Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2012

Duma z pokolenia

U zarania AD 2012 uliczne demonstracje stały się ulubioną rozrywką mieszkańców Europy Środkowej.

W Budapeszcie - wielotysięczne manifestacje to protestują, to popierają Viktora Orbana. W Bukareszcie od dwóch tygodni na ulicach stoją przeciwnicy prezydenta Basescu - których wytrwałość i upór dziwi samych Rumunów, których natura sprzyja raczej krótkotrwałym zrywom. O Grecji nie ma co nawet wspominać, bo tam demonstracja się w ogóle chyba nie kończy.
Wczoraj - dołączyła Polska. I muszę powiedzieć, że jestem z tego dumny. Dumny bo okazało się, że większość z protestujących to ludzie w moim wieku lub młodsi.
Niesamowite, bo nakląłem się na moje pokolenie, że hej: że obojętne, że niezainteresowane sprawami publicznymi, że bezrefleksyjne i niezaangażowane, że bezmyślnie głosujące na Platformę czy PiS, że żyjące wyłącznie paleniem zielska, czy (jak chce prezes Kaczyński): "piwskiem i porno".
 Konflikt o ACTA - jest czymś więcej niż protestem przeciw cenzurze czy walką z piractwem. Stał się przyczynkiem do starcia pokoleń: cyfrowego i analogowego. Pierwsze z brzegu liczby to potwierdzają: w grupie 16 - 24 lata z internetu korzysta 92% populacji. W grupie 50+ raptem jedna trzecia. I w tym kontekście  starczy posłuchać: Grasia, Boniego (który nie wie kto zarządza jego www), czy jaśnie panującego pana Premiera. Dla nich, a do wczoraj także dla mass- mediów "drugiej fali"(TV, radio), sprawa ACTA to jakiś marginalny, nic nie znaczący konflikt. Traktowany był mniej więcej tak samo poważnie jak wyniki przedwyborczych internetowych sondaży zgodnie z którymi Korwin - Mikke powinien już zasiadać w Pałacu Prezydenckim trzecią kadencję. Premier i ministrowie nie rozumieją, że przeciw nim staje "trzecia fala" - mediów indywidualnych i ich odbiorców, mediów interaktywnych, swobodnych i nieznoszących kontroli. Oddziałujących na wielu - przez wielu.
Społeczeństwo (a przynajmniej jego młodsza część) zmieniło stan skupienia i miejsce zamieszkania. Przeprowadziło się do rzeczywistości wirtualnej. Siedziałoby sobie tam spokojnie, kryjąc się przed "realem", pozwalało łupić coraz wyższymi podatkami, spokojnie przyjmowało coraz idiotyczniejsze przepisy prawa, dźwigało na karku rosnącą armię urzędników. W rzeczywistości wirtualnej, można przecież rozładować frustracje, rozerwać się, poznać kogoś, poczuć się twórcą, liderem. A tu nagle okazuje się, że ktoś pakuje się z buciorami w to wszystko i do społeczeństwa zatopionego w swoich wirtualnych sprawach dociera nagle, że aby intruza wyprosić nawet zainstalowanie na FB guzika "nie lubię tego" może nie starczyć, podobnie jak podpisanej wirtualnie petycji, spłodzenie jadowitego wpisu na bloga, czy obraźliwego komentarza na forum. Żeby obronić dom - nie można się w nim po prostu zamknąć i czekać aż wróg wejdzie do środka. I sięgnęli po dość oldschoolowy sposób wyrażania dezaprobaty: uliczną demonstrację.
Nie chciałbym nikogo zniechęcać - ale to nic nie da. Zwłaszcza jeśli organizatorzy zapowiadają wystąpienia "spokojne, pokojowe i kolorowe". Co tu dużo gadać - dla rządzących taka demonstracja to żaden problem. Popatrzą na to w kategorii festynu, czy karnawału i tyle. Jak nikt nie będzie palił opon, rozbijał obozowisk namiotowych pod Sejmem, rzucał kamieniami w Pałac Prezydencki. W najbliższym czasie wyborów nie ma - to co to kogo interesuje? Zima jest połażą, pokrzyczą i pójdą do domu, żeby nie marznąć.

Podoba się nam to czy nam się nie podoba: ACTA zostanie jutro podpisane przez polskiego Ambasadora w Japonii. Premier zapowiedział. Później umowa zostanie ratyfikowana, a Policja i Prokuratury dostaną polecenie nie zwracania uwagi na przestępstwa związane z ochroną znaków towarowych i własności intelektualnej przez rok, maksimum dwa lata. W tym czasie politycy będą powtarzać, że nic się nie stało, że cała styczniowa ruchawka na nic. A jak się vacatio legis skończy to...
Mówiąc krótko: nie kijem nas - to pałą.
Najgorsze, że władza demokratycznie wybrana - obalić taką ad hoc nie tak łatwo.

PS. Strasznie żałuję, że nie ma mnie w Polsce. Móc wziąć udział w być może jedynym masowym zrywie "przeciw" zainicjowanym przez ludzi mojego pokolenia - bezcenne!

niedziela, 18 grudnia 2011

Cyrk Palikota

Partia dziwów i cudów wszelakich (szczególnie wyborczych), w której reprezentacji parlamentarnej brak chyba tylko baby z brodą, Cygana połykacza noży i kozła, będąca przy okazji jedyną jawnie wodzowską na polskiej scenie politycznej, zdała sobie chyba sprawę, że umieszczenie nazwiska lidera w nazwie wygląda źle z czysto wizerunkowego punktu widzenia.

Ruch Palikota, bo o nim rzecz jasna mowa, ogłosił jakiś czas temu, że zmieni nazwę. Nową - chce wyłonić w konkursie. I tu, jak mawiał Wieniawa, "zaczęły się schody". Partia zamówiła kilka ekspertyz i z dwóch z nich (podaje PAP) wynika, że wykreślenie nazwy z rejestru partii, po to by w to miejsce wpisać nową, może oznaczać rozwiązanie jej samej.  Partia zawahała się i ustami rzecznika Andrzeja Rozenka uznała, że musi poczekać nieco dłużej, bo perspektywa utraty jedenastu dużych baniek dofinansowania z budżetu Państwa (czyli kieszeni podatnika) mogłaby być dla niej przykra. Tym samym idealistyczny Ruch Palikota dołącza do grona politycznych kłamczuszków, ujawniając przy okazji, że w naszym prawie o partiach politycznych ukryta jest brzydka, śmierdząca kupa.
28 października Roku Pańskiego 2011 Pan Armand Ryfiński (Ruch Palikota) w wypowiedzi dla Polskiego Radia oznajmił:

Powinniśmy zrezygnować z finansowania Kościoła przy pomocy funduszu kościelnego, zlikwidować finansowanie partii i w zamian dać pół procent więcej na organizacje użytku publicznego, Kościoły i partie, i niech co roku obywatele decydują, na co chcą przeznaczyć te pieniądze.

W czym więc problem Panie Palikot? To chcecie tej kasy czy nie?

Wejście do parlamentu partii Palikota jest dowodem na fakt, że polska demokracja już przeistacza się w ochlokrację - rządy motłochu - i jest kompromitującą porażką systemu szkolnictwa. Z badania OBOP (tu) wynika bowiem, że 2/3 wyborców tej partii to ludzie z wykształceniem wyższym i średnim, 2/3 jest mieszkańcami miast i 2/3 przed 40 rokiem życia.
Jak już kiedyś pisałem "młodzi, wykształceni, wolni z dużych miast" poszli zagłosować na partię typowo populistyczną, z nierealnym, głupim i sprzecznym wewnętrznie programem, z urągającym dobremu smakowi ślubowaniem podczas nocy powyborczej. Partię, która wprowadziła do Sejmu takiego giganta intelektu jak Robert Biedroń, który za każdym razem gdy otworzy w Sejmie buzię - kompromituje jeszcze bardziej całą tą skompromitowaną już instytucję (można poczytać tu ).
Uważam, że coś w obecnej demokracji należy zmienić. Wizja Tofflera, mówiąca o dyktaturze mniejszości już się spełnia. Sądzę, że albo trzeba wprowadzić przymus głosowania (jak we Włoszech), albo losowo wybierać proporcjonalną do absencji wyborczej liczbę reprezentantów (żeby Sejm reprezentował 100 procent społeczeństwa - a nie jak w obecnym przypadku, rządzi partia na którą zagłosowało de facto 18 proc. uprawnionych do głosowania - szczegółowe wyliczenie tutaj).
Najlepiej jednak byłoby pójść w zgoła innym kierunku i wprowadzić cenzus wyborczy: trudny test z wiedzy obejmujący ekonomię, politykę, podstawy prawa, wnioskowanie logiczne itp. - ułożony przez Sąd Najwyższy albo Trybunał Konstytucyjny lub powołaną do tego celu apolityczną instytucję, złożoną z pozbawionych prawa do głosu profesorów uniwersyteckich, z których każdy pod groźbą odpowiedzialności karnej byłby zobowiązany zachować anonimowość (żeby zminimalizować ryzyko korupcji) - każdy kto chciałby mieć wpływ na rzeczywistość musiałby zaliczyć go przed wyborami. Idę o zakład, że wyniki takich wyborów byłyby zupełnie inne niż obecne, a 90% wyborców Ruchu Palikota nie byłoby w stanie go zdać. Z korzyścią zresztą dla Polski, której "plastikowa demokracja - ochlokracja" ładnych twarzy i celebrytów w polityce - najzwyczajniej w świecie szkodzi. 
Jako, że Partia Palikota ogłosiła konkurs na nazwę - mam swoją propozycję - umieściłem w tytule wpisu.

niedziela, 11 grudnia 2011

Jak się w Polsce gasi pożar

Krótko przed świętami Wielkiej Nocy w 2010 roku zasiadłem w pierwszym rzędzie Airbusa A320 lecącego z Katowic do Madrytu. W planach miałem zwiedzić: Valladolid, Santiago di Compostela i La Corunę. Najciekawsza przygoda tego wyjazdu miała jednak miejsce na kilka minut po tym, gdy różowy samolot wystartował z Pyrzowic.

Co kibic wiezie w torbie

Obok mnie zasiadło kilku nadzwyczaj malowniczych dżentelmenów, których stroje wskazywały na sportowe upodobania, sylwetki na wiele godzin spędzonych na siłowni, a twarze na bardzo bogatą przeszłość. Czaszki mieli ogolone - w przeciwieństwie do twarzy - a upodobania kulinarno – trunkowe sprowadzały się do miniaturowych buteleczek Johny'ego Walker'a, po cztery euro sztuka, które opróżniali z zadziwiającą sprawnością i zaciekłością. Alkohol rozwiązuje języki, szybko więc postanowili się ze mną zaprzyjaźnić i wciągnęli mnie w jedną z bardziej interesujących konwersacji jakie miałem okazję odbyć w swoim dotychczasowym w życiu.

Panowie, gdy tylko prześwietlili moją przeszłość pod kątem wspierania określonych klubów piłkarskich i gdy okazało się, że pod koniec podstawówki obnosiłem się z biało niebieskim szalikiem z logo jednego ze śląskich klubów uznali mnie prędko za swojaka i przyznali się, że do Hiszpanii lecą w charakterze... przyszłych gwiazd kina. Istotnie, kilka rzędów za nami miejsce zajął reżyser i operator kamery w jednej osobie, który po nakręceniu biograficznego filmu o Ryśku Riedlu, wziął się za temat kontrkultury kibicowskiej.

Program zwiedzania mieli nieco inny niż mój. Można by go określić mianem sportu ekstremalnego: mecz na stadionie Atletico Madryt z którym to klubem ich klub trzyma europejską sztamę, ustawka w lesie koło Pampeluny i jeśli by ją przeżyli – zwiedzanie Barcelony.

Rzecz jasna, najbardziej zaciekawiła mnie ustawka – szczególnie, że wszyscy zbliżali się już na oko do czwartego krzyżyka. Na moje pytanie, czy nie są już na to za starzy, siedzący najbliżej mnie odpowiedział:

- Stary... Wiesz jaki ja potem grzeczny w domu jestem? Mam trzydzieści osiem lat, dla mnie to już końcówka, ale jaka żona zadowolona gdy się tak wyżyję poza domem. A w ogóle, to wiesz kto z nami jedzie?

- No wiem – odpowiedziałem – ten reżyser...

- No on też, ale wiesz kto z nami jeszcze jedzie? Nigdy nie zgadniesz.

Przeskanowałem przestrzeń w pobliżu w poszukiwaniu jakiejś znanej twarzy i rzuciłem nazwiskiem dość znanego piłkarza grającego w latach pięćdziesiątych w tym klubie. Obecnie będącego pewnie koło osiemdziesiątki. Łysa, poznaczona bliznami czaszka pokręciła się w prawo i w lewo.

- Mówiłem, że nie zgadniesz. Ale ci powiem – i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – Jedzie z nami... Adolf Hitler.

Zrobiłem wtedy jakąś krytyczną uwagę na temat ilości whisky, którą wypił. Ale oryginalny towarzysz podróży szybko wyjaśnił:

- Kolega, wiesz, ten co siedzi pod oknem. Jest takim trochę, no, neonazistą...

Moi bohaterowie mogą wydawać się czytelnikowi śmieszni. Dorośli ludzie tłukący się po łbach w zasadzie bez powodu, jadący do Hiszpanii z portretem Hitlera. Czy ocenilibyśmy ich jednak tak samo surowo, gdyby bili się na ulicach w interesie społeczeństwa, przeciwko zachłannym zakusom rządzących, którzy nie mają innego pomysłu na naprawę finansów publicznych jak tylko zedrzeć dodatkowe kilka miliardów z ludzi?

Ubezwładnieni internetem

W czasach w których żyjemy, w społeczeństwie w którym nas umieścił los, coraz już mniej takich ludzi. Może to i dobrze, bo na ulicach spokojniej i bez strachu można przejść przez park w nocy. Zresztą, sądząc może trochę po pozorach – moi współtowarzysze podróży nie sprawiali wrażenia takich, którzy zaatakowaliby na ulicy kogoś z chęci zysku, czy bez powodu. Wymyślili sobie jakąś dziwną jednoczącą ich ideologię opartą o klubowe barwy i uznali ją za atrakcyjną na tyle, by okładać się w jej imię po lasach łańcuchami i stylami od łopat.

W wysokorozwiniętych społeczeństwach, coraz mniej jest już idei, które pociągnęłyby za sobą ludzi tak dalece, by dali się za nie może nawet nie zabijać, ale w ogóle narażać na jakikolwiek dyskomfort. Są oczywiście wyjątki, jak choćby niedawne zajścia w Londynie, czy Rzymie. Wyjątki jednak, jak mówi przysłowie, potwierdzają regułę.

Sporą rolę w katalizowaniu negatywnych emocji społeczeństwa, pełni Internet. Ekspresja frustracji, którą dawniej realizowałoby się na przykład demolując ulice, urządzając przewroty, walcząc z policją, czy dokonując zamachu na znienawidzonym polityku, przeniosła się do sieci. Mimo wszelkich dobrodziejstw jakie niesie ze sobą Internet, stał się znakomitym wentylem bezpieczeństwa dla polityków, którzy mogą robić w zasadzie co im się żywnie podoba bo napięcia, niechęć i agresja w znacznej mierze realizują się na forach, w komentarzach pod artykułami, czy wypowiedziami, w blogach... Przypuszczam, że gdyby nie ten postmodernistyczny Hyde Park ilość ulicznych ruchawek przeciwko postępowaniu rządzących byłaby znacznie większa. A tak: wygadają się, wywrzeszczą milcząco katując klawiatury i będzie spokój.

Coś jednak się zmienia. Mimo, że Internet w jakiś tam sposób daje możliwość neutralizacji negatywnych emocji, po niedawnym expose Tuska można odnieść wrażenie, że Rząd się boi.

Rząd się boi

Wyborcza.biz zamieściła niedawno artykuł: „Rząd zaciska pasa”. I owszem zaciska, tylko nie sobie, a obywatelom i nie pasa, a pętlę. Na szyi. O ile zapowiedzi zrównania wieku emerytalnego i podniesienie go można jeszcze jakoś zrozumieć, o tyle podnoszenie praktycznie wszystkich podatków – w tym akcyzy na olej napędowy, która wpłynie na ceny wszystkiego co trzeba transportować – to już rozbój w biały dzień. Szczególnie, że w exposee nie padło ani słowo na temat np. redukcji zatrudnienia w administracji publicznej ( a jest tych darmozjadów 640 tysięcy – cztery razy więcej niż za Jaruzelskiego i co gorsza, będą pracować do 67 roku życia, czyli trzeba im będzie dłużej płacić pełną pensję!), prywatyzacji, bądź likwidacji ZUS, czy racjonalizacji wydatków publicznych. Rząd nie oszczędza - Rząd zabiera się za rabowanie tego co obywatelom jeszcze zostało i wie, że obywatelom może się to przestać podobać. Wie Internet katalizujący frustrację nie jest rozwiązaniem ostatecznym, a jedynie środkiem, który podnosi temperaturę wrzenia, ale nie spowoduje, że wrzenie nigdy nie nastąpi. Rząd wie, że ludzie mogą w końcu wyjść na ulice Warszawy, tak samo jak wyszli niedawno na ulice Rzymu.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym samym wystąpieniu, w którym obiecuje się wszystkim ciężkie lata, podwyższone podatki i wydłużoną pracę, pod koniec padają zdania o podwyżkach dla policjantów i żołnierzy.

Kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności, Pan Prezydent po zadymie z 11 listopada proponuje nagle zakaz zasłaniania twarzy podczas zgromadzeń publicznych. Ciekawe, że dzieje się to akurat teraz, ciekawe, że nikt nie zaproponował tego przez minione dwadzieścia lat: gdy protestowali górnicy, gdy kibice podpalali stadiony, gdy Lepper urządzał zadymy końcem lat dziewięćdziesiątych. Propozycja zakazu pojawia się akurat teraz, gdy dwie małe grupki ekstremistów pobiły się w trakcie święta niepodległości, a tuż po exposee, które przewiduje na wszystkie problemy tylko jedną receptę: podnieść podatki i kazać ludziom dłużej pracować.

Teoria walki z pożarem

Są grupy ludzi, którzy muszą się wyżywać używając fizycznej przemocy, którym nie wystarczy marudzenie online, czy offline. Stanowią margines - jak moi znajomi z samolotu – gdy czasy są spokojne. Gdy jednak sytuacja się pogarsza i wini się za nią (nie bez powodu zresztą) nieudolną politykę Rządu margines się poszerza i wtedy najbardziej namacalnym przedstawicielem Władzy, któremu można wymierzyć kopa, albo rzucić w niego kamieniem jest policjant. Ten właśnie glina, stojąc w kordonie, w kasku, z tarczą i pałą naprzeciw tłumu, gdy wokół latają kostki brukowe i gdy wie, że ludzie Ci wyszli na ulice w słusznej sprawie, ma nie mieć wątpliwości, kto mu płaci i kogo ma bronić. Szczególnie, że w tłumie stojącym naprzeciw może ujrzeć sąsiada, albo kuzyna. Im więcej dostanie pieniędzy – tym mniej skrupułów i tym mniejsza pokusa, żeby nie stawić się na służbę.

Żeby tego było mało: w ramach ściślejszej integracji europejskiej, już od kilku lat funkcjonuje wewnątrz UE formacja o nazwie Eurogendfor (European Gendarmerie Force). Polska jest krajem partnerskim tego projektu. Są to siły porządkowe, które mają uprawnienia do działania na terenie dowolnego kraju sygnatariusza. Oznacza to, że jednostka francuskiej żandarmerii umieszczona na terenie Polski ma dokładnie takie same uprawnienia jak polska policja. Wniosek jest prosty: jeśli polscy policjanci nie zechcą pałować, albo polewać wodą z armatek polskich demonstracji – sprowadza się Francuzów, którzy takich skrupułów mieć już nie powinni. Jednym z trzech głównych celów Eurogendfor jest bowiem dbanie o porządek publiczny (można poczytać na www.eurogendfor.eu).

Rząd, powtórzę raz jeszcze, grozi społeczeństwu paluszkiem, daje do zrozumienia: siedźcie w domach, jeśli wyjdziecie na ulice z nieczystymi intencjami i zasłoniętą twarzą zamkniemy Was nim zdążycie cokolwiek zrobić.

Pożar na światowych rynkach zbliża się do polskich granic. Złotówka leci na łeb na szyję bez wyraźnego powodu i jeśli ta tendencja się utrzyma, wkrótce odczujemy to wszyscy przy najbliższych zakupach, gdy przyjdzie nam zapłacić więcej za pomarańcze, banany, czy jakikolwiek inny towar, który został sprowadzony zza granicy i za który importer zapłacił unijną walutą, na to nałoży się jeszcze wzrost cen spowodowany wyższymi cenami paliwa, za sprawą podatku od kopalin podrożeje energia elektryczna. Gdy ludzie zorientują się, że pieniądze w ich portfelach to coraz mniej warty papier i gdy okaże się, że jest tego papieru nie dość by spłacać kredyt mieszkaniowy zaciągnięty w obcej walucie okaże się, że siedzenie w domu i wylewanie żalów na forach internetowych nie starcza i wybuchnie pożar. Rząd Tuska nie udaje nawet, że ma zamiar próbować zapobiec temu pożarowi, szykuje się do gaszenia. A pierwsza zasada walki z ogniem mówi: walcz agresywnie.




ibsen82, niedziela, 27 listopada 2011

Kilka mililitrów spermy - czyli sprawa Piotrusia

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli tutaj i teraz. Prawomocnym wyrokiem sądu, po procesie, zgodnie z obowiązującymi procedurami odebrano matce pełnię praw rodzicielskich i przekazano je ojcu - który z całą bezwzględnością przysługujące mu prawo wyegzekwował. Mowa oczywiście o sprawie Piotrusia, którą od kilku dni żyją media.

Ojciec ma przekichane. Ojciec czyli profesor psychologii UG pan J. Cokolwiek by nie zrobił, czegokolwiek nie powiedział, obrócone zostanie przeciwko niemu. Łącznie z profesorskim tytułem, doświadczeniem dydaktycznym i akademickim, które na szpaltach zostanie opisane wyłącznie w aluzyjnym kontekście "wywierania wpływu na wyrok sądu" i niejednoznacznymi sugestiami, że sądowi strona myli się z biegłym. Niemiło pisać, ale chłopu - jeśli nie chce zrujnować sobie życia - nie pozostaje nic innego jak odpuścić. Machnąć na dzieciaka ręką i przehandlować przysługujące mu prawo do opieki, w zamian za zrzeczenie się przez matkę prawa do alimentów. Dlaczego? Jeżeli matka i jej prawnicy dowodzą wszem i wobec, iż między synem a ojcem nie istnieje już żadna więź - to jaki interes ma mieć ojciec w utrzymywaniu na swoim garnuszku obcej osoby?

Sprwiedliwie należy skwitować, że rzeczona więź rzeczywiście może już nie istnieć. W tekście "Kubuś sadysta", który opublikowałem na tym blogu jakieś pół roku temu dowodziłem - jak mi się wydaje dość logicznie - że małe dziecko jest w zasadzie dzikusem, którego relacje z otoczeniem dopiero kształtują jako cywilizowaną jednostkę. Jeśli więc dzieciak przebywał do tej pory głównie z mamą, a ta zapewne powtarzała mu po kilka razy dziennie, że może zostać zabrany do tego pana, który dla mamusi był zły, który krzyczał na nią, czy w trakcie awantur domowych się z nią szarpał - uwierzy w to prędzej czy później i biologicznego ojca, dysponującego choćby i werdyktem wydanym przez UNICEF - znienawidzi.

Prawo jest bowiem skonstruowane w taki sposób, że a priori zakłada, iż dziecku lepiej będzie z matką - ojca redukując do roli inseminatora. Ile jest przypadków, że sąd uznaje prawa ojca i dochodzi do wniosku, że dziecku będzie u niego lepiej niż u matki? Sądzę, że 10 procent jest w tym wypadku górną granicą, a w pozostałych 90 prawa rodzicielskie mężczyzny ograniczają się do spotkań raz na tydzień i comiesięcznego przelewu gotówki. Z tym, że z pierwszego zrezygnować można, a za niedopełnienie drugiego trafia się do paki. Żeby było jeszcze dziwniej - przedmiot sporu, czyli dziecko, do momentu wyjaśnienia sprawy przebywa zwykle z matką, bo to ona, z założenia, lepiej się nim zaopiekuje, dając jej tym samym możliwość kładzenia łebkowi do czaszki dowolnego dziadostwa, które uzna za stosowne.

Obecna medialna histeria w sprawie małego Piotrusia, dowodzi że i wyrok niezawisłego sądu nie jest w państwie prawa czymkolwiek wiążącym. Rozpętanie huraganu na całą Polskę, publiczne ukrzyżowanie człowieka i odpowiednie rozłożenie sympatii przez środki masowego przekazu, jeśli nawet nie doprowadzi do ugięcia się ojca, to bez wątpienia wpłynie na wyrok w drugiej instancji. Temida może i jest ślepa, ale na pewno nie głucha i ze strachu przed posądzeniami o stronniczość następnym razem wyda wyrok zaspokajający oczekiwania "publiczki onej sobaczej".

Przychodzi tylko ze smutkiem skwitować, że brak równouprawnienia w Polsce, o którym tak gardłują feministki, jest faktem - tylko że z przeciwnym znakiem niż Kazia Szczuka i Magda Środa by chciały. Skoro bowiem mężczyzna, który pokłócił się ze swoją partnerką nie ma możności decydowania (nawet w świetle prawa) o dalszych losach kilkunastu mililitrów swojej spermy, która wykiełkowała w łonie kobiety w nowe życie, to coś z tym równouprawnieniem jest rzeczywiście nie tak. Do całej sytuacji najlepiej chyba przystaje filozofia babki Pawlaka z "Samych swoich": Sąd - sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

Zresztą, jak już do znudzenia powtarzam i ta sytuacja jest dowodem ciężkiej choroby na jaką cierpi demokracja: przestała być bowiem rządami większości, a stała się rządami słabych, rządami miernot i mniejszości. Od pewnego bowiem czasu, odnoszę wrażenie, że powininem się wstydzić, że urodziłem się białym, heteroseksualnym mężczyzną, gdyż jako taki odpowiedzialny jestem za wszelkie kataklizmy tego świata, z czarną ospą i hemoroidami włącznie. Na murzyna muszę uważać, by nie powiedzieć, że murzyn, na geja, że ciota, a na kobietę, że baba. Do tego przychodzi mi pracować dłużej niż kobietom, a gdy przychodzi do opieki nad moim dzieckiem - nic do gadania nie mam.

Panie profesorze! Odpuść Pan sobie i to nie dlatego, że nie masz Pan racji, ale dlatego, że żal mi Pana, chociaż nigdyśmy się nie spotkali. Szkoda Pańskiego i życia i reputacji.


 ibsen82, poniedziałek, 11 lipca 2011; Bartosz Sowisło

Marudź narodzie

Gdy dwóch Anglików lub Amerykanów spotyka się w pracy, zaraz po powiedzeniu "Hallo", czy "Hi", pada sakramentalne: "How are you", na które kod kulturowy w zasadzie nie pozwala odpowiedzieć inaczej niż "Fine", "Well", czy "Good". Podobnie jest zresztą u Francuzów, gdzie "Bien" albo "Tres bien" jest jedyną dopuszczalną odpowiedzią na "Comment ca va" czy "Comment va la vie". Nieco inaczej jest w Polsce.

"Jak się masz" - powiedziane niewłaściwej osobie w naszym kraju niesie ze sobą pewne, całkiem spore ryzyko. Nigdy nie wiadomo, czy interlokutorowi nie przyjdzie do głowy podzielić się spostrzeżeniami na temat niewierności własnej żony ("a bo każdemu daje ino nie mi"), zdrowia teściowej ("mamusi się obumarło, jak się była na nóż siedemnaście razy potknęła"), zarobków ("gdzie ta, panie, wyżyć za te marne 10 tysięcy") tudzież rozmaitych variów, choćby na tematy związane z sytuacją polityczną ("te złodzieje, panie"). Wśród młodszej część społeczeństwa sytuacja nieco się wprawdzie poprawia: w ten jednak sposób, że najpierw mówią "w porządku", a na następnym wydechu dorzucają powyższą litanię - niekoniecznie dokładnie taką i nie w powyższym porządku, ale zwykle coś na rzeczy, czym można by się z kimś podzielić - się znajdzie. Zjawisko na tyle powszechne, że gdy ktoś zapytany o stan swojego samopoczucia i zadowolenia życiowego odpowie po prostu: "nieźle" można go zacząć podjerzewać o niedawną wygraną w toto lotka.

Polskie ponuractwo i maruderstwo, z czego wynika - nie będę dziś dochodził (choć pokrótce można chyba powiedzieć, że my taki biedny naród od wieków tępiony...), ale w świetle tego com ostatnio wyczytał stanowczo muszę dać odpór wszelkim głosom względem wymienionych wyżej cech - krytycznym. Powiem więcej: marudzenie gwarancją bytu biologicznego naszego społeczeństwa!

Jak podaje czerwcowa "Wiedza i życie": W społeczeństwach, w których duża liczba obywateli deklaruje zadowolnie życiem, dochodzi do zadziwiająco wielu samobójstw - taki wniosek wyciągnęli naukowcy z University of Warwick z Wielkiej Brytanii oraz Hamilton College z NYC. (...) Przykładem mogą być Hawaje, zajmujące drugie miejsce na liście "najszczęśliwszych" stanów i jednocześnie piąte pod względem liczby targnięć się jego mieszkańców na własne życie (...) Nowy Jork, który znalazł się na 45 miejscu pod względem zadowolenia z życia, ma najmnieszy wskaźnik samobójstw w USA.

Wnioski z badań, przyznać trzeba, rzeczywiście dość zaskakujące. Bo niby jaką racjonalną prawidłowość wyciągnąć ze sprzecznych danych? Czy nowojorczycy uważają swoją sytuację, za tak beznadziejną, że nie próbują się już nawet zabijać, a mieszkańcy Honolulu popełniają samobójstwa, w ekstatycznym transie?

Wiedza i Życie: Zdaniem naukowców decyduje samoocena. Większość ludzi dokonuje jej przez pryzmat otoczenia. Tak np. osoby mieszkające w otoczeniu bogatych sąsiadów czują się wyjątkowo nieszczęśliwe. Porównywanie się z bogatymi znajomymi nasila depresję i przyspiesza decyzję o targnięciu się na własne życie.

Może i jest to jakieś wytłumaczenie. Ja dodałbym jeszcze swoją interpretację, chyba prostszą: ocena własnej szczęśliwości, jest oceną subiektywną - ci, którzy oceniają się jako nieszczęśliwi - marudząc i narzekając uwalniają negatywne emocje, które inaczej dusiliby w sobie i które skumulowane mogłyby prowadzić do dramatycznych decyzji. Ot taki wentyl bezpieczeństwa - wygadam się, lżej mi się na sercu zrobi.

Marudź więc narodzie, bo jeszcze Polska nie umarła póki narzekamy!


 ibsen82, sobota, 09 lipca 2011; Bartosz Sowisło

Marudzenie zgreda

Powiedzieć, że obyczaje Polaków na przestrzeni ostatnich dwudziestu – trzydziestu lat się zmieniły, to jak odkrywczo stwierdzić, że słońce świeci, ogień parzy, a pies ma cztery nogi i szczeka. Czy zmieniają się na lepsze, czy gorsze – stwierdzić już trudniej, gdyż w sferze kultury każde oceniające twierdzenia, siłą rzeczy, są zawsze mocno subiektywne.

Niemniej jednak: z sondaży przeprowadzanych w połowie lat dziewięćdziesiątych wynikało niezbicie, że przeciętny mężczyzna – Polak bierze pół prysznica tygodniowo. Najnowszych danych statystycznych nie mam, ale z racji wykonywanego zawodu przebywam bardzo często w towarzystwie wielu różnych, przypadkowych osób i jeśli uznać nos za przyrząd badawczy – sytuacja bardzo się poprawiła. Podobnie jak nie widzi się już Pań z nieogolonymi nogami i niedepilowanymi pachami (choć to kwestia gustu). Polacy nie palą już na ogół gdzie popadnie, ubierają się raczej dobrze, nie plują na ulicach i w ogóle jakby się nieco ucywilizowali. W restauracjach i sklepach obsługa na ogół miła i kompetentna, nawet na drogach mniej chamstwa i kozactwa (jakkolwiek w tym punkcie byłbym ostrożny – stety niestety – ale jest to w dużej mierze zasługą tego, że po naszym pięknym kraju nie ma po czym jeździć i wszyscy, sprawiedliwie, sterczą w korkach). Zapadnaja Jewropa zastukała do naszych drzwi i bez wahania je uchyliliśmy.

Różowo jednak nie jest i to mimo, iż acan Ziutek, swojsko pachnący potem i skarpetami i imć. Zdzichu z sarmackim wąsem i takimże brzuszkiem przechodzą zwolna do lamusa, zastępowani, przez wygolonych, wypachnionych i wysportowanych Józefów i Zdzisławów. Żyjemy w kraju rozwijającym się, obiema garściami biorącym ze skarbnicy cudów techniczno – marketingowych. Takich choćby jak quad i telefon komórkowy. Z których nauczyliśmy się już korzystać – w sensie ich obsługi, ale jeszcze nie dotarło do nas jak używać ich – i nie być przy tym uciążliwym dla bliźnich.

O quadach i generowanych przez, a w zasadzie ich właścicieli problemów przeczytałem w bielskim dodatku „Wybiórczej” w tekście cokolwiek egzaltowanym acz dotykającym sedna sprawy. Bo niestety jest jak autorka pisze: quady i crossy jeżdżą po Beskidach i nie tylko, po terenach Lasów Państwowych i prywatnych polach, niszczą ścieżki, płoszą zwierzynę, hałasują i smrodzą. I w rurze wydechowej mają kary za wjeżdżanie pojazdami mechanicznymi na teren lasu, bo dla osoby którą stać na zabawkę za kilka tysięcy pięćdziesięciozłotowy mandat jest przysłowiowym śmiechem na sali.

Najciekawszą częścią artykułu były jak zwykle komentarze. Vox populi podzielił się na trzy frakcje.

W skład pierwszej wchodzili zwolennicy prywatnej inicjatywy i, pomijając jego radykalizm, zaprezentowali chyba najskuteczniejsze rozwiązanie problemu, które streścić można francuskim stwierdzeniem perdre la tete, którego praktycznym zastosowaniem miałoby być rozwieszanie stalowych linek na wysokości szyi potencjalnego zakłócacza spokoju i ciszy.

Drugą grupą byli sami quadowcy, którzy uważali, że przecież nic takiego się nie dzieje i nikomu nie szkodzą. Co bardziej porywczy odgrażali się „prywaciarzom”, a bardziej racjonalni domagali się tworzenia torów, gdzie mogliby kultywować swoje hobby.

Trzecia grupa, legaliści, twierdziła, że trzeba po prostu zwiększyć karę za naruszanie zakazu jeżdżenia po lesie, a pozyskanymi w ten sposób środkami zasilić budżety gmin.

Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pośrednie: legalno – prywatne. Poustawiać tablice na drogach wjazdowych do lasów i napisać na nich: „Zakaz wjazdu – stalowe linki rozwieszone w poprzek drogi”. I jak ktoś chce jechać – niech jedzie.

Drugi z wynalazków, podbijającym serca Polaków, a używanym w dość dziwaczny sposób, jest komórka. Nie mam zamiaru się czepiać telefonicznych pogaduch w środkach transportu, ani rozmów przy stoliku restauracyjnym. Ostatecznie telefon jest po to, żeby przezeń rozmawiać. Ale...

Przejechałem się ostatnio autobusem PKM Jaworzno. W Mysłowicach wsiadła jakaś dziewczyna w wieku gimnazjalnym. Poza komórką przylepioną do ucha nie miała chyba nic. Rozmowa, którą prowadziła, należała do nadzwyczaj rozbudowanych. Z piętnastoletnich ust padło kilkakrotnie: „no óię ci” i „no yam am”, co jak się domyśliłem miało znaczyć: „Mówię ci” i „Byłam tam” (że młodzież traci zdolność artykułowanego wypowiadania swoich myśli, jest tematem na inny raz). Dziewczę dokończyło konwersacji i odtworzyło na komórce jakiś polski hip – hop. Nie wytrzymałem i wyszedłem na zgreda - mówiąc jej, że nie mam ochoty słuchać tej muzyki i w związku z czym proponuję użycie słuchawek bądź wyłączenie urządzenia. Wywróciła oczy, że ujrzałem drugą stronę gałki ocznej i odwróciła głowę – poza tym nie reagując. Dopiero gdy nieco ostrzej powtórzyłem prośbę – usłuchała.

Babski bokser ze mnie, bo gdyby był to dwumetrowy wyrostek – pewnie bym nie zareagował ze strachu o integralność twarzy. I tu docieram do clou.

Przemiany obyczajowe, które zaszły w polskim społeczeństwie nie zmieniły drzemiącego w nas buractwa. Nadal guzik nas obchodzi, czy komuś przeszkadzamy, czy nie robimy czegoś uciążliwego. Chłopa ze wsi można wygonić – wsi z chłopa, nigdy.

Burakami jesteśmy nadal, ale zmieniliśmy się w buraków świadomych. Z jednej strony – nie pozwolimy sobie zwrócić uwagi, a jeśli już, reagujemy najczęściej mówiąc: a gdzie to jest napisane, albo wywracając oczy. Z drugiej strony – boimy się innym zwracać uwagę: czy to w trosce o własne zdrowie, czy to sądząc, że to inni, a najlepiej uprawnione służby, są od pilnowania porządku. Nie żyje już moja babcia (rocznik 1925), która wsiadając do zatłoczonego tramwaju potrafiła powiedzieć na głos do siedzących młodzików: „Siedźcie, siedźcie, na starość sobie postoicie”.

Bo niezależnie od faktu, czy jestem zapalonym quadziarzem, czy psychofanem dowolnego gatunku muzyki – powinienem pamiętać, że może jeżdżąc moją hałaśliwą maszyną po czyimś gruncie, albo po wspólnym lesie i psuję innym wypoczynek, jak i powinienem mieć na względzie, że inni niekoniecznie muszą dzielić moje muzyczne pasje.

Jeśli chcemy budować społeczeństwo obywatelskie – musimy uczyć się wzajemnie szanować, dbać byśmy potrafili sami między sobą załatwiać sporne sprawy i nie mieszać do tego Państwa. Ono co najwyżej wszystko spartoli.

Zacznijmy znów ze sobą rozmawiać. Twarzą w twarz, odważnie. Choćbyśmy się mieli przy tym kłócić.


 ibsen82, środa, 11 maja 2011; Bartosz Sowisło

Miał być Osama. Jest groźniej

Miało być o bin Ladenie. Miało i nawet było, ale nierozważnie naciśnięty przycisk "refresh" w przeglądarce obrócił wszystko na nice. O bin Ladenie, a właściwie o cywilizowanym, zachodnim, humanitarnym świecie, który na chwilę zrzucił maskę hipokryzji i ustami swych światłych przywódców oraz tzw. szarych ludzi pytanych podczas telewizyjnych ulicznych sond i który odtańczył taniec radości na wieść o odstrzeleniu bez procesu sądowego terrorysty wszechczasów. A ja powiem tak: w tonie zbliżonym do tego co mówił nasz Minister Sprawiedliwości, musiał się wypowiadać jego nieżyjący już kolega po fachu, Minister Rządu Carskiej Rosji, gdy skazano naszego bohatera narodowego Józefa P. na katorgę za udział w nieudanym zamachu na Aleksandra III. Piłsudski według wszelkich definicji był również terrorystą.

Miało, ale nie wyszło. Będzie więc o czym innym.

Tak się dziwnie składa, że większość krajów na świecie, spośród których zapewne spory odsetek ma wpisane w konstytucje wartości w stylu: wolność osobista, równość wobec prawa, szcunek dla jednostki, demokrację i wzajemne zaufanie społeczne jakoś zbytnio swoim obywatelom nie ufa.

Podobnie jak kowboj, który bydełku na boku wypalał znak właściciela, tak i większość Państw swoich obywateli znakuje. Z polskiego prawa wynika bowiem obowiązek posiadania przez każdego dorosłego obywatela dowodu osobistego. Sama nazwa, w naszym języku jest akurat bardzo trafna i oddaje doskonale istotę rzeczy. Jest to dokument, przy pomocy którego obywatel ma dowodzić kim właściwie jest.

Pech chce, że nasze polskie dowody mają dość ograniczoną wytrzymałość. Szlag je, kolokwialnie mówiąc, trafia zawsze w jednym i tym samym miejscu - powyżej paska z alfanumerycznym kodem - zwykle na skutek częstego przeciągania dokumentu przez czytniki na granicy, czasem w Urzędach, a czasem na skutek noszenia w portfelu na tyłku lub używania w charakterze drapaka do oszronionych szyb.

Stało się tak, że i mój dowód nie wytrzymał nawet połowy swojego terminu ważności i pękł wzdłuż. Trzeba więc było pokonać wrodzony wstręt i pójść do Urzędu Miasta Jaworzna.

Żeby dostać nowy dokument, trzeba wypełnić wniosek. Sam w sobie dość idiotyczny, choć to już mnie tak bardzo nie dziwi - należy na nim wypełnić tuż obok siebie datę urodzenia i PESEL (mimo że jedno zawiera się w drugim), podać wzrost, kolor oczu (które to wartości nieco sobie pozmieniałem w stosunku do poprzedniego dokumentu), a także, nawet jeśli jest się mężczyzną - nazwisko rodowe. Trzeba również dostarczyć dwa zdjęcia.

Ze zdjęciami, jak się okazało był problem. Dostarczyłem takie, na których niedostatecznie wyeksponowano mój lewy półprofil. Urzędniczka (pomijam już, że przy obecnych możliwościach technicznych i przy odrobinie zaufania dla obywateli - całkowicie zbędna) stanowczo odmówiła tak poważnego naruszenia obowiązujących przepisów, a próby przemówienia jej do zdrowego rozsądku odbiły się chyba od pancernej szyby jaką odgrodzona była od petentów. Tym sposobem 20 PLN opuściło moją kieszeń, by mógł je sobie po stronie aktywów wpisać właściciel pobliskiego atelier. Szczęśliwie, nowe fotografie zyskały aprobatę i z namaszczeniem zostały przyklejone przy użyciu kleju w sztyfcie na kolejny papier - tyle, że wypełniony przez Urzędniczkę.

Urzędnik według teorii biurokracji doskonałej, stosuje przepisy i działa w oparciu o nie. Wniosek jest taki, że jeśli mamy gówniane przepisy to i Urzędnicy są... jacy są.

Bo tak na logikę: co za różnica, który profil widać na zdjęciu? Jeśli widać na nim twarz, bez zniekształceń? Jedynym, co dyskwalifikowało moją fotografię był fakt, że nie była zgodna z PRZEPISEM. Przepisem, który jeden kretyn cierpiący na manię twórczą postanowił umieścić w prawie, a drugi stosować do ostatniego znaku przestankowego.

Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę, że inny dokument z tym samym napuszonym orłem w koronie wymaga zdjęć robionych en face (podobnie jak dowody francuskie, niemieckie, austriackie, hiszpańskie i wikipedia raczy wiedzieć jakie jeszcze). Mowa oczywiście o paszporcie. Powstaje dość interesująca sytuacja: jeśli chciałbym zrobić zdjęcia do obydwu wydawanych przez nasz kraj dokumentów, nie mogę tego zrobić za jednym zamknięciem się migawki i przyjść do Urzędu z jednym, standardowym kompletem czterech zdjęć jakie zazwyczaj daje fotograf. Czyli - trzeba zapłacić dwakroć. I szczerze wątpię, żeby ten, który wymyślił owe bzdurne wytyczne miał na myśli stymulowanie koniunktury na rynku usług fotograficznych.

Prawo wbrew temu co się powszechnie uważa, tylko w niewielkiej części tworzone jest przez polityków. Żaden minister, ani poseł nie będzie przecież pisał ustawy od początku do końca. Od tego są tak zwani eksperci, czy jak kto woli Urzędnicy różnych szczebli, którzy przygotowują projekty przepisów. Urzędnik musi czuć się potrzebny, musi się też wykazywać, a jak już kiedyś pisałem - miarą jego wydajności jest ilość tworzonych przepisów.

No i mamy: różne ujęcia fotograficzne na dokumentach, reklamy farmaceutyków, gdzie 80% czasu trwania zajmują ostrzeżenia przed skutkami ubocznymi, za chwilę wzrost ceny preparatów ziołowych, dziesiątki numerów opisujących każdego obywatela, ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, okólniki... Papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. A jako, że spora część przepisów odnosi się samych Urzędów i Urzędników, jesteśmy coraz bliżej jednego z przewidzianych bodajże przez Maxa Webera wypaczeń modelu idealnej biurokracji. Urząd nie potrzebuje mieć jakiegokolwiek przedmiotu działania, bo zajmuje się sam sobą i heroicznie zwalcza przeszkody, które sam sobie stworzył. Na co zresztą jest pośredni dowód w postaci 600 tys. etatów administracji publicznej wszystkich szczebli, na których wypłaty wszyscy uczciwie zarabiający, wytwarzający jakąkolwiek warotść dodaną ciężko pracujemy.

W Chinach, przez długie wieki najważniejszymi Urzędnikami byli Mandaryni. Poza zarządzaniem krajem, zajmowali się: filozofią, sztuką, religioznastwem, literaturą itp. Otaczał ich ogólny respekt, poważanie i szacunek. W sumie szkoda, że nasi Urzędnicy nie mają podobnych zajęć. Nie utrudnialiby życia, a i pasożytnictwa byłoby może mniej.

PS: Wszędzie gdzie pisałem Urzędnik wielką literą, robiłem to celowo. Wielki ich bowiem majestat, odpowiedzialność i ciężka praca zasługują na takie wyróżnienie. Amen.


 ibsen82, piątek, 06 maja 2011; Bartosz Sowisło

Urzędnik do podcierania tyłka

Ze strywializowanej nauki o wytrzymałości materiałów: pręt żelazny można zginać w dowolną stronę, tak długo aż naprężenia w punkcie zgięcia doprowadzą najpierw do odkształcenia jego pierwotnego kształtu, a gdy będziemy ową czynność powtarzać, do unicestwienia sieci krystalicznej w miejscu zgięcia, a co za tym idzie przerwaniu fizycznej ciągłości materiału. Dziwnie przystaje mi ten niezgrabny, sklecony na poczekaniu opis zjawiska fizycznego do sytuacji naszego społeczeństwa.

Pisałem już kiedyś, że Jaruzelski w 1981 - 1982 roku, kiedy toczył wojnę przeciw swoim własnym obywatelom, kiedy gospodarka była centralnie planowana, kiedy istniało wiele urzędów, które służyły wyłącznie do podtrzymywania przy życiu reżimu (cenzura, SB) potrzebował do tego wszystkiego jedynie 150 tys urzędników. W ciągu trzydziestu lat, liczba ludności w Polsce wzrosła o niecałe trzy miliony, a urzędnicy rozmnożyli się do 640 tys. I to mimo faktu, że gospodarki planować już nie trzeba, cenzurować również, a w każdej jednostce administracji czy to centralnej, czy samorządowej stoją komputery wspomagające pracę zatrudnionych tam ludzi, o mocy takiej o której trzy dekady temu można było co najwyżej pomarzyć.

Nasz czcigodny premier, jesienią, jakoś w okolicach wyborów do samorządów lokalnych, zaczął głośno gardłować o konieczności odchudzenia administracji. O 10%. Sejm z Senatem klepnęły nawet odpowiednią ustawę na ten temat, którą jeszcze czcigodniejszy prezydent Komorowski odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem, jak informuje nas Gazeta Praca, urzędników, czyli zawodowych przekładaczy pozbawionych jakiegokolwiek praktycznego znaczenia papierów, zamiast ubyć - przybędzie. I to co najmniej 2479. Bo tyle jest w Polsce gmin, a każda zgodnie z Rządowym programem będzie musiała zafundować sobie tzw. Asystenta Rodzinnego. Co najmniej tylu, bo gminy jak wiadomo jednakowego rozmiaru, jak i liczby ludności nie mają, więc jeśli jeden starczy na gminę, która liczy pięć tysięcy mieszkańców, to już na miasto na prawach powiatu, o rozmiarze 100 tys. przypadnie pewnie kilku. Sądzę, że liczba 5 - 6 tys. dodatkowych gęb, których utrzymanie spadnie na barki przeciętnego podatnika nie jest jakoś nad wyraz wyolbrzymioną.

Asystent Rodzinny, ma to być takie zwierzę co, i tu cytat: uczestnicząc w codziennym życiu rodziny (zwykle jest to kilkadziesiąt godzin w miesiącu) może np. zwrócić nam uwagę, jeśli do potraw dodajemy zbyt dużo soli, co jest dla dzieci niezdrowe, zasugerować udział w szkolnych wywiadówkach, jeśli wcześniej je lekceważyliśmy, wytłumaczyć, jak należy używać danych lekarstw i dlaczego warto robić badania profilaktyczne . Zaznaczam od razu, że nie pochodzi on z tekstu satyrycznego, sygnowany jest jako informacja agencyjna PAP, a ta z zasady felietonów nie publikuje. I w zasadzie można by postawić kropkę, bo do sięgnięcia po laur idiotyzmu brakuje w tekście tylko wzmianki, że asystent będzie tłumaczył jeszcze jak często należy myć zęby. Wnioski są trzy, pierwszy: Rząd, w zamian za podwyżkę podatku VAT, którą czujemy już wszyscy, funduje nam kilka tysięcy absolutnie zbędnych etatów; drugi: traktuje nas jak kompletnych idiotów; trzeci: kompromituje skuteczność i raison d'etre całego systemu, bo po kiego grzyba zatrudniać ludzi, którzy będą nas uczyć jak normalnie żyć, którzy będą nam tłumaczyć to wszystko co powinna przekazać nam szkoła, rodzina lub w ostateczności pracownik pomocy społecznej. Dodawać chyba nie trzeba, że jeśliby istniało zapotrzebowanie na taką działalność - to ktoś zrobiłby na tym już biznes, ale Państwo - jak wszystkim nam wiadomo - niekoniecznie przejmuje się kryterium opłacalności czegokolwiek.

Pod tekstem, z którego dowiedziałem się o tym paskudnym i kosztownym absurdzie, wypowiadała się jakaś internautka, dowodząca ze świętym oburzeniem, że Asystent, jest konieczny, bo mamy w Polsce wiele rodzin, które z pewnego rodzaju podstawowymi czynnościami sobie nie radzą. Niekoniecznie niepełnosprawnych, niekoniecznie patologicznych, a po prostu niezaradnych. Z wypowiedzi wynikało, że opieką Asystentów mają być objęci przede wszystkim tzw. "klienci opieki społecznej" (co jest zresztą ordynarnym nadużyciem językowym - klient bowiem płaci za towar lub usługę), czyli ludzie którym pracujące jednostki fundują już przy pomocy różnego rodzaju zapomóg czy zasiłków egzystencję. W tym samym czasie słucham w radio wypowiedzi pewnej pani, niewidzącej, która żali się nad tym, że odebrano jej pomoc pracownika pomocy społecznej - "bo oszczędności".

Ciekaw jestem, wracając do żelaznego pręta, kiedy wytrzymałość materiału ludzkiego na przegięcia ze strony Rządu się wyczerpie i coś wreszcie pęknie. Kiedy wreszcie dojrzymy i damy głośno wyraz temu, że mamy dość: absurdów, ucisku fiskalnego i marnotrastwa pieniędzy przekazywanych Państwu, a beztrosko wywalanych w niebyt. Mnie takie rzeczy już nie śmieszą, a wkurzają. I to bardzo.


 ibsen82, środa, 09 lutego 2011; Bartosz Sowisło

Nie zalewaj

W lipcu 1997 roku byłem w jednym z niewielu miejsc w Polsce, gdzie nie lało a jedynie padało. Przebywałem wtedy na wakacjach w Lubniewicach - niewielkiej ukrytej posród lasów i jezior miejscowości jakieś trzydzieści kilometrów od Gorzowa Wielkopolskiego. Wakacje wraz z nami spędzała tam rodzina z Wrocławia. Pamiętam, że siedzieliśmy koło północy w kawiarni ośrodka wypoczynkowego i jak to nastolatki wspólnie z wakacyjnymi znajomymi ryczeliśmy nad losem zalewanego nadodrzańskiego miasta. Nie pamiętam natomiast, czy było to przedtem, czy potem: oglądałem w telewizji premiera Cimoszewicza, który powiedział był o powodzianach, którzy domagali się pomocy rządowej: "Powinni byli się ubezpieczyć". Wszystkich nas wtedy, gdy na bieżąco śledziliśmy dramat zatapianej zachodniej Polski oburzyło to jak cholera. Jak się okazało nie tylko nas, bo Cimoszewicz dostał dymisję, a SLD po wakacjach przerżnęło wybory.

Wydawało mi się wtedy - piętnastoletniemu chłopcu, że niemożliwe, aby taka sytuacja ponownie miała miejsce za mojego życia. Wiara w to, że ludzie są na tyle mądrzy, by przedsięwziąć wszelkie możliwe środki i zapobiec w przyszłości tak ogromnym zniszczeniom prysła jak bańka mydlana cztery lata później, gdy wylała Wisła.

Mamy rok 2010 a ja mam na tyle doświadczenia, żeby wiedzieć iż wyciąganie logicznych wnisków z tragicznych zdarzeń nie jest sprawą tak oczywistą - jak teoretycznie być powinno. Polska ma takie ukształtowanie geograficzne, że występowanie powodzi nie jest czymś zupełnie nadzwyczajnym, czego dowodzą zarówno ubiegłe jak i dziejące się wydarzenia. Poważniejsze zalania mają miejsce średnio raz na siedem - osiem lat. Jest to tak krótki okres, że zdawałoby się nawet jedno pokolenie winno mieć na tyle wynikającej z przykrego doświadczenia wiedzy, by w końcu zacząć przewidywać i przeciwdziałać.

Przeciętny inwestor planujący zakup bądź budowę domku jednorodzinnego, może nie wiedzieć (aczkolwiek w jego interesie powinno leżeć posiadanie takiej wiedzy), że jakiś teren jest terenem tzw. zalewowym. Co oznacza, że w przypadku wysokiej wody może się obudzić w sypialni wypełnionej chlupoczącą zawartością szamb przemieszanej z wodą, błotem i fragmentami różnorakich ruchomości i nieruchomości, które fala ze sobą przywlokła. Inwestor może z różnych względów tego nie wiedzieć, ale działa domniemując dobrą wolę organów, które powołał do życia (w tym wypadku samorządów) i myśli: "jeżeli działka x została oznaczona jako budowlana, to najpewniej ktoś zastanowił się nad dającymi się przewidzieć zagrożeniami i mogę stawiać chałupę". Bierze kredyt na pół miliona, stawia olśniewające rodzinę i sąsiadów domostwo, aby rok później przeistoczyło się w akwarium na skutek "bezprecedensowego wydarzenia". Wystepującego statystycznie w Polsce raz na 7 - 8 lat. I dowodzi to nie jego głupoty, a niekompetencji organów, którym powierzył władzę i zaufał. Niekompetencji, gdyż jeśli możemy przyjąć ludzką pamięć i ludzki rozum za ułomne, to pamięć i rozum instytucjonalny, społeczny, zbiorowy (jak zwał tak zwał), tworzy się po to, by niwelowała skutki niedoskonałości pamięci naszej, jednostkowej. Jeśli tak się nie dzieje - świadczy o braku kompetencji, a skoro musimy dbać o wszystko sami, to po co nam instytucje?

Nie sugeruję oczywiście, żeby ludzi z terenów zagrożonych powodziami raz i na zawsze wysiedlać - uważam jedynie, że straty i dramaty ludzkie dałoby się zminimalizować podejmując mądre decyzje. "Panie, wybuduj pan chałupę trzy metry wyżej, bo w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat w miejscu, gdzie się pan chcesz postawić trzy razy były dwa metry wody". Jeśli komuś perspektywa pięćdziesięciu lat wydaje się ogromnie przesadna, to proszę spojrzeć na to na jakie okresy podpisuje się umowy o kredyty hipoteczne. W 1997 we Wrocławiu zalało, któreś z nowych osiedli deweloperskich. Czy deweloper zaprzestał inwestycji? Czy ludzie przestali kupować stawiane przezeń domy? Nie. Osiedle rozrosło się o ponad połowę.

Reszta tych, którzy mieszkają na terenach zalewanych periodycznie przez rzeki powinna być ubezpieczona. Tak nakazywałby przynajmnniej zdrowy rozsądek. Kilkanaście minut temu w PR I wypowiadał się ktoś z branży ubezpieczeń i podał informację, że w Polsce ledwie 30% nieruchomości ubezpieczonych jest od ryzyka zalania. I to mimo doświadczeń minionych kilkunastu lat. Składka roczna, jak podał ów pan, wynosi 260 złotych rocznie. Czyli miesięcznie jakieś 0,7 l wódki. Jest to pewnie jakaś przeciętna wartość. Sądzę, że ubezpieczyciele uzależniają wyskość składki od ryzyka wystąpienia zjawiska. Skoro funkcjonują w gospodarce wolnorynkowej, która podobno oparta jest na racjonalnych decyzjach to ryzyko zalania mnie w trakcie powodzi (mieszkam na czwartym piętrze jakieś pięć kilometrów od najbliższej rzeki) powinno być ocenione jako zdecydowanie niższe niż ryzyko podtopienia domu stojącego metr nad korytem Biebrzy. Niech będzie, że za ubezpieczenie nieruchomości trzeba zapłacić dwie flaszki miesięcznie. Tym bardziej dziwi mnie, że pojawiają się informacje w stylu: "Wiele z zalanych domów było nieubezpieczonych".

Wczoraj w "Rzeczpospolitej" Piotr Gabryel napisał komentarz pod tytułem: "Państwo i tak zapłaci", z którym zgadzam się w stu procentach. Nawiązał do wspomnianego już przeze mnie Cimoszewicza, którego chwila szczerości 1997 kosztowała stanowisko. Wydarzenia, które miały miejsce później wytworzyły w ludziach przekonanie, że cokolwiek by się nie działo, nieważne, czy szkodom można było zapobiec, czy nie - z pomocą ma przyjść Państwo. A ono nie ma przecież własnych pieniędzy. Ma nasze. Wymuszenie na państwie odszkodowań, zapomóg, czy dofinansowania to wymuszenie pieniędzy ludzi, których tragedia nie dość, że nie dotknęła, co nie miała prawa dotknąć, to innymi słowy wymuszenie solidarności społecznej. Wymuszanie czegokolwiek, to najkrótsza droga by najbardziej szczytną nawet ideę zohydzić (przynajmniej w Polsce). Do prawdziwej, wynikającej z poczucia słuszności solidarności społecznej mamy jeszcze dalej niż do Obłoków Maggelana. Więc, póki nie zbliżymy się do niej na połowę choćby dystansu jedyną metodą ratowania się przed klęskami jest się - po prostu - ubezpieczyć, czyli uniezależnić zarówno od łaski państwa, jak i współobywateli. Grupa ludzi, którzy żyją w poczuciu określonego ryzyka, składa się regularnie i gdy najgorsze nastąpi, korzystają z odłożonego kapitału. To zdecydowanie tańsze niż trzymać zachomikowane pół dużej bańki na nowy dom w razie czego.

Przypomniała mi się "doktryna szoku" i jej praktyczne zastosowanie - potraktowanie kataklizmu, jako koła zamachowego rozwoj. Bo zdawać sobie trzeba sprawę, że poza tymi co właśnie ręce załamują, są i tacy co ręce zacierają. Taka powódź to wszak świetny biznes. Kilkanaście tysięcy ludzi, którzy być może nie planowali większych robót przy domach niż okresowe malowanie płotu, będzie musiało sięgnąć głęboko do skarpet i wydać pieniążki na materiały budowlane, na firmy remontujące. Powstanie może wreszcie jakaś zapora, albo zmodernizowane zostaną wały przeciwpowodziowe. Kilkuset deweloperów, którym już bankructwo zaglądało w oczy powitało pewnikiem opady deszczu niczym mannę z nieba. Banki udzielą nieco więcej kredytów niż się spodziewały, popyt globalny wzrośnie, a wraz z nim PKB. Nic tylko się radować i czekać następnej powodzi, albo innego ludzkiego nieszczęścia, na którym można trochę pieniążków do kabzy dorzucić. Pytanie tylko, drogi czytelniku, jeśli masz pecha być powodzianinem, czy będzie to dla ciebie 260 złotych rocznie, czy oszczędności życia, które chciałeś podarować córce jako wiano.

No i wyszedł mi cholera tekst, który mogłoby sponsorować PZU. Nie do końca zamierzenie.

Dodatek:

Jest 22 maja 2010 i woda z Odry właśnie wlewa się do Kozanowa - owego wrocławskiego osiedla o którym pisałem. Według relacji mediów najbardziej ucierpiały nowo wybudowane (po 1997 roku) budynki. Ciekaw jestem czy za rok w tym samym miejscu powstaną kolejne domki jednorodzinne.


 ibsen82, czwartek, 20 maja 2010; Bartosz Sowisło

And I ride, and ride, and ride...

Na ten wpis zbierało mi się już od dawna. Głównie z tego powodu, że zawodowo zajmuję się transportem, ale nie tylko - często zdarza mi się podróżować po kraju, a nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że przypomina to boleśnie jakąś smutną tragifarsę.

Bardzo dużo mówi się od jakiegoś czasu o zrównoważonym rozwoju, że trzeba dywersyfikować rodzaje transportu. Zachęcać do korzystania z pociągów, autobusów, nawet samolotów, bo to tańsze, bardziej ekologiczne i wygodniejsze.

Co do wygody - kwestia gustu, pociągi są nieklimatyzowane, na korytarzach śmierdzi dymem papierosowym, kible takie, że strach siadać, a i współtowarzysze podróży niejednokrotnie pozostawiają wiele do życzenia.

Z bezpieczeństwem też w nich różnie bywa. Czasami wprawdzie trafia się SOK albo jakaś prywatna firma ochroniarska, ale raczej okazjonalnie. Konduktorzy boją się własnego cienia - co przy ich zarobkach jakoś mnie nie dziwi. Tyle dobrze, że nasza armia przeszła już na zawodostwo - przynajmniej nie ma periodycznie wracającej na wolność rezerwy, która potrafiła bardzo skutecznie uprzykrzyć najmilej zapowiadającą się podróż. Niestety nie zanosi się na to, żeby zlikwidowano w Polsce rozgrywki ligowe w piłce nożnej i towarzystwo kibolstwa trzeba jeszcze czasami ścierpieć.

Człowiek może ponoć wiele znieść, szczególnie jeżeli działa pod presją materialną. Toteż większość z podróżujących koleją przymyka oko na smród, brud i hałas, licząc na to, że przynajmniej koszt podróży będzie niewygórowany. No i tu niestety niemiła niespodzianka. Kilka dni temu zniknęło Inter Regio, a za kilka tygodni nie będzie już de facto TLK (od 1.06 ma zostać usuniętych 40 - 50 połączeń). Tych dwóch przewoźników oferowało naprawdę tanie połączenia, tyle że jak się okazuje, nie płaciło właścicielowi torów za ich użytkowanie. Wkurzyłem się bardzo, gdy któregoś ranka gość Tadeusza Mosza w TOK FM zaczął wyśmiewać któregoś z protestujących przeciw likwidacji połączeń podróżnych. Jak stwierdził ów pan: "Czy ci ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że te połączenia to było okradanie kogoś i tak tanie bilety były jedynie z tego powodu, że przewoźnik nie płacił za korzystanie z torów? Czy im się wydaje, że to ich niezbywalne prawo do taniego podróżowania?" Ano właśnie nie zdają sobie sprawy i w sumie nie widzę dobrego wytłumaczenia dlaczego miałoby to kogokolwiek obchodzić. Z punktu widzenia pasażera to bardzo proste: kupuję bilet, wsiadam i jadę. Co do drugiego zarzutu, to chyba jest on kierowany do niewłaściwej osoby. Ostatecznie to nie anonimowy podróżny, a podpuisujący się imionami i nazwiskami naukowcy, biznesmeni i politycy mardzudzą od lat, jak to bardzo jesteśmy jako społeczeństwo nieruchawi, nieelastyczni i niechętni do poświęceń dla pracodawcy. Większość ludzi podróżuje dlatego, bo musi, a nie dlatego, że sprawia im to frajdę. A musi dojechać do pracy, wrócić do domu na weekend, jechać na uczelnię, albo załatwić jakiś zawodowy interes. Ktoś kto decyduje się na cygański tryb życia, spełnia tak naprawdę życzenie o mobilnym społeczeństwie, a skoro taka wartość jest pożądana przez rządzących i dających pracę - to powinien być za nią nagradzany, a nie karany likwidacją taniego połączenia.

Taniość. Połączenie kolejowe z Katowic do Gdańska kosztuje ekspresem jakieś 120 złotych. (ekspres to oczywiście czysta ironia, bo jedzie się w najlepszym razie ponad 7 godzin, na trasie raptem 540 km). Czteroosobowa rodzina wyda na taki przejazd 392 złote w jedną stronę (dzieci mają zniżkę - chyba 37%) 784 PLN w dwie. Koszt przejazdu samochodem (policzę taki jak mój, paliwożerny SAAB 900 około 9 l benzyny na 100 km) 218 PLN w jedną stronę, 436 w dwie. Prawie dwa razy taniej. Oczywiście, rodzina może wybrać zwykły pociąg pospieszny, który kosztuje około 70 złotych od osoby, ale wtedy będzie jechać już 11 godzin. To nie jest tanio.

Podróż z Katowic do Gdańska to jeszcze mały pikuś. Da się tą trasę przejechać bez przesiadek. Spróbujcie kiedyś, drodzy czytelnicy, znaleźć połącznie z Gdańska do Białegostoku. Nie mam możliwości teraz sprawdzić dokładnie, bo strona PKP jest w trakcie przebudowy, ale o ile mnie pamięć nie myli przesiadać się trzeba ze trzy razy. I na pokonanie tych marnych 400 km strawić cały dzień. Dlaczego? Bo trzeba przejechać granicę. Wprawdzie od 70 lat już jej nie ma (najpierw z Wolnego Miasta Gdańsk do Polski, potem do III Rzeszy, a potem znów do Polski), czego PKP od 1945 zdawała się tego nie zauważyć. Nasza sieć kolei to w większości linie wytyczone jeszcze za czasów gdyna mapie istniały: II Rzesza niemiecka, Austro Węgry i Cesartwo Rosyjskie. A Polska nazywała się Привислинский край (Priwislinskij kraj) I leżała w granicach Imperium ze wschodu. Sądzę, że korzystając z dzisiejszej mapy sieci kolejowej dałoby się z grubsza te XIX wieczne granice wykreślić.

No to jak nie kolej, to może samolot. Tu sprawa wygląda jeszcze ciekawiej. Weźmy znów na tapetę podróż z Katowic do Gdańska. Otóż nasz narodowy przewoźnik LOT połączenia bezpośredniego nie oferuje. Oferuje za to połączenia ze wszystkich portów regionalnych do Warszawy. To z kolei wynika przypuszczalnie z tego, żeby regionalni urzędnicy mieli możliwość szybkiego dojazdu do miasta stołecznego. Połącznie w jedną stronę według najnowszej promocji kosztuje 100 złotych. Pięknie, tylko że koszt dla jednej osoby podróży tam i z powrotem do Gdańska to już cztery stówki i to z koniecznością przesiadki w Warszawie. Najśmieszniejsze jest to, że lot z Warszawy do Pyrzowic to rzeczywiście moment - chyba nawet nie 40 minut. Ale na check in trzeba się stawić już około 2 godzin przed wylotem, czyli całość podróży zajmuje 2h40min. A w tym czasie bez większych problemów da się do stolicy dojechać samochodem. Ludzie o tym wiedzą, na pusto nie ma co latać, więc loty ze śląskiego portu do Warszawy są notorycznie kasowane, a nieliczni pasażerowie dowożeni do celu swojej podróży busem. Nie zraża to jednak kierownictwa LOT-u, które z wielką pompą otworzyło trzecie w ciągu dnia połącznie Pyrzowice - Okęcie.

Wygląda na to, że ze wszech miar jesteśmy skazani na transport drogowy. Jeśli chodzi o autobusy, nie będę się wypowiadał, bo bardzo rzadko korzystam z tego środka transportu, choć i to nie bez powodu. Być może byłby to atrakcyjny środek lokomocji na dłuższych dystansach, tylko, że nikt nie wpadł na to, żeby umieścić gdzieś w internecie w miarę kompletnej tablicy połączeń obejmujących różnych przewoźników. Trzeba się przegrzebywać przez setki stron różnych przedsiębiorstw i wyszukiwać na własną rękę połączenia. Ot minus decentralizacji i prywatyzacji. Dla mnie wystarczająco duży, żeby machnąć na autobusy ze zniecierpliwieniem ręką.

Aby jednak korzystać z transportu drogowego, konieczne są, uwaga, drogi. Problem polskich autostrad znany jest już od dwóch dziesięcioleci, analizowany na wszystkie możliwe strony, opisywany i krytykowany.

Pomogę sobie nieco liczbami. W 1989 na 10 obywateli przypadał mniej więcej jeden samochód. Obecnie aut jeździ po polskich, pożal się Boże, drogach 20 milionów, a to oznacza że na 10 mieszkańców przypada samochodów 6. Czyli przyrost o 600%. Ilość dróg opisuje się zwykle tzw. gęstością sieci, czyli ilości km bieżących dróg na każde 100 km kwadratowych powierzchni kraju. W 1989 roku wskaźnik ten wynosił 50 km/ 100km2, w 2006 80km/100 km2. To i tak niezły wzrost, chociaż mający się nijak do dynamiki przyrostu pojazdów. Problemem jest jednak nie tyle ilość a rodzaj i jakość dróg. Bo co z tego, że we wsiach wyasfaltowano drogi polne, co zwiększyło nam gęstość, skoro żeby przejechać z miasta A do miasta B nadal jest jedna tylko nie modernizowana, a łatana tylko jednopasmowa droga.

Żeby nie być niekonstruktywnie krytycznym. Polska z racji swojego położenia geograficznego ma przerąbane nie tylko z powodów politycznych, będąc od czasu do czasu najeżdżana to ze wschodu, to z zachodu. Leżymy również dokładnie na granicy dwóch potężnych zjawisk klimatycznych - niżu atlantyckiego i wyżu syberyjskiego. Praktyczny skutek takiego położenia, to często zmieniająca się pogoda zimą - odwilże przeplatane surowymi mrozami, w zależności od tego który układ atmosferyczny bierze akurat górę. Efektem jest to, że jesteśmy krajem w Europie w którym w ciągu zimy następuje największa ilość przejść temperatury przez zero. Ciągnie to za sobą oczywiste konsekwencje. Woda w stanie ciekłym znajduje najdrobniejsze szczeliny, w które wsiąka, a gdy przychodzi mróz zmienia stan skupienia i przy okazji objętość, rozsadzając ze skutecznością dynamitu warstwy asfaltu. To w połączeniu z nadmiernym ruchem powoduje, że nasze drogi przypominają poligon artyleryjski. A każdy właściciel samochodu, który robi przebiegi większe niż 20 tys km rocznie, musi rok w rok wymieniać poszczególne elementy zawieszenia.

Pozwolę sobie wrócić do przykładu podróży z Katowic do Gdańska. Pokonywałem tą trasę samochodem wielokrotnie. Najszybciej udało mi się zajechać w 5h 45min, najwolniej 11h. O ile pierwszy wynik możnaby uznać za satysfakcjonującą europejską średnią, o tyle drugi woła o pomstę do nieba. Z jedną małą uwagą. Tą europejską satysfakcjonującą średnią w Niemczech pokonywałbym jadąc sobie sennie 110 km/h prawym pasem po autostradzie i oglądając z nudów film na mp4, a nie narażając życie swoje i innych, wyprzedzając co chwilę inne samochody i ryzykując utratę prawa jazdy za liczne wykroczenia drogowe.

Z Katowic aż do Łodzi wiedzie miła dwupasmówka, po której można całkiem wygodnie pomykać i 150 - 160 na godzinę, przeistaczająca się przed samą Łodzią w autostradę, z jakiegoś powodu bezpłatną. Później procentowo najwięcej czasu zajmuje przebicie się przez Łódź, Zgierz i Emilie, aby dalej tłuc się przez ponad 200 km jednopasmową drogą przez połowę województwa łódzkiego i całe kujawsko - pomorskie. Na Pomorzu jest już od jakiegoś czasu lepiej, bo ostatnie 100 km pokonać można autostradą A1, tyle, że za tą przyjemność trzeba słono zapłacić.

Na dwupasmówkach też nie jest tak różowo jak mogłoby się wydawać. Ta do Łodzi nie ma bezkolizyjnych skrzyżowań i naustawiane jest na niej pełno ograniczeń prędkości, a polscy kierowcy ciężarówek mają w 90 % jakieś sportowe zacięcie, polegające na tym, że wyprzedzają się wzajemnie, mimo że różnica prędkości między nimi to mniej więcej jeden km na godzinę. Pewnie sie narażę, ale skoro nie da się już inaczej, to powinno się im zakazać opuszczania prawego pasa przy prędkości powyżej 70 km/h. Tylko jak to wyegzekwować?

Budowanie autostrad w Polsce, to kpina, każdy o tym wie. Jeszcze większą kpiną jest obecna sytuacja w okolicach Jaworzna na Śląsku. Otóż jak się okazuje, Stalexport miał zagwarantowane w umowie koncesyjnej, że Rząd RP nie będzie modernizował dróg równoległych do standardu, który mógłby być dla autostrady konkurencją. Ćwierkały o tym wszystkie wróble w Jaworznie już od dawna, ale sprawa wybuchła, gdy Prezydent miasta, wkurzony tym, że mu ciężarówki centrum rozjeżdżają postanowił wybudować obwodnicę. Chciał na to kasę z UE, którą miał mu pomóc załatwić Rząd. A ten bez podania przyczyny pokazał figę. Pomijam już fakt, że A4 już jest słabo drożna (ciężarówki!), ale czy to normalne, żeby w demokratycznym ponoć państwie podpisywać jakieś tajne protokoły?

Pozostaje mi żyć tylko nadzieją, że jeszcze za mojej kadencji na tym świecie przejadę kiedyś całą Polskę z góry na dół w ciągu sześciu godzin, a do Szczecina nie będę musiał z Katowic jeździć przez Berlin. Mam przed sobą jeszcze jakieś 40 lat. Może się uda.


 ibsen82, piątek, 07 maja 2010; Bartosz Sowisło

[*]

Nie lubię polityków. W sumie osobiście znam może kilku. Ale przez to, że patrzą na nas niemal każdego dnia z telewizorów, że dzień w dzień cytuje się to co mówią stają się w jakiś nieokreślony sposób bliscy.

Dzisiejsza katastrofa pod Smoleńskiem, uzmysłowiła mi tą irracjonalną bliskość jeszcze bardziej. Dawno już nic mnie tak nie zaszokowało.

Co robili, dobrze czy źle, czy poglądy mieli sensowne czy bzdurne - cześć ich pamięci!


 ibsen82, sobota, 10 kwietnia 2010; Bartosz Sowisło

Co się patrzysz - Pan Klaudiusz Sevkovic zaprasza

Po dłuższej przerwie dziś odrobina prywaty. Wiosna przyszła, więc wychynąłem sobotnim wieczorem z domu, by wybrać się do jednego z najpopularniejszych ostatnio katowickich klubów. Klub jak klub, za głośna muzyka, za drogie drinki, obsługa ścigająca mnie po całej knajpie, bo miałem na sobie bluzę z kapturem. W jednej z lóż siedział ekscelebryt Klaudiusz Sevkovic (ten kucharz z Big Brothera) i kilku jego kolegów w identycznych jak on jasnych garniakach ubranych na czarne podkoszulki, pili, oczywiście jacka danielsa. Od czasu do czasu wysyłali któregoś z nich na salę w charakterze pośrednim między nagonką a przynętą na ryby. Co bardziej wyrozbierane dziewoje były zaczepiane hasłem - "Pan Klaudiusz Sevkovic zaprasza do stolika"...

Zdziwiony byłem metamorfozą, jaka zaszła pośród rodzimego dresiarstwa. Kluby, ustawiając na bramkach tak zwanych selekcjonerów - czy im się to podoba, czy nie - zwiększają obroty co droższych firm odzieżowych. Dżentelmeni, których fizjonomie przywodziły na myśl skojarzenia z wygodnym strojem sportowym i adidaskami - powciskali się w koszule kroju "slim fit" i spodnie biodrówki. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo malowniczo prezentowało się owo metroseksualne odzienie na pozbawionych szyi ramionach i jak filuternie kontrastowało ze złotym łańcuchem - krowiakiem oraz opalenizną - efektem ciężkiej pracy lamp UV.

Na imprezie w gruncie rzeczy nuda. Jestem chudeuszem i szkoda mi pieniędzy na drinki po dwie dychy sztuka, wysączyłem więc przez całą noc ze cztery "Peroni" (7 złotych za 0.33), a gdy muzyka mi już ani w śpiewie, ani w tańcu nie przeszkadzała, udałem się pląsać na parkiet, wzbudzając zainteresowanie ochroniarzy, którzy z uporem godnym lepszej sprawy odsyłali mnie do szatni, abym zdjął wspomnianą już okapturzoną bluzę (co musiałem zresztą po jakimś czasie uczynić).

Gdzieś koło drugiej w nocy, byłem świadkiem małej utarczki między dwiema tlenionymi, młodymi damami. Początkowo spoliczkowały się kilkaktrotnie, poprzepychały trochę, a na koniec solidarnie przywaliły mężczyźnie próbującemu je rozdzielić. Jedna z nich ubrana była w tak bardzo "małą czarną", że projektant uznał za zbędne przyszycie do niej ramiączek. A że i dziewczyna uznała za podobnie zbędne ubieranie biustonosza, więc w ferworze walki, na jakieś pół minuty, ukazała wszystkim swój całkiem kształtny i co (przynajmniej dla mnie) zaskakujące, naturalny biust, rozmiaru, pi razy oko, solidnego D. Tym, jakże budującym epizodem zakończyły się atrakcje wieczoru.

Koło piątej rano wsiadłem do autobusu jadącego do mojego miasta. Kupiłem bilet i walcząc ze snem, gapiłem się przed siebie. Pech chciał, bo na linii mojego wzroku siedział pewien mężczyzna, około trzydziestki, ze sporą ilością biżuterii powbijanej w różne miejsca na twarzy. Jeszcze większy pech chciał, że był w towarzystwie dwóch kolegów, z których jeden usilnie adorował jakieś panny, a drugi zajęty był kontemplacją śląskich krajobrazów. Obok nich siedział jeszcze kontroler biletów - póki co incognito.

Od dłuższego czasu przemieszczam się samochodem i większość czasu spędzam w miejscach, gdzie ludzie na ogół są przyjaźni. Żyję, w może za bardzo wyidealizowanym świecie, w którym sobie wierzę i chcę wierzyć, że ludzie z gruntu rzeczy są dobrzy. Dopiero za trzecim razem dotarło do mnie, że dżentelmen z kolczykami w twarzy mówi do mnie przepiękną skądinąd śląszczyzną: "Czego się kurwa patrzysz. W okno się patrz albo w podłoga. No, w okno się patrz, pedziołech!". W moim głupim wyidealizowanym świecie patrzenie na kogoś nie podlega ani karze, ani nie jest w żadnym wypadku objawem agresji. W moim głupim i wyidealizowanym świecie patrzy się - gdzie się chce. W moim głupim, wyidealizowanym świecie mówi się to, co się myśli. Tak i zrobiłem tym razem.

Czytelników liczących na to, że nastąpi teraz dynamiczny opis mordolejstwa, muszę niestety (a na moje szczęście) zawieść. Nie pobił mnie. Nawet na chwilę odpuścił. Kilka minut nie działo się nic nadzwyczajnego, poza tym tylko, że uaktywnił się kontroler. Posprawdzał bilety, poszedł na koniec autobusu. W tym czasie adorator postanowił nawiązać ze mną jakąś pogawędkę. Nie pamiętam już, co powiedział, ale poirytowany odparłem mu, żeby mi dał spokój. Nie uszanował mojego prawa do spokoju. A że chyba trudno mu było znaleźć jakiś inny temat do konwersacji, zaczął głośno komentować moje domniemane życie seksualne - kreując przy okazji nowe reguły anatomii i fizjologii ("sperma ci tryska z twarzy"), orientację seksualną ("ty pedale, ruchają cię w dupę jak chcą"), wykształcenie ("pewnie jesteś jakimś spedalonym studencikiem politologii" - swoją drogą, czy ja mam to na twarzy wypisane?), a także ewentualnego użycia mnie w charakterze środka utrzymywania czystości ("ty szmato"). Zapomniałem o zasadzie, że nie ma sensu z takimi ludźmi w ogóle gadać. Początkowo powtarzałem po prostu żeby się odczepili, później użyłem ich kodu językowego, sugerując wprost, żeby się odpierdolili. Nerwy do reszty mi puściły, gdy zaczęli zastanawiać się nad profesją mojej matki i przestałem już kontrolować, co mówię i jak mówię. Ignorowanie też niestety nic nie dawało. W obronę wzięły mnie adorowane dziewczyny, które stwierdziły: "jesteście mądrzy, bo jesteście we trzech na jednego".

Najbardziej logiczne wydało mi się poproszenie o pomoc. Kogo prosić o pomoc w autobusie? Kierowcę. Niestety, gdy wyraziłem życzenie, by wezwał policję, usłyszałem: "sam se pan dzwoń".

Panowie, którzy ewidentnie, z nieznanych mi powodów usiłowali sprowokować mnie do bójki, co przyniosłoby pewnie pożałowania godne rezultaty, w końcu osiągnęli cel swojej podrózy (Mysłowice kościół). Na pożegnanie jeden z nich napuł mi prosto w twarz. Wysiedli.

Upokorzony i wściekły podszedłem do kierowcy i zażądałem podania imienia, nazwiska i numeru służbowego. Chciałem bowiem złożyć zażalenie za zaniedbanie bezpieczeństwa pasażerów, którego moim zdaniem się dopuścił. W kierowcę jakby diabeł wstąpił, rozdarł się na mnie, że chyba mnie "cycki swędzą", że "sam jestem sobie winien", że "jakbyśmy się bili, to on wezwałby policję". Ostatecznie, upokorzony i żegnany nieprzychylnymi komentarzami innych pasażerów ("czego się rzuca", "nic się przecież nie stało") wysiadłem z autobusu pięć kilometrów przed przystankiem docelowym i resztę trasy pokonałem na piechotę.

Do jaworznickiego PKM napisałem skargę i ciekaw jestem odpowiedzi.

Teraz garść wniosków.

Pierwszy: definicja buractwa. Nie ma czegoś takiego. Bo czy buractwem można nazwać ubranych bez gustu "karków" w dyskotece? Można, ale dla ochrony klubu, w którym spędziłem noc, byłem burakiem, bo miałem na sobie bluzę z kapturem. Nieistotne, że oni sami przypominali alfonsów i wykidajłów z amerykańskich seriali kryminalnych z lat 80. Ktoś powiedział im oraz selekcjonerom, że sportowe obuwie, bluza z kapturem i dres to synonim buraka i kogoś takiego należy tępić. Dla mnie burakami byli mężczyźni, którzy zaczepili mnie w autobusie, mimo, że w sumie strój żadnego z nich na to nie wskazywał. Dla kierowcy burakiem byłem ja, bo śmiałem go prosić o imię i nazwisko. Stary truizm mówi, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i w przypadku zjawiska "buractwa", zdaje się stuprocentowo potwierdzać.

Drugi: bezpieczeństwo w Polsce to nadal mit. Policja na każdym rogu ładuje mandaty, za co popadnie, ale gdy przyjdzie co do czego, nie można oczekiwać, że ktoś pomoże i ją wezwie. Czemu nie dzwoniłem sam? Bo podobnie jak większość Polaków żyję w przeświadczeniu, że to nic nie da, że pojawienie się policji tylko pogorszy sprawy. A poza tym, jaką miałem mieć gwarancję, że gdy tylko wybiorę numer, nie przejdą do rękoczynów?

Jako dziecko miałem złamany nos przez chuligana, jako nastolatek kilkakrotnie zostałem pobity tylko za to, że przeszedłem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie albo powiedziałem coś, co się komuś nie spodobało. A gdy się wskaże komuś, kto żebrze na ulicy o papierosa, sklep i powie, że tam sobie może kupić - znaczy wywyższa się i mądrzy. Zwierzątka homo sapiens mają na to jedną odpowiedź - w ryj.

Co więcej, ktoś domagający poszanowania się swojego prawa (w tym przypadku do bycia traktowanym w sposób nieuwłaczający jego godności), sam traktowany jest jak łobuz, a dla postronnych ludzi jakiekolwiek próby wyegzekwowania tego prawa są po prostu "rzucaniem się", "burzeniem", które mogą skwitować stwierdzeniem: "w dupie się poprzewracało od nadmiaru praw".

Trzeci: Zwierzątka. Przyjrzałem się całej sytuacji autobusowej, z punktu widzenia antropologa.Wprawdzie nim nie jestem, ale znam podstawowe założenia tej nauki. Dlaczego wszyscy w tym kraju znają utarte już powiedzenie: "Co się kurwa gapisz?", "Co się patrzysz?" i wiedzą od razu, że muszą grzecznie spuścić wzrok, a najlepiej przeprosić albo się postawić i być gotowym na to, że twarz zostanie pozbawiona integralności. Co tak naprawdę jest złego w patrzeniu na kogoś? Reakcja "co się, kurwa, gapisz" na spojrzenie to czysty przykład zezwierzęcenia. Turystom zaleca się, gdy spotkają w górach niedźwiedzia, położyć się na ziemi. Dla niedźwiedzia postawa wyprostowana jest postawą walki. Dla agresywnego psa spojrzenie w oczy to prowokacja eskalująca agresję. Homo sapiens jest istotą biologiczną i tylko zinternalizowane wzorce kulturowe powstrzymują nas od tego, byśmy, na przykład, zabierali się do kopulacji z jakąś fajnie wyglądającą samicą - nie bacząc na to, co ta samica ma do powiedzenia w tym temacie.

Czwarty: bezpieczeństwo a godność i wolność. Moja matka, gdy opowiedziałem jej o całej sytuacji, zaraz stwierdziła: "a po cholerę łazisz gdzieś po nocy", "trzeba się było przesiąść" itp. OK, wszystko to powinno sprawić, że byłbym bezpieczny. Ale czy o to chodzi w funkcjonowaniu w społeczeństwie, żeby przemieszczać się wyłącznie z chronionego osiedla, do chronionej pracy, potem taksówką do chronionej galerii handlowej? Czy naprawdę zwykli ludzie muszą się bać wychodzenia w nocy z domu? Policja, ochrona czy monitoring są tylko ułudą bezpieczeństwa. Mirażem, na rzecz którego pozbywamy się coraz więcej swojej wolności. Prawdziwie bezpieczni będziemy dopiero wtedy, gdy większość z nas będzie odczuwała niczym niewymuszony szacunek do drugiej osoby, dla jej życia, poglądów. Jak to zrobić? Nie wiem, ale na pewno jest to zadanie na całe pokolenia.

Pewnie, że na reakcję "co się, kurwa gapisz" można zacząć patrzeć w okno, ale niby czemu?

Piąty: studenci. Nawet nie bardzo mnie zdziwiło pogardliwe wyrażanie się jednego z napastników. Jest to zakorzenione w myśleniu, metaforycznie mówiąc, "chłoporobotnika". I uważam, że ta pogarda dla ludzi lepiej wykształconych jest największą zbrodnią, jakiej komuna się dopuściła na polskim społeczeństwie. Górnik, który jechał w 1968 roku, w czynie społecznym prać studentów protestujących przeciw zdjęciu "Dziadów", tkwi w skórze niemal wszystkich "chłopków - roztropków". Uczeń zawodówki, który dostawał więcej stypendium niż nauczyciel wypłaty - a nie umiał podpisać się bez błędów ortograficznych, nie był niczym nadzwyczajnym. Komuna, utwierdziła ich wszystkich, że to oni są lepsi, oni są ważniejsi i nie muszą mieć żadnego szacunku dla czyjejkolwiek wiedzy bądź wykształcenia bo w ich rozumieniu liczy się tylko "kasa" i "siła".

I tu dygresja do inteligenckich apologetów wolnego rynku, który tylko pogorszył sytuację. Popatrzcie na to, jak wolny rynek wycenia Waszą pracę (nauczyciela, urzędnika, eksperta, redaktora), a jak wycenia pracę kogoś, kto jedyne co potrafi to fedrować węgiel. Pęd do edukacji i łatwa jej dostępność spowodowały, że popyt na pracę ludzi z wyższym wykształceniem jest zdecydowanie niższy od podaży. Jak ma kaflekarz, który zarabia 5 tysięcy na miesiąc, czuć szacunek do profesora uniwersyteckiego z pensją 2 tys? Albo copywritera (ostatnio widziałem ogłoszenie), któremu oferuje się 7,5 złotego za stronę maszynopisu? Jak ma się 28 złotych za metr gładzi gipsowej do 40 złotych za godzinę nauki języka francuskiego?

Szósty: odpowiedzialność. Absolutnie, ale to absolutnie niezrozumiała jest dla mnie postawa kierowcy. Kiedy podobne zdarzenie przytrafiło mi się w Gdańsku, obronił mnie nie kto inny, a właśnie pracownik tamtejszej komunikacji miejskiej. Ja nie prosiłem o to, żeby uspokajał agresywnych mężczyzn, prosiłem o wezwanie policji. Dlaczego tego nie zrobił? Czy normalnym jest ignorowanie sytuacji, która dzieje się w moim miejscu pracy i rozwój jej pozwala sądzić, że może skończyć się tragicznie? Szczególnie, że miał do pomocy kontrolera biletów, który również nie zareagował w żaden sposób, choćby tylko próbą werbalnego uspokojenia emocji? Odpowiedź nasunęła mi się dopiero niedawno: oni też się bali. Reszta wynika z arytmetyki: gdy zostałem sam, mogli mnie wysadzić z autobusu, straszyć, że wezwą policję, bo to ja się awanturuję - mieli już do czynienia z jedną osobą, a nie trzema. A gdybym, hipotetycznie, nie wytrzymał obelg, plucia w twarz, wyjął nóż i zamordował jednego z mężczyzn? Byłaby to tragedia, która jak sądzę, obciążyłaby nie tylko moje sumienie, ale również pracowników komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy gdyby doszło do ostateczności, któryś z nich zdałby sobie sprawę z medyczno - egzystencjonalnego powiedzenia, że "lepiej jest zapobiegać, niż leczyć"?


 ibsen82, wtorek, 23 marca 2010; Bartosz Sowisło

Obywatelu odkręć flaszkę

Jesteśmy posiadaczami. Każdy z nas ma setki mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów, które kiedyś w jakiś sposób nabył i które po jakimś czasie zwykle leżą i zaśmiecają nam kąty. Najbardziej filozoficzne wytłumaczenie tego fenomenu brzmiałoby pewnie jakoś tak: "to co mamy definiuje to kim jesteśmy" - przynajmniej w odbiorze społecznym. Jeśli bowiem wchodząc do czyjegoś domu widzimy kolekcję wędek, podbieraków, spławików, haków, woblerów, błystek, ripperów i żyłek, w doniczkach roją się beztrosko dżdżownice, a z lodówki na pokój uciekają białe robaczki, to nie mamy problemu ze zdefinowaniem zainteresowań właściciela - jest wędkarzem. Można i relację odwrócić - skoro ktoś jest zapalonym wędkarzem, to wszystkie powyższe przedmioty zgromadził po to, żeby móc jak najlepiej realizować się w swoim hobby.

Tak czy siak, niewiele jest już dziedzin życia, które w dalszej lub bliższej perspektywie nie wymuszałyby na nas kupowania coraz to nowych rzeczy. I tu rodzi się pewien drobny, jakkolwiek śmierdzący problem - śmieci. Śmieci są nieodłącznym partnerem cywilizacji posiadaczy - konsumentów, którym czy to moda, czy konieczność nakazują kupowanie coraz to nowych przedmiotów.

Każdy na pewno był na zakupach w supermarkecie - paczkowane jest dosłownie wszystko - żeby zważyć ziemniaki na wadze samoobsługowej - trzeba je wsadzić do foliowej siatki, jajka - w tekturowych opakowaniach, woda w plastikowych butelkach, wędliny albo w woreczku, albo sztywnym hermetycznym plastiku, jogurt w plastikowych (a jakże) kubkach.

Wleczemy to wszystko do domu i zaczynamy robić obiad - opakowania kolejno lądują w śmietniku - i to w tempie tak zastraszającym, że naszykowanie posiłku dla trzech osób zapełnia przeciętnej wielkości kosz na śmieci w czasie krótszym niż przerwa na reklamę w Polsacie. I zaczyna się robić problem, który uwidacznia się regularnie co sobotę, gdy mieszkańcy jednego tylko bloku zapełniają w ciągu 24 godzin kontener na śmieci o kubaturze jakichś 4 metrów sześciennych. Teraz wystarczy to przemnożyć przez ilość bloków w moim mieście, żeby dostać całkiem niezłą górę śmieci z którą nie do końca wiadomo co robić.

Pewnym rozwiązaniem jest segregacja - jednak w świadomości masowej wygląda ona mniej więcej tak: "A przyjeżdża, panie, ciężarówka i to wszystko posegregowane wrzuca i tak do jednego". Czy jest to prawda, czy nie - nie wiem.

Dziwi mnie ogromnie, że w Polsce cała produkcja nadal nastawiona jest na jednorazowość opakowań - nie wiem jak to możliwe, że użycie po raz drugi tego samego opakowania może być mniej opłacalne niż wyprodukowanie nowego. Nawet, jeśli chodzi o plastikowe butelki - w zachodniej Europie wykonywane z grubego plastiku, nadającego się do ponownego użycia.

Z ostatnich doniesień prasowych wynika, że ministerstwo środowiska chce zrzucić całą odpowiedzialność za śmieci na samorządy, pewnie produkując w tym celu ustawę o numerze 819191. A starczy choćby odrobinę zmienić mentalność ludzi, żeby znacząco zredukować problem. Przykład? Proszę bardzo. Polak wywalając do śmietnika butelkę po gazowanym napoju, ma przeciekawy zwyczaj szczelnego jej zakręcania. Proponuję każdemu czytającemu te słowa przeprowadzić następujący eksperyment: zakręć butelkę, a potem spróbuj na nią skoczyć.

Plastikowe flaszki są zadziwiająco trwałe - pewnie z tego powodu, że muszą wytrzymywać dość znaczne ciśnienie wypełniającej je gazowanej cieczy. Gdy lądują na wysypisku i jeździ po nich walec, nic sobie z tego nie robią - zwłaszcza, gdy leżą na miękkim podłożu. Zgniecione butelki ograniczają ilość śmiecia wyrażoną w metrach sześciennych według następującego wzoru: "Y=X - 0,0015z" gdzie X to wyjściowa ilość śmieci w kubikach, a "z" - liczba plastikowych butelek, a Y ilość śmieci po zgnieceniu butelek. Wniosek prosty - 10 tys zgniecionych butelek to 15 kubików śmieci mniej.

Proste rozwiązania są zwykle najlepsze. Możemy zrobić coś dobrego, żadnym nakładem pracy. Stąd, ministerstwo powinno, zamiast tworzyć kolejną ustawę, zaapelować do obywateli następującymi, niektórym pewnie miło się kojarzącymi słowy: "Obywatelu,bądź leniem, nie zakręcaj flaszki. Oszczędź sobie roboty i uratuj planetę".


 ibsen82, środa, 03 marca 2010; Bartosz Sowisło

Niezdrowa Komisja Zdrowia

W latach 1982 - 1989 przyszło mi pędzić żywot w kraju, który był niesuwerenny, niedemokratyczny, autorytarny i do tego wszystkiego jeszcze niewydolny ekonomicznie. Za krytykę systemu można było trafić do pudła, podobnie jak za nawrzucanie któremuś z ówczesnych prominentów. Na malucha czekało się pięć lat, świerszczyki trzeba było przemycać ze Szwecji, a po kilo kotleta czekało się w kolejce kilka godzin.

Od 1990 żyję w III RP. Jest suwerenna, demokratyczna i pluralistyczna. Ekonomicznie ponoć sprawna jak ChRL. Krytykować system można do woli, choć i tak to nikogo nie obchodzi, a jak nawrzucam jakiemuś prominentowi, to w najgorszym wypadku zapłacę grzywnę. Maluchy przeszły do historii, ale gdybym chciał Mercedesa, to mogę go kupić w ciągu minuty na allegro.pl, kotlety na telefon można zamówić do domu, a pornola obejrzeć w necie za frajer.

Prawie super, tylko, że przed 1989 rokiem władza wcinała się, gdy ktoś próbował ją obalić lub nastąpił jej na odcisk. Teraz nikt nie następuje władzy na odciski, ani nikt nie próbuje jej obalać, a zaczyna się wcinać się w takie rzeczy, że Gierek, gdziekolwiek teraz jest, uważa się pewnie za wolnościowego liberała - demokratę, bo ani jemu, ani Jaruzelskiemu, a tym bardziej Bierutowi nie przyszłoby do głowy to, na co wpadła nasza sejmowa Komisja Zdrowia.

Otóż od pewnego czasu opracowuje ona projekt ustawy antynikotynowej. Opierając się na doniesieniach prasowych, relacjonujących jej prace, można stwierdzić, że będzie to legislacyjny knot, który biorąc pod uwagę twardość papieru na jakim drukowany jest Dziennik Ustaw - nie będzie się nadawał nawet do użycia w toalecie.

Komisja Zdrowia wymyśliła bowiem, że wprowadzi zakaz palenia wszędzie, z drobnymi wyjątkami. Wszędzie to znaczy: na plażach, w parkach, na przystankach autobusowych lotniskach, dworcach kolejowych, w budynkach użyteczności publicznej, samochodach służbowych, na klatkach schodowych, obiektach sportowych, a także w restauracjach, kawiarniach i dyskotekach. We wszystkich tych miejscach, nie będzie wolno tworzyć pomieszczeń, gdzie palacze będą mogli oddawać się swojemu zgubnemu nałogowi. Żeby było śmieszniej, palarnie można będzie za to tworzyć na uniwersytetach, które tym samym zostały zrównane w prawach z: zakładami opieki, szpitalami psychiatrycznymi i hospicjami. Palarnie będą mogły powstawać także w zakładach pracy. Ciekaw jestem jeszcze definicji palarni, pewnie będzie brzmiała jakoś tak: "Hermetycznie zamykane pomieszczenie ze śluzą powietrzną, zaopatrzone w wydajny system wentylacji i wyposażone w niezależny komin z filtrem przeciwwęglowym, a także zestawem do resuscytacji i gorącą linią łączącą z agencją ds. rozwiązywania problemów nikotynowych".

Pomijam już to, że w ogóle nie rozumiem, na cholerę taki dokument w randze aż ustawy (czyli po Konstytucji i ratyfikowanych umowach międzynarodowych trzeci co do ważności w naszym systemie prawnym akt), skoro mogliby załatwiać to na bieżąco zarządcy budynków (jedno zdanie w ustawie o ochronie zdrowia:"za utworzenie miejsc przeznaczonych do palenia tytoniu, jeżeli takie są przewidziane odpowiedzialny jest zarządca budynku, w razie braku przeznaczonego miejsca do palenia, w budynkach obowiązuje zakaz"). Zadziwiające jest to, że będzie wewnętrznie niespójny - wzmiankowany już zakaz utworzenia palarni w budynku użyteczności publicznej - który to budynek jest równocześnie zakładem pracy, podobnie sprawa ma się z knajpkami - przecież to również zakład pracy dla barmana, czy kelnerki. A w zakładach pracy palarnie tworzyć wolno. No i istne curiosum - przyzwolenie na palarnie na uniwersytetach - z przezabawnym, w skutkach które ze sobą niesie, uzasadnieniem, autorstwa p. poseł Agnieszki Kozłowskiej - Ratajczak (PO): "Studenci to ludzie dorośli. Jeśli palą, powinni mieć możliwość skorzystania z palarni (...)". Ergo: z restauracji, dyskotek, kawiarni, plaż, parków, lotnisk i budynków użyteczności publicznej korzystają wyłącznie niepalące małolaty. Albo, że tylko studenci są ludźmi dorosłymi.

Najbardziej walnie oczywiście w tych, którzy żyją z niezdrowego trybu życia - restauratorów, knajpiarzy i właścicieli dyskotek. Powiedzmy sobie szczerze, ani pub ani dyskoteka, to nie są miejsca gdzie chodzą miłośnicy zdrowego trybu życia - unikający alkoholu, którym dym z papierosa straszny. Dyskoteki, to nie jest miejsce gdzie chodzi się pouprawiać inteligentą konwersację o sztuce i filozofii, a takie gdzie idzie się wyszaleć. Znam wielu na codzień nie palących ludzi, którzy palą papierosy wyłącznie na imprezach, albo przy piwie. A poza tym jest mnóstwo knajp dla niepalących - czemu ustawodawca nie chce pozostawić ludziom prawa wyboru? Ponadto - w jaki sposób chcą egzekwować ten zakaz? Każdy właściciel dyskoteki, jeśli będzie miał dość jaj i trochę oleju w głowie, po prostu zlikwiduje popielniczki, powiesi zakazy palenia i pozwoli rzucać niedopałki na podłogę. Jak przyjdzie kontrola policji powie, że przecież nie będzie donosił na swoich klientów, bo jeżeli tak postąpi to do niego nie wrócą. I będzie miał rację.

Rząd, który uważa się za liberalny powinien takie pierdoły jak palenie papierosów pozwolić załatwiać samym obywatelom. Zgodnie z liberalną doktryną: rynek sam zadecyduje. Jeśli przedsiębiorca uzna, że nie opłaca mu się marnować miejsca na palarnię, bo będzie tam mógł postawić trzy stoliki więcej, to ją zlikwiduje i zakaże palenia w całym lokalu. A tak wygląda to jakby producenci tzw. "słoneczek" (nagrzewnic zasilanych LPG - w kształcie parasoli, do ogrzewania ogródków zimowych), ostro lobbowali za takim zakazem, bo im towar na polskim rynku słabo idzie ("słoneczka" zrobiły furorę w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Niemczech - gdzie zakazano palenia wewnątrz knajpek).

Zresztą, na koniec należy zadać sakramentalne pytanie. Jaki jest powód, dla którego nasi rządzący nie zakażą w ogóle sprzedaży papierosów na terenie kraju? Dlaczego, skoro chcą zbawiać rodaków od zgubnych następstw nałogu tytoniowego, po prostu nie zdelegalizują wyrobów tytoniowych? Powodów jest piętnaście miliardów, wystarczająco dobrych, żeby każdy kolejny rząd mógł sobie pozwolić na taką hipokryzję. Piętnaście miliardów złotych, które zasiliły budżet tylko w 2009 roku i które do tego budżetu będą musiały rokrocznie wpływać. Palacze! Kupujcie ziemię uprawną i zaczynajcie uprawiać tytoń - im mniej Was bowiem pali, tym droższe muszą być papierosy.
ibsen82, wtorek, 19 stycznia 2010; Bartosz Sowisło

O wykształceniu bezużytecznym

Gdzieś na szafie w mojej sypialni, w zielonym segregatorze, leży mój dyplom ukończenia studiów (stacjonarnych). Ładny jest, oprawny w jakąś imitację jasnej skóry, w środku jedno z bardziej udanych zdjęć jakie mi kiedykolwiek fotograf zrobił i dwie oceny bardzo dobre. Dyplom jest również satanistyczny, bo zdobyty po obronie która odbyła się 06.06.06 (szóstego czerwca 2006). I pomijając wszelkie jego walory estetyczne (a także to, że kryje się za nim pięć lat przesiadywania w palarni w budynku wydziału i niezliczone partie gry w karty) - całkowicie bezużyteczny. No chyba, że chciałbym go użyć do wypoziomowania stołu na nierównej podłodze, a i to tylko pod tym warunkiem, że szpara pod stołową nogą odpowiadałaby mu grubością.

Na dyplomie napisane jest, że taki to a taki, urodzony tego i tego, dnia wyżej już wymienionego złożył egzamin magisterski i ma prawo używać tytułu magistra nauk politycznych o specjalności samorządowej. I na tym w zasadzie mógłbym zakończyć cały wywód. Jeśli bowiem czytają go absolwenci kierunków technicznych, to mają na takich jak ja ukute określenie: "magister gier i zabaw" i z grubsza się pewnie domyślają do czego będę dalej pił. Zresztą, co bardziej autoironiczni studenci wydziału, na którym studiowałem również. Ostatecznie nie ja wymyśliłem rozwinięcie skrótowca WNS (Wydział Nauk Społecznych) jako Wydział Nauk Sporadycznych.

Po co tak sobie walę w mordę, ewentualnie samo się biczuję skoro do Wielkiego Postu jeszcze daleko?

Przeczytałem dziś, że Ministerstwo Nauki, postanowiło się przestać zajmować pierdołami, a wziąć się za stworzenie strategii. Strategia Rozwoju Szkolnictwa Wyższego do 2020 roku, żeby ironiczniej było, nie powstaje w żadnym z ośrodków uniwersyteckich, a w prywatnej firmie konsultingowej Ernst & Young i w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. Pomijając, że ma kosztować dwie duże bańki, to sam fakt zlecenia utworzenia takiego dokumentu firmie która nieźle na tym zarobi, dużo mówi o kondycji polskiego szkolnictwa wyższego i przy okazji powinna dać do myślenia wszystkim zwolennikom teorii J. M. Keynesa. Co ciekawe, wszystko to ma miejsce w kraju, gdzie politologia, socjologia, a przede wszystkim pedagogika to najbardziej oblegane kierunki. Na których zresztą promotorzy umierają z nudów czytając po raz setny prace magisterskie pod tytułem: "Pozycja radnego w świetle ustawy...", albo "Zrównoważony rozwój dzieci w wieku przedszkolnym, jako..." Myślę, że i studenci i promotorzy bardzo by się ucieszyli mogąc przewałkować temat szkolnictwa wyższego, zrobić na tym kilka magisterek czy doktoratów. Być może nawet coś by się udało z tego wykrzesać. A ministerstwo te parę złotych mogłoby przeznaczyć na zakup myszek do laboratorium, albo bimbru na juwenalia.

Niestety, żeby taką analizę mogli wykonać studenci, musieliby mieć choćby tę odrobinę uczciwości, którą wykazałem się na początku dzisiejszego wpisu, czyli przyznać, że ich wykształcenie jest równie pożądane jak biegunka na balu maturalnym. A uczelnie firmując takie badania, popełniłyby radosne finansowe harakiri.

Co dały mi studia? No mniej więcej tyle, że potrafię ze zrozumieniem przeczytać gazetę, wiem co znaczą słowa: relewantny, metafizyka, socjaldemokracja, ekonomia i semantyka (choć tego ostatniego nie jestem pewien), wiem czym się z grubsza różni PiS od PO i z jakich opcji wywodzą się ich czołowi politycy. Wiem nawet ile trwa kadencja prezydenta w Polsce, ile we Włoszech i dlaczego system polityczny Finlandii zwie się semiprezydenckim. Zaiste wiedza w życiu codziennym niezbędna. Wszystko to podane było w tak interesujący sposób (z małymi wyjątkami), że podczas wykładów wysypiałem się jak nigdy wcześniej ani później w życiu. Studia przestały mnie interesować po drugich zajęciach, gdy okazało się, że żeby dostać plusa za aktywność wystarczy przeczytać na głos akapit z książki.

Po co w takim razie studiowałem? W 2001 roku, kiedy na miękkich kolanach trafiłem na Bankową 13 w Katowicach, bezrobocie wynosiło jakieś 20 procent, a poza tym jako posiadacz kategorii zdrowia "A" byłem poborowym - do wojska mi się nie spieszyło. Oczywiście, że nie dorosłem do studiowania, podobnie zresztą jak 95% moich kolegów na kierunkach humanistycznych.

Być humanistą, moim zdaniem, to trochę jak z panienką lekkich obyczajów - to nie jest zawód a charakter, sposób bycia. Zawodu na szczeblu wyższym można się owszem uczyć, ale nie na studiach humanistycznych i to będzie zarówno konkluzja, jak i punkt wyjścia owej strategii za dwa miliony. Ktoś kto chce budować mosty trafia na politechnikę i tam go tego nauczą, tu przęsło tam legar, norma taka i taka.

Humanistyki się tak uczyć nie da, bo do niej trzeba po prostu dojrzeć. 19 letni łebek, który nie wie co ze sobą w życiu robić raczej nie wyrośnie na wybitnego politologa. Zawód politolog? Coś takiego po prostu nie istnieje. Owszem pewnie jest jakieś zapotrzebowanie na analityków i naukowców, ale ilu ich może potrzebować Polska rocznie? Dwustu? Po jaką cholerę więc u mnie na roku było 150 studentów dziennych i tyle samo zaocznych (proszę przemnożyć przez na przykład dziesięć roczników i piętnaście uczelni). Skoro predyspozycje prawdziwie humanistyczne, ludzi którzy naprawdę te studia czuli i się nimi interesowali było raptem kilkunastu, a z nich może jeden wymyśli coś co będzie w przyszłości pożyteczne, czy wniesie coś do ogólnie pojmowanej ludzkiej wiedzy (a to i tak optymistyczny szacunek). Cała reszta, patrząc z perspektywy tych kilku lat, robi rzeczy absolutnie niepowiązane z tym co sobie kładła do łbów przez cały okres trwania studiów. Teraz siedzi gdzieś mocno sfrustrowana patrząc jak kolega z podstawówki, który kończył wieczorowy kurs spawania, zarabia dwa razy tyle co dyrektor szkoły. Do tego wszystkiego pracują u szefa który mawia: "że spędził zajebisty wieczór z narzyczoną".

Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa z pedagogiką, którą ponoć studiuje największa proporcjonalnie liczba studentów. W kraju, gdzie przyrost naturalny jest niemal zerowy (pół promila jeśli się nie mylę). Ciekawe skąd nabiorą tych dzieci do wychowywania.

Rynek jest bezwzględny i ceni to na co jest popyt. Z tego zdały sobie sprawy uczelnie, działając jak bardzo sprawne przedsiębiorstwa. Przykład: Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, który przez lata całe przyjmował po 1000 studentów prawa i 1000 studentów administracji na pierwszy rok studiów zaocznych. Każdy z nich płacił 1000 złotych wpisowego i 1000 złotych za pierwszy semstr studiów. Rachunek jest prosty: co roku w lipcu na konto Wydziału wpływało około 4 mln złotych. Połowę studentów wywalało się, zgodnie ze wszystkimi regułami gry akademickiej po pierwszym semstrze, połowę pozostałych po drugim. Czysty zysk - wszystko zgodnie z prawem. Nic dziwnego, że Wydział przeniósł swoją siedzibę z walącej się rudery na rogu Bankowej i Warszawskiej w Katowicach do nowiutkiego futurystycznego budynku kilkaset metrów dalej.

Pora na wnioski (przy okazji proszę Ministra Nauki o gratyfikację, w końcu pewnie to samo wymyślą specjaliści z Ernst & Young - niekoniecznie dwa miliony - 20 tys. PLN starczy): liczbę studentów dziennych kierunków społeczno - humanistycznych zredukować do jednej dziesiątej. Wyłaniać ich egzaminami spośród tych, którzy naprawdę dobrze rokują, albo mają już jakieś naukowe osiągnięcia, dać im porządne stypendia i zapewnić super warunki do pracy. Studentów zaocznych (studiów humanistycznych) natomiast potraktować jako hobbystów, którzy uczą się dla własnej frajdy, zwiększyć ich liczbę i łupić bezwzględnie z forsy - bo i tak nic z tego nie mają a zwykle trafiają do pracy na stanowiska niewymagające wykształcenia uniwersyteckiego. Kasa przyda się też na finansowanie badań naukowych i stypendia dla studentów dziennych. Inżynierów się nie czepiam. Ostatecznie różnica między mgr a mgr inż. jest następująca: o ile mgr oznacza "możesz gówno robić", to mgr inż. znaczy dokładnie to samo tyle, że z dodatkiem "i nieźle żyć".


 ibsen82, piątek, 08 stycznia 2010; Bartosz Sowisło

Jaśnie oświetlony terroryzm

W 2004 roku, kiedy Polska w końcu weszła do Unii Europejskiej, podobnie jak jakieś 60% społeczeństwa - świętowałem. Cieszyliśmy się, że nie będziemy musieli dłużej pokazywać paszportów przy przechodzeniu przez granicę, że fundusze unijne podniosą nasz kraj z cywilizacyjnego zacofania, że wreszcie będziemy członkiem wielkiej europejskiej rodziny. Siedzieliśmy wtedy w górach, przy ognisku - o północy 1 maja odpaliliśmy z tej radości nawet petardy.

Pierwszy szok przyszedł dwa dni później - kiedy musiałem zatankować samochód i okazało się że cena benzyny skoczyła z 3,20 do 3,80 złotego za litr.

Przez następne pięć lat przeżyłem jeszcze kilka takich rozczarowań. Ostatnie, miało miejsce 1 września 2009 roku.

Tego dnia, za sprawą arbitralnej decyzji Komisji Europejskiej wyeliminowano z rynku tradycyjne żarówki o mocy powyżej 100 Watt. Oczywiście, Polak potrafi, więc na rynku pojawiły się od razu żarówki 99 watowe, jednak - co większość interesujących się tą sprawą pewnie wie - jest to działanie tylko doraźne bowiem, żarówki w postaci takiej jak wszyscy je kojarzymy mają zniknąć z rynku unijnego do 2016 roku.

Pomiajam już fakt, że gdy tylko o tym usłyszałem, chciałem porzucić dotychczasowe zajęcie i rozpocząć karierę przemytnika z Ukrainy, ale to wszystko co dzieje się wokół żarówkek i świetlówek teraz przypomina, jak dla mnie, zapis bredzenia schizofrenika. I to paranoicznego.

Pozwolę sobie podzielić dalszą część wywodu na dwie e- ścieżki - ekonomiczną i ekologiczną.

Ekologia. Wpadł mi w łapy jakiś dodatek informacyjno - promocyjny, do którejś z gazet codziennych pt. "Zużyte świetlówki" i podtytuł "To odpad niebezpieczny - nie wyrzucaj ich do śmietnika". Finansowany oczywiście przez kogoś kto ma w tym interes - w tym przypadku firmę Elektro Eko. Dowiedziałem się z niego kilku ciekawych rzeczy - między innymi tego, że w każdej świetlówce znajduje się pewna ilość rtęci, która jak powszechnie wiadomo jest silną trucizną. Wprawdzie 3 - 15 mg na świetlówkę to niby niedużo, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że bezpieczne stężenie tego pierwiastka to 0,05 mg/m3 powietrza... Wydawało mi się - że po to przechodzimy na świetlówki, żeby się nie truć dwutlenkiem węgla, a tu jak się okazuje tłukąc je w chałupie możemy zafundować sobie terapię przeciwko kile rodem z 18 wieku.

Jak już nam się świetlówka rozbije to powinniśmy się zachować niczym żołnierz z pułku zwalczania zagrożeń chemicznych - piętnaście minut wietrzyć dom, po zabezpieczeniu się gumowymi rękawiczkami pozmiatać wszystko do plastikowego wora i wywieźć do punktu utylizacji. Z punktu widzenia ekologii wszystkie te czynności są absolutnym marnotrastwem - worek na śmieci rozkłada się z pięćset lat, gumowe rękawiczki pewnie ze dwa lata dłużej. Piętnastominutowe wietrzenie mieszkania w środku zimy to strata energii cieplnej, a podróż samochodem do punktu utylizacji to emisja CO2. Podwyższenie emisji CO2 spowodowane będzie również atakiem paniki u gospodyni domowej i idącą za nim hiperwentylacją. Oczywiście że przejaskrawiam.

Utylizacja to w ogóle inna historia - świetlówki nie wolno wywalić po prostu do kosza na śmieci. Trzeba ją oddać do sklepu, albo do lokalnego punktu zbierania elektrośmieci. Powodem jest zapewne rtęć i inne metale ciężkie znajdujące się w kondensatorach, opornikach, czy co tam jeszcze jest montowane w świetlówce - które mogą się dostać do wód gruntowych oraz atmosfery. A także to, że aż 90% świetlówki nadaje się do przetworzenia. Gdyby nam się jednak przytrafiło, że beztrosko wrzucimy świetlówkę do kubła z obierkami od kartofli, a przyuważy nas jakiś bohaterski policjant, albo nawiedzony bojownik - konfident z Greenpeace, możemy stać się mimowolnym sponsorem Państwa. Wyrzucenie elektrośmiecia zagrożone jest bowiem grzywną do 5000 złotych.

Powiedziałbym, że to dość sporo zachodu w porównaniu ze zwykłą żarówką, gdzie jak sądzę blisko 100 % nadaje się do ponownego wykorzystania (z czego składa się żarówka: szkło, żelazo, wolfram, próżnia), którą można spokojnie wywalić do kosza na śmieci, jeśli nie mamy ochoty bawić w ekologię, a jak nam się stłucze to nie musimy od razu ogłaszać alarmu chemicznego dla całej dzielnicy.

Ekonomia. To że świetlówki są dużo droższe nie ulega wątpliwości. Najtańsze jakie udało mi się w internecie znaleźć kosztowały 6 złotych za sztukę plus koszty przesyłki. Jest to o tyle zrozumiałe, że do wyprodukowania świetlówki (na chłopski rozum) potrzeba przynajmniej tyle samo materiału co na zwykłą żarówkę (szkło i metale), a do tego dochodzą jeszcze różne układy elektroniczne przypominające radio w miniaturze i owa nieszczęsna rtęć.

Jako się już rzekło, świetlówka kończąc swój żywot ma trafić do zakładu przetwarzania (pomijam to, że na przetworzenie również potrzeba energii), który to zakład na świetlówce jeszcze zarabia - super, tylko czemu mi za to nie płaci, skoro decyduję się oddać mu źródło jego dochodu? Dzięki temu, że się zdyscyplinuję nie musi zatrudniać ludzi żeby grzebali po wysypiskach. Czemu ja mam nic z tego nie mieć?

Reasumując: cała sprawa żarówek przypomina mi jakiś nowy rodzaj terroryzmu - w imię obniżenia emisji CO2 mamy narażać się na trucie rtęcią i nadmierne wydatki - coś jak proekologiczny atak samobójczy.

Uprzykrzanie życia i drenaż kieszeni pod różnymi pretekstami nigdy nie jest przyjemny. Szczególnie, że - jak sądzę - nabija się kieszenie dwóm - trzem koncernom pod pretekstem ochrony środowiska. Czekam z niecerpliwością na opodatkowanie fasoli - bo po jej spożyciu znacznie wzrasta poziom siarkowodoru w okolicy konsumenta i obowiązkowy wegetarianizm - bo produkcja mięsa przyczynia się do globalnego ocieplenia, a także dopłaty dla ekoterrorystycznych firm oferujących wysadzanie w powietrze kopalń i odstrzał tych, którzy nie segregują surowców wtórnych.

A może by tak dla odmiany drzew trochę więcej nasadzić?


 ibsen82, wtorek, 15 grudnia 2009; Bartosz Sowisło