Tytuł wpisu jest trawestacją tytułu ostatniej książki Lema: Rasa Drapieżców. O ile w przypadku polityki - bo taki jest główny temat większości jego felietonów w ww. zbiorze - mogę tylko przyklasnąć metaforze: człowiek - drapieżnik. Patrząc jednak szerzej, bardziej trafne wydaje mi się zrównać: człowieka i pasożyta.
"Pasożyt – organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia. Pasożytnictwo to oddziaływanie antagonistyczne między organizmami, które przynosi korzyść jedynie pasożytowi; żywicielowi, zwanemu czasem gospodarzem, związek ten przynosi wyłącznie szkody (straty substancji odżywczych, destrukcja tkanek, zatrucie produktami przemiany materii pasożyta itp.). Pasożyt może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia, a nawet śmierci." [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pasożyt]
Ten wpis nie ma być laurką dla Greenpeace, WWF, Ligi Ochrony Przyrody, Klubu Gaja, czy zielonych radykałów pod patronatem Al'a Gore'a, którym to hasło: "Kill yourself to save the planet" pewnie bardzo by się spodobało. Nie chodzi też o to by pisać pochwałę dla masochistycznych ekofaszystów twierdzących, że ludzi na świecie nie powinno być więcej niż 100 tysięcy, ani dla tych co przykuwają się do drzew, aby zablokować budowę obwodnicy, która może ocalić kilkanaście ofiar wypadków drogowych rocznie.
Ze względu na stopień zależności od żywiciela pasożyty dzieli się na:
- fakultatywne, okolicznościowe, względne – mogące rozwijać się zarówno na żywych organizmach, jak również na materii nieożywionej. Forma odżywiania zależy od predyspozycji genetycznych, dostępu do rośliny żywicielskiej, jej podatności na zakażenie oraz warunków pogody
- obligatoryjne, ścisłe, bezwzględne i względne – mogące rozwijać się w fazie wegetatywnej tylko w lub na organizmach żywych. Poza organizmem żywiciela pasożyty te mogą przetrwać tylko jako niektóre formy rozwojowe organizmu – przetrwalniki. [Źródło: j.w.]
Ludzkość jest pasożytem typu drugiego, obligatoryjnego. Gospodarzem dla nas jest Ziemia - trzecia planeta Układu Słonecznego od gwiazdy centralnej licząc. Jeśli byłoby inaczej, jeśli moglibyśmy z Ziemi po prostu uciec, nie trzeba by kosztownych promów kosmicznych, skafandrów dla kosmonautów, masek tlenowych i innych drogich wynalazków, na które NASA z upodobaniem wydaje pieniądze amerykańskich obywateli. Chętnych do zostania kosmonautami, przy użyciu wielkiej procy lub katapulty rozpędzałoby się do prędkości 7,91 km/s (28,5 tys kmph) i wysyłało na orbitę. I choć ludzie, ze wszystkich gatunków istot żywych mają bodaj najbardziej rozwinięte cechy adaptacyjne, to jednak się w ten sposób nie postępuje. Z tej oczywistej przyczyny, że bez środowiska jakie panuje w biosferze - żyć się nie da.
Nasz żywiciel, posiada ogromne ilości zasobów, z których my - pasożyt, nauczyliśmy się skwapliwie korzystać. Sprytnie nimi żonglując udało nam się stworzyć cywilizację, rozrosnąć. Zupełnie jak tasiemiec, który zawłaszcza sobie substancje odżywcze z jelita cienkiego i rośnie. Ponoć nawet do trzech metrów. Problem zaczyna się w momencie, gdy organizmowi żywiciela zaczyna brakować substancji odżywczych. Jeśli zdarzy się, że wskutek tego umrze - umiera i tasiemiec.
Chyba nie ma takiego zasobu na ziemi, dla którego człowiek nie znalazłby praktycznego zastosowania. Sęk w tym, że niektóre z nich są nieodnawialne. Przykładowo ropa: jak wyjaśnia jedna z teorii, powstała jako arcyciekawy splot fizyczno - chemicznych okoliczności oddziałujący na substancje organiczne. Splot okoliczności, trwający na tyle długo, by móc wybić sobie z głowy oczekiwanie aż ponownie nastąpi. Tymczasem zużywamy ją całkiem beztrosko, nie mając pewności, czy uda nam się ją czymś sensownym zastąpić i za kilkaset lat może nam przyjść zmierzyć się z sytuacją, że gdyby przyszło się nam stąd ewakuować nie będziemy mieć co nalać do zbiorników rakiety, by nadała nam tym razem prędkość 16,7 km/s (60 tys. kmph). Bo aż tak trzeba się rozpędzić, żeby udało się zwiać z Układu Słonecznego (skoro już wiemy, że w nim nie ma dla nas dobrego, alternatywnego miejsca do zamieszkania).
Używamy więc zasobów Ziemi - żywiciela i bardzo dobrze, gdyż bez tego nie udałoby się nam pewnie aż tak rozwinąć. Tyle, że robimy to bezmyślnie i marnujemy dosłownie wszystko. Żywność, drzewa, wodę, energię, nośniki energii, tlen, rzadkie pierwiastki, a nawet siebie samych. Kilka przykładów: jak już kiedyś pisałem tylko w Wlk. Brytanii zabija się (po przeliczeniu) pół miliona świń niepotrzebnie (tyle mięsa trafia na śmietniki); dziesięć deko wędliny w supermarkecie zawija się nie dość że w woreczek, to jeszcze płachtę papieru wielkości plakatu; każdy aneks do najdurniejszej bankowej umowy, każda bankowa informacja - zupełnie zbędnie zadrukowane ilości papieru wystarczające na umieszczenie na nim encyklopedii; niszczone w świetle prawa pirackie płyty, odzież z nielegalnie użytymi znakami handlowymi, nielegalnego pochodzenia spirytus...
Skoro wiemy, że marnujemy - to czemu kontynuujemy wiązanie sobie na szyi stryczka, miast powiedzieć głośno i donośnie: basta? Gdzie tkwi przyczyna tego, że jesteśmy na najlepszej drodze by stać się cywilizacją buszującą nie w zbożu - a po śmietnikach, w poszukiwaniu zasobów? Otóż zdecydowana większość tego marnotrastwa ma swoje źródło w pewnym nieporozumieniu. Źródeł, trudno wypatrzyć, ale że tkwimy w jego środku widoczne jest gołym okiem, nawet dla średnio rozgarniętego obserwatora.
Pieniądze, gdy wynaleziono je kilka tysięcy lat temu były swego rodzaju nośnikiem wartości. Miały służyć ułatwieniu wymiany handlowej odbywającej się wcześniej według schematu towar - towar, zastąpionego, od chwili poczynienia wynalazku, schematem: towar - pieniądz - towar. I początkowo hulało to całkiem znośnie. By kupić stado wielbłądów, nie trzeba było gonić przez pustynię stada powabnych niewolnic na wymianę, tylko sprzedawało się je za brzęczącą monetę starym lubieżnikom na miejscu, a z mieszkiem u pasa zasuwało po wielbłądy. Rozwiązanie było na tyle genialne, że pieniądz częściowo wypadł z roli pośredniczącej i sam w sobie stał się towarem: zajął miejsce najbardziej pożądanego ze wszystkich dóbr. Wszakże skoro schemat wymiany wyglądał jak przedstawiono powyżej czyli: towar - pieniądz - towar to można zeń łatwo wyprowadzić następującą zależność pieniądz = towar, a więc im więcej ma się pieniądza - tym więcej potencjalnego towaru. Można przeczytać to proste równanie od tyłu. Czyli im więcej chce się mieć pieniądza, tym więcej trzeba przekazać za niego innego towaru. Był w tym jednakże jeden szkopuł. Pieniądze pierwotne były wartością mniej więcej taką samą dla wszystkich - wykonywano je z kruszców, powszechnie uznawanych jako cenne.
Pech chciał, że w dwudziestym stuleciu ekonomiści doszli do wniosku, że ilości pieniądza w obiegu nie można ograniczać jakimś bzdurnym wymogiem wykonywania ich z metali szlachetnych, czy nawet pokrywania czymkolwiek ich wartości(żeby było jeszcze śmieszniej: ten zasób też marnujemy. Krótki przykład: proszę porównać sobie cenę biletu lotniczego w klasie ekonomicznej i biznes. I odpowiedzieć na pytanie, kto w ogólnym rozrachunku za to płaci). Obawiano się, że brak gotówki w obiegu zahamuje rozwój i doprowadzi do gospodarczej stagnacji. I zaczęło się radosne drukowanie, które trwa nadal . Jak wiadomo, jeśli czegoś jest dużo - to jest to tanie i pieniądz taniał i tanieje, a żeby jego nieprzerwany strumień płynął do ludzkich kieszeni - trzeba więcej towaru, a skoro tak to, trzeba produkować.
No i się produkuje. Każdemu właścicielowi samochodu znane jest pewnie obiegowe twierdzenie o tym, że dawniej robiono lepsze, bardziej niezawodne auta, a to co produkuje się teraz to chłam, wytrzymujący raptem dziesięć lat eksploatacji. Prawie każdy, kto miał do czynienia z laptopem zauważył pewnie, że gdy mija okres gwarancji producenta sprzęt się dziwnym trafem psuje. Podobnie sprawy mają się z urządzeniami AGD i RTV, telefonami komórkowymi. Czy przypadkiem nie powinno być na odwrót? Skoro na rynek trafia bardziej zaawansowane urządzenie, można założyć, że producent już nauczył się na swoich błędach i owo ulepszone urządzenie powinno psuć się rzadziej. Tymczasem dowiedziałem się ostatnio, że firma HP nie prowadzi już wsparcia serwisowego dla laptopów produkowanych raptem pięć lat temu.
Przekaz jest czytelny: zeżryj - przetraw - wysraj - kup nowe.
Wracając do głównego toku rozważań: trzecie ogniwo przedstawionego łańcucha. Nieelegancko i dosadnie nazwana czynność wydalania przetrawionego dobra ciągnie za sobą konsekwencje w postaci śmiecia i zmarnowanego zasobu. A te drugie, jak już wiemy, są ograniczone.
Każdego pasożyta da się wykurzyć. Najważniejsze, żeby nosiciel był świadomy, że jest wykorzystywany. W 1987 James Lovelock ogłosił Hipotezę Gai:
Hipoteza przypisuje własności żywego organizmu planecie Ziemi jako całości. Gaja może być zdefiniowana jako złożona jedność zawierająca biosferę, atmosferę, oceany i gleby Ziemi; całość stanowiącą sprzężenie zwrotne systemów cybernetycznych poszukujących optymalnego fizycznego i chemicznego środowiska naturalnego dla życia na tej planecie. (...)Gaja trwa w ciągłości z przeszłością sięgającą aż do samych początków życia, a w przyszłości będzie trwać tak długo, jak będzie trwać życie. Jest to żywa istota planetarna. Ściślej mówiąc, temperatura, utlenianie, stan skupienia, kwasowość i pewne aspekty skał i wód są utrzymywane poprzez aktywne procesy reakcji przeprowadzane automatycznie i nieświadomie przez florę i faunę, co sprawia że istnienie planety znajduje się w równowadze dynamicznej, homeostazie. [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Gai]
Mówiąc prościej: żyjemy na ogromnej wańce - wstańce. Tylko kłopotliwe i tragiczne w skutkach może się okazać, jeśli się nagle wyprostuje, otrząśnie i z niej przy okazji pospadamy. I być może wtedy doczekamy się ropy. Staniemy się nią.
ibsen82, sobota, 26 marca 2011
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marnotrastwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marnotrastwo. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Eskulap i śrubokręt
Co ma wspólnego dobry mechanik samochodowy z dobrym lekarzem? Pozornie nic. Bo przecież pierwszy babra się w smarach; zimą, czy latem włazi pod samochód, wdycha spaliny, używa kluczy, kleszczy, czasem młotka. Drugi - zwykle siedzi w czystym gabinecie, myje ręce klikadziesiąt razy na dzień; używa stetoskopu, łopatek do oglądania gardła, skalpeli, lancetów, rentgenów, USG, EKG, ssaków, drenów i około tysiąca ośmiuset osiemdziesięciu trzech innych tajemniczych przyrządów, o których przeznaczeniu przeciętny zjadacz chleba nie ma żadnego pojęcia. Gdzie jest zatem część wspólna tych dwóch zbiorów, co może ich łączyć ? To samo co złego mechanika i złego lekarza: umiejętność diagnozowania, bądź jej brak. A to jak postaram się wykazać dalej, jest zdolność kluczowa i to z kilku przynajmniej różnych względów.
Parę lat temu, na przełomie lipca i sierpnia trafiło mi się jakieś paskudne choróbsko. Zaimek nieokreślony w miejsce konkretnej nazwy schorzenia jest niestety na miejscu, bo do tej pory nie wiem co mi było. Pierwszego dnia spuchło mi lewe oko, drugiego zacząłem gorączkować, trzeciego: białko oka nabrało barwy wściekle rubinowej, czwartego gorączka wzrosła, piątego zainfekowane zostało drugie oko. Od szóstego do dziewiątego dnia nie widziałem nic bo powieki zapuchły do tego stopnia, że do oczu dostawało się bardzo niewiele światła, a na dokładkę zacząłem paskudnie kaszleć. W łóżku spędziłem ponad dwa tygodnie. Rzecz jasna udałem się po pomoc do ośrodka zdrowia. Miła pani doktor, sprawiła wrażenie, że widziała takich przypadków już ze czterysta; zapisała mi jakieś krople z antybiotykiem, pół kilo tabletek, dała L4 i kazała wrócić za trzy dni do kontroli. Kropiłem więc oczy, dietę z tabletek uzupełniałem od czasu do czasu jakimś jedzeniem - i niestety ale guzik z pętelką. Zaszedłem więc do niej znowu. Obejrzała, zapisała inne krople, kolejne tabletki i ponownie kazała się zgłosić za trzy dni. Efekt był dokładnie taki sam, czyli żaden. Kolejna wizyta różniła się od poprzednich, tylko tym, że lekarka mruknęła pod nosem: "No jak to nie zadziałało to spróbujemy tego...". I rzecz jasna dostałem receptę na kolejne kropelki i pigułki. Tym razem, szczęśliwie, coś zadziałało i około tygodnia później zdrów byłem jak ryba.
Ojciec kolegi, zaczął podwójnie widzieć. Włóczył się po lekarzach przynajmniej pół roku znosząc do domu coraz to bardziej przerażające diagnozy. W chwili gdy usłyszał o bodajże raku mózgu, przypuszczam, że zaczął wybierać fason trumny i miejsce na cmentarzu, bo na ile go znam jest człowiekiem bardzo praktycznym i jeszcze trzeźwiej myślącym - jako taki, słysząc podobną diagnozę, musiał mieć świadomość, że szanse wywinięcia się Kostusze spod Kosy są niewielkie. Jego syn, a mój kolega, przejął się strasznie (co oczywiste), uruchomił kontakty i upchnął ojca w kolejce do jakieś profesorskiej medycznej sławy. Pan profesor, naprędce przebadał pacjenta i zagłębił się w lekturze historii choroby stworzonej przez kolegów po fachu. Musieli byli niezłe dykteryjki i anegdotki tam wpisywać, bo jak wynika z pośredniej relacji, którą słyszałem śmiał się do rozpuku, od czasu do czasu komentując: "O i to wymyślili, ciekawe, ciekawe...". Po czym oznajmił ojcu, który nic a nic z tego nie rozumiał, że tarczyca czasami daje takie objawy i po leczeniu powinny ustąpić - co zresztą się stało.
Sąsiadka również miała kłopoty ze wzrokiem. Kobieta w wieku mojej matki, zaczęła jej kiedyś opisywać jak widzi kuchnię w której właśnie siedziały. Mamie przypomniała się tablica wisząca w przychodni, gdzie na różnych obrazkach przedstawione zostały różnice w postrzeganiu otoczenia przez ludzi cierpiących na różne choroby oczu i rzuciła od niechcenia, że to może jaskra. Jak się okazało, trafiła bezbłędnie, bo opis sąsiadki odpowiadał w 100% podręcznikowemu obrazowi tej choroby, ale żeby to potwierdzić potrzebowała prawie trzech miesięcy wizyt u różnych lekarzy.
Jechaliśmy na spływ kajakowy na Brdę. Gdzieś za Łodzią mój rydwan zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki, coś pomiędzy głuchą wibracją, a dudnieniem dochodzącym spod silnika. Zjechałem do najbliższego warsztatu, gdzie panowie mechanicy pooglądali, posłuchali i przejechali się ze mną. Werdykt: poduszka od silnika, można jeździć. Kilkaset kilometrów dalej i kilkanaście dni później, we wsi w zachodniopomorskim, zajechałem do innego mechanika. Werdykt: rozrząd, nie jeździć. Rozrząd w tym aucie jest na łańcuchu i to dość kosztownym, jeśli wymieniać go ze wszystkimi kółkami, slizgami i czym tam jeszcze. Oczyma wyobraźni widziałem już jak debet na koncie przybiera rozmiary Rowu Mariańskiego, ale postanowiłem zaryzykować i skonsultować się w jeszcze innym miejscu. Kolejnych tysiąc kilometrów później, na stacji diagnostycznej w moim mieście, to samo zagadnienie i trzecia wersja: wymienić wszystkie gumy w tylnym zawieszeniu, wahacz i coś tam jeszcze. Jak kazali, tak zrobiłem, przy czym mechanikowi kazałem upewnić się, że upierdliwa wibracja zniknie, a jeśli nie - szukać dalej. Odbieram auto, płacę sześćset złotych, wsiadam, wrzucam wsteczny... To samo. Wziąłem mechanika za łeb, wsadziłem do samochodu i jeździłem z nim tak długo, aż upewniłem się, że wie o co mi w ogóle chodzi. Wjechaliśmy na kanał i oglądamy auto od spodu. Spec duma i duma i nic wydumać nie może. Nagle wzrok mój pada na jakąś śrubę, która wkręcona jest może jedną czwartą swojej długości. "To tak ma być?" - pytam - "No raczej nie" - pada odpowiedź. Bierze chłopisko klucz grzechotkę, czternastkę o ile mnie pamięć nie zawodzi i wykonuje pięć ruchów ręką. Zjeżdżamy z kanału, auto mimo 260 tys przebiegu chodzi cichutko, jak nowe.
Auto, po dłuższych trasach, tak trzysta - czterysta kilometrów, buntowało się i strasznie ciężko chodziły biegi. Gdy ostygło (np. po nocy) wszystko było OK. Zajechałem raz do Gdańska, przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów katując skrzynię biegów, równocześnie intensywnie rozmyślając nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Połączyłem ją z upałem (lato było) i faktem, że sprzęgło obsługiwane jest linką, która pewno na skutek długotrwałego naciskania pedału i wysokiej temperatury pewnie się lekko rozciągnęła, co prowadziło do niepełnego wysprzęglania i zgrzytania skrzyni podczas zmiany biegów. Jakimś fartem wiedziałem, gdzie regulować jej długość, tyle że nie miałem ze sobą narzędzi. W warsztacie, w którym chciałem po prostu pożyczyć dwa klucze, mechanicy chcieli mi wmówić konieczność wymiany całego kompletu sprzęgła. Zamknęli się dopiero, gdy usłyszeli, że zostało to zrobione raptem trzy miesiące wcześniej i gdy pokazałem im jak pracował "wybierak" sprzęgła przed i po naciągnięciu linki. Dość, że mieli na tyle przyzwoitości, by nie chcieć żadnych pieniędzy za wynajem narzędzi.
Można by w zasadzie napisać, że morał z tych historyjek, banalny, bo banalny, ale jest taki, by uważać na różnej maści specjalistów i fachowców, którzy lubią wydawać różne, definitywne sądy na podstawie zgadywanek. O ile przy samochodzie niby można sobie na wróżenie z fusów pozwolić, ale jeśli gra idzie o własne zdrowie to już niekoniecznie - w końcu lekarz to lekarz i jak już ma łatwiej przy dostawaniu kredytów z racji należenia do grupy "zawodów zaufania publicznego", to niech tego zaufania nie nadużywa. A koniec końców tak, jak leczyła mnie pani doktor, mogłem leczyć się sam. Pójść do apteki, poprosić o wszystkie krople do oczu z antybiotykami, poczytać na jakie szczepy bakterii działają, kupić tak, żeby się nie powtarzały i próbować. Choroba kosztowała mnie blisko 300 złotych, mogła kosztować stówkę, gdyby od razu postawiono prawidłową diagnozę. Nie chcę się wymądrzać, ale czy przypadkiem nie łatwiej leczyć coś co się zidentyfikowało, a nie wszystko czym to może być? Czy medycyna nie jest w stanie ustalić, który szczep bakterii mnie pożera, robiąc np. wymaz z zainfekowanego oka? Czy lekarz nie powinien przypadkiem sprawdzić wszystkich możliwości, zanim zakomunikuje komuś, że ma nowotwór? Czy pan mechanik, nie powinien przypadkiem pomyśleć, że lepiej poświęcić więcej czasu na diagnozę i skasować więcej za swoją pracę, niż kazać klientowi wymienić pół samochodu i nabić kieszeń producentom części zamiennych?
Żyjemy, czy nam się to podoba, czy nie, w świecie jednorazowości, szybkiej konsumpcji i marnotrastwa. Sięga to także tam, gdzie nigdy sięgnąć nie powinno, gdzie od poprawnej diagnozy zależy nasze bezpieczeństwo (jak choćby z samochodem), bądź zdrowie. A tak: mechanik marnuje moją forsę i marnuje części, które wymienia, mimo, że są jeszcze dobre. Lekarz, marnuje pieniądze, moje i innych (bo pracodawaca albo ZUS wypłaca mi wynagrodzenie, za okres kiedy jestem niezdolny do pracy), czas (jak jestem na L4, na którym mógłbym być krócej to nie pracuję i nie wytwarzam żadnego dobra), nerwy i równowagę psychiczną (jak ojcu kolegi). Państwo zaś marnuje kasę wszystkich przymusowo ubezpieczonych w NFZ - utrzymując niekompetentnych lekarzy. Składek na fundusz w tym miesiącu wpłacono za mnie na kwotę 640 PLN.
Po cichu marzę, żeby rzeczywistość dogoniła wreszcie sci - fi. Pamiętacie Ripley z Obcy III? Wlazła do kapsuły medycznej, która przeskanowała ją i opisała dokładnie co jej dolega. I na tym polu maszyny kiedyś nas prześcigną. I chyba dobrze.
ibsen82, czwartek, 24 lutego 2011; Bartosz Sowisło
Parę lat temu, na przełomie lipca i sierpnia trafiło mi się jakieś paskudne choróbsko. Zaimek nieokreślony w miejsce konkretnej nazwy schorzenia jest niestety na miejscu, bo do tej pory nie wiem co mi było. Pierwszego dnia spuchło mi lewe oko, drugiego zacząłem gorączkować, trzeciego: białko oka nabrało barwy wściekle rubinowej, czwartego gorączka wzrosła, piątego zainfekowane zostało drugie oko. Od szóstego do dziewiątego dnia nie widziałem nic bo powieki zapuchły do tego stopnia, że do oczu dostawało się bardzo niewiele światła, a na dokładkę zacząłem paskudnie kaszleć. W łóżku spędziłem ponad dwa tygodnie. Rzecz jasna udałem się po pomoc do ośrodka zdrowia. Miła pani doktor, sprawiła wrażenie, że widziała takich przypadków już ze czterysta; zapisała mi jakieś krople z antybiotykiem, pół kilo tabletek, dała L4 i kazała wrócić za trzy dni do kontroli. Kropiłem więc oczy, dietę z tabletek uzupełniałem od czasu do czasu jakimś jedzeniem - i niestety ale guzik z pętelką. Zaszedłem więc do niej znowu. Obejrzała, zapisała inne krople, kolejne tabletki i ponownie kazała się zgłosić za trzy dni. Efekt był dokładnie taki sam, czyli żaden. Kolejna wizyta różniła się od poprzednich, tylko tym, że lekarka mruknęła pod nosem: "No jak to nie zadziałało to spróbujemy tego...". I rzecz jasna dostałem receptę na kolejne kropelki i pigułki. Tym razem, szczęśliwie, coś zadziałało i około tygodnia później zdrów byłem jak ryba.
Ojciec kolegi, zaczął podwójnie widzieć. Włóczył się po lekarzach przynajmniej pół roku znosząc do domu coraz to bardziej przerażające diagnozy. W chwili gdy usłyszał o bodajże raku mózgu, przypuszczam, że zaczął wybierać fason trumny i miejsce na cmentarzu, bo na ile go znam jest człowiekiem bardzo praktycznym i jeszcze trzeźwiej myślącym - jako taki, słysząc podobną diagnozę, musiał mieć świadomość, że szanse wywinięcia się Kostusze spod Kosy są niewielkie. Jego syn, a mój kolega, przejął się strasznie (co oczywiste), uruchomił kontakty i upchnął ojca w kolejce do jakieś profesorskiej medycznej sławy. Pan profesor, naprędce przebadał pacjenta i zagłębił się w lekturze historii choroby stworzonej przez kolegów po fachu. Musieli byli niezłe dykteryjki i anegdotki tam wpisywać, bo jak wynika z pośredniej relacji, którą słyszałem śmiał się do rozpuku, od czasu do czasu komentując: "O i to wymyślili, ciekawe, ciekawe...". Po czym oznajmił ojcu, który nic a nic z tego nie rozumiał, że tarczyca czasami daje takie objawy i po leczeniu powinny ustąpić - co zresztą się stało.
Sąsiadka również miała kłopoty ze wzrokiem. Kobieta w wieku mojej matki, zaczęła jej kiedyś opisywać jak widzi kuchnię w której właśnie siedziały. Mamie przypomniała się tablica wisząca w przychodni, gdzie na różnych obrazkach przedstawione zostały różnice w postrzeganiu otoczenia przez ludzi cierpiących na różne choroby oczu i rzuciła od niechcenia, że to może jaskra. Jak się okazało, trafiła bezbłędnie, bo opis sąsiadki odpowiadał w 100% podręcznikowemu obrazowi tej choroby, ale żeby to potwierdzić potrzebowała prawie trzech miesięcy wizyt u różnych lekarzy.
Jechaliśmy na spływ kajakowy na Brdę. Gdzieś za Łodzią mój rydwan zaczął wydawać z siebie dziwne dźwięki, coś pomiędzy głuchą wibracją, a dudnieniem dochodzącym spod silnika. Zjechałem do najbliższego warsztatu, gdzie panowie mechanicy pooglądali, posłuchali i przejechali się ze mną. Werdykt: poduszka od silnika, można jeździć. Kilkaset kilometrów dalej i kilkanaście dni później, we wsi w zachodniopomorskim, zajechałem do innego mechanika. Werdykt: rozrząd, nie jeździć. Rozrząd w tym aucie jest na łańcuchu i to dość kosztownym, jeśli wymieniać go ze wszystkimi kółkami, slizgami i czym tam jeszcze. Oczyma wyobraźni widziałem już jak debet na koncie przybiera rozmiary Rowu Mariańskiego, ale postanowiłem zaryzykować i skonsultować się w jeszcze innym miejscu. Kolejnych tysiąc kilometrów później, na stacji diagnostycznej w moim mieście, to samo zagadnienie i trzecia wersja: wymienić wszystkie gumy w tylnym zawieszeniu, wahacz i coś tam jeszcze. Jak kazali, tak zrobiłem, przy czym mechanikowi kazałem upewnić się, że upierdliwa wibracja zniknie, a jeśli nie - szukać dalej. Odbieram auto, płacę sześćset złotych, wsiadam, wrzucam wsteczny... To samo. Wziąłem mechanika za łeb, wsadziłem do samochodu i jeździłem z nim tak długo, aż upewniłem się, że wie o co mi w ogóle chodzi. Wjechaliśmy na kanał i oglądamy auto od spodu. Spec duma i duma i nic wydumać nie może. Nagle wzrok mój pada na jakąś śrubę, która wkręcona jest może jedną czwartą swojej długości. "To tak ma być?" - pytam - "No raczej nie" - pada odpowiedź. Bierze chłopisko klucz grzechotkę, czternastkę o ile mnie pamięć nie zawodzi i wykonuje pięć ruchów ręką. Zjeżdżamy z kanału, auto mimo 260 tys przebiegu chodzi cichutko, jak nowe.
Auto, po dłuższych trasach, tak trzysta - czterysta kilometrów, buntowało się i strasznie ciężko chodziły biegi. Gdy ostygło (np. po nocy) wszystko było OK. Zajechałem raz do Gdańska, przez ostatnie kilkadziesiąt kilometrów katując skrzynię biegów, równocześnie intensywnie rozmyślając nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Połączyłem ją z upałem (lato było) i faktem, że sprzęgło obsługiwane jest linką, która pewno na skutek długotrwałego naciskania pedału i wysokiej temperatury pewnie się lekko rozciągnęła, co prowadziło do niepełnego wysprzęglania i zgrzytania skrzyni podczas zmiany biegów. Jakimś fartem wiedziałem, gdzie regulować jej długość, tyle że nie miałem ze sobą narzędzi. W warsztacie, w którym chciałem po prostu pożyczyć dwa klucze, mechanicy chcieli mi wmówić konieczność wymiany całego kompletu sprzęgła. Zamknęli się dopiero, gdy usłyszeli, że zostało to zrobione raptem trzy miesiące wcześniej i gdy pokazałem im jak pracował "wybierak" sprzęgła przed i po naciągnięciu linki. Dość, że mieli na tyle przyzwoitości, by nie chcieć żadnych pieniędzy za wynajem narzędzi.
Można by w zasadzie napisać, że morał z tych historyjek, banalny, bo banalny, ale jest taki, by uważać na różnej maści specjalistów i fachowców, którzy lubią wydawać różne, definitywne sądy na podstawie zgadywanek. O ile przy samochodzie niby można sobie na wróżenie z fusów pozwolić, ale jeśli gra idzie o własne zdrowie to już niekoniecznie - w końcu lekarz to lekarz i jak już ma łatwiej przy dostawaniu kredytów z racji należenia do grupy "zawodów zaufania publicznego", to niech tego zaufania nie nadużywa. A koniec końców tak, jak leczyła mnie pani doktor, mogłem leczyć się sam. Pójść do apteki, poprosić o wszystkie krople do oczu z antybiotykami, poczytać na jakie szczepy bakterii działają, kupić tak, żeby się nie powtarzały i próbować. Choroba kosztowała mnie blisko 300 złotych, mogła kosztować stówkę, gdyby od razu postawiono prawidłową diagnozę. Nie chcę się wymądrzać, ale czy przypadkiem nie łatwiej leczyć coś co się zidentyfikowało, a nie wszystko czym to może być? Czy medycyna nie jest w stanie ustalić, który szczep bakterii mnie pożera, robiąc np. wymaz z zainfekowanego oka? Czy lekarz nie powinien przypadkiem sprawdzić wszystkich możliwości, zanim zakomunikuje komuś, że ma nowotwór? Czy pan mechanik, nie powinien przypadkiem pomyśleć, że lepiej poświęcić więcej czasu na diagnozę i skasować więcej za swoją pracę, niż kazać klientowi wymienić pół samochodu i nabić kieszeń producentom części zamiennych?
Żyjemy, czy nam się to podoba, czy nie, w świecie jednorazowości, szybkiej konsumpcji i marnotrastwa. Sięga to także tam, gdzie nigdy sięgnąć nie powinno, gdzie od poprawnej diagnozy zależy nasze bezpieczeństwo (jak choćby z samochodem), bądź zdrowie. A tak: mechanik marnuje moją forsę i marnuje części, które wymienia, mimo, że są jeszcze dobre. Lekarz, marnuje pieniądze, moje i innych (bo pracodawaca albo ZUS wypłaca mi wynagrodzenie, za okres kiedy jestem niezdolny do pracy), czas (jak jestem na L4, na którym mógłbym być krócej to nie pracuję i nie wytwarzam żadnego dobra), nerwy i równowagę psychiczną (jak ojcu kolegi). Państwo zaś marnuje kasę wszystkich przymusowo ubezpieczonych w NFZ - utrzymując niekompetentnych lekarzy. Składek na fundusz w tym miesiącu wpłacono za mnie na kwotę 640 PLN.
Po cichu marzę, żeby rzeczywistość dogoniła wreszcie sci - fi. Pamiętacie Ripley z Obcy III? Wlazła do kapsuły medycznej, która przeskanowała ją i opisała dokładnie co jej dolega. I na tym polu maszyny kiedyś nas prześcigną. I chyba dobrze.
ibsen82, czwartek, 24 lutego 2011; Bartosz Sowisło
Urzędnik do podcierania tyłka
Ze strywializowanej nauki o wytrzymałości materiałów: pręt żelazny można zginać w dowolną stronę, tak długo aż naprężenia w punkcie zgięcia doprowadzą najpierw do odkształcenia jego pierwotnego kształtu, a gdy będziemy ową czynność powtarzać, do unicestwienia sieci krystalicznej w miejscu zgięcia, a co za tym idzie przerwaniu fizycznej ciągłości materiału. Dziwnie przystaje mi ten niezgrabny, sklecony na poczekaniu opis zjawiska fizycznego do sytuacji naszego społeczeństwa.
Pisałem już kiedyś, że Jaruzelski w 1981 - 1982 roku, kiedy toczył wojnę przeciw swoim własnym obywatelom, kiedy gospodarka była centralnie planowana, kiedy istniało wiele urzędów, które służyły wyłącznie do podtrzymywania przy życiu reżimu (cenzura, SB) potrzebował do tego wszystkiego jedynie 150 tys urzędników. W ciągu trzydziestu lat, liczba ludności w Polsce wzrosła o niecałe trzy miliony, a urzędnicy rozmnożyli się do 640 tys. I to mimo faktu, że gospodarki planować już nie trzeba, cenzurować również, a w każdej jednostce administracji czy to centralnej, czy samorządowej stoją komputery wspomagające pracę zatrudnionych tam ludzi, o mocy takiej o której trzy dekady temu można było co najwyżej pomarzyć.
Nasz czcigodny premier, jesienią, jakoś w okolicach wyborów do samorządów lokalnych, zaczął głośno gardłować o konieczności odchudzenia administracji. O 10%. Sejm z Senatem klepnęły nawet odpowiednią ustawę na ten temat, którą jeszcze czcigodniejszy prezydent Komorowski odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem, jak informuje nas Gazeta Praca, urzędników, czyli zawodowych przekładaczy pozbawionych jakiegokolwiek praktycznego znaczenia papierów, zamiast ubyć - przybędzie. I to co najmniej 2479. Bo tyle jest w Polsce gmin, a każda zgodnie z Rządowym programem będzie musiała zafundować sobie tzw. Asystenta Rodzinnego. Co najmniej tylu, bo gminy jak wiadomo jednakowego rozmiaru, jak i liczby ludności nie mają, więc jeśli jeden starczy na gminę, która liczy pięć tysięcy mieszkańców, to już na miasto na prawach powiatu, o rozmiarze 100 tys. przypadnie pewnie kilku. Sądzę, że liczba 5 - 6 tys. dodatkowych gęb, których utrzymanie spadnie na barki przeciętnego podatnika nie jest jakoś nad wyraz wyolbrzymioną.
Asystent Rodzinny, ma to być takie zwierzę co, i tu cytat: uczestnicząc w codziennym życiu rodziny (zwykle jest to kilkadziesiąt godzin w miesiącu) może np. zwrócić nam uwagę, jeśli do potraw dodajemy zbyt dużo soli, co jest dla dzieci niezdrowe, zasugerować udział w szkolnych wywiadówkach, jeśli wcześniej je lekceważyliśmy, wytłumaczyć, jak należy używać danych lekarstw i dlaczego warto robić badania profilaktyczne . Zaznaczam od razu, że nie pochodzi on z tekstu satyrycznego, sygnowany jest jako informacja agencyjna PAP, a ta z zasady felietonów nie publikuje. I w zasadzie można by postawić kropkę, bo do sięgnięcia po laur idiotyzmu brakuje w tekście tylko wzmianki, że asystent będzie tłumaczył jeszcze jak często należy myć zęby. Wnioski są trzy, pierwszy: Rząd, w zamian za podwyżkę podatku VAT, którą czujemy już wszyscy, funduje nam kilka tysięcy absolutnie zbędnych etatów; drugi: traktuje nas jak kompletnych idiotów; trzeci: kompromituje skuteczność i raison d'etre całego systemu, bo po kiego grzyba zatrudniać ludzi, którzy będą nas uczyć jak normalnie żyć, którzy będą nam tłumaczyć to wszystko co powinna przekazać nam szkoła, rodzina lub w ostateczności pracownik pomocy społecznej. Dodawać chyba nie trzeba, że jeśliby istniało zapotrzebowanie na taką działalność - to ktoś zrobiłby na tym już biznes, ale Państwo - jak wszystkim nam wiadomo - niekoniecznie przejmuje się kryterium opłacalności czegokolwiek.
Pod tekstem, z którego dowiedziałem się o tym paskudnym i kosztownym absurdzie, wypowiadała się jakaś internautka, dowodząca ze świętym oburzeniem, że Asystent, jest konieczny, bo mamy w Polsce wiele rodzin, które z pewnego rodzaju podstawowymi czynnościami sobie nie radzą. Niekoniecznie niepełnosprawnych, niekoniecznie patologicznych, a po prostu niezaradnych. Z wypowiedzi wynikało, że opieką Asystentów mają być objęci przede wszystkim tzw. "klienci opieki społecznej" (co jest zresztą ordynarnym nadużyciem językowym - klient bowiem płaci za towar lub usługę), czyli ludzie którym pracujące jednostki fundują już przy pomocy różnego rodzaju zapomóg czy zasiłków egzystencję. W tym samym czasie słucham w radio wypowiedzi pewnej pani, niewidzącej, która żali się nad tym, że odebrano jej pomoc pracownika pomocy społecznej - "bo oszczędności".
Ciekaw jestem, wracając do żelaznego pręta, kiedy wytrzymałość materiału ludzkiego na przegięcia ze strony Rządu się wyczerpie i coś wreszcie pęknie. Kiedy wreszcie dojrzymy i damy głośno wyraz temu, że mamy dość: absurdów, ucisku fiskalnego i marnotrastwa pieniędzy przekazywanych Państwu, a beztrosko wywalanych w niebyt. Mnie takie rzeczy już nie śmieszą, a wkurzają. I to bardzo.
ibsen82, środa, 09 lutego 2011; Bartosz Sowisło
Pisałem już kiedyś, że Jaruzelski w 1981 - 1982 roku, kiedy toczył wojnę przeciw swoim własnym obywatelom, kiedy gospodarka była centralnie planowana, kiedy istniało wiele urzędów, które służyły wyłącznie do podtrzymywania przy życiu reżimu (cenzura, SB) potrzebował do tego wszystkiego jedynie 150 tys urzędników. W ciągu trzydziestu lat, liczba ludności w Polsce wzrosła o niecałe trzy miliony, a urzędnicy rozmnożyli się do 640 tys. I to mimo faktu, że gospodarki planować już nie trzeba, cenzurować również, a w każdej jednostce administracji czy to centralnej, czy samorządowej stoją komputery wspomagające pracę zatrudnionych tam ludzi, o mocy takiej o której trzy dekady temu można było co najwyżej pomarzyć.
Nasz czcigodny premier, jesienią, jakoś w okolicach wyborów do samorządów lokalnych, zaczął głośno gardłować o konieczności odchudzenia administracji. O 10%. Sejm z Senatem klepnęły nawet odpowiednią ustawę na ten temat, którą jeszcze czcigodniejszy prezydent Komorowski odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem, jak informuje nas Gazeta Praca, urzędników, czyli zawodowych przekładaczy pozbawionych jakiegokolwiek praktycznego znaczenia papierów, zamiast ubyć - przybędzie. I to co najmniej 2479. Bo tyle jest w Polsce gmin, a każda zgodnie z Rządowym programem będzie musiała zafundować sobie tzw. Asystenta Rodzinnego. Co najmniej tylu, bo gminy jak wiadomo jednakowego rozmiaru, jak i liczby ludności nie mają, więc jeśli jeden starczy na gminę, która liczy pięć tysięcy mieszkańców, to już na miasto na prawach powiatu, o rozmiarze 100 tys. przypadnie pewnie kilku. Sądzę, że liczba 5 - 6 tys. dodatkowych gęb, których utrzymanie spadnie na barki przeciętnego podatnika nie jest jakoś nad wyraz wyolbrzymioną.
Asystent Rodzinny, ma to być takie zwierzę co, i tu cytat: uczestnicząc w codziennym życiu rodziny (zwykle jest to kilkadziesiąt godzin w miesiącu) może np. zwrócić nam uwagę, jeśli do potraw dodajemy zbyt dużo soli, co jest dla dzieci niezdrowe, zasugerować udział w szkolnych wywiadówkach, jeśli wcześniej je lekceważyliśmy, wytłumaczyć, jak należy używać danych lekarstw i dlaczego warto robić badania profilaktyczne . Zaznaczam od razu, że nie pochodzi on z tekstu satyrycznego, sygnowany jest jako informacja agencyjna PAP, a ta z zasady felietonów nie publikuje. I w zasadzie można by postawić kropkę, bo do sięgnięcia po laur idiotyzmu brakuje w tekście tylko wzmianki, że asystent będzie tłumaczył jeszcze jak często należy myć zęby. Wnioski są trzy, pierwszy: Rząd, w zamian za podwyżkę podatku VAT, którą czujemy już wszyscy, funduje nam kilka tysięcy absolutnie zbędnych etatów; drugi: traktuje nas jak kompletnych idiotów; trzeci: kompromituje skuteczność i raison d'etre całego systemu, bo po kiego grzyba zatrudniać ludzi, którzy będą nas uczyć jak normalnie żyć, którzy będą nam tłumaczyć to wszystko co powinna przekazać nam szkoła, rodzina lub w ostateczności pracownik pomocy społecznej. Dodawać chyba nie trzeba, że jeśliby istniało zapotrzebowanie na taką działalność - to ktoś zrobiłby na tym już biznes, ale Państwo - jak wszystkim nam wiadomo - niekoniecznie przejmuje się kryterium opłacalności czegokolwiek.
Pod tekstem, z którego dowiedziałem się o tym paskudnym i kosztownym absurdzie, wypowiadała się jakaś internautka, dowodząca ze świętym oburzeniem, że Asystent, jest konieczny, bo mamy w Polsce wiele rodzin, które z pewnego rodzaju podstawowymi czynnościami sobie nie radzą. Niekoniecznie niepełnosprawnych, niekoniecznie patologicznych, a po prostu niezaradnych. Z wypowiedzi wynikało, że opieką Asystentów mają być objęci przede wszystkim tzw. "klienci opieki społecznej" (co jest zresztą ordynarnym nadużyciem językowym - klient bowiem płaci za towar lub usługę), czyli ludzie którym pracujące jednostki fundują już przy pomocy różnego rodzaju zapomóg czy zasiłków egzystencję. W tym samym czasie słucham w radio wypowiedzi pewnej pani, niewidzącej, która żali się nad tym, że odebrano jej pomoc pracownika pomocy społecznej - "bo oszczędności".
Ciekaw jestem, wracając do żelaznego pręta, kiedy wytrzymałość materiału ludzkiego na przegięcia ze strony Rządu się wyczerpie i coś wreszcie pęknie. Kiedy wreszcie dojrzymy i damy głośno wyraz temu, że mamy dość: absurdów, ucisku fiskalnego i marnotrastwa pieniędzy przekazywanych Państwu, a beztrosko wywalanych w niebyt. Mnie takie rzeczy już nie śmieszą, a wkurzają. I to bardzo.
ibsen82, środa, 09 lutego 2011; Bartosz Sowisło
Świniocyd
Kilka miesięcy temu wracałem z delegacji z Tuluzy. Każdorazowo, gdy wylatywaliśmy z fabryki samolotów pracownicy Airbusa dostarczali nam na pokład kilka sporych pudeł z "suchym prowiantem" na drogę. Nie były to jakieś tam kanapki na bazie pochodnych ropy naftowej z gumowym żółtym serem, a prawdziwe - jak dla mnie przynajmniej - rarytasy: łosoś na zimno z sosem, kaczka, gęsie wątróbki, sałatki z owocami morza, świeże pieczywo i inne.
Leciała nas grupa siedmiu osób, dwóch Polaków i pięciu Węgrów. Ja i mój polski kolega wciągnęliśmy wszystko nawet się nie oglądając zbyt długo, natomiast Węgrzy po zjedzeniu jakiejś jednej czwartej porcji wywalili resztę do kosza na śmieci.
Kolega, który miał za sobą służbę wojskową w polskiej armii ze wzruszeniem ramion przytoczył anegdotę, jak to nie mieli czasu porządnie zjeść przed wymarszem na poligon i chowali po kieszeniach bojówek kromki chleba, by potem - gdy już przerobili wszystkie "padnij", "powstań", "lotnik kryj się" w jakże przyjaznej marcowo-kwietniowej aurze - zjadać je razem z błotem, które dostawało się do tychże kieszeni. Zrewanżowałem mu się powiedzeniem, które zwykł był przytaczać za swoją babcią mój ojciec, a które brzmiało "głodu do dupy" i oznaczało, że głodny zje wszystko. Popatrzyliśmy jeszcze z pogardą mieszaną z wyrzutem, a także wyższością na Madziarów, pełni poczucia narodowej dumy, że u nas w Polsce to się jedzenia nie marnuje. Madziarzy oczywiście wcale się tym nie przejęli, ale przynajmniej przez chwilę poczuliśmy się lepiej.
Żyłem w tym błogim przeświadczeniu własnej moralnej wyższości aż do przedwczoraj, gdy odwiedzałem rodziców i matka kazała mi wywalić do kubła na śmieci półtora kilo bananów. Banany, przypuszczalnie na skutek zaniechania na nich konsumpcji i odwleczenia wyroku śmierci na czas bardzo nieokreślony, doznały inkarnacji wyższej mobilnej duszy i bez większego wysiłku spacerowały wte i wewte po kuchni. Mama, wściekła, że musi wywalać pożywienie, zwaliła wszystko na ojca, który robi zakupy nadal tak, jakby miał wykarmić nie tylko czteroosobową rodzinę, a jeszcze wszystkie biedne dzieci z okolicy. Zapomina jedynie o tym, że rodzinę ma i owszem czteroosobową, tylko, że podzieliła się ona na trzy samodzielne, nieprowadzące wspólnej kuchni gospodarstwa, gdyż zarówno ja, jak i moja siostra wyprowadziliśmy się już jakiś czas temu. Cóż jednak czynić, kiedy Lidle, Kauflandy, Carrefoury i inne Reale urządzają promocje i kupienie jakiegoś produktu wydaje się naprawdę opłacalne? Zresztą, nawet jeśli jedzenie ląduje od razu w koszu na śmieci to i tak wszyscy są zadowoleni: rolnik - bo wyprodukował i sprzedał, przetwórnia - bo przetworzyła i sprzedała, hurtownik - bo kupił i sprzedał, sklep - bo sprzedał i zarobił, konsument - bo kupił to na co miał ochotę. O co więc czynię raban i czemu potępiam nawet własnych rodziców? I czy jest w ogóle o co się rzucać?
Według danych, które znalazłem na stronie www.niemarnuje.pl Polacy wywalają do śmietników 4 mln ton żywności rocznie. Jak obrazowo podaje autor jest to tak jakbyśmy żywnością zapełnili trzy Stadiony Narodowe. Na tej samej stronie można również znaleźć różne skutki wyrzucania jedzenia: marnowanie wody i energii koniecznej dla jej wyprodukowania (jakkolwiek pięćdziesiąt tysięcy litrów potrzebne dla produkcji jednego kilograma wołowiny wydaje mi się liczbą nieco z kosmosu), problemy z utylizacją gnijących gór śmieci i tym podobne.
Pani Anna Nowak, w artykule dla Gazety Polskiej (emigracyjnej) przytacza dane dotyczące marnowania pożywienia przez mieszkańców Wielkiej Brytanii: Każdego dnia Brytyjczycy wyrzucają 220 tysiące bochenków chleba, półtora miliona bananów, 660 tysięcy jajek, pięć i pół tysiąca kurczaków. I to nie wszystko. Ilościowo, najwięcej wyrzucamy ziemniaków – prawie 360 tysięcy ton rocznie, na drugim miejscu znajduje się chleb – 326 tysięcy ton, a na kolejnych – jabłka – 190 tysięcy ton oraz mięso i ryby – ponad 160 tysięcy ton. Ogromne marnotrawstwo dotyka także świeżych sałat – aż 45% wszystkich kupionych sałat ląduje na śmietniku nietknięte. Podaje również ile to kosztuje: każdy Brytyjczyk wyrzuca tygodniowo jedzenia za 8 funtów co w skali roku daje 420 GBP.
Daleki jestem od tzw. lewicowej wrażliwości i odporny na argumenty, że "wyrzucać nie wolno, bo dzieci w Afryce głodują" - doskonale wiem, że to czy wyrzucamy żywność, czy nie i tak nie ma na to wpływu, bo do Afryki pokarmów nikt woził nie będzie. Wywalanie jedzenia napawa mnie sporą jednak niechęcią z kilku przynajmniej powodów:
- To, że wyrzucamy żywność, znaczy, że kupujemy jej za dużo, czyli tworzymy nadmierny popyt, a popyt jak wiadomo stymuluje wzrost cen, czyli samiu tworzymy sobie powód do narzekania w niedalekiej przyszłości
- każdy kupiony produkt to podatek VAT - jeśli więc kupuję i wyrzucam - odpalam Państwu więcej podatków niż mu się ode mnie należy,
- jestem leniem i nie lubię wynosić śmieci - gnijące odpadki zmuszają mnie do częstszych wycieczek cztery piętra w dół
Wywalając żywność do śmietnika, nie pozwalamy również wypełnić świnkom, krowom, kurom, gęsiom, kaczkom i baranom ich życiowego posłannictwa. W końcu zostały powołane na świat po to, by skończyć w naszych przepastnych żołądkach, a my bez jakiegokolwiek szacunku dla ofiary jaką poniosły - wywalamy je bezużytecznie na śmietnik, często nim jeszcze przejdą metamorfozę w kotlet lub gulasz. I nie jest tego wcale mało - naprędce przekalkulowałem podane przez p. Nowak liczby i wyszło mi, że te wyrzucane w Wlk. Brytanii 160 tys ton mięsa i ryb to 570 tys. świń lub 200 tys. krów albo 64 mln kur! Zabijanych zupełnie zbędnie!
Nie trzeba być wegetarianinem, żeby te liczby poruszyły. Wystarczy być stosunkowo humanitarnym człowiekiem. Sądzę, że choćby przez ten animalocyd, który fundujemy zwierzętom hodowlanym powinniśmy do końca zjadać to co znajduje się na naszym talerzu, albo zastanowić się nim wrzucimy do koszyka z zakupami kolejną paczkę mielonego.
ibsen82, poniedziałek, 01 listopada 2010; Bartosz Sowisło
Leciała nas grupa siedmiu osób, dwóch Polaków i pięciu Węgrów. Ja i mój polski kolega wciągnęliśmy wszystko nawet się nie oglądając zbyt długo, natomiast Węgrzy po zjedzeniu jakiejś jednej czwartej porcji wywalili resztę do kosza na śmieci.
Kolega, który miał za sobą służbę wojskową w polskiej armii ze wzruszeniem ramion przytoczył anegdotę, jak to nie mieli czasu porządnie zjeść przed wymarszem na poligon i chowali po kieszeniach bojówek kromki chleba, by potem - gdy już przerobili wszystkie "padnij", "powstań", "lotnik kryj się" w jakże przyjaznej marcowo-kwietniowej aurze - zjadać je razem z błotem, które dostawało się do tychże kieszeni. Zrewanżowałem mu się powiedzeniem, które zwykł był przytaczać za swoją babcią mój ojciec, a które brzmiało "głodu do dupy" i oznaczało, że głodny zje wszystko. Popatrzyliśmy jeszcze z pogardą mieszaną z wyrzutem, a także wyższością na Madziarów, pełni poczucia narodowej dumy, że u nas w Polsce to się jedzenia nie marnuje. Madziarzy oczywiście wcale się tym nie przejęli, ale przynajmniej przez chwilę poczuliśmy się lepiej.
Żyłem w tym błogim przeświadczeniu własnej moralnej wyższości aż do przedwczoraj, gdy odwiedzałem rodziców i matka kazała mi wywalić do kubła na śmieci półtora kilo bananów. Banany, przypuszczalnie na skutek zaniechania na nich konsumpcji i odwleczenia wyroku śmierci na czas bardzo nieokreślony, doznały inkarnacji wyższej mobilnej duszy i bez większego wysiłku spacerowały wte i wewte po kuchni. Mama, wściekła, że musi wywalać pożywienie, zwaliła wszystko na ojca, który robi zakupy nadal tak, jakby miał wykarmić nie tylko czteroosobową rodzinę, a jeszcze wszystkie biedne dzieci z okolicy. Zapomina jedynie o tym, że rodzinę ma i owszem czteroosobową, tylko, że podzieliła się ona na trzy samodzielne, nieprowadzące wspólnej kuchni gospodarstwa, gdyż zarówno ja, jak i moja siostra wyprowadziliśmy się już jakiś czas temu. Cóż jednak czynić, kiedy Lidle, Kauflandy, Carrefoury i inne Reale urządzają promocje i kupienie jakiegoś produktu wydaje się naprawdę opłacalne? Zresztą, nawet jeśli jedzenie ląduje od razu w koszu na śmieci to i tak wszyscy są zadowoleni: rolnik - bo wyprodukował i sprzedał, przetwórnia - bo przetworzyła i sprzedała, hurtownik - bo kupił i sprzedał, sklep - bo sprzedał i zarobił, konsument - bo kupił to na co miał ochotę. O co więc czynię raban i czemu potępiam nawet własnych rodziców? I czy jest w ogóle o co się rzucać?
Według danych, które znalazłem na stronie www.niemarnuje.pl Polacy wywalają do śmietników 4 mln ton żywności rocznie. Jak obrazowo podaje autor jest to tak jakbyśmy żywnością zapełnili trzy Stadiony Narodowe. Na tej samej stronie można również znaleźć różne skutki wyrzucania jedzenia: marnowanie wody i energii koniecznej dla jej wyprodukowania (jakkolwiek pięćdziesiąt tysięcy litrów potrzebne dla produkcji jednego kilograma wołowiny wydaje mi się liczbą nieco z kosmosu), problemy z utylizacją gnijących gór śmieci i tym podobne.
Pani Anna Nowak, w artykule dla Gazety Polskiej (emigracyjnej) przytacza dane dotyczące marnowania pożywienia przez mieszkańców Wielkiej Brytanii: Każdego dnia Brytyjczycy wyrzucają 220 tysiące bochenków chleba, półtora miliona bananów, 660 tysięcy jajek, pięć i pół tysiąca kurczaków. I to nie wszystko. Ilościowo, najwięcej wyrzucamy ziemniaków – prawie 360 tysięcy ton rocznie, na drugim miejscu znajduje się chleb – 326 tysięcy ton, a na kolejnych – jabłka – 190 tysięcy ton oraz mięso i ryby – ponad 160 tysięcy ton. Ogromne marnotrawstwo dotyka także świeżych sałat – aż 45% wszystkich kupionych sałat ląduje na śmietniku nietknięte. Podaje również ile to kosztuje: każdy Brytyjczyk wyrzuca tygodniowo jedzenia za 8 funtów co w skali roku daje 420 GBP.
Daleki jestem od tzw. lewicowej wrażliwości i odporny na argumenty, że "wyrzucać nie wolno, bo dzieci w Afryce głodują" - doskonale wiem, że to czy wyrzucamy żywność, czy nie i tak nie ma na to wpływu, bo do Afryki pokarmów nikt woził nie będzie. Wywalanie jedzenia napawa mnie sporą jednak niechęcią z kilku przynajmniej powodów:
- To, że wyrzucamy żywność, znaczy, że kupujemy jej za dużo, czyli tworzymy nadmierny popyt, a popyt jak wiadomo stymuluje wzrost cen, czyli samiu tworzymy sobie powód do narzekania w niedalekiej przyszłości
- każdy kupiony produkt to podatek VAT - jeśli więc kupuję i wyrzucam - odpalam Państwu więcej podatków niż mu się ode mnie należy,
- jestem leniem i nie lubię wynosić śmieci - gnijące odpadki zmuszają mnie do częstszych wycieczek cztery piętra w dół
Wywalając żywność do śmietnika, nie pozwalamy również wypełnić świnkom, krowom, kurom, gęsiom, kaczkom i baranom ich życiowego posłannictwa. W końcu zostały powołane na świat po to, by skończyć w naszych przepastnych żołądkach, a my bez jakiegokolwiek szacunku dla ofiary jaką poniosły - wywalamy je bezużytecznie na śmietnik, często nim jeszcze przejdą metamorfozę w kotlet lub gulasz. I nie jest tego wcale mało - naprędce przekalkulowałem podane przez p. Nowak liczby i wyszło mi, że te wyrzucane w Wlk. Brytanii 160 tys ton mięsa i ryb to 570 tys. świń lub 200 tys. krów albo 64 mln kur! Zabijanych zupełnie zbędnie!
Nie trzeba być wegetarianinem, żeby te liczby poruszyły. Wystarczy być stosunkowo humanitarnym człowiekiem. Sądzę, że choćby przez ten animalocyd, który fundujemy zwierzętom hodowlanym powinniśmy do końca zjadać to co znajduje się na naszym talerzu, albo zastanowić się nim wrzucimy do koszyka z zakupami kolejną paczkę mielonego.
ibsen82, poniedziałek, 01 listopada 2010; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)