sowisło

Recydywista

Dowiedziałem się, że jestem przestępcą. Recydywistą wręcz, bo proceder swój uprawiam od piętnastu lat. Pocieszające jest, iż nie jestem sam, wraz ze mną na ławie oskarżonych powinno zasiąść mniej więcej 95% mężczyzn. I to nie byle jakimś tam włamywaczem, złodziejem, czy kanciarzem. Jestem przestępcą seksualnym. Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie, to że działałem nieświadom popełnianego zła.

Taki wniosek nasunął mi się gdy przeczytałem artykuł opisujący badania pana dr. Dębskiego, przeprowadzone wśród maturzystów w jednym z gdańskich liceów. Zgodnie z tym co podaje pan doktor Dębski (a za nim GW, która upubliczniła raport 12 grudnia br.), jedną z form przemocy seksualnej (tzw. miękkiej) jest... natarczywe spoglądanie. Jak się okazuje, ofiarami takowego padła aż jedna czwarta badanych maturzystów.

Pomyślałem sobie najpierw szowinistycznie, że określenie przemocy w taki właśnie sposób musiało się narodzić w głowie kobiety. Zawistnej i brzydkiej. Brzydkiej, bo nikt nie chce na nią spoglądać i docenić jej głęboko ukrytych zalet i zawistnej, bo niby czemu ma cierpieć widząc, że za jej koleżankami to się oglądają, a za nią nie - więc lepiej zjawisko napiętnować wrzucając do jednego wora z: podglądactwem, klepaniem po tyłku, sprośnymi komentarzami i gwałtem. Ale tu niespodzianka: badania prowadził mężczyzna.

Wziąwszy pod uwagę, że jeśliby za spojrzenia można pozywać do sądu, to miałbym w tym roku u siebie takich pozwów około tysiąca. Zacząłem się więc zastanawiać jakby tu, w razie czego, od oskarżenia się wywinąć. Jak dowieść, że nie patrzyło się wcale nachalnie, a tylko tak po prostu, w najuczciwszych zamiarach kontemplacji uniwersalnego piękna ludzkiej urody? Czy natarczywe spoglądanie to dłuższe niż dziesięć sekund? Pół minuty? Minuta? A może chodzi o spoglądanie na określone części ciała? Poniżej linii szyi to już natarczywie? A nogi? A pupa? No, jeśli tak, to kamień z serca, bo żadna z dziewczyn, które obcinałem spojrzeniem z tyłu, szczęśliwie nie miała oczu na plecach, więc trudno byłoby im dostrzec moje zachwyty.

Jest w tym wszystkim jakiś dziwny, typowy dla społeczeństwa żyjącego w 21 wieku paradoks. Jeśli spojrzeć na zdjęcia kobiet, z dajmy na to, dziewiętnastego stulecia, to widzimy je zakutane w plisowane kiece: od szyi po nadgarstki i niżej kostek. Ot, starczy przypomnieć sobie fotkę M. Konopnickiej z podręcznika do języka polskiego. W takim stroju, gdy dama raczyła była unieść rąbek sukni do połowy łydki, okoliczni mężczyźni dostawali nagle spazmów i mieli poważne problemy z normalnym funkcjonowaniem i koncentracją. Dziś, znajome moje, umieszczają na facebooku swoje cyfrowe podobizny. Szczegółów ich budowy anatomicznej nie trzeba się nawet za bardzo domyślać, bo wyłożone są niczym przysłowiowa kawa na ławę. Wynika z tego niezbicie, że pewne normy obyczajowe tyczące się skromności stroju z lekka się rozluźniły, by w tym samym czasie zaostrzyły się te, które tyczą się możliwości, jakbym to nazwał: wizualnego korzystania z nagle uwolnionego z oków odzieży pięknego kobiecego ciała. Innymi słowy, staliśmy się bardzo wyzwoleni, a w tej samej chwili pruderyjni - czego dowodzi kwalifikowanie zwykłego, odwiecznego gapienia się facetów na babki, jako przemocy seksualnej.

Słyszałem kiedyś pogląd (nie wiem czy potwierdzony naukowo), że kobiety mają szersze pole widzenia niż mężczyźni. Implikuje to fakt, że facet, chcąc dziewczynę dokładnie obejrzeć - nadwyręża kark oglądając się za nią - kobieta tego robić nie musi, bo jednym spojrzeniem ogarnia wszystkie interesujące ją cechy.

Zastanawia mnie też ilu mężczyzn kiedykolwiek poczuło się ofiarami tego typu przemocy. Z własnego doświadczenia wiem, że jak patrzy na mnie kobieta, uśmiecha się i patrzy jeszcze dłużej, to najpierw odruchowo sprawdzam, czy mam zapięty rozporek, a potem nerwowo patrzę czy się nie uświniłem gdzieś musztardą. Jako facet, widzę też, że mężczyźni ubierają się znacznie skromniej od kobiet. A dekolty i mini spódniczki aż prowokują, do rzucenia okiem co też się w nich kryje.

Niedawno kupowałem wkład do długopisu. Pani w sklepie była młoda i miała bardzo głęboki dekolt, przyznam szczerze (starzeję się), że nie od razu to zauważyłem. Szukając wkładu musiała wykonać głęboki skłon. Oko, rzecz jasna, nie chciało słuchać i wylądowało nie tam gdzie powinno. Gdy wyprostowała się wreszcie, by zakomunikować mi, że szukanego przeze mnie wkładu, producenta, którego nazwę wymieniłem, nie ma, aż zaskoczyłem się swoim refleksem i nagłą znajomością marek wkładów do długopisów. Wymieniłem bowiem następny model i grzecznie poprosiłem ekspedientkę o sprawdzenie, czy przypadkiem takiego nie ma schowanego gdzieś pod ladą. Biedna dziewczyna znów musiała wykonać skłon. Można rzec, że świnia jestem, ale z drugiej strony - któż jej broni ubrać normalną bluzkę, a nie taką z wycięciem do pępka?

Do czego zmierzam? A do tego, że cała ta historia z natarczywymi spojrzeniami, to jakieś bicie piany i lanie wody. Jeśli ktoś ubiera się skromnie, to co najwyżej podumamy nad pięknem twarzy (a to jest społecznie akceptowalne, normalne i nie świadczy o erotomanii), a jak się ubiera eksponując inne wdzięki? No cóż: prosi się o to, by były one podziwiane, taki sygnał wysyła ("patrz na to co odsłaniam") i nie ma się co oburzać, jeśli następuje po nim sprowokowana reakcja.

Niepokojące jest jedynie, że podobne pomysły i interpretacje pewnych zachowań lubią podchwytywać, czytający przecież gazety, politycy. Nowelizacja Kodeksu Karnego to przecież bułka z masłem. Potem jedynie czekać, jak każdy nieuwieńczony sukcesem flirt, nieudana próba podrywu itp. kończyć się będzie na sądowej wokandzie, gdzie za "natarczywe spojrzenia" będzie się ludzi penalizować. Biada wtedy nam wszystkim, bo przyrost naturalny już mamy mały, a jak tu dzieciska robić, jak strach wyrazić spojrzeniem zainteresowanie inną osobą.


 ibsen82, czwartek, 16 grudnia 2010;

Prawotwórcza sraczka

Dwa lata temu, tuż przed imprezą sylwestrową, oglądałem film o dziejach australijskich żołnierzy walczących przeciwko Japończykom w nieprzebytych lasach tropikalnych Nowej Gwinei. Dla białego człowieka dżungla nie jest najprzyjaźniejszym ze środowisk. Australijczycy, którzy wleźli do niej w mgnieniu oka, z jurnych i dziarskich wojaków zmienili się w stołówkę dla miliardowych hord bakterii, którym gratka w postaci nieodpornego nosiciela przytrafiła się pewnie ostatnio w okolicach wczesnego czwartorzędu. Gdy organizm zaczynają zamieszkiwać różni nieuprawnieni lokatorzy, dzieją się z nim dziwne rzeczy. Z całej tej historii najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, gdy jeden z żołnierzy chce się załatwić. Scena przedstawiona nad wyraz naturalistycznie. Bohatera oglądamy z profilu, wypina chudy, blady i trzęsiony gorączką tyłek by wyrzucić z siebie pod sporym ciśnieniem w czasie krótszym niż dwie sekundy, z półtorej kwarty ekskrementów o barwie brudnożółtej, a konsystencji zbliżonej do gęstej zupy. Podciąga potem gacie i idzie walczyć za króla angielskiego.

Dziwnym zrządzeniem losu, przypomniała mi się to akurat dziś, gdy trafiłem na spore opracowanie nieżyjącego już Janusza Kochanowskiego (byłego RPO). Tekst okraszony jest sporą ilością bardzo pouczających tabel i statystyk, które nawet po pobieżnej i przeprowadzonej przez laika analizie muszą nasunąć wniosek, że z Państwem Polskim jest coś bardzo, ale to bardzo nie tak.

Jeśli każda regulacja prawna to ograniczenie wolności (jeśli nie ma regulacji, wolno coś robić bez zastrzeżeń, prawo zwykle wprowadza ich dziesiątki czy setki), to stan wolności obywatelskiej w III RP (demokratycznej, suwerennej i pluralistycznej), biorąc pod uwagę ilość regulacji - rysuje się bardzo interesująco (dane za J. Kochanowskim):

W 1980 roku Dziennik Ustaw PRL (dyktatury - co należy zaznaczyć, podkreślić i zaakcentować) liczył 328 stron, liczba ustaw uchwalonych w 1983 - 25 pozycji. W 1990 w oku cyklonu zmian i transformacji, rewolucji prawie - Dziennik Ustaw rozrósł się do aż 1348 stron i ponad 100 ustaw.

W 2004 liczył już 21034 strony (dwadzieścia jeden tysięcy trzydzieści cztery strony) 250 ustaw i niemalże 2900 wszystkich aktów prawnych (rozporządzeń itd.). To nie żarty, ilość nowych aktów prawnych wzrosła sześćdziesięciokrotnie!

Pan Kochanowski porównał to do odpowiedniego dziennika urzędowego wydawanego w Wielkiej Brytanii, którego rozmiar w 2004 roku nie przekroczył 3000 stron, a i tak w opinii brytyjskich prawników było tego zdecydowanie za wiele.

Dodać warto, że średnia długość ustawy w 1980 roku wynosiła dwie strony, a w 2004 jest to już stron osiem.

W takich warunkach, dowolny rząd śmiało może sobie powiedzieć, że co nie zabronione to dozwolone, bo skoro wszystko jest regulowane, to brak już miejsca na jakąkolwiek prywatną inicjatywę.

Co ciekawe, ustawa, już powołana do życia ma przed sobą zwykle dość krótkie życie: w okresie od 1998 do 2005 roku Kodeks Pracy był nowelizowany - bagatela - 28 razy.

Bardzo żałuję, ale nie udało mi się dotrzeć do żadnych świeższych statystyk, a na liczenie ilości stron Dziennika Ustaw nie bardzo mam ochotę ani czas. Nie sądzę jednak, żeby sytuacja uległa diametralnej zmianie.

Mówi się, że nieznajomość prawa szkodzi i nie zwalnia od odpowiedzialności. Jak jednak normalny człowiek ma być w stanie przeczytać 20 tys. stron przepisów rocznie? Wychodzi 55 stron aktów prawnych na dobę - przypuszczam, że nie ma w całym 38 mln narodzie, ani jednej osoby, która by to robiła.

Trudno wskazać jednoznaczną przyczynę, dla której na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat Sejm przepoczwarzył się w australijskiego szeregowca z problemami gastrycznymi i wyrzuca z siebie błyskawicznie, wątpliwej jakości prawo. Taka sytuacja prowadzi jednak - bez wątpienia - do pewnego paradoksu.

Wyobraźmy sobie człowieka, którego wpuszczono na pole minowe z mapą na której, oznaczono położenie min. Kartograf uznał jednak, że aby łatwiej je było odnaleźć należy dorzucić trochę znaków charakterystycznych. A że poczuł doniosłość swego zadania i ciążącą na nim odpowiedzialność, chciał być jak nabardziej precyzyjny. I tak na mapie znalazły się: poszczególne kamyczki, kwiatki, kretowiska, krzewy, źdźbła trawy, mrowiska, nory myszy polnych, wyrzucone niedopałki i zapałki. Mapa, z taką ilością szczegółów stała się nieczytelna i nieszczęśnik, który ma ocalić własną skórę, nawet jeśli na początku spróbuje przy pomocy takiego udogodnienia nawigować dojdzie prędko do wniosku, że umrze z głodu nim uda się niebezpieczny teren opuścić. Chowa więc mapę do kieszeni i idzie na wyczucie - tak jakby jej nie miał. Dokładnie to samo dzieje się z prawem. Ktoś tworzy przepis, czuje doniosłość swojej misji, chce więc być bardzo dokładny, precyzyjny i jednoznaczny. Tylko, że w tym wszystkim ginie istota sprawy, a człowiek którego ma ów przepis obowiązywać machnie na wszystko ręką i postąpi zgodnie z własnym rozsądkiem i sumieniem. Może i nie byłoby to jakimś wielkim problemem, ale prawo bezsensowne, nieegzekwowane, przegadane i nieprzestrzegane - degeneruje i świadczy o nieskuteczności egzekutywy. A stąd już blisko do degeneracji i upadku państwa - tak samo jak chroniczne rozwolnienie powoduje odwodnienie i śmierć organizmu.

Złośliwie tylko zastanawiam się, czy wszystko to nie ma przypadkiem związku z faktem, że większość parlamentarzystów to z wykształcenia prawnicy. Wszak im bardziej zamieszane prawo tym więcej dla nich pracy. I pieniędzy.


ibsen82, poniedziałek, 25 października 2010; Bartosz Sowisło