Ze strywializowanej nauki o wytrzymałości materiałów: pręt żelazny można zginać w dowolną stronę, tak długo aż naprężenia w punkcie zgięcia doprowadzą najpierw do odkształcenia jego pierwotnego kształtu, a gdy będziemy ową czynność powtarzać, do unicestwienia sieci krystalicznej w miejscu zgięcia, a co za tym idzie przerwaniu fizycznej ciągłości materiału. Dziwnie przystaje mi ten niezgrabny, sklecony na poczekaniu opis zjawiska fizycznego do sytuacji naszego społeczeństwa.
Pisałem już kiedyś, że Jaruzelski w 1981 - 1982 roku, kiedy toczył wojnę przeciw swoim własnym obywatelom, kiedy gospodarka była centralnie planowana, kiedy istniało wiele urzędów, które służyły wyłącznie do podtrzymywania przy życiu reżimu (cenzura, SB) potrzebował do tego wszystkiego jedynie 150 tys urzędników. W ciągu trzydziestu lat, liczba ludności w Polsce wzrosła o niecałe trzy miliony, a urzędnicy rozmnożyli się do 640 tys. I to mimo faktu, że gospodarki planować już nie trzeba, cenzurować również, a w każdej jednostce administracji czy to centralnej, czy samorządowej stoją komputery wspomagające pracę zatrudnionych tam ludzi, o mocy takiej o której trzy dekady temu można było co najwyżej pomarzyć.
Nasz czcigodny premier, jesienią, jakoś w okolicach wyborów do samorządów lokalnych, zaczął głośno gardłować o konieczności odchudzenia administracji. O 10%. Sejm z Senatem klepnęły nawet odpowiednią ustawę na ten temat, którą jeszcze czcigodniejszy prezydent Komorowski odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem, jak informuje nas Gazeta Praca, urzędników, czyli zawodowych przekładaczy pozbawionych jakiegokolwiek praktycznego znaczenia papierów, zamiast ubyć - przybędzie. I to co najmniej 2479. Bo tyle jest w Polsce gmin, a każda zgodnie z Rządowym programem będzie musiała zafundować sobie tzw. Asystenta Rodzinnego. Co najmniej tylu, bo gminy jak wiadomo jednakowego rozmiaru, jak i liczby ludności nie mają, więc jeśli jeden starczy na gminę, która liczy pięć tysięcy mieszkańców, to już na miasto na prawach powiatu, o rozmiarze 100 tys. przypadnie pewnie kilku. Sądzę, że liczba 5 - 6 tys. dodatkowych gęb, których utrzymanie spadnie na barki przeciętnego podatnika nie jest jakoś nad wyraz wyolbrzymioną.
Asystent Rodzinny, ma to być takie zwierzę co, i tu cytat: uczestnicząc w codziennym życiu rodziny (zwykle jest to kilkadziesiąt godzin w miesiącu) może np. zwrócić nam uwagę, jeśli do potraw dodajemy zbyt dużo soli, co jest dla dzieci niezdrowe, zasugerować udział w szkolnych wywiadówkach, jeśli wcześniej je lekceważyliśmy, wytłumaczyć, jak należy używać danych lekarstw i dlaczego warto robić badania profilaktyczne . Zaznaczam od razu, że nie pochodzi on z tekstu satyrycznego, sygnowany jest jako informacja agencyjna PAP, a ta z zasady felietonów nie publikuje. I w zasadzie można by postawić kropkę, bo do sięgnięcia po laur idiotyzmu brakuje w tekście tylko wzmianki, że asystent będzie tłumaczył jeszcze jak często należy myć zęby. Wnioski są trzy, pierwszy: Rząd, w zamian za podwyżkę podatku VAT, którą czujemy już wszyscy, funduje nam kilka tysięcy absolutnie zbędnych etatów; drugi: traktuje nas jak kompletnych idiotów; trzeci: kompromituje skuteczność i raison d'etre całego systemu, bo po kiego grzyba zatrudniać ludzi, którzy będą nas uczyć jak normalnie żyć, którzy będą nam tłumaczyć to wszystko co powinna przekazać nam szkoła, rodzina lub w ostateczności pracownik pomocy społecznej. Dodawać chyba nie trzeba, że jeśliby istniało zapotrzebowanie na taką działalność - to ktoś zrobiłby na tym już biznes, ale Państwo - jak wszystkim nam wiadomo - niekoniecznie przejmuje się kryterium opłacalności czegokolwiek.
Pod tekstem, z którego dowiedziałem się o tym paskudnym i kosztownym absurdzie, wypowiadała się jakaś internautka, dowodząca ze świętym oburzeniem, że Asystent, jest konieczny, bo mamy w Polsce wiele rodzin, które z pewnego rodzaju podstawowymi czynnościami sobie nie radzą. Niekoniecznie niepełnosprawnych, niekoniecznie patologicznych, a po prostu niezaradnych. Z wypowiedzi wynikało, że opieką Asystentów mają być objęci przede wszystkim tzw. "klienci opieki społecznej" (co jest zresztą ordynarnym nadużyciem językowym - klient bowiem płaci za towar lub usługę), czyli ludzie którym pracujące jednostki fundują już przy pomocy różnego rodzaju zapomóg czy zasiłków egzystencję. W tym samym czasie słucham w radio wypowiedzi pewnej pani, niewidzącej, która żali się nad tym, że odebrano jej pomoc pracownika pomocy społecznej - "bo oszczędności".
Ciekaw jestem, wracając do żelaznego pręta, kiedy wytrzymałość materiału ludzkiego na przegięcia ze strony Rządu się wyczerpie i coś wreszcie pęknie. Kiedy wreszcie dojrzymy i damy głośno wyraz temu, że mamy dość: absurdów, ucisku fiskalnego i marnotrastwa pieniędzy przekazywanych Państwu, a beztrosko wywalanych w niebyt. Mnie takie rzeczy już nie śmieszą, a wkurzają. I to bardzo.
ibsen82, środa, 09 lutego 2011; Bartosz Sowisło
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III RP. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Niezdrowa Komisja Zdrowia
W latach 1982 - 1989 przyszło mi pędzić żywot w kraju, który był niesuwerenny, niedemokratyczny, autorytarny i do tego wszystkiego jeszcze niewydolny ekonomicznie. Za krytykę systemu można było trafić do pudła, podobnie jak za nawrzucanie któremuś z ówczesnych prominentów. Na malucha czekało się pięć lat, świerszczyki trzeba było przemycać ze Szwecji, a po kilo kotleta czekało się w kolejce kilka godzin.
Od 1990 żyję w III RP. Jest suwerenna, demokratyczna i pluralistyczna. Ekonomicznie ponoć sprawna jak ChRL. Krytykować system można do woli, choć i tak to nikogo nie obchodzi, a jak nawrzucam jakiemuś prominentowi, to w najgorszym wypadku zapłacę grzywnę. Maluchy przeszły do historii, ale gdybym chciał Mercedesa, to mogę go kupić w ciągu minuty na allegro.pl, kotlety na telefon można zamówić do domu, a pornola obejrzeć w necie za frajer.
Prawie super, tylko, że przed 1989 rokiem władza wcinała się, gdy ktoś próbował ją obalić lub nastąpił jej na odcisk. Teraz nikt nie następuje władzy na odciski, ani nikt nie próbuje jej obalać, a zaczyna się wcinać się w takie rzeczy, że Gierek, gdziekolwiek teraz jest, uważa się pewnie za wolnościowego liberała - demokratę, bo ani jemu, ani Jaruzelskiemu, a tym bardziej Bierutowi nie przyszłoby do głowy to, na co wpadła nasza sejmowa Komisja Zdrowia.
Otóż od pewnego czasu opracowuje ona projekt ustawy antynikotynowej. Opierając się na doniesieniach prasowych, relacjonujących jej prace, można stwierdzić, że będzie to legislacyjny knot, który biorąc pod uwagę twardość papieru na jakim drukowany jest Dziennik Ustaw - nie będzie się nadawał nawet do użycia w toalecie.
Komisja Zdrowia wymyśliła bowiem, że wprowadzi zakaz palenia wszędzie, z drobnymi wyjątkami. Wszędzie to znaczy: na plażach, w parkach, na przystankach autobusowych lotniskach, dworcach kolejowych, w budynkach użyteczności publicznej, samochodach służbowych, na klatkach schodowych, obiektach sportowych, a także w restauracjach, kawiarniach i dyskotekach. We wszystkich tych miejscach, nie będzie wolno tworzyć pomieszczeń, gdzie palacze będą mogli oddawać się swojemu zgubnemu nałogowi. Żeby było śmieszniej, palarnie można będzie za to tworzyć na uniwersytetach, które tym samym zostały zrównane w prawach z: zakładami opieki, szpitalami psychiatrycznymi i hospicjami. Palarnie będą mogły powstawać także w zakładach pracy. Ciekaw jestem jeszcze definicji palarni, pewnie będzie brzmiała jakoś tak: "Hermetycznie zamykane pomieszczenie ze śluzą powietrzną, zaopatrzone w wydajny system wentylacji i wyposażone w niezależny komin z filtrem przeciwwęglowym, a także zestawem do resuscytacji i gorącą linią łączącą z agencją ds. rozwiązywania problemów nikotynowych".
Pomijam już to, że w ogóle nie rozumiem, na cholerę taki dokument w randze aż ustawy (czyli po Konstytucji i ratyfikowanych umowach międzynarodowych trzeci co do ważności w naszym systemie prawnym akt), skoro mogliby załatwiać to na bieżąco zarządcy budynków (jedno zdanie w ustawie o ochronie zdrowia:"za utworzenie miejsc przeznaczonych do palenia tytoniu, jeżeli takie są przewidziane odpowiedzialny jest zarządca budynku, w razie braku przeznaczonego miejsca do palenia, w budynkach obowiązuje zakaz"). Zadziwiające jest to, że będzie wewnętrznie niespójny - wzmiankowany już zakaz utworzenia palarni w budynku użyteczności publicznej - który to budynek jest równocześnie zakładem pracy, podobnie sprawa ma się z knajpkami - przecież to również zakład pracy dla barmana, czy kelnerki. A w zakładach pracy palarnie tworzyć wolno. No i istne curiosum - przyzwolenie na palarnie na uniwersytetach - z przezabawnym, w skutkach które ze sobą niesie, uzasadnieniem, autorstwa p. poseł Agnieszki Kozłowskiej - Ratajczak (PO): "Studenci to ludzie dorośli. Jeśli palą, powinni mieć możliwość skorzystania z palarni (...)". Ergo: z restauracji, dyskotek, kawiarni, plaż, parków, lotnisk i budynków użyteczności publicznej korzystają wyłącznie niepalące małolaty. Albo, że tylko studenci są ludźmi dorosłymi.
Najbardziej walnie oczywiście w tych, którzy żyją z niezdrowego trybu życia - restauratorów, knajpiarzy i właścicieli dyskotek. Powiedzmy sobie szczerze, ani pub ani dyskoteka, to nie są miejsca gdzie chodzą miłośnicy zdrowego trybu życia - unikający alkoholu, którym dym z papierosa straszny. Dyskoteki, to nie jest miejsce gdzie chodzi się pouprawiać inteligentą konwersację o sztuce i filozofii, a takie gdzie idzie się wyszaleć. Znam wielu na codzień nie palących ludzi, którzy palą papierosy wyłącznie na imprezach, albo przy piwie. A poza tym jest mnóstwo knajp dla niepalących - czemu ustawodawca nie chce pozostawić ludziom prawa wyboru? Ponadto - w jaki sposób chcą egzekwować ten zakaz? Każdy właściciel dyskoteki, jeśli będzie miał dość jaj i trochę oleju w głowie, po prostu zlikwiduje popielniczki, powiesi zakazy palenia i pozwoli rzucać niedopałki na podłogę. Jak przyjdzie kontrola policji powie, że przecież nie będzie donosił na swoich klientów, bo jeżeli tak postąpi to do niego nie wrócą. I będzie miał rację.
Rząd, który uważa się za liberalny powinien takie pierdoły jak palenie papierosów pozwolić załatwiać samym obywatelom. Zgodnie z liberalną doktryną: rynek sam zadecyduje. Jeśli przedsiębiorca uzna, że nie opłaca mu się marnować miejsca na palarnię, bo będzie tam mógł postawić trzy stoliki więcej, to ją zlikwiduje i zakaże palenia w całym lokalu. A tak wygląda to jakby producenci tzw. "słoneczek" (nagrzewnic zasilanych LPG - w kształcie parasoli, do ogrzewania ogródków zimowych), ostro lobbowali za takim zakazem, bo im towar na polskim rynku słabo idzie ("słoneczka" zrobiły furorę w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Niemczech - gdzie zakazano palenia wewnątrz knajpek).
Zresztą, na koniec należy zadać sakramentalne pytanie. Jaki jest powód, dla którego nasi rządzący nie zakażą w ogóle sprzedaży papierosów na terenie kraju? Dlaczego, skoro chcą zbawiać rodaków od zgubnych następstw nałogu tytoniowego, po prostu nie zdelegalizują wyrobów tytoniowych? Powodów jest piętnaście miliardów, wystarczająco dobrych, żeby każdy kolejny rząd mógł sobie pozwolić na taką hipokryzję. Piętnaście miliardów złotych, które zasiliły budżet tylko w 2009 roku i które do tego budżetu będą musiały rokrocznie wpływać. Palacze! Kupujcie ziemię uprawną i zaczynajcie uprawiać tytoń - im mniej Was bowiem pali, tym droższe muszą być papierosy.
ibsen82, wtorek, 19 stycznia 2010; Bartosz Sowisło
Od 1990 żyję w III RP. Jest suwerenna, demokratyczna i pluralistyczna. Ekonomicznie ponoć sprawna jak ChRL. Krytykować system można do woli, choć i tak to nikogo nie obchodzi, a jak nawrzucam jakiemuś prominentowi, to w najgorszym wypadku zapłacę grzywnę. Maluchy przeszły do historii, ale gdybym chciał Mercedesa, to mogę go kupić w ciągu minuty na allegro.pl, kotlety na telefon można zamówić do domu, a pornola obejrzeć w necie za frajer.
Prawie super, tylko, że przed 1989 rokiem władza wcinała się, gdy ktoś próbował ją obalić lub nastąpił jej na odcisk. Teraz nikt nie następuje władzy na odciski, ani nikt nie próbuje jej obalać, a zaczyna się wcinać się w takie rzeczy, że Gierek, gdziekolwiek teraz jest, uważa się pewnie za wolnościowego liberała - demokratę, bo ani jemu, ani Jaruzelskiemu, a tym bardziej Bierutowi nie przyszłoby do głowy to, na co wpadła nasza sejmowa Komisja Zdrowia.
Otóż od pewnego czasu opracowuje ona projekt ustawy antynikotynowej. Opierając się na doniesieniach prasowych, relacjonujących jej prace, można stwierdzić, że będzie to legislacyjny knot, który biorąc pod uwagę twardość papieru na jakim drukowany jest Dziennik Ustaw - nie będzie się nadawał nawet do użycia w toalecie.
Komisja Zdrowia wymyśliła bowiem, że wprowadzi zakaz palenia wszędzie, z drobnymi wyjątkami. Wszędzie to znaczy: na plażach, w parkach, na przystankach autobusowych lotniskach, dworcach kolejowych, w budynkach użyteczności publicznej, samochodach służbowych, na klatkach schodowych, obiektach sportowych, a także w restauracjach, kawiarniach i dyskotekach. We wszystkich tych miejscach, nie będzie wolno tworzyć pomieszczeń, gdzie palacze będą mogli oddawać się swojemu zgubnemu nałogowi. Żeby było śmieszniej, palarnie można będzie za to tworzyć na uniwersytetach, które tym samym zostały zrównane w prawach z: zakładami opieki, szpitalami psychiatrycznymi i hospicjami. Palarnie będą mogły powstawać także w zakładach pracy. Ciekaw jestem jeszcze definicji palarni, pewnie będzie brzmiała jakoś tak: "Hermetycznie zamykane pomieszczenie ze śluzą powietrzną, zaopatrzone w wydajny system wentylacji i wyposażone w niezależny komin z filtrem przeciwwęglowym, a także zestawem do resuscytacji i gorącą linią łączącą z agencją ds. rozwiązywania problemów nikotynowych".
Pomijam już to, że w ogóle nie rozumiem, na cholerę taki dokument w randze aż ustawy (czyli po Konstytucji i ratyfikowanych umowach międzynarodowych trzeci co do ważności w naszym systemie prawnym akt), skoro mogliby załatwiać to na bieżąco zarządcy budynków (jedno zdanie w ustawie o ochronie zdrowia:"za utworzenie miejsc przeznaczonych do palenia tytoniu, jeżeli takie są przewidziane odpowiedzialny jest zarządca budynku, w razie braku przeznaczonego miejsca do palenia, w budynkach obowiązuje zakaz"). Zadziwiające jest to, że będzie wewnętrznie niespójny - wzmiankowany już zakaz utworzenia palarni w budynku użyteczności publicznej - który to budynek jest równocześnie zakładem pracy, podobnie sprawa ma się z knajpkami - przecież to również zakład pracy dla barmana, czy kelnerki. A w zakładach pracy palarnie tworzyć wolno. No i istne curiosum - przyzwolenie na palarnie na uniwersytetach - z przezabawnym, w skutkach które ze sobą niesie, uzasadnieniem, autorstwa p. poseł Agnieszki Kozłowskiej - Ratajczak (PO): "Studenci to ludzie dorośli. Jeśli palą, powinni mieć możliwość skorzystania z palarni (...)". Ergo: z restauracji, dyskotek, kawiarni, plaż, parków, lotnisk i budynków użyteczności publicznej korzystają wyłącznie niepalące małolaty. Albo, że tylko studenci są ludźmi dorosłymi.
Najbardziej walnie oczywiście w tych, którzy żyją z niezdrowego trybu życia - restauratorów, knajpiarzy i właścicieli dyskotek. Powiedzmy sobie szczerze, ani pub ani dyskoteka, to nie są miejsca gdzie chodzą miłośnicy zdrowego trybu życia - unikający alkoholu, którym dym z papierosa straszny. Dyskoteki, to nie jest miejsce gdzie chodzi się pouprawiać inteligentą konwersację o sztuce i filozofii, a takie gdzie idzie się wyszaleć. Znam wielu na codzień nie palących ludzi, którzy palą papierosy wyłącznie na imprezach, albo przy piwie. A poza tym jest mnóstwo knajp dla niepalących - czemu ustawodawca nie chce pozostawić ludziom prawa wyboru? Ponadto - w jaki sposób chcą egzekwować ten zakaz? Każdy właściciel dyskoteki, jeśli będzie miał dość jaj i trochę oleju w głowie, po prostu zlikwiduje popielniczki, powiesi zakazy palenia i pozwoli rzucać niedopałki na podłogę. Jak przyjdzie kontrola policji powie, że przecież nie będzie donosił na swoich klientów, bo jeżeli tak postąpi to do niego nie wrócą. I będzie miał rację.
Rząd, który uważa się za liberalny powinien takie pierdoły jak palenie papierosów pozwolić załatwiać samym obywatelom. Zgodnie z liberalną doktryną: rynek sam zadecyduje. Jeśli przedsiębiorca uzna, że nie opłaca mu się marnować miejsca na palarnię, bo będzie tam mógł postawić trzy stoliki więcej, to ją zlikwiduje i zakaże palenia w całym lokalu. A tak wygląda to jakby producenci tzw. "słoneczek" (nagrzewnic zasilanych LPG - w kształcie parasoli, do ogrzewania ogródków zimowych), ostro lobbowali za takim zakazem, bo im towar na polskim rynku słabo idzie ("słoneczka" zrobiły furorę w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Niemczech - gdzie zakazano palenia wewnątrz knajpek).
Zresztą, na koniec należy zadać sakramentalne pytanie. Jaki jest powód, dla którego nasi rządzący nie zakażą w ogóle sprzedaży papierosów na terenie kraju? Dlaczego, skoro chcą zbawiać rodaków od zgubnych następstw nałogu tytoniowego, po prostu nie zdelegalizują wyrobów tytoniowych? Powodów jest piętnaście miliardów, wystarczająco dobrych, żeby każdy kolejny rząd mógł sobie pozwolić na taką hipokryzję. Piętnaście miliardów złotych, które zasiliły budżet tylko w 2009 roku i które do tego budżetu będą musiały rokrocznie wpływać. Palacze! Kupujcie ziemię uprawną i zaczynajcie uprawiać tytoń - im mniej Was bowiem pali, tym droższe muszą być papierosy.
ibsen82, wtorek, 19 stycznia 2010; Bartosz Sowisło
Polskie mordy i upublicznione gacie
Większość z czytających kojarzy pewnie film reżyserowany przez Janusza Zaorskiego "Szczęśliwego Nowego Jorku". Gdzieś w połowie tego pouczającego dzieła, główny bohater grany przez Lindę tłumaczy współlokatorom, dlaczego nie odniosą w Ameryce sukcesu. Główną podawaną przez niego przeszkodą jest posiadanie tzw. "polskiej mordy", charakteryzującej się według niego, końską szczerością, głupotą i brakiem uśmiechu. No i faktycznie, fizjonomie owe nie są zbyt interesujące. Mamy tam i zapijaczonego inteligenta, i biznesmena złomiarza stylizującego się na kowboja, i typowego Polaka - katolika z zapadłej wsi, zasuwającego na trzech etatach, jak również hojnie obdarzoną przez naturę tzw. "tępą strzałę", która to cycki może i pokaże, ale po ślubie. Co ciekawe, jeden z bohaterów (grany przez Zamachowskiego), usiłuje tłumaczyć, skąd to ponuractwo powołując się, jak zresztą nietrudno się domyślić, na narodową martyrologię.
W 2002 (chyba) Rafał Ziemkiewicz, wydał książkę pt. "Polactwo". Abstrahując od prawicowo - konserwatywnych poglądów autora i nieco już w tej chwili nieaktualnego tła (realia roku 2001/2002 Samoobrona w Sejmie, Rywin proponujący zakup ustawy itp.) główna myśl jego pracy zdaje się być nadal aktualna. Polską rządzi chamuś - cwaniaczek. I nie mam tu na myśli nikogo konkretnego, tylko pewien rodzaj postaw wśród ludzi mieszkających między Bałtykiem a Beskidami.
Nie chciałbym tu wymieniać ponownie wszystkiego tego o czym Ziemkiewicz napisał, chciałbym tylko wspomnieć o kilku swoich, uzupełniających być może ziemkiewiczowskie, spostrzeżeniach.
Chamstwa w kręgach władzy się już pozbyliśmy (albo o nim nie wiemy). To, że w chwili obecnej mamy bezpłciowego, pozbawionego kręgosłupa, lubującego się w okrągłych słówkach, ale za to proeuropejskiego premiera, rząd który, de facto, drugi rok szykuje się do reform, ministrów mielących w ustach miałkie nic nie znaczące słowa, jest tematem na inne rozważania. Nagrane w ramach dekonspirowania tzw. afery hazardowej rozmowy odłóżmy chwilowo na bok, uznając je za wizerunkową wpadkę i umówmy się, choćby na potrzeby tych tylko rozważań, że co by nie było to jednak Tusk (choć pewnie na boisku jak go kto sfauluje nie mówi: "motyla noga") prezentuje wyższy poziom kultury osobistej niż dajmy na to Lepper. Po Kaczyńskim nie będę jeździł, bo wielu już to zrobiło za mnie.
Chamstwo siedzi jednak dalej w nas. Przykład? Polaka prędzej poskręca, niż powie choćby "dzień dobry" osobie, której nie zna.
Moja praca polega między innymi na tym, że mówię od dwustu do sześciuset razy dziennie: "Dzień Dobry". Jak myślicie ile osób odpowiada? Z moich obserwacji około 30 procent. I to na "dzień dobry" powiedziane przeze mnie, w momencie kiedy to oni wchodzą w miejsce gdzie ja jestem gospodarzem. Zostałem tak wychowany, że w chwili gdy wchodzę do jakiegoś pomieszczenia, urzędu, sklepu, gdzie przebywają inni ludzie to się kłaniam. Nie wyobrażam sobie inaczej, chyba że się zagapię, zamyślę, lub coś rozproszy moją uwagę.
Swego czasu kolega z Bułgarii zapytał mnie, co jest nie tak z polskimi dziewczynami. Trafił w jakimś celu do Polski i spodobała mu się jakaś dziewczyna. Zagadnął ją więc przyjaźnie i jak sam to nazwał, walnął o jakąś niewidzialną ścianę, którą ta miała wokół siebie. Został zmierzony lodowatym spojrzeniem i skwitowany pogardliwym prychnięciem. I jak mu tu teraz wytłumaczyć, że w Polsce mieszka kilka milionów sztuk żeńskiej arystokracji? A wystarczy wyjść na zakupy: hrabianki w mięsnym, królewny fryzjerki, księżne kioskarki, baronowe kelnerki, markizy urzędniczki... Nie, panie, nie ma lekko, one nie siedzą tam gdzie siedzą po to, żeby świadczyć jakieś usługi, wykonywać zawód, handlować czymś, broń Boże! One tkwią w tych miejscach w oczekiwaniu na księcia (przyszłego, lub obecnego, który po pracy zawiezie je do domu), a Ty się kmiocie ciesz, że dostąpiłeś łaski: możliwości zakupienia pudełka zapałek i paczki "Popularnych". Zrobiłem kiedyś eksperyment. Wchodziłem do sklepu i mówiłem głośno "dzień dobry", jeśli w ciągu 10 sekund nikt nie reagował, wychodziłem. Myślicie, że ktoś zwrócił na to uwagę? Wolne żarty.
Nie dalej jak wczoraj, taka właśnie 55 letnia (na oko) dama, zablokowała swoją karetą marki seicento mój - dodam, że prawidłowo zaprakowany - samochód. Do tego stopnia, iż nie byłem w stanie ruszyć się o więcej niż 10 cm. Przejście po okolicznych sklepach w poszukiwaniu właściciela nie przyniosło pozytywnego rezultatu. Trąbienie (takie, że mieszkańcy dwóch okolicznych bloków stali w oknach) zaskutkowało po mniej więcej kwadransie. Myślicie, że chociaż mnie przeprosiła? No właśnie. Tak była zajęta rozmową przez telefon, że nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Natomiast jej koleżanka (bo okazało się że obie damy są pracownicami hurtowni wędlin... tzn. przepraszam: robią łaskę pracodawcy i klientom w hurtowni wędlin) zjebała mnie (bo inaczej wyrazić się tego nie da) jak psa, że to parking hurtowni, chociaż jako żywo, ani znaku, ani bramy na nim nie ma.
Powiecie, dlaczego nie zadzwoniłem po policję? Tak, tak. Zanim policja pojawiłaby się na miejscu zdarzenia, miałbym już naganę z wpisem do akt za spóźnienie się do pracy o pięć godzin. Oczywiście jako rasowy przedstawiciel swojego narodu wymyśliłem już jak będzie wyglądać wendeta (bo oczywiście chłop żywemu nie przepuści...). Postanowiłem, że następnym razem, zaparkuję nie dalej niż trzy centymetry od drzwi kierowcy jej karety. Tak żeby formalnie nie była zablokowana, ale żeby musiała swój hrabiowski zadek przecisnąć po siedzeniu pasażera. Biorąc pod uwagę jej masę w granicach 105 kg (z/k), objętość i przestrzeń w fiacie seciento powinna to być interesująca scena.
Z mężczyznami w usługach nie jest zresztą w naszym pięknym kraju wiele lepiej. Każdy kto był u mechanika wie co mam na myśli. Najtrudniejszą rzeczą w zakładzie naprawy pojazdów jest... zostać zauważonym. No chyba, że się przyjedzie Mercedesem S klasse. Bo w przeciwnym wypadku można sobie wejść do zakładu, ryknąć "dzień dobry", czy jak kto woli "szczęść boże" (można i cokolwiek innego, klienta i tak nikt nie zauważy). Aby potem postać z pół godziny zanim ktokolwiek się Tobą zainteresuje. Miesiąc temu, gdy odbierałem swoje pudło z naprawy, tak to mniej więcej wyglądało. Jeszcze ciekawsze jest samo wykrycie usterki. Jak nie wiesz co konkretnie dolega Twojemu samochodowi, nie ma nawet sensu wybierać się do mechanika, bo on przecież nie jest od tego żeby wiedzieć, ale żeby naprawić ( w zasadzie wymienić, bo dawno nie zadarzyło się żeby ktokolwiek mi coś naprawił), pomądrzyć się chwilę i skasować. Moje doświadczenia z warsztatami samochodowymi u nas w kraju są takie, że: po a) trzeba wiedzieć co Twojemu samochodowi dolega; po b) powiedzieć o tym mechanikowi; po c) przynieść część do wymiany; d) powiedzieć jak należy ją wymienić; e) nie marudzić z ceną; f) zostawić auto na dowolnie długi czas bez gwarancji, że cokolwiek w ogóle zostanie zrobione.
Niedawno dałem auto do elektryka. Umówiliśmy się na konkretny dzień, że przywożę auto rano przychodzę po nie wieczorem, po jego telefonie do mnie. Nauczony doświadczeniem wypisałem elegancko na kartce co i jak. Czekałem na telefon i czekałem i guzik z pętelką. W końcu polazłem do niego pod wieczór i pytam co z moim autem. A ten, że nie miał czasu, żebym jutro po niego przyszedł. Na mój nieśmiały protest, że przecież się umawialiśmy, powiedział mi, że owszem ale co chwilę ktoś do niego przychodził z ważniejszymi rzeczami...
Znowu zapędziłem się w dygresje, przykłady, scenki rodzajowe, historie życiowe i tym podobne, a czytelnik pewno spragniony jest jakiś konkretnych wniosków.
O cwaniactwie w naszym wykonaniu pewnie jeszcze kiedyś napiszę, chciałbym skonkludować, póki co, chamstwo i ponuractwo.
Nie uważam tego dziełka polskiej kinematografii, które przywołałem na początku, za arcydzieło, mogę wręcz - z czystym sumieniem - powiedzieć, że fabularnie było takie sobie. Sądzę jednak, że cenne w nim jest pokazanie w takim właśnie skrzywionym zwierciadle tego kim, w zasadzie, nadal jesteśmy. O ile dwanaście lat temu, można było jeszcze przyjąć tłumaczenia Potejta (to ten właśnie grany przez Zamachowskiego bohater) za o tyle o ile słuszne, to teraz? Jakiż to konflikt wydarzył się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, jaki kataklizm, mógłby tłumaczyć to jak się wzajemnie do siebie odnosimy? A żaden.
Próbowałem ten fenomen polskiego chamusiostwa wytłumaczyć sobie na różne sposoby: Ekonomiczy, ktoś kto słabo zarabia, wyżywa się na klientach, ale ten pada na takich choćby zawodach jak właśnie mechanik samochodowy (który zarabia pewnie dwa, trzy, razy więcej niż nauczyciel), ale gdzie ja się tam mechaników czepiam, stewardessa, której zawodowym obowiązkiem jest uprzejmość, a i pewnie za mało nie zarabia, potrafi niejednokrotnie przenicować pasażera na drugą stronę. Dokonałem analizy czynników geograficznych i prawie pasowało. Mieszkańcy Skandynawii (mniej słońca mają) rzeczywiście, w moim odbiorze, są jeszcze bardziej ponurzy niż Polacy, ale chamskimi nie można ich żadną miarą nazwać. Potem na tapetę wziąłem tą komunę nieszczęśliwie nam przez 45 lat panującą, która mogła tak bardzo serca rodaków moich zatruć, ale chamstwo, księżniczkowanie i ponuractwo wyziera również osób, które żadną miarą PRL (z jego dyktatem chłoporobotnika i pani sklepowej) pamiętać nie mogą. Jedyne co mi pozostaje to hipoteza genetyczna, czyli tak po prostu mamy, bo tak zostaliśmy stworzeni przez siłę wyższą bądź naturę.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie niełatwo będzie to zmienić, jak mówi stare przysłowie "chłopa ze wsi wygonić można, wsi z chłopa nigdy". A jeśli, to dojdzie do przegięcia w drugą stronę, obecnego już w naszych dziejach - wystarczy choćby prześledzić modę z końca XVIII wieku. Wśród najmłodszego pokolenia, również pełno tych, którzy absolutnie bezkrytycznie akceptują sieczkę serwowaną przez kulturę masową, którzy wstydzą się tego, że są członkami tego narodu i popadają w jakiś absurdalny, skrajny kosmopolityzm. A wystarczy zachować odrobinę zdrowego rozsądku.
Nie byłbym sobą gdybym nie poczynił jakiejś antypaństwowej uwagi. Tym razem niech będzie to: ludzie ucywilizujcie się sami, szanujcie drugiego człowieka, a państwo nie będzie Was do tego zmuszało i przy okazji zarabiało na Waszym cywilizacyjnym nieokrzesaniu. Przykład? Proszę bardzo: okazuje się że można dostać mandat za wieszanie prania powyżej barierek na balkonie. Upublicznianie gaci (będących nieraz w kiepskiej kondycji) jest ewidentnym brakiem szacunku dla innych, tylko że to co kiedyś robiły baby we wsi biorąc na języki gospodynię, która wieszała swoje pranie od strony miedzy, teraz musi robić straż miejska, przy okazji radując ministra finansów dodatkowymi wpływami do budżetu. Wniosek jest prosty, każdy człowiek powinien wypracować w samym sobie na tyle przyzwoitości, by nie razić innych swoim zachowaniem. Tym prostym zachowaniem robi aż trzy rzeczy na raz: nie utrudnia życia innym, nie daje zarobić rządowi i pomaga innym być przyzwoitymi, bo nie mają powodu do obgadywania go, co zresztą również świadczy o braku szacunku. W imię przyzwoitości właśnie nie zaparkuję swojego auta obok srebrnego seicento, i nie uraduję się widokiem upokorzenia, jakiejś durnej baby, chociaż mam na to ogromną ochotę i choćby ktoś miał mi powiedzieć, że w jej imię dam sobie, za przeproszeniem, nasrać na łeb.
I tej przyzwoitości i wzajemnego szacunku i sobie i wszystkim życzę.
ibsen82, czwartek, 19 listopada 2009; Bartosz Sowisło
W 2002 (chyba) Rafał Ziemkiewicz, wydał książkę pt. "Polactwo". Abstrahując od prawicowo - konserwatywnych poglądów autora i nieco już w tej chwili nieaktualnego tła (realia roku 2001/2002 Samoobrona w Sejmie, Rywin proponujący zakup ustawy itp.) główna myśl jego pracy zdaje się być nadal aktualna. Polską rządzi chamuś - cwaniaczek. I nie mam tu na myśli nikogo konkretnego, tylko pewien rodzaj postaw wśród ludzi mieszkających między Bałtykiem a Beskidami.
Nie chciałbym tu wymieniać ponownie wszystkiego tego o czym Ziemkiewicz napisał, chciałbym tylko wspomnieć o kilku swoich, uzupełniających być może ziemkiewiczowskie, spostrzeżeniach.
Chamstwa w kręgach władzy się już pozbyliśmy (albo o nim nie wiemy). To, że w chwili obecnej mamy bezpłciowego, pozbawionego kręgosłupa, lubującego się w okrągłych słówkach, ale za to proeuropejskiego premiera, rząd który, de facto, drugi rok szykuje się do reform, ministrów mielących w ustach miałkie nic nie znaczące słowa, jest tematem na inne rozważania. Nagrane w ramach dekonspirowania tzw. afery hazardowej rozmowy odłóżmy chwilowo na bok, uznając je za wizerunkową wpadkę i umówmy się, choćby na potrzeby tych tylko rozważań, że co by nie było to jednak Tusk (choć pewnie na boisku jak go kto sfauluje nie mówi: "motyla noga") prezentuje wyższy poziom kultury osobistej niż dajmy na to Lepper. Po Kaczyńskim nie będę jeździł, bo wielu już to zrobiło za mnie.
Chamstwo siedzi jednak dalej w nas. Przykład? Polaka prędzej poskręca, niż powie choćby "dzień dobry" osobie, której nie zna.
Moja praca polega między innymi na tym, że mówię od dwustu do sześciuset razy dziennie: "Dzień Dobry". Jak myślicie ile osób odpowiada? Z moich obserwacji około 30 procent. I to na "dzień dobry" powiedziane przeze mnie, w momencie kiedy to oni wchodzą w miejsce gdzie ja jestem gospodarzem. Zostałem tak wychowany, że w chwili gdy wchodzę do jakiegoś pomieszczenia, urzędu, sklepu, gdzie przebywają inni ludzie to się kłaniam. Nie wyobrażam sobie inaczej, chyba że się zagapię, zamyślę, lub coś rozproszy moją uwagę.
Swego czasu kolega z Bułgarii zapytał mnie, co jest nie tak z polskimi dziewczynami. Trafił w jakimś celu do Polski i spodobała mu się jakaś dziewczyna. Zagadnął ją więc przyjaźnie i jak sam to nazwał, walnął o jakąś niewidzialną ścianę, którą ta miała wokół siebie. Został zmierzony lodowatym spojrzeniem i skwitowany pogardliwym prychnięciem. I jak mu tu teraz wytłumaczyć, że w Polsce mieszka kilka milionów sztuk żeńskiej arystokracji? A wystarczy wyjść na zakupy: hrabianki w mięsnym, królewny fryzjerki, księżne kioskarki, baronowe kelnerki, markizy urzędniczki... Nie, panie, nie ma lekko, one nie siedzą tam gdzie siedzą po to, żeby świadczyć jakieś usługi, wykonywać zawód, handlować czymś, broń Boże! One tkwią w tych miejscach w oczekiwaniu na księcia (przyszłego, lub obecnego, który po pracy zawiezie je do domu), a Ty się kmiocie ciesz, że dostąpiłeś łaski: możliwości zakupienia pudełka zapałek i paczki "Popularnych". Zrobiłem kiedyś eksperyment. Wchodziłem do sklepu i mówiłem głośno "dzień dobry", jeśli w ciągu 10 sekund nikt nie reagował, wychodziłem. Myślicie, że ktoś zwrócił na to uwagę? Wolne żarty.
Nie dalej jak wczoraj, taka właśnie 55 letnia (na oko) dama, zablokowała swoją karetą marki seicento mój - dodam, że prawidłowo zaprakowany - samochód. Do tego stopnia, iż nie byłem w stanie ruszyć się o więcej niż 10 cm. Przejście po okolicznych sklepach w poszukiwaniu właściciela nie przyniosło pozytywnego rezultatu. Trąbienie (takie, że mieszkańcy dwóch okolicznych bloków stali w oknach) zaskutkowało po mniej więcej kwadransie. Myślicie, że chociaż mnie przeprosiła? No właśnie. Tak była zajęta rozmową przez telefon, że nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Natomiast jej koleżanka (bo okazało się że obie damy są pracownicami hurtowni wędlin... tzn. przepraszam: robią łaskę pracodawcy i klientom w hurtowni wędlin) zjebała mnie (bo inaczej wyrazić się tego nie da) jak psa, że to parking hurtowni, chociaż jako żywo, ani znaku, ani bramy na nim nie ma.
Powiecie, dlaczego nie zadzwoniłem po policję? Tak, tak. Zanim policja pojawiłaby się na miejscu zdarzenia, miałbym już naganę z wpisem do akt za spóźnienie się do pracy o pięć godzin. Oczywiście jako rasowy przedstawiciel swojego narodu wymyśliłem już jak będzie wyglądać wendeta (bo oczywiście chłop żywemu nie przepuści...). Postanowiłem, że następnym razem, zaparkuję nie dalej niż trzy centymetry od drzwi kierowcy jej karety. Tak żeby formalnie nie była zablokowana, ale żeby musiała swój hrabiowski zadek przecisnąć po siedzeniu pasażera. Biorąc pod uwagę jej masę w granicach 105 kg (z/k), objętość i przestrzeń w fiacie seciento powinna to być interesująca scena.
Z mężczyznami w usługach nie jest zresztą w naszym pięknym kraju wiele lepiej. Każdy kto był u mechanika wie co mam na myśli. Najtrudniejszą rzeczą w zakładzie naprawy pojazdów jest... zostać zauważonym. No chyba, że się przyjedzie Mercedesem S klasse. Bo w przeciwnym wypadku można sobie wejść do zakładu, ryknąć "dzień dobry", czy jak kto woli "szczęść boże" (można i cokolwiek innego, klienta i tak nikt nie zauważy). Aby potem postać z pół godziny zanim ktokolwiek się Tobą zainteresuje. Miesiąc temu, gdy odbierałem swoje pudło z naprawy, tak to mniej więcej wyglądało. Jeszcze ciekawsze jest samo wykrycie usterki. Jak nie wiesz co konkretnie dolega Twojemu samochodowi, nie ma nawet sensu wybierać się do mechanika, bo on przecież nie jest od tego żeby wiedzieć, ale żeby naprawić ( w zasadzie wymienić, bo dawno nie zadarzyło się żeby ktokolwiek mi coś naprawił), pomądrzyć się chwilę i skasować. Moje doświadczenia z warsztatami samochodowymi u nas w kraju są takie, że: po a) trzeba wiedzieć co Twojemu samochodowi dolega; po b) powiedzieć o tym mechanikowi; po c) przynieść część do wymiany; d) powiedzieć jak należy ją wymienić; e) nie marudzić z ceną; f) zostawić auto na dowolnie długi czas bez gwarancji, że cokolwiek w ogóle zostanie zrobione.
Niedawno dałem auto do elektryka. Umówiliśmy się na konkretny dzień, że przywożę auto rano przychodzę po nie wieczorem, po jego telefonie do mnie. Nauczony doświadczeniem wypisałem elegancko na kartce co i jak. Czekałem na telefon i czekałem i guzik z pętelką. W końcu polazłem do niego pod wieczór i pytam co z moim autem. A ten, że nie miał czasu, żebym jutro po niego przyszedł. Na mój nieśmiały protest, że przecież się umawialiśmy, powiedział mi, że owszem ale co chwilę ktoś do niego przychodził z ważniejszymi rzeczami...
Znowu zapędziłem się w dygresje, przykłady, scenki rodzajowe, historie życiowe i tym podobne, a czytelnik pewno spragniony jest jakiś konkretnych wniosków.
O cwaniactwie w naszym wykonaniu pewnie jeszcze kiedyś napiszę, chciałbym skonkludować, póki co, chamstwo i ponuractwo.
Nie uważam tego dziełka polskiej kinematografii, które przywołałem na początku, za arcydzieło, mogę wręcz - z czystym sumieniem - powiedzieć, że fabularnie było takie sobie. Sądzę jednak, że cenne w nim jest pokazanie w takim właśnie skrzywionym zwierciadle tego kim, w zasadzie, nadal jesteśmy. O ile dwanaście lat temu, można było jeszcze przyjąć tłumaczenia Potejta (to ten właśnie grany przez Zamachowskiego bohater) za o tyle o ile słuszne, to teraz? Jakiż to konflikt wydarzył się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, jaki kataklizm, mógłby tłumaczyć to jak się wzajemnie do siebie odnosimy? A żaden.
Próbowałem ten fenomen polskiego chamusiostwa wytłumaczyć sobie na różne sposoby: Ekonomiczy, ktoś kto słabo zarabia, wyżywa się na klientach, ale ten pada na takich choćby zawodach jak właśnie mechanik samochodowy (który zarabia pewnie dwa, trzy, razy więcej niż nauczyciel), ale gdzie ja się tam mechaników czepiam, stewardessa, której zawodowym obowiązkiem jest uprzejmość, a i pewnie za mało nie zarabia, potrafi niejednokrotnie przenicować pasażera na drugą stronę. Dokonałem analizy czynników geograficznych i prawie pasowało. Mieszkańcy Skandynawii (mniej słońca mają) rzeczywiście, w moim odbiorze, są jeszcze bardziej ponurzy niż Polacy, ale chamskimi nie można ich żadną miarą nazwać. Potem na tapetę wziąłem tą komunę nieszczęśliwie nam przez 45 lat panującą, która mogła tak bardzo serca rodaków moich zatruć, ale chamstwo, księżniczkowanie i ponuractwo wyziera również osób, które żadną miarą PRL (z jego dyktatem chłoporobotnika i pani sklepowej) pamiętać nie mogą. Jedyne co mi pozostaje to hipoteza genetyczna, czyli tak po prostu mamy, bo tak zostaliśmy stworzeni przez siłę wyższą bądź naturę.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie niełatwo będzie to zmienić, jak mówi stare przysłowie "chłopa ze wsi wygonić można, wsi z chłopa nigdy". A jeśli, to dojdzie do przegięcia w drugą stronę, obecnego już w naszych dziejach - wystarczy choćby prześledzić modę z końca XVIII wieku. Wśród najmłodszego pokolenia, również pełno tych, którzy absolutnie bezkrytycznie akceptują sieczkę serwowaną przez kulturę masową, którzy wstydzą się tego, że są członkami tego narodu i popadają w jakiś absurdalny, skrajny kosmopolityzm. A wystarczy zachować odrobinę zdrowego rozsądku.
Nie byłbym sobą gdybym nie poczynił jakiejś antypaństwowej uwagi. Tym razem niech będzie to: ludzie ucywilizujcie się sami, szanujcie drugiego człowieka, a państwo nie będzie Was do tego zmuszało i przy okazji zarabiało na Waszym cywilizacyjnym nieokrzesaniu. Przykład? Proszę bardzo: okazuje się że można dostać mandat za wieszanie prania powyżej barierek na balkonie. Upublicznianie gaci (będących nieraz w kiepskiej kondycji) jest ewidentnym brakiem szacunku dla innych, tylko że to co kiedyś robiły baby we wsi biorąc na języki gospodynię, która wieszała swoje pranie od strony miedzy, teraz musi robić straż miejska, przy okazji radując ministra finansów dodatkowymi wpływami do budżetu. Wniosek jest prosty, każdy człowiek powinien wypracować w samym sobie na tyle przyzwoitości, by nie razić innych swoim zachowaniem. Tym prostym zachowaniem robi aż trzy rzeczy na raz: nie utrudnia życia innym, nie daje zarobić rządowi i pomaga innym być przyzwoitymi, bo nie mają powodu do obgadywania go, co zresztą również świadczy o braku szacunku. W imię przyzwoitości właśnie nie zaparkuję swojego auta obok srebrnego seicento, i nie uraduję się widokiem upokorzenia, jakiejś durnej baby, chociaż mam na to ogromną ochotę i choćby ktoś miał mi powiedzieć, że w jej imię dam sobie, za przeproszeniem, nasrać na łeb.
I tej przyzwoitości i wzajemnego szacunku i sobie i wszystkim życzę.
ibsen82, czwartek, 19 listopada 2009; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)