Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

Klina, klinem do stagflacji

Coś zaczyna się dziać, skoro nawet moi znajomi na facebook'u których nawet nie podejrzewałbym o takie zainteresowania umieszczają linki takie jak ten, w którym

pan Godfrey Bloom, prawicowy europoseł w bardzo prostych słowach tłumaczy co stoi za obecnym kryzysem:

"Rządy wydają więcej niż są w stanie zebrać z podatków. Gdy im brakuje, razem z bankami centralnymi dodrukowują. Gdyby tak postąpił zwykły obywatel poszedłby do więzienia."

Święta prawda. Co gorsza, z linku udostępnionego przez profesora Rybińskiego, a który można znaleźć  tu  wynika, że w Grecji już zaczął się run  na banki. A banki mogą za chwilę się obudzić z ręką w nocniku i pustymi sejfami - nie mają bowiem i nie mogą mieć wystarczającej ilości pieniędzy do pokrycia wszystkich żądań deponentów.

Skąd się bierze kasa

Powiedzenie: masz to jak w banku, zaczyna nabierać pejoratywnego znaczenia. Dlaczego się tak właściwie dzieje? Polecam przeczytać książkę hiszpańskiego ekonomisty Jesusa Huerty de Soto zatytułowaną: "Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne" (Dinero, Crédito Bancario y Ciclos Económicos). Nie jest to lektura ani łatwa, ani lekka, a już na pewno nie przyjemna. Jeśli się jednak przebrnie choćby przez połowę liczącego sześćset stron tomiska, pozwala zrozumieć, że to co się dzieje w Europie obecnie, jest niczym innym jak dawno już opisanym i zrozumianym przez ekonomistów zjawiskiem, którego dziwnym zrządzeniem losu nikt do wiadomości przyjąć nie chce. Zjawisko to będzie zachodziło tak długo, jak banki będą cieszyć się uprzywilejowaną względem innych podmiotów na rynku pozycją. Dodawać nie trzeba, że przywileje nadaje bankom nie kto inny jak politycy. Resztę można już sobie dośpiewać.
W ogromnym skrócie: jeśli decydujemy się oddać oszczędności do banku zakładamy, że pieniądze te będą zawsze do naszej dyspozycji - na życzenie. Innymi słowy, zakładamy, że pewna określona suma pieniędzy znajduje się w skarbcu banku - fizycznie. Tak nie jest - pieniędzy tych jest w banku zależnie od prawa (i to jest właśnie jeden z przywilejów) od dwóch do dziesięciu procent. Czyli w chwili gdyby wszyscy deponenci zdecydowali się odebrać pieniądze w jednej minucie - otrzyma je maksymalnie co dziesiąty.
Co banki robią z resztą pieniędzy? Udzielają kredytu - na przykład innemu bankowi, który również zatrzymuje dziesiątą część obowiązkowej rezerwy, a resztę pożycza następnemu bankowi. Jest to rzecz jasna uproszczenie, bo pieniądze nie podróżują bezpośrednio z banku do banku, ale przez kredyty udzielane przedsiębiorcom, trafiają jako depozyty do kolejnych banków. Nazywa się to fachowo Kreacją Pieniądza. Dodajmy, że tak naprawdę banki tworzą ten pieniądz z niczego


W górę i w dół kolejką górską cyklu koniunkturalnego - czyli jak się kupuje głosy wyborców i co mają do tego banki?



Nie byłoby problemu, gdyby bank otrzymywał zawsze raty kredytów o czasie i gdyby deponenci przychodzili odebrać pieniądze dokładnie wtedy, kiedy zobowiązali się je odebrać. Zachodzą jednak pewne różnice - i od czasu do czasu bank zmuszony jest pożyczyć pieniądze od Banku Centralnego, który fizycznie ich nie ma i je dodrukowuje.
Co więcej - bankierzy z natury są chciwi, a politycy myślą w horyzoncie czasowym: byle do wyborów. Stąd też, nawet jeśli bank ma więcej rezerw niż przewiduje to prawo - ani jemu, ani politykom nie zależy na tym żeby je trzymać. Bankowcy, chcą zgarnąć jak najwięcej ekstra pieniądza z odsetek, politycy chcą wzrostu gospodarczego, rosnących wynagrodzeń i co za tym idzie idących w górę słupków poparcia - ludzie mają głęboko zakorzeniony przesąd, żeby głosować na tych, którzy obiecują im góry złota. Banki sprzedają więc kredyt przedsiębiorcom taniej, a ci chcąc inwestować biorą go i zaczynają popełniać nierozsądne decyzje na przykład kupować zbyt drogo, bądź pakować się w projekty obarczone sporym ryzykiem. Żeby było jeszcze ciekawiej: w tym samym czasie rosną płace ludzi, zatrudnionych w przedsiębiorstwach - trzeba więcej pracowników, popyt na pracę rośnie, a zatem jej cena (wypłata) rośnie również - niestety, wzrost wynagrodzeń zaczyna zjadać inflacja - będąca skutkiem dodrukowywania pieniądza przez Bank Centralny. Gorzej dla banków komercyjnych, jeśli Centralny się stawia i nie chce drukować więcej. Banki są tak mocno powiązane ze sobą, że niewypłacalność jednego, może pociągnąć za sobą upadek całej grupy kapitałowej. Banki dbają więc, zwykle zakulisowymi metodami, żeby w razie czego pieniążków nie zabrakło.
Moment przełomowy nadchodzi gdy okazuje się, że projekty, które na fali hurraoptymizmu zainicjowali przedsiębiorcy, nie są jeszcze ukończone, a w tym samym czasie pojawia się nadprodukcja i ceny produktów lecą w dół - ilość pieniędzy zarobionych przez przedsiębiorców jest niewystarczająca, żeby płacić zobowiązania: muszą więc zwalniać i oszczędzać. Jak łatwo się domyślić, zwolniony pracownik nie ma pieniędzy na zakupy, więc popyt maleje, a dochód przedsiębiorców spada jeszcze bardziej. Na tym etapie pojawiają się bankructwa.
I tak powinno się teoretycznie dziać - część firm ogłasza plajtę, część zdrowieje i cała zabawa zaczyna się od nowa. Problem w tym, że w Europie nie plajtują przedsiębiorstwa (nie tylko), a państwa. Państwa co prawda inwestują, ale przede wszystkim politycy sprawujący władzę muszą się przypodobać swoim obywatelom - chodzi wszakże o to, żeby w niedzielę, raz na cztery lata postawili krzyżyk przy właściwym kandydacie. Politycy wyboru wielkiego nie mają, bo opozycja, która nie musi się troszczyć o finanse kraju, może śmiało obiecywać gruszki na wierzbie. A wyborcę mało obchodzi, skąd się biorą pieniądze tylko patrzy, kto mu tu więcej zaoferuje.
Bankructwo państwa, to już nie bajka, choć proces jest podobny - tyle, że w Europie nie chce się dać państwom zbankrutować - bo używają dokładnie tej samej waluty co gracze, którzy nie dokonywali nierozsądnych inwestycji (rozdawania pieniędzy) i wywalenie się jednej z gospodarek - to nadwyrężenie zaufania wszystkich innych. Podobnie jak w przypadku plajtującego jednego banku.

Kac na randce

Mówiąc obrazowo: mamy bardzo ciężkiego kaca na randce. Metody są dwie: albo zwymiotować pod stół, co narazi nas na śmieszność, albo zamówić pięćdziesiątkę wódki, która być może pozwoli nam przetrwać jeszcze pół godziny.
Decydujemy się na wyjście numer dwa - pięćdziesiątka (jak łatwo zgadnąć, to kolejny kredyt pakowany w gospodarkę, sztuczne nakręcanie koniunktury). Randka się jednak przeciąga. Zamawiamy więc drugą, potem trzecią i próbując odwlec nieuniknione czujemy, że coraz nam gorzej. Próbujemy jeszcze jednego kielicha, potem kolejnego i w końcu wpadamy w stan upojenia, w którym nie wiemy co się dzieje - wymiotujemy pod stół i próbujemy zgwałcić dziewczynę, z którą się umówiliśmy. Tracimy w jej oczach podwójnie: z randki nici, a do tego jeszcze policja na karku. Jedyne co pozostaje to się urżnąć do nieprzytomności.
Grecja jest już na etapie wypijania, którejś z kolei pięćdziesiątki, treść pokarmowa podnosi się jej do gardła, barman nie chce już polewać, a dziewczyna - obywatele - wstaje od stołu i usiłuje uratować co tylko się da z wieczoru - pieniędzy, które bankom powierzył.
Dalsze ratowanie greckiej gospodarki, doprowadzi do katastrofy - trzeba jej po prostu dać zbankrutować.

Świnka europejska

Brytyjczycy rozsyłają instrukcje do ambasad w krajach strefy euro mówiące o tym w jaki sposób postępować, gdy euro upadnie. Po Irlandii krążą plotki, że już od końca lata mennice drukują, ale nie euro, a funty. Dziś w Tok FM korespondent Rzeczpospolitej w Rzymie wypowiadał się mówiąc, że wszyscy Włosi z przerażeniem oczekują jutrzejszego wystąpienia Montiego, który ma zapowiedzieć ciężkie czasy. Rynki obgryzając paznokcie do drugiego paliczka czekają na spotkanie Sarkozy'ego z Merkel i "jakieś" decyzje, które powinny na nim zapaść. Narodowemu Bankowi Polskiemu nie udaje się interwencyjny skup złotówki. Sikorski nawołuje kraje Europy do rezygnacji z części suwerenności i pogłębienia integracji. W sieci i gazetach pojawiają się prognozy prześcigające się w czarnowidzkich prognozach tego co stanie się gdy euro się jednak wywali.

Odpowiedź na większość wątpliwości ma przynieść zbliżający się tydzień. Prawdopodobnie nie przyniesie. Prof. Krzysztof Rybiński w swoim blogu prognozuje, że w ciągu 2012 roku odbędzie się jeszcze dziesięć spotkań na szczycie, które mają uratować strefę euro, a w konsekwencji UE przed rozpadem, a podczas jedenastego zostanie uchwalone to, co powinno już być uchwalone dawno: powrót Grecji do drachmy.

Jak nie rozwalić UE?

Unia Europejska to taka (jak lubi mówić mój kolega w nieco innym kontekście) świnka morska. Ani świnka, ani morska. Nie jest to państwo, ale nie jest to też stowarzyszenie państw. Niby federacja, ale nie do końca. Podobno ma wspólną politykę zagraniczną, ale każdy z krajów członkowskich prowadzi ją po swojemu. Kraje są w niej teoretycznie niepodległe, ale prawo unijne ma priorytet w stosunku do prawa krajowego. Ma priorytet w stosunku do regulacji lokalnych, ale musi być zgodne z Konstytucją kraju członkowskiego. Takie zamieszanie powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek szybkiej i sensownej decyzji - staje się niemożliwe, jeśli nie chce się naruszyć całej misternie zbudowanej, niebosiężnej, ale i delikatnej konstrukcji zależności jednych praw od drugich.

Sama deklaracja powstania (jeśli nie pójdą za nią natychmiastowe działania i konkrety) superpaństwa europejskiego sytuację mogłaby poprawić, ale tylko na chwilę. A Unia jest tworem na wyrost: w którym jak za najwstrętniejszej komuny w ZSRR tworzy się nowego "Europejczyka" mimo, że nadal rozgrywają się mecze narodowych namiętności i interesów, chęci i niechęci - w rzekomo pozbawionym już nacjonalistycznych ciągot, wysoko rozwiniętym, samoświadomym i tolerancyjnym społeczeństwie. Gówno prawda. Belgijski rząd nie mógł powstać przez prawie dwa lata ze względu na podziały narodowościowe, Szkoci po trzystu latach okupacji angielskiej nadal mają swoją flagę, reprezentację piłkarską i broń Boże pomylić Szkota z Anglikiem. Baskowie podkładają bomby w proteście przeciw kastylijskiej dominacji, a Katalończycy w większości chcą swojego państwa, bo wiedzą, że z Barcelony lepiej zadbają o swoje interesy niż dba o to Madryt. Mediolańczycy najchętniej odpiłowaliby półwysep apeniński w okolicach Rzymu i wysłali południowców do Afryki, bo uważają, że tam ich miejsce. Ponoć u zarania włoskiej państwowości Wiktor Emanuel powiedział: "Stworzyliśmy państwo włoskie, jeszcze musimy stworzyć Włochów". Sytuacja Unii Europejskiej jest podobna - tyle, że trudniejsza, bo narody lepiej wyedukowane i samoświadome.

Sikorski przedstawił sensowny plan. Sensowny, bo pragmatyczny tyle, że oderwany od realiów i niewykonalny. Jeśliby nawet założyć na moment, że nagle rządy państw członkowskich uznają, że dla ratowania sytuacji poświęcają część suwerenności swoich krajów - daję głowę - trzy czwarte tych rządów upadnie. I nie obali ich lud wychodzący na ulice w obronie niepodległości, tylko zapisy które jak sądzę, każdy kraj ma w swojej konstytucji. Niestety, ale PiS ma rację mówiąc, że to co Sikorski proponuje jest pogwałceniem Konstytucji RP. Konkretnie artykułu 5. Co więcej: jeśli Prezydent RP zgodziłby się na podpisanie umowy międzynarodowej ograniczającej suwerenność kraju, z automatu staje się krzywoprzysiężcą, bo w ślubowaniu w Sejmie, w towarzystwie małżonki i Boga prosząc o wsparcie mówił, że będzie stał na straży niepodległości kraju.

Za samą gadaninę Trybunał Stanu pewnie Sikorskiemu nie grozi, ale za realne działania idące w tym kierunku - już tak. Pozostałaby zmiana Konstytucji - przy obecnym układzie sił w Parlamencie niemożliwa. Jedynym innym rozwiązaniem byłoby chyba referendum, ale czy narody Europy czują się naprawdę na tyle "Europejczykami" by na postawione pytanie: "Czy chcesz stworzenia jednego europejskiego superpaństwa" odpowiedzieć TAK? Myślę, że wystarczy obejrzeć dowolne rozgrywki reprezentacji narodowych by odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Zresztą, politykom samym nie zależy na pogłębieniu integracji: zdegradowanie się z Prezydenta do roli - w zasadzie wojewody chyba żadnemu z nich nie przypadłoby do smaku.

Mogłoby być tak, że UE zdecyduje się na rezygnację z euro i powrót do narodowych walut. Jestem pewien, że bankierzy trzęsą się ze strachu na myśl o takim scenariuszu i ich lobby dokłada wszelkich starań, żeby się nie ziścił. Jestem również pewien, że nie przypadłby politykom do gustu - przypuszczam, że większość obecnej klasy politycznej, w chwili gdy opadłby kurz musiałoby szukać sobie nowego zajęcia.

A jeśli jednak...?

W chwili, gdy rozleci się strefa euro, należy się spodziewać, że ludzie rzucą się do bankomatów i zaczną wypłacać pieniądze by ulokować je w czymkolwiek byle nie trzymać nic nie wartego papieru, którego za chwilę nie będzie, a którego przyszłość i przeliczenie na nowe waluty są niepewne. Problem polega na tym, że banki tych pieniędzy fizycznie nie mają (ze względu na utrzymywaną na żenująco niskim poziomie rezerwę). Zwrócą się więc, jak zwykle w takich przypadkach, do Banku Centralnego. Tylko, że on też ich nie będzie miał, bo z chwilą gdy zadecyduje się o likwidacji euro przypuszczalnie straci prawa emisyjne, a rezerwy szybko się skończą. Jeśliby nawet utrzymał prawo emisji do momentu gdy mennice państw członkowskich zaczną drukować waluty narodowe i zdecydowałby się na dodruk pieniądza rozpęta inflację na trudną do przewidzenia skalę. W momencie, gdy pierwszy klient banku odjedzie od okienka z kwitkiem, a nie oszczędnościami życia, gdy ceny poszybują do góry - na ulicach najpewniej rozpęta się piekło. Okradzeni (bo nie można tego inaczej nazwać) będą szukać sprawiedliwości, a sądy nie będą mogły jej wymierzyć - wezmą więc sprawy w swoje ręce - a oznacza to powybijane szyby, popalone samochody, starcia z policją, zabitych i rannych, samobójstwa - czyli wszystko to co działo się w kilka lat temu w Argentynie - w odpowiednio większej skali. Stratni byliby wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nazaciągali kredytów w euro - pod warunkiem, że mają zapasy jakiejś stabilnej waluty, żeby błyskawicznie je spłacić. Co działoby się dalej - można pozgadywać: może stan wyjątkowy dla przywrócenia porządku, może bankructwa państw? Prawie na pewno rosnące radykalne nastroje w społeczeństwach, przedterminowe wybory, które powygrywają jacyś polityczni outsiderzy, o których istnieniu teraz nawet nie wiemy, powrót do państw stricte narodowych, kontroli na granicach, ceł itd.

Europejskie rządy, przede wszystkim: Włoch, Hiszpanii, Grecji, Irlandii (ale nie tylko, bo nie ma w UE kraju, który byłby na plusie) zapomniały o tym, o czym wie każdy człowiek w chwili gdy zaczyna rozumieć czym są pieniądze. Nie można zadłużać się w nieskończoność, a długi kiedyś trzeba oddać, bo jeśli się tego nie zrobi - straci się twarz i nikt nigdy już nie pożyczy. W Polsce umieszczenie na listach Biura Informacji Kredytowej i na Czarnej Liście Dłużników praktycznie uniemożliwia wzięcie jakiegokolwiek kredytu. Banki zarządzają ryzykiem - państwa o tym zapomniały i długi z kredytu hipotecznego zaczęły spłacać konsumpcyjnym, konsumpcyjny kartą kredytową, a kartę kredytową kasą wziętą pod zastaw u lichwiarza. Państwa zapomniały, że nie wolno wydawać więcej niż ma się przychodów - ale politykom, w imię ich własnych interesów - było wszystko jedno - naobiecywać, narozdawać, byleby uzbierać głosów i utrzymać się przy korycie. Jak kasy brakuje - dodrukować.

Nadchodzi chwila prawdy. To co ujrzymy na dnie recesji będzie rzeczywistym obrazem gospodarki, tego ile tak naprawdę warte są nasze pieniądze, a ile warta nasza praca.

Być może nadchodzą najgorętsze Święta od kilkunastu lat.

Powodzenia!


 ibsen82, niedziela, 04 grudnia 2011; Bartosz Sowisło

Jak się w Polsce gasi pożar

Krótko przed świętami Wielkiej Nocy w 2010 roku zasiadłem w pierwszym rzędzie Airbusa A320 lecącego z Katowic do Madrytu. W planach miałem zwiedzić: Valladolid, Santiago di Compostela i La Corunę. Najciekawsza przygoda tego wyjazdu miała jednak miejsce na kilka minut po tym, gdy różowy samolot wystartował z Pyrzowic.

Co kibic wiezie w torbie

Obok mnie zasiadło kilku nadzwyczaj malowniczych dżentelmenów, których stroje wskazywały na sportowe upodobania, sylwetki na wiele godzin spędzonych na siłowni, a twarze na bardzo bogatą przeszłość. Czaszki mieli ogolone - w przeciwieństwie do twarzy - a upodobania kulinarno – trunkowe sprowadzały się do miniaturowych buteleczek Johny'ego Walker'a, po cztery euro sztuka, które opróżniali z zadziwiającą sprawnością i zaciekłością. Alkohol rozwiązuje języki, szybko więc postanowili się ze mną zaprzyjaźnić i wciągnęli mnie w jedną z bardziej interesujących konwersacji jakie miałem okazję odbyć w swoim dotychczasowym w życiu.

Panowie, gdy tylko prześwietlili moją przeszłość pod kątem wspierania określonych klubów piłkarskich i gdy okazało się, że pod koniec podstawówki obnosiłem się z biało niebieskim szalikiem z logo jednego ze śląskich klubów uznali mnie prędko za swojaka i przyznali się, że do Hiszpanii lecą w charakterze... przyszłych gwiazd kina. Istotnie, kilka rzędów za nami miejsce zajął reżyser i operator kamery w jednej osobie, który po nakręceniu biograficznego filmu o Ryśku Riedlu, wziął się za temat kontrkultury kibicowskiej.

Program zwiedzania mieli nieco inny niż mój. Można by go określić mianem sportu ekstremalnego: mecz na stadionie Atletico Madryt z którym to klubem ich klub trzyma europejską sztamę, ustawka w lesie koło Pampeluny i jeśli by ją przeżyli – zwiedzanie Barcelony.

Rzecz jasna, najbardziej zaciekawiła mnie ustawka – szczególnie, że wszyscy zbliżali się już na oko do czwartego krzyżyka. Na moje pytanie, czy nie są już na to za starzy, siedzący najbliżej mnie odpowiedział:

- Stary... Wiesz jaki ja potem grzeczny w domu jestem? Mam trzydzieści osiem lat, dla mnie to już końcówka, ale jaka żona zadowolona gdy się tak wyżyję poza domem. A w ogóle, to wiesz kto z nami jedzie?

- No wiem – odpowiedziałem – ten reżyser...

- No on też, ale wiesz kto z nami jeszcze jedzie? Nigdy nie zgadniesz.

Przeskanowałem przestrzeń w pobliżu w poszukiwaniu jakiejś znanej twarzy i rzuciłem nazwiskiem dość znanego piłkarza grającego w latach pięćdziesiątych w tym klubie. Obecnie będącego pewnie koło osiemdziesiątki. Łysa, poznaczona bliznami czaszka pokręciła się w prawo i w lewo.

- Mówiłem, że nie zgadniesz. Ale ci powiem – i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – Jedzie z nami... Adolf Hitler.

Zrobiłem wtedy jakąś krytyczną uwagę na temat ilości whisky, którą wypił. Ale oryginalny towarzysz podróży szybko wyjaśnił:

- Kolega, wiesz, ten co siedzi pod oknem. Jest takim trochę, no, neonazistą...

Moi bohaterowie mogą wydawać się czytelnikowi śmieszni. Dorośli ludzie tłukący się po łbach w zasadzie bez powodu, jadący do Hiszpanii z portretem Hitlera. Czy ocenilibyśmy ich jednak tak samo surowo, gdyby bili się na ulicach w interesie społeczeństwa, przeciwko zachłannym zakusom rządzących, którzy nie mają innego pomysłu na naprawę finansów publicznych jak tylko zedrzeć dodatkowe kilka miliardów z ludzi?

Ubezwładnieni internetem

W czasach w których żyjemy, w społeczeństwie w którym nas umieścił los, coraz już mniej takich ludzi. Może to i dobrze, bo na ulicach spokojniej i bez strachu można przejść przez park w nocy. Zresztą, sądząc może trochę po pozorach – moi współtowarzysze podróży nie sprawiali wrażenia takich, którzy zaatakowaliby na ulicy kogoś z chęci zysku, czy bez powodu. Wymyślili sobie jakąś dziwną jednoczącą ich ideologię opartą o klubowe barwy i uznali ją za atrakcyjną na tyle, by okładać się w jej imię po lasach łańcuchami i stylami od łopat.

W wysokorozwiniętych społeczeństwach, coraz mniej jest już idei, które pociągnęłyby za sobą ludzi tak dalece, by dali się za nie może nawet nie zabijać, ale w ogóle narażać na jakikolwiek dyskomfort. Są oczywiście wyjątki, jak choćby niedawne zajścia w Londynie, czy Rzymie. Wyjątki jednak, jak mówi przysłowie, potwierdzają regułę.

Sporą rolę w katalizowaniu negatywnych emocji społeczeństwa, pełni Internet. Ekspresja frustracji, którą dawniej realizowałoby się na przykład demolując ulice, urządzając przewroty, walcząc z policją, czy dokonując zamachu na znienawidzonym polityku, przeniosła się do sieci. Mimo wszelkich dobrodziejstw jakie niesie ze sobą Internet, stał się znakomitym wentylem bezpieczeństwa dla polityków, którzy mogą robić w zasadzie co im się żywnie podoba bo napięcia, niechęć i agresja w znacznej mierze realizują się na forach, w komentarzach pod artykułami, czy wypowiedziami, w blogach... Przypuszczam, że gdyby nie ten postmodernistyczny Hyde Park ilość ulicznych ruchawek przeciwko postępowaniu rządzących byłaby znacznie większa. A tak: wygadają się, wywrzeszczą milcząco katując klawiatury i będzie spokój.

Coś jednak się zmienia. Mimo, że Internet w jakiś tam sposób daje możliwość neutralizacji negatywnych emocji, po niedawnym expose Tuska można odnieść wrażenie, że Rząd się boi.

Rząd się boi

Wyborcza.biz zamieściła niedawno artykuł: „Rząd zaciska pasa”. I owszem zaciska, tylko nie sobie, a obywatelom i nie pasa, a pętlę. Na szyi. O ile zapowiedzi zrównania wieku emerytalnego i podniesienie go można jeszcze jakoś zrozumieć, o tyle podnoszenie praktycznie wszystkich podatków – w tym akcyzy na olej napędowy, która wpłynie na ceny wszystkiego co trzeba transportować – to już rozbój w biały dzień. Szczególnie, że w exposee nie padło ani słowo na temat np. redukcji zatrudnienia w administracji publicznej ( a jest tych darmozjadów 640 tysięcy – cztery razy więcej niż za Jaruzelskiego i co gorsza, będą pracować do 67 roku życia, czyli trzeba im będzie dłużej płacić pełną pensję!), prywatyzacji, bądź likwidacji ZUS, czy racjonalizacji wydatków publicznych. Rząd nie oszczędza - Rząd zabiera się za rabowanie tego co obywatelom jeszcze zostało i wie, że obywatelom może się to przestać podobać. Wie Internet katalizujący frustrację nie jest rozwiązaniem ostatecznym, a jedynie środkiem, który podnosi temperaturę wrzenia, ale nie spowoduje, że wrzenie nigdy nie nastąpi. Rząd wie, że ludzie mogą w końcu wyjść na ulice Warszawy, tak samo jak wyszli niedawno na ulice Rzymu.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym samym wystąpieniu, w którym obiecuje się wszystkim ciężkie lata, podwyższone podatki i wydłużoną pracę, pod koniec padają zdania o podwyżkach dla policjantów i żołnierzy.

Kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności, Pan Prezydent po zadymie z 11 listopada proponuje nagle zakaz zasłaniania twarzy podczas zgromadzeń publicznych. Ciekawe, że dzieje się to akurat teraz, ciekawe, że nikt nie zaproponował tego przez minione dwadzieścia lat: gdy protestowali górnicy, gdy kibice podpalali stadiony, gdy Lepper urządzał zadymy końcem lat dziewięćdziesiątych. Propozycja zakazu pojawia się akurat teraz, gdy dwie małe grupki ekstremistów pobiły się w trakcie święta niepodległości, a tuż po exposee, które przewiduje na wszystkie problemy tylko jedną receptę: podnieść podatki i kazać ludziom dłużej pracować.

Teoria walki z pożarem

Są grupy ludzi, którzy muszą się wyżywać używając fizycznej przemocy, którym nie wystarczy marudzenie online, czy offline. Stanowią margines - jak moi znajomi z samolotu – gdy czasy są spokojne. Gdy jednak sytuacja się pogarsza i wini się za nią (nie bez powodu zresztą) nieudolną politykę Rządu margines się poszerza i wtedy najbardziej namacalnym przedstawicielem Władzy, któremu można wymierzyć kopa, albo rzucić w niego kamieniem jest policjant. Ten właśnie glina, stojąc w kordonie, w kasku, z tarczą i pałą naprzeciw tłumu, gdy wokół latają kostki brukowe i gdy wie, że ludzie Ci wyszli na ulice w słusznej sprawie, ma nie mieć wątpliwości, kto mu płaci i kogo ma bronić. Szczególnie, że w tłumie stojącym naprzeciw może ujrzeć sąsiada, albo kuzyna. Im więcej dostanie pieniędzy – tym mniej skrupułów i tym mniejsza pokusa, żeby nie stawić się na służbę.

Żeby tego było mało: w ramach ściślejszej integracji europejskiej, już od kilku lat funkcjonuje wewnątrz UE formacja o nazwie Eurogendfor (European Gendarmerie Force). Polska jest krajem partnerskim tego projektu. Są to siły porządkowe, które mają uprawnienia do działania na terenie dowolnego kraju sygnatariusza. Oznacza to, że jednostka francuskiej żandarmerii umieszczona na terenie Polski ma dokładnie takie same uprawnienia jak polska policja. Wniosek jest prosty: jeśli polscy policjanci nie zechcą pałować, albo polewać wodą z armatek polskich demonstracji – sprowadza się Francuzów, którzy takich skrupułów mieć już nie powinni. Jednym z trzech głównych celów Eurogendfor jest bowiem dbanie o porządek publiczny (można poczytać na www.eurogendfor.eu).

Rząd, powtórzę raz jeszcze, grozi społeczeństwu paluszkiem, daje do zrozumienia: siedźcie w domach, jeśli wyjdziecie na ulice z nieczystymi intencjami i zasłoniętą twarzą zamkniemy Was nim zdążycie cokolwiek zrobić.

Pożar na światowych rynkach zbliża się do polskich granic. Złotówka leci na łeb na szyję bez wyraźnego powodu i jeśli ta tendencja się utrzyma, wkrótce odczujemy to wszyscy przy najbliższych zakupach, gdy przyjdzie nam zapłacić więcej za pomarańcze, banany, czy jakikolwiek inny towar, który został sprowadzony zza granicy i za który importer zapłacił unijną walutą, na to nałoży się jeszcze wzrost cen spowodowany wyższymi cenami paliwa, za sprawą podatku od kopalin podrożeje energia elektryczna. Gdy ludzie zorientują się, że pieniądze w ich portfelach to coraz mniej warty papier i gdy okaże się, że jest tego papieru nie dość by spłacać kredyt mieszkaniowy zaciągnięty w obcej walucie okaże się, że siedzenie w domu i wylewanie żalów na forach internetowych nie starcza i wybuchnie pożar. Rząd Tuska nie udaje nawet, że ma zamiar próbować zapobiec temu pożarowi, szykuje się do gaszenia. A pierwsza zasada walki z ogniem mówi: walcz agresywnie.




ibsen82, niedziela, 27 listopada 2011

Ekologionomia oszukana

Zapowiedzi nowych europejskich podatków, o których pisałem kilka tygodni temu, które, jeśli wprowadzone, spowodują wzrost ceny np. płynnego gazu do prawie czterech złotych za litr, a tony węgla do 1200 - usprawiedliwia się mówiąc, że UE potrzebuje pieniędzy na inwestycje, które ocalą naszą planetę przed zgubnymi skutkami efektu cieplarnianego. Władza pieniędzy potrzebuje zawsze, ale akurat przypadku emisji dwutlenku węgla do atmosfery, argumenty za wyższym opodatkowaniem, jako czynnikiem stymulującym rozwój „czystych” źródeł energii – są po prostu chybione. Bawi się tym samym w Kapitana Planetę, który siłę do działania bierze nie z mocy pięciu żywiołów zamkniętych w pierścieniach – a z naszych kieszeni. I to co gorsza - grubo poniewczasie.

Pozostawiając na boku samą słuszność teorii dowodzących genezy efektu cieplarnianego jako niechcianego dziecka industrializacji należy sobie zadać pytanie: czy rzeczywiście ludzie do tej pory nie robili nic – nie stymulowani przez rządy, a sami z siebie – dla zredukowania emisji?

Odpowiedź jest przecząca. Już od wielu, wielu lat proces oszczędzania paliw kopalnych, a co za tym idzie zmniejszenia się ilości gazów cieplarnianych dostających się do atmosfery – ma miejsce. I to oddolnie – motywowane nie politycznymi decyzjami mądrzących się polityków, a koniecznością ekonomiczną ludzi, którzy chcą oszczędzić trochę grosza i móc go wydać na swoje przyjemności.

Jeśli wziąć do ręki dwa zdjęcia dowolnego polskiego miasta, jedno pstryknięte w 1991, a drugie wczoraj – różnica jest widoczna gołym okiem. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale na ulicy gdzie mieszkają moi rodzice przynajmniej połowa domów została oklejona styropianem, otynkowana; dachy i stropy docieplone; wymienione – na szczelniejsze – okna; inteligentne piece same regulujące temperaturę w pomieszczeniach. Niektóre z domów mają panele do podgrzewania wody, inne rekuperatory ciepła, ktoś tam nawet pompę ciepła. Turbiny wiatrowe nie należą do rzadkości, a i coraz więcej właścicieli domków decyduje się na ogniwa fotowoltaiczne. Nie tylko zresztą domki – praktycznie wszystkie spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe termomodernizują swoje zasoby, przemysłu ciężkiego ubyło (pozamykano większość hut i kopalni i ze Śląska w zasadzie codziennie widać góry – co dwadzieścia lat temu było nie do pomyślenia), albo wdrożył czyste technologie.

Ford Fiesta rocznik 1987 (od rdzy dziurawy jak sito), o silniku 1.1 z wtryskiem i mocy zawrotnych 54 KM, które pozwalały rozpędzić ten bolid do 140 kmph, będący przez ponad dekadę własnością mojej rodziny, palił mniej więcej 7l/100km. Citroen C5, rocznik 2005, którym obecnie jeździ mój ojciec, rozpędza się do przynajmniej 220, ma silnik 1,9 Tdi, o mocy jakichś 120 kucy i pali średnio 6 litrów ropy...

Wszędzie widzimy żarówki energooszczędne, nowe technologie w AGD i RTV, wszystko pozwala oszczędzać energię, a co za tym idzie – pieniądze i emisję dwutlenku węgla.

Jeśliby podliczyć przykładowo dom, w którym mieszkają moi rodzice to sądzę, że w porównaniu do początku lat 90 zużywa on jakieś 30% mniej energii. Nawet przy założeniu, że liczba urządzeń pobierających energię w domu wzrosła o powiedzmy połowę.

Wszystko co wymieniłem wyżej, powinno pozwolić wyciągnąć następujący wniosek: emisja szkodliwych gazów w naszym kraju maleje i redukcja emisji CO2 dokonała się samoistnie i co jeszcze istotniejsze, z korzyścią dla całej (prawie) gospodarki. Bo opłacało się to każdemu: właścicielowi domu, bo oszczędza; pracownikom zatrudnionym przy modernizacji, bo mają pracę; producentom w zasadzie wszystkiego – od kołków do styropianu przez wełnę mineralną aż po kaloryfery i okna; bankom, które część z tych inwestycji finansowały kredytami. Opłaca się właścicielom, klubów, barów, restauracji i agencji towarzyskich – bo właściciel może z czystym sumieniem oszczędzone na ogrzewaniu pieniądze – przechlać i wydać na panienki. Opłaca się nawet Państwu – bo przecież od wszystkiego trzeba zapłacić podatek, a jak obrót duży to i podatku sporo.

Jedynie producenci energii kręcą nosem, ale i oni znaleźli sposób – sprzedają mniej - więc podnoszą ceny, a pech chce, że rynek energii jest tylko iluzorycznie wolny toteż mogą sobie z cenami robić co im się żywnie podoba.

Oszczędzanie w ogóle popłaca. Jest akumulacją kapitału, który można później w jakiś sposób mnożyć i wykorzystać. Przysłowie mówi: „niech oszczędzają bogaci – i nam się opłaci”. Problem polega tylko na tym, że gdy ludzie za dużo oszczędzają – kiepsko się mają banki. Stoi to w sprzeczności z tym co napisałem akapit wyżej – ale tylko pozornie. Jeśli bowiem ktoś ma wątpliwości, niech zastanowi się ile razy zadzwonił do niego ktoś z banku z propozycją otworzenia lokaty. Do mnie ani razu – natomiast proponując kredyt lub kartę kredytową – wydzwaniają regularnie raz na miesiąc.

Oszczędzać nie lubią też politycy. A nie lubią, gdyż zwykle oznacza to tzw. racjonalizację wydatków, czyli po ludzku mówiąc cięcia, a ciąć się nie opłaca, bo się uważa, że źle się to odbija na notowaniach - tłuszczy potrzebne przecież chleb i igrzyska – a za nie brzęczącą monetą trzeba płacić.

Unia Europejska w przypadku podatku węglowego postępuje dokładnie odwrotnie niż powinna. Bo zamiast nakładać podatek na trujących środowisko powinna zwolnić z podatku, tych, którzy postępują zgodnie z jej światopoglądem – a robią to nie dla pustych ideologicznych frazesów, czy dążąc ślepo za niepotwierdzonymi wiarygodnie przez nikogo przyczynami ocieplania się klimatu – a dlatego właśnie, że chcą nieco grosza zaoszczędzić. I za tę zapobiegliwość i gospodarność się ich teraz karze – bo jeśli doprowadziło się dom do stanu, że można go ogrzać przysłowiową świeczką – to jak oszczędzać energię dalej?



Bartosz Sowisło


ibsen82, wtorek, 09 sierpnia 2011

Efekt stada spłosonych łowiecek

Jest 17.25. Za kilka minut zakończą się dzisiejsze notowania na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Nic nie wskazuje na to, żeby WIG miał się odbić od dna i przełamać miesięczną już tendencję spadkową. A stracił całkiem sporo, bo prawie 20% w ciągu minionych trzydziestu dni.

Poprzedni tydzień, kiedym zupełnie nieświadom doniosłych zdarzeń w światowych finansach spływał sobie kajakiem Wdą, przypominał nie tylko na polskiej, ale i światowych giełdach zjazd po skoczni narciarskiej. W czasie, gdy wiosłowałem czerwonym wiosłem, piłem piwko i śpiewałem przy ognisku - przytrafił się jeden z dziwniejszych przypadków w historii współczesnej ekonomii.

Od kilku tygodni w amerykańskim kongresie, Republikanie z Demokratami spierali się o kształt amerykańskich finansów publicznych. Demokraci, z prezydentem Obamą na czele życzyli sobie dalszego życia na kredyt – czyli emisji dodatkowej puli obligacji i podniesienia podatków, by mieć za co finansować wsparcie dla różnych demokracji na świecie, reformę służby zdrowia i inne fanaberie. Republikanie – przeciwni tym rozwiązaniom twardo bronili swojego stanowiska – żądali cięć wydatków i zaprzestania zadłużania kraju i żadnych nowych podatków. I słusznie, bo jakby na to nie patrzeć bogactwo tworzy się z oszczędności i inwestycji, a nie życia na kredyt. Jednak na skutek uporu wybrańców Grand Old Party, mądrzy na opak dziennikarze i analitycy finansowi poczęli wypisywać katastroficzną pracę zbiorową pod wspólnym tytułem: „Czy USA zbankrutują?”. No i się zaczęło. Mimo, że Demokraci i Republikanie poszli, koniec końców, na jakiś zgniły kompromis.

Ekonomia w dobie globalizacji przypomina trochę stado owiec i działają w niej prawidła znane już Le Bonowi, gdy pisał „Psychologię tłumu”. Kiedy pasterz się waha, owce idą za instynktem, a ten każe im szukać bezpiecznego – jak im się wydaje schronienia. Że USA to taki pastuch (by nie powiedzieć świniopas) współczesnego świata, cała reszta owieczek patrzy jak się zachowa. A że stał niepewny już dłuższy czas, to owieczki – inwestorzy się rozpierzchli i uciekli w to, co wydawało im się bezpieczne – wycofując się z pastwiska giełdy, a chowając po jaskiniach złota i krzakach franków helweckich - ku rozpaczy młodożeńców i kredytobiorców frankowych windując ich ceny na poziom najwyższy w historii. Obserwując to wszystko, można odnieść wrażenie, że logikę i giełdę wynalazły jakieś dwie różne ludzkości – bo jednego w drugim nie ma za grosz – pisałem o tym kiedyś zresztą w tekście „Globalne Pierdnięcie”.

Logicznym bowiem byłoby, że skoro amerykańscy politycy jakoś się tam dogadali, to wyprzedaż papierów wartościowych powinna się skończyć (skoro już posługujemy się tym pokrętnym rozumowaniem, że jeśli jakieś Państwo ma kłopoty to przedsiębiorstwa również je mają) – ale nie. Do pieca dołożyła w piątek agencja ratingowa Standard's and Poor's, która wykoncypowała sobie, że Stanom należy obniżyć ocenę wiarygodności kredytowej. Paranoja z jaką zareagowały na to dziś rynki (chyba żadna giełda na świecie nie zamknęła się na plusie), była o tyle irracjonalna, co łatwa do przewidzenia. Zastanowić się tylko należy, czy ocena Standard's and Poor's była aby dziełem przypadku.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy posiadaczem kilku – kilkunastu miliardów dolarów. Chcielibyśmy je jakoś zainwestować, żeby mieć kilkadziesiąt – bo próżność pcha nas ku ścieżce sławy – kto jest najbogatszy na świecie – wiadomo, a my dopiero w drugiej setce i pies z kulawym ogonem o nas nie słyszał. A tu tak: w Europie kryzys, euro leci w dół, ale politycy twardo negocjują, więc może się ruszy w górę, złoto i frank już tak drogie, że pakować się w nie trąci naiwniactwem, kupowaniem na górce i sporym ryzykiem, że się straci. Ale giełdy nurkują - można więc zagrać na spadek, szczególnie, że się wie iż Republikanie nie mogą się zgodzić na podniesienie podatków, bo kongresmen, czy senator, który na to pójdzie, może z automatu szukać innego zajęcia, bo nie dostanie nominacji partyjnej. Zdziwionym jak tu zarobić na spadkach, pędzę wyjaśniać: istnieją takie instrumenty finansowe, które pozwalają zarabiać na lecącym w dół kursie akcji – nazywa się to opcja. Działa jak gra w ruletkę w kasynie – z tą różnicą, że na poważniejszą forsę. Kupuje się więc takich opcji, z dobrą finansową dźwignią (czyli pożycza się na każdego swojego dolara na przykład dziesięć, żeby mieć dobrą „masę” inwestycyjną pieniądza) i czeka, aż kurs spadnie do poziomu, o który się założyliśmy. A tu nagle przykra niespodzianka. Politycy, niby nieugięci w poglądach, wynajdują jakąś trzecią drogę, ścieżynę, której się do tej pory nie dostrzegło. Dźwignie się wzięło dużą - więc w razie wtopy – nie dość, że kasa przepada, to i jeszcze długi zostaną. Co robić? Mając świadomość, że inwestorzy na świecie patrzą jak cielęta na publikowane przez rozmaite agencje ratingi – dzwoni się do kolegi, który akurat piastuje stanowisko dyrektora w jednej z nich. I proponuje, przykładowo miliard, jeśli wymierzy lekkiego klapsa USA. Że każdy ma swoją cenę, a i jakieś poszlaki po temu są - niezawodny, a odpowiednio zmotywowany finansowo kolega dyrektor zmienia rating USA z AAA na AA+. Rynki oczywiście reagują masową wyprzedażą, a wykres kursu staje się linią prostopadłą do osi czasu.

A gdyby się tak na zimno zastanowić, to co właściwie oznacza, że jedna z prywatnych firm obniżyła ocenę USA? Nic. Jedno wielkie zero. Gdyby inwestorzy zwyczajnie olali co tam sobie jakaś agencja gada, nie stałoby się nic. Nawet jeśli taka ocena jest uzasadniona, to degraduje USA do pozycji Belgii, Japonii czy Nowej Zelandii; mówiąc bardziej obrazowo: uczniowi, który miał do tej pory szóstkę z każdego dyktanda, daje się szóstkę minus – bo nie postawił jednego przecinka.

Większość krajów na świecie, prowadzi politykę bardzo nierozsądną polegającą na stałym zadłużaniu się. Jeśliby w podobny sposób funkcjonowały przedsiębiorstwa (albo rodziny), zaciągając długi, po to, żeby je rozdawać na prawo i lewo komu popadnie, by kupić popularność wśród ludzi – dawno mielibyśmy społeczeństwa składające się wyłącznie z bankrutów i żebraków. Że cały świat żyje na kredyt – wiadomo nie od dziś – w końcu, jak twierdzą niektórzy: pieniądze to dług. Każda złotówka, którą mam w kieszeni jest czyimś zobowiązaniem zapłaty. Nie zmienia to faktu, że nawet w tym dziwacznym systemie, gdzie forsa ma wartość hipoteki czyjegoś domu, samochodu lub basenu: Stany, bez problemu będą swoje zobowiązania spłacać. I to długo.

Mali, prywatni inwestorzy pewnie nie zwróciliby nawet uwagi na pomysły S&P. Gdyby nie dwie rzeczy: wiedzą, że opiniom agencji przyglądają się analitycy funduszy inwestycyjnych posługujący się w swoim korporacyjnym, absolutnie niedemokratycznym świecie, procedurami, które każą im nic innego właśnie, jak przyglądać się opiniom agencji. I gdy wiarygodność kredytowa USA spada – sprzedają, a robią tak bo wydaje im się, że spadnie, bo sądzą, że wszyscy zaczną sprzedawać. Małym inwestorom również wydaje się że cena akcji spadnie, bo sądzą, że duzi sprzedadzą – więc sprzedają swoje – pogłębiając tym samym bessę. Gra na giełdzie najbardziej przypomina biesiadną zabawę, gdzie póki gra muzyka, póty ludzie chodzą wokół krzeseł: gdy się zatrzyma – siadają. Tyle, że krzeseł jest mniej niż ludzi i zawsze jest ktoś przegrany. W świecie giełdowym jest nim zwykle ten, kto za późno kupi i za późno sprzeda, a rolę muzyki pełnią wspomniane przesądy i wydawanie się.

Jednak fakt, że opinia prywatnej firmy, którą tak naprawdę mógłby założyć każdy i wypisywać w swoich statystykach dowolne wyssane z palca bujdy*, jest bardziej istotna i wiarygodna dla milionów inwestorów giełdowych na świecie niż potęga gospodarcza, finansowa i militarna jedynego (jeszcze) supermocarstwa – jest bardzo znamienna. Oznacza, że ludzie przestają ufać państwom. Nie chciałbym, by była to pierwsza jaskółka upadku Ameryki – choćby i miał on nastąpić za pięćdziesiąt lat – i jeśli tego doczekam, będę miał ponurą satysfakcję, że eksperyment demokratyczny drugi raz w dziejach nie wypalił.

Kłopoty na giełdzie, mimo że dzięki nowoczesnym instrumentom finansowym jest ona największym kasynem świata, nie są wcale takie wirtualne. Nie wolno zapominać, że akcje, to udział w przedsiębiorstwie – ich angielska nazwa to shares czyli części. Jeśli firma pozyskuje pieniądze na rozwój i inwestycję właśnie z giełdy, to gdy tej kasy braknie, grozi jej stagnacja, albo i recesja, a w najgorszym wypadku bankructwo. A co to dla zwykłego zjadacza chleba oznacza – nie trzeba chyba tłumaczyć.



* - I tak w zasadzie jest – Rosja, która ma większe nadwyżki budżetowe, ma niższy rating niż USA, które ma biliony długów, mimo, że znów na logikę biorąc, jeśli ktoś ma pieniądze, to bardziej prawdopodobne, że je odda niż ktoś, kto chodzi w pożyczonych butach.

Bartosz Sowisło


ibsen82, poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Łupienie LPG

Jeżeli jest jeszcze pośród normalnie i uczciwie zarabiających ludzi ktoś, kto uważa, że Państwo nie dość go łupi z pieniędzy - pobudka bo na larum dzwony biją. Unia Europejska, czyli hiperpaństwo, w granicach którego żyjemy - szykuje kolejny skok na kasę swoich obywateli.

Jak informuje biznes.interia.pl, Komisja Europejska ujawniła plany nowego podatku tzw. węglowego (płaconego w zależności od emisji CO2 z tony nośnika energii) oraz o proponowanych zmianach w wysokości podatku akcyzowego. Jak oblicza portal, gdyby proponowane zmiany zostały przyjęte, spowodowałyby wzrost ceny litra LPG z 2,3 - 2,7 PLN do 3,6 - 4 PLN, a tony węgla z 700 do 1200 PLN. Stosunkowo niewiele podrożałaby benzyna i olej napędowy (w przypadku benzyny, miałby to być wzrost kwoty akcyzy o raptem 1 euro na tonę). Jak słusznie zauważa autor artykułu - podwyżka akcyzy nie byłaby jedynym składnikiem wzrostu cen jej wzrost - pociągnie ona za sobą także VAT (Łatwo policzyć: 0,23 x 2,3 = 0,52 ^ 0,23 x 3,6 = 0,82 => 0,52

Każdemu, kto jest skazany na poruszanie się autem powyższe informacje muszą podnosić ciśnienie i temperaturę. Bo chyba tylko białej gorączki może dostać właściciel samochodu, który zainwestował w instalację gazową, a za kilka lat okaże się, że jest ona niczym więcej jak ekologiczną ekstrawagancją. Wątpię, by znalazło się pośród kierowców aż tak wielu ekologicznie świadomych, którzy w imię idei chcieliby tracić miejsce w bagażniku, płacić za montaż i przeglądy oraz ryzykować większe spalanie - bez znaczącej ekonomicznie gratyfikacji - w postaci niższych cen paliwa. Unia najwyraźniej wyszła z założenia, że nie ma powodu, by ktokolwiek miał cieszyć się taryfą ulgową w kosztach budowania lepszej przyszłości - szczególnie jeśli to bogacz, którego nie dość, że stać na auto, to jeszcze na instalację za parę tysięcy. I jak się tu nie zgodzić z Januszem Korwinem Mikke, który nazywa UE - Eurokołchozem. Jakby na to nie patrzeć: urawniłowka aż miło...

Poza faktem, że budżet UE wybogaci się o kilka miliardów pieniędzy z eurobiznesu - trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek pozytywne strony tego rozwiązania i zaciskania podatkowej pętli. Każde dziecko rozumie, że rosnące ceny transportu - to rosnące ceny w zasadzie wszystkiego, co trzeba wozić z miejsca na miejce, a więc: żywności, odzieży, towarów przemysłowych... Ponadto, jeśli optymistycznie przyjąć, że jakieś piętnaście procent jeździ na LPG dla idei (bo to jednak dalece bardziej przyjazne dla środowiska paliwo niż np. benzyna), a reszta założyła instalację, żeby oszczędzać - to czeka nas fala spektakularnych plajt, gdy warsztaty montujące STAGi i inne Landi Renzo zaczną masowo tracić klientów (a warto zauwazyć, że jest to dobrze rozwijający się rynek: szacuje się, że w 2010 zamontowano w Polsce ok. 180 tys instalacji).

Jeśli ktoś zapyta, na co Unii aż tyle pieniędzy - niech się nie martwi zawsze znajdzie się jakaś polityka: czy to wyrównywania szans, czy ratowania środowiska naturalnego, zwiększenia zatrudnienia (urzędników), wspierania upadających gospodarek albo dopłacania do rolników. Europosłów, eurourzędników, czy po prostu zwykłych leniuszków meneli wyciągających rękę po brzęczącą monetę na Starym Kontynencie nie brak. Połowę z pozyskanych pieniędzy wywali się na koszty własnego funkcjonowania, połowę z pozostałej połowy trafi do kieszeni dysponujących środkami urzędników, kolejną część wyda się na odszkodowania, dla tych którzy na nowo wymyślonych przepisach stracą - a na koniec jakieś 12 procent zdartych z grzbietów podatników pieniędzy trafi w ramach redystrybucji na rynek, co pewnie spowoduje wzrost PKB o jakieś astronomiczne 0,00001%.

Ciekaw jestem kiedy przyjdzie kres pazerności rządzących i gdy radośnie rozpuszczą już wszystkie zrabowane pieniądze - skąd mają zamiar nabrać ich, by finansować swoje nowe obietnice, mrzonki i walki z wiatrakami w stylu globalnego ocieplenia? Obawiam się, że bliski jest dzień, gdy zaczniemy płacić podatek od powierzchni posiadanego dachu - bo będzie on mógł być potencjalnie wykorzystywany do montowania ogniw fotowoltaicznych i produkcji przy ich użyciu prądu elektrycznego. Potem przyjdzie czas na podatek wiatrowy (bo turbinę można zamontować), wodny (bo spadek wody można wykorzystać do produkcji energii), makulaturowy i dziecięcy (bo dzieci mogłyby pedałować na rowerach napędzających dynama). Ukoronowaniem ich będzie podatek gówniany, obliczany na podstawie średniej ilości wydalanego kału - gdyby ktoś wpadł na pomysł budowy przydomowej biogazowni. Fantazję w tworzeniu nowych form opodatkowania rządzący mają większą niż przeciętny pisarz sci - fi, a i Rzymianie wiedzieli, że forsa nie śmierdzi.

Pozostaje żyć nadzieją, aż w końcu ktoś się wkurzy i całe to brukselskie koło wzajemnej adoracji kijami rozpędzi, nim wpadną na pomysł, że w zasadzie wypłat nie ma po co ludziom przelewać, bo omnipotentny duch Europy wie lepiej jak należy nimi dysponować.


 ibsen82, piątek, 22 lipca 2011; Bartosz Sowisło

Rasa pasożytów

Tytuł wpisu jest trawestacją tytułu ostatniej książki Lema: Rasa Drapieżców. O ile w przypadku polityki - bo taki jest główny temat większości jego felietonów w ww. zbiorze - mogę tylko przyklasnąć metaforze: człowiek - drapieżnik. Patrząc jednak szerzej, bardziej trafne wydaje mi się zrównać: człowieka i pasożyta.

"Pasożyt – organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia. Pasożytnictwo to oddziaływanie antagonistyczne między organizmami, które przynosi korzyść jedynie pasożytowi; żywicielowi, zwanemu czasem gospodarzem, związek ten przynosi wyłącznie szkody (straty substancji odżywczych, destrukcja tkanek, zatrucie produktami przemiany materii pasożyta itp.). Pasożyt może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia, a nawet śmierci." [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pasożyt]

Ten wpis nie ma być laurką dla Greenpeace, WWF, Ligi Ochrony Przyrody, Klubu Gaja, czy zielonych radykałów pod patronatem Al'a Gore'a, którym to hasło: "Kill yourself to save the planet" pewnie bardzo by się spodobało. Nie chodzi też o to by pisać pochwałę dla masochistycznych ekofaszystów twierdzących, że ludzi na świecie nie powinno być więcej niż 100 tysięcy, ani dla tych co przykuwają się do drzew, aby zablokować budowę obwodnicy, która może ocalić kilkanaście ofiar wypadków drogowych rocznie.

Ze względu na stopień zależności od żywiciela pasożyty dzieli się na:
- fakultatywne, okolicznościowe, względne – mogące rozwijać się zarówno na żywych organizmach, jak również na materii nieożywionej. Forma odżywiania zależy od predyspozycji genetycznych, dostępu do rośliny żywicielskiej, jej podatności na zakażenie oraz warunków pogody
- obligatoryjne, ścisłe, bezwzględne i względne – mogące rozwijać się w fazie wegetatywnej tylko w lub na organizmach żywych. Poza organizmem żywiciela pasożyty te mogą przetrwać tylko jako niektóre formy rozwojowe organizmu – przetrwalniki. [Źródło: j.w.]

Ludzkość jest pasożytem typu drugiego, obligatoryjnego. Gospodarzem dla nas jest Ziemia - trzecia planeta Układu Słonecznego od gwiazdy centralnej licząc. Jeśli byłoby inaczej, jeśli moglibyśmy z Ziemi po prostu uciec, nie trzeba by kosztownych promów kosmicznych, skafandrów dla kosmonautów, masek tlenowych i innych drogich wynalazków, na które NASA z upodobaniem wydaje pieniądze amerykańskich obywateli. Chętnych do zostania kosmonautami, przy użyciu wielkiej procy lub katapulty rozpędzałoby się do prędkości 7,91 km/s (28,5 tys kmph) i wysyłało na orbitę. I choć ludzie, ze wszystkich gatunków istot żywych mają bodaj najbardziej rozwinięte cechy adaptacyjne, to jednak się w ten sposób nie postępuje. Z tej oczywistej przyczyny, że bez środowiska jakie panuje w biosferze - żyć się nie da.

Nasz żywiciel, posiada ogromne ilości zasobów, z których my - pasożyt, nauczyliśmy się skwapliwie korzystać. Sprytnie nimi żonglując udało nam się stworzyć cywilizację, rozrosnąć. Zupełnie jak tasiemiec, który zawłaszcza sobie substancje odżywcze z jelita cienkiego i rośnie. Ponoć nawet do trzech metrów. Problem zaczyna się w momencie, gdy organizmowi żywiciela zaczyna brakować substancji odżywczych. Jeśli zdarzy się, że wskutek tego umrze - umiera i tasiemiec.

Chyba nie ma takiego zasobu na ziemi, dla którego człowiek nie znalazłby praktycznego zastosowania. Sęk w tym, że niektóre z nich są nieodnawialne. Przykładowo ropa: jak wyjaśnia jedna z teorii, powstała jako arcyciekawy splot fizyczno - chemicznych okoliczności oddziałujący na substancje organiczne. Splot okoliczności, trwający na tyle długo, by móc wybić sobie z głowy oczekiwanie aż ponownie nastąpi. Tymczasem zużywamy ją całkiem beztrosko, nie mając pewności, czy uda nam się ją czymś sensownym zastąpić i za kilkaset lat może nam przyjść zmierzyć się z sytuacją, że gdyby przyszło się nam stąd ewakuować nie będziemy mieć co nalać do zbiorników rakiety, by nadała nam tym razem prędkość 16,7 km/s (60 tys. kmph). Bo aż tak trzeba się rozpędzić, żeby udało się zwiać z Układu Słonecznego (skoro już wiemy, że w nim nie ma dla nas dobrego, alternatywnego miejsca do zamieszkania).

Używamy więc zasobów Ziemi - żywiciela i bardzo dobrze, gdyż bez tego nie udałoby się nam pewnie aż tak rozwinąć. Tyle, że robimy to bezmyślnie i marnujemy dosłownie wszystko. Żywność, drzewa, wodę, energię, nośniki energii, tlen, rzadkie pierwiastki, a nawet siebie samych. Kilka przykładów: jak już kiedyś pisałem tylko w Wlk. Brytanii zabija się (po przeliczeniu) pół miliona świń niepotrzebnie (tyle mięsa trafia na śmietniki); dziesięć deko wędliny w supermarkecie zawija się nie dość że w woreczek, to jeszcze płachtę papieru wielkości plakatu; każdy aneks do najdurniejszej bankowej umowy, każda bankowa informacja - zupełnie zbędnie zadrukowane ilości papieru wystarczające na umieszczenie na nim encyklopedii; niszczone w świetle prawa pirackie płyty, odzież z nielegalnie użytymi znakami handlowymi, nielegalnego pochodzenia spirytus...

Skoro wiemy, że marnujemy - to czemu kontynuujemy wiązanie sobie na szyi stryczka, miast powiedzieć głośno i donośnie: basta? Gdzie tkwi przyczyna tego, że jesteśmy na najlepszej drodze by stać się cywilizacją buszującą nie w zbożu - a po śmietnikach, w poszukiwaniu zasobów? Otóż zdecydowana większość tego marnotrastwa ma swoje źródło w pewnym nieporozumieniu. Źródeł, trudno wypatrzyć, ale że tkwimy w jego środku widoczne jest gołym okiem, nawet dla średnio rozgarniętego obserwatora.

Pieniądze, gdy wynaleziono je kilka tysięcy lat temu były swego rodzaju nośnikiem wartości. Miały służyć ułatwieniu wymiany handlowej odbywającej się wcześniej według schematu towar - towar, zastąpionego, od chwili poczynienia wynalazku, schematem: towar - pieniądz - towar. I początkowo hulało to całkiem znośnie. By kupić stado wielbłądów, nie trzeba było gonić przez pustynię stada powabnych niewolnic na wymianę, tylko sprzedawało się je za brzęczącą monetę starym lubieżnikom na miejscu, a z mieszkiem u pasa zasuwało po wielbłądy. Rozwiązanie było na tyle genialne, że pieniądz częściowo wypadł z roli pośredniczącej i sam w sobie stał się towarem: zajął miejsce najbardziej pożądanego ze wszystkich dóbr. Wszakże skoro schemat wymiany wyglądał jak przedstawiono powyżej czyli: towar - pieniądz - towar to można zeń łatwo wyprowadzić następującą zależność pieniądz = towar, a więc im więcej ma się pieniądza - tym więcej potencjalnego towaru. Można przeczytać to proste równanie od tyłu. Czyli im więcej chce się mieć pieniądza, tym więcej trzeba przekazać za niego innego towaru. Był w tym jednakże jeden szkopuł. Pieniądze pierwotne były wartością mniej więcej taką samą dla wszystkich - wykonywano je z kruszców, powszechnie uznawanych jako cenne.

Pech chciał, że w dwudziestym stuleciu ekonomiści doszli do wniosku, że ilości pieniądza w obiegu nie można ograniczać jakimś bzdurnym wymogiem wykonywania ich z metali szlachetnych, czy nawet pokrywania czymkolwiek ich wartości(żeby było jeszcze śmieszniej: ten zasób też marnujemy. Krótki przykład: proszę porównać sobie cenę biletu lotniczego w klasie ekonomicznej i biznes. I odpowiedzieć na pytanie, kto w ogólnym rozrachunku za to płaci). Obawiano się, że brak gotówki w obiegu zahamuje rozwój i doprowadzi do gospodarczej stagnacji. I zaczęło się radosne drukowanie, które trwa nadal . Jak wiadomo, jeśli czegoś jest dużo - to jest to tanie i pieniądz taniał i tanieje, a żeby jego nieprzerwany strumień płynął do ludzkich kieszeni - trzeba więcej towaru, a skoro tak to, trzeba produkować.

No i się produkuje. Każdemu właścicielowi samochodu znane jest pewnie obiegowe twierdzenie o tym, że dawniej robiono lepsze, bardziej niezawodne auta, a to co produkuje się teraz to chłam, wytrzymujący raptem dziesięć lat eksploatacji. Prawie każdy, kto miał do czynienia z laptopem zauważył pewnie, że gdy mija okres gwarancji producenta sprzęt się dziwnym trafem psuje. Podobnie sprawy mają się z urządzeniami AGD i RTV, telefonami komórkowymi. Czy przypadkiem nie powinno być na odwrót? Skoro na rynek trafia bardziej zaawansowane urządzenie, można założyć, że producent już nauczył się na swoich błędach i owo ulepszone urządzenie powinno psuć się rzadziej. Tymczasem dowiedziałem się ostatnio, że firma HP nie prowadzi już wsparcia serwisowego dla laptopów produkowanych raptem pięć lat temu.
Przekaz jest czytelny: zeżryj - przetraw - wysraj - kup nowe.

Wracając do głównego toku rozważań: trzecie ogniwo przedstawionego łańcucha. Nieelegancko i dosadnie nazwana czynność wydalania przetrawionego dobra ciągnie za sobą konsekwencje w postaci śmiecia i zmarnowanego zasobu. A te drugie, jak już wiemy, są ograniczone.

Każdego pasożyta da się wykurzyć. Najważniejsze, żeby nosiciel był świadomy, że jest wykorzystywany. W 1987 James Lovelock ogłosił Hipotezę Gai:

Hipoteza przypisuje własności żywego organizmu planecie Ziemi jako całości. Gaja może być zdefiniowana jako złożona jedność zawierająca biosferę, atmosferę, oceany i gleby Ziemi; całość stanowiącą sprzężenie zwrotne systemów cybernetycznych poszukujących optymalnego fizycznego i chemicznego środowiska naturalnego dla życia na tej planecie. (...)Gaja trwa w ciągłości z przeszłością sięgającą aż do samych początków życia, a w przyszłości będzie trwać tak długo, jak będzie trwać życie. Jest to żywa istota planetarna. Ściślej mówiąc, temperatura, utlenianie, stan skupienia, kwasowość i pewne aspekty skał i wód są utrzymywane poprzez aktywne procesy reakcji przeprowadzane automatycznie i nieświadomie przez florę i faunę, co sprawia że istnienie planety znajduje się w równowadze dynamicznej, homeostazie. [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Gai]

Mówiąc prościej: żyjemy na ogromnej wańce - wstańce. Tylko kłopotliwe i tragiczne w skutkach może się okazać, jeśli się nagle wyprostuje, otrząśnie i z niej przy okazji pospadamy. I być może wtedy doczekamy się ropy. Staniemy się nią.


ibsen82, sobota, 26 marca 2011

Globalne pierdnięcie

Pierdnięcie w najbardziej zabitej dechami dziurze na ziemi, nagłaśniane przez zawodowych dziennikarzy i niesione miliongębną internetową plotką, zgodnie z efektem motyla, na przeciwległym krańcu globu zagrzmi stukrotną fanfarą grzmotu i wionie smrodem odkrytego dołu kloacznego w upalny dzień. Świat w którym żyjemy, który określono już kilkadziesiąt lat temu globalną wioską - w tak mniej więcej funkcjonuje.

Pełen podziwu jestem dla Marshalla McLuhana, który jest autorem pojęcia globalnej wioski. Z tego co mi wiadomo miał na myśli jedynie szybkość przemieszczania się informacji i idące za tym przybliżenie się odbiorcy informacji do wydarzenia. Jeśli przypomnieć sobie zamachy na WTC, katastrofę smoleńską, śmierć Jana Pawła II, albo inne, skupiające uwagę wydarzenia minionych lat - mogliśmy je śledzić niemalże od pierwszej minuty, na żywo i wraz z prowadzącymi programy informacyjne; prawie w tym samym czasie odkrywać kolejne odsłony dramatu, oddawać się spekulacjom i zgadywać - jakby się działy za płotem - trudno mu nie przyklasnąć, szczególnie, że określenie stworzył już prawie pięćdziesiąt lat wstecz. Jest jednak trafne nie tylko z tego powodu. Wieś, małe miasteczko, czy w ogóle niedużą zbiorowość ludzką, można charakteryzować w rozmaity sposób, niekoniecznie biorąc pod uwagę tylko - li prędkość rozprzestrzeniania się informacji. Można wręcz zaryzykować i stwierdzić, że ta prędkość właśnie jest sprawą raczej wtórną, wynikająca jedynie z bliskości przestrzennej. Definiowanie wsi przez prędkość rozchodzenia się informacji to jak opisanie samochodu jednym słowem np. czerwony - niby cecha niepozbawiona znaczenia, ale jakiś niedosyt poznawczy pozostał. Wieś, szczególnie dawniej, była (prawie) samodzielnym bytem ekonomicznym, gdzie w zasadzie wszystko co potrzebne produkowało się na miejscu. Jeden uprawiał zboże, drugi hodował świnię, trzeci był kowalem, a czwartemu przypadała rola wioskowego głupka i dostarczał rozrywki. Co ciekawe i widoczne okiem nieuzbrojonym - analogia McLuhana doskonale się broni. Jest jednak jeszcze jedna cecha, (czy może lepiej powiedzieć: zjawisko), z pozoru bez znaczenia, a właściwa niewielkim społecznościom, którą ze wsi właściwej zabraliśmy sobie do wiochy globalnej. Mowa tu o plotkowaniu.

O ile plotkowanie - czyli rozpowszechnianie informacji niepotwierdzonych, zasłyszanych, przeinaczanych, często gęsto zwyczajnie wyssanych z palca - w skali lokalnej: małej swojskiej, pachnącej siankiem a obornikiem wioseczki jest dla ogółu nieszkodliwe (bo najwyżej jakaś panna popłacze, że baby o niej gadają, że się nieskromnie prowadzi), o tyle gdy mówimy o plotkach globalnych - skutki będą, per analogiam - globalne. Plotkowanie, jak można przypuszczać, było pewnie formą zabicia nudy, swoistym programem z telenowelami epoki agrarnej. We wsi globalnej - podobnie. Warto przy tym zaznaczyć, że wygadywanie bzdur na skalę światową, tym razem na temat jakiejś gwiazdeczki ekranowej, zamiast Zochny od Macieja, w sumie mało kogo obchodzi, (może poza zboczeńcami czytującymi Pudelka, Pomponik i Plotka wszystko kropka pl) i mało komu szkodzi (wręcz przeciwnie). Są jednak plotki, które umieszcza się w paskach na ekranie telewizyjnym, które przebiegają z prawej do lewej, na tle czerwonym, albo żółtym; okraszone napisem PILNE; są plotki, o których poważni publicyści, z marsem na czole, piszą poważne felietony; którym jedni analitycy poświęcają kolumny w dodatkach ekonomicznych, a drudzy je czytają i na ich podstawie rekomendują podjęcie decyzji. Takie plotki, to już nie przelewki - póki wiadomo, że mamy do czynienia z bujdą, można ją traktować z właściwym dystansem, ale bujda uwiarygodniona autorytetem... Nadal jest tym czym jest - tylko już postrzega się ją inaczej.

Libia, jak wiadomo, siedzi na ropie, której sporą część wysyła do Europy. W Trypolisie, od 1969 roku rządzi niejaki Muamar Kadafi. Jeszcze rządzi, bo jego współziomkom zamyśliło się, żeby wzorem Egipcjan i Tunezyjczyków w końcu zmienić go na kogoś innego. Kadafiemu, co oczywiste pomysł ten się nie spodobał - począł więc na głowy swych obywateli zrzucać bomby, nasłał na nich najemnych zbirów i zawziął się, żeby z wygodnego siodła wysadzonym nie zostać. Wojna domowa prawie gotowa. W tym czasie mimo, że ropa nieprzerwanie płynie do Europy (czyli podaż bez zmian), jej cena rośnie. Skoro podaż bez zmian, to przyczyny wzrostu ceny należy szukać po stronie popytu. Ale dlaczego popyt wzrósł akurat wtedy, gdy Kadafi urządza krwawą łaźnię swoim rodakom?

Praprzyczyną jest plotka. Ktoś, gdzieś uwierzył w prostą, acz nie potwierdzoną zależność, którą można by opisać tak: jeśli w regionie gdzie wydobywa się ropę mają miejsce niepokoje, to trzeba jej kupić na zapas, bo nie wiadomo co będzie. I generuje tym samym popyt, który zaczyna windować cenę ku górze. Czy rzeczywiście osoby rozumujące w ten sposób mają Libijczyków za idiotów? Czy naprawdę sądzą, że nagle zakręcą kurek i pokażą figę? A co mieliby niby z nią robić? Ktokolwiek wygra w konflikcie Kadafi vs. naród będzie robił to samo: sprzedawał ropę naftową - każda ze stron potrzebuje pieniędzy: pułkownik będzie musiał ugłaskać nimi zrewoltowany lud, a zrewoltowany lud, jeśli wprowadzi demokrację to szybko się przekona jak bardzo kosztowny to ustrój. Swoją drogą, bardzo niewdzięczny ten lud libijski, skoro chce się pozbyć władcy za którego panowania ich kraj znalazł się na pierwszym miejscu w rankingu HDI wśród wszystkich państw afrykańskich.

Podobnych historii jest zresztą więcej - bo ekonomia uwielbia żywić się plotkami, w żargonie fachowców zwanymi zresztą spekulacjami. W siedemnastym wieku w Niderlandach za cebulkę tulipana można było kupić wóz z końmi, na początku bieżącego cokolwiek miało w nazwie ".com" postrzegano jako kurę znoszącą złote jajka i windowano ceny akcji do niebotycznych poziomów, do 2008 roku wierzono, że nieruchomości to złoty interes... Gdzieś wygrał wybory polityk X i już mamy wieści: "jak zareagowały rynki na wybór..." i zaczynają się wzrosty lub spadki w zależności od tego co polityk miał w programie, mimo, że nie zdążył jeszcze objąć urzędu i nie wiadomo, czy w ciągu nocy coś mu się nie odmieni (co zresztą częste u polityków jeśli wziąć pod uwagę realizację obietnic wyborczych). Zamieszki w Egipcie: giełda w dół, ceny wszystkiego w górę, bo może znacjonalizują Kanał Sueski. Gdzieś indeksy giełdy zmieniają kolor na czerwony: w innych krajach wyprzedaż akcji jak zniczy na Wszystkich Świętych, bo "coś" może być na rzeczy. Błogosławieni ci, którzy doznali łaski Wiary! Tylko czemu ich wiara przekłada się na rzeczywiste manipulacje finansami?

W globalnej wiosce, globalna plotka ma już inny ciężar gatunkowy niż w zwykłej. Na dokładkę do zakłamywania obrazu świata - obraz świata tworzy. Bo z głupiego gadania o tym, że ceny ropy wzrosną na skutek konfliktu w Libii, ceny rzeczywiście rosną, o czym można się przekonać tankując samochód. Uwaga zatem na słowa, bo w świecie globalnym co wróblem wyleci już nie wołem, a całym stadem wraca.




 ibsen82, sobota, 05 marca 2011; Bartosz Sowisło

Świniocyd

Kilka miesięcy temu wracałem z delegacji z Tuluzy. Każdorazowo, gdy wylatywaliśmy z fabryki samolotów pracownicy Airbusa dostarczali nam na pokład kilka sporych pudeł z "suchym prowiantem" na drogę. Nie były to jakieś tam kanapki na bazie pochodnych ropy naftowej z gumowym żółtym serem, a prawdziwe - jak dla mnie przynajmniej - rarytasy: łosoś na zimno z sosem, kaczka, gęsie wątróbki, sałatki z owocami morza, świeże pieczywo i inne.

Leciała nas grupa siedmiu osób, dwóch Polaków i pięciu Węgrów. Ja i mój polski kolega wciągnęliśmy wszystko nawet się nie oglądając zbyt długo, natomiast Węgrzy po zjedzeniu jakiejś jednej czwartej porcji wywalili resztę do kosza na śmieci.

Kolega, który miał za sobą służbę wojskową w polskiej armii ze wzruszeniem ramion przytoczył anegdotę, jak to nie mieli czasu porządnie zjeść przed wymarszem na poligon i chowali po kieszeniach bojówek kromki chleba, by potem - gdy już przerobili wszystkie "padnij", "powstań", "lotnik kryj się" w jakże przyjaznej marcowo-kwietniowej aurze - zjadać je razem z błotem, które dostawało się do tychże kieszeni. Zrewanżowałem mu się powiedzeniem, które zwykł był przytaczać za swoją babcią mój ojciec, a które brzmiało "głodu do dupy" i oznaczało, że głodny zje wszystko. Popatrzyliśmy jeszcze z pogardą mieszaną z wyrzutem, a także wyższością na Madziarów, pełni poczucia narodowej dumy, że u nas w Polsce to się jedzenia nie marnuje. Madziarzy oczywiście wcale się tym nie przejęli, ale przynajmniej przez chwilę poczuliśmy się lepiej.

Żyłem w tym błogim przeświadczeniu własnej moralnej wyższości aż do przedwczoraj, gdy odwiedzałem rodziców i matka kazała mi wywalić do kubła na śmieci półtora kilo bananów. Banany, przypuszczalnie na skutek zaniechania na nich konsumpcji i odwleczenia wyroku śmierci na czas bardzo nieokreślony, doznały inkarnacji wyższej mobilnej duszy i bez większego wysiłku spacerowały wte i wewte po kuchni. Mama, wściekła, że musi wywalać pożywienie, zwaliła wszystko na ojca, który robi zakupy nadal tak, jakby miał wykarmić nie tylko czteroosobową rodzinę, a jeszcze wszystkie biedne dzieci z okolicy. Zapomina jedynie o tym, że rodzinę ma i owszem czteroosobową, tylko, że podzieliła się ona na trzy samodzielne, nieprowadzące wspólnej kuchni gospodarstwa, gdyż zarówno ja, jak i moja siostra wyprowadziliśmy się już jakiś czas temu. Cóż jednak czynić, kiedy Lidle, Kauflandy, Carrefoury i inne Reale urządzają promocje i kupienie jakiegoś produktu wydaje się naprawdę opłacalne? Zresztą, nawet jeśli jedzenie ląduje od razu w koszu na śmieci to i tak wszyscy są zadowoleni: rolnik - bo wyprodukował i sprzedał, przetwórnia - bo przetworzyła i sprzedała, hurtownik - bo kupił i sprzedał, sklep - bo sprzedał i zarobił, konsument - bo kupił to na co miał ochotę. O co więc czynię raban i czemu potępiam nawet własnych rodziców? I czy jest w ogóle o co się rzucać?

Według danych, które znalazłem na stronie www.niemarnuje.pl Polacy wywalają do śmietników 4 mln ton żywności rocznie. Jak obrazowo podaje autor jest to tak jakbyśmy żywnością zapełnili trzy Stadiony Narodowe. Na tej samej stronie można również znaleźć różne skutki wyrzucania jedzenia: marnowanie wody i energii koniecznej dla jej wyprodukowania (jakkolwiek pięćdziesiąt tysięcy litrów potrzebne dla produkcji jednego kilograma wołowiny wydaje mi się liczbą nieco z kosmosu), problemy z utylizacją gnijących gór śmieci i tym podobne.

Pani Anna Nowak, w artykule dla Gazety Polskiej (emigracyjnej) przytacza dane dotyczące marnowania pożywienia przez mieszkańców Wielkiej Brytanii: Każdego dnia Brytyjczycy wyrzucają 220 tysiące bochenków chleba, półtora miliona bananów, 660 tysięcy jajek, pięć i pół tysiąca kurczaków. I to nie wszystko. Ilościowo, najwięcej wyrzucamy ziemniaków – prawie 360 tysięcy ton rocznie, na drugim miejscu znajduje się chleb – 326 tysięcy ton, a na kolejnych – jabłka – 190 tysięcy ton oraz mięso i ryby – ponad 160 tysięcy ton. Ogromne marnotrawstwo dotyka także świeżych sałat – aż 45% wszystkich kupionych sałat ląduje na śmietniku nietknięte. Podaje również ile to kosztuje: każdy Brytyjczyk wyrzuca tygodniowo jedzenia za 8 funtów co w skali roku daje 420 GBP.

Daleki jestem od tzw. lewicowej wrażliwości i odporny na argumenty, że "wyrzucać nie wolno, bo dzieci w Afryce głodują" - doskonale wiem, że to czy wyrzucamy żywność, czy nie i tak nie ma na to wpływu, bo do Afryki pokarmów nikt woził nie będzie. Wywalanie jedzenia napawa mnie sporą jednak niechęcią z kilku przynajmniej powodów:

- To, że wyrzucamy żywność, znaczy, że kupujemy jej za dużo, czyli tworzymy nadmierny popyt, a popyt jak wiadomo stymuluje wzrost cen, czyli samiu tworzymy sobie powód do narzekania w niedalekiej przyszłości

- każdy kupiony produkt to podatek VAT - jeśli więc kupuję i wyrzucam - odpalam Państwu więcej podatków niż mu się ode mnie należy,

- jestem leniem i nie lubię wynosić śmieci - gnijące odpadki zmuszają mnie do częstszych wycieczek cztery piętra w dół

Wywalając żywność do śmietnika, nie pozwalamy również wypełnić świnkom, krowom, kurom, gęsiom, kaczkom i baranom ich życiowego posłannictwa. W końcu zostały powołane na świat po to, by skończyć w naszych przepastnych żołądkach, a my bez jakiegokolwiek szacunku dla ofiary jaką poniosły - wywalamy je bezużytecznie na śmietnik, często nim jeszcze przejdą metamorfozę w kotlet lub gulasz. I nie jest tego wcale mało - naprędce przekalkulowałem podane przez p. Nowak liczby i wyszło mi, że te wyrzucane w Wlk. Brytanii 160 tys ton mięsa i ryb to 570 tys. świń lub 200 tys. krów albo 64 mln kur! Zabijanych zupełnie zbędnie!

Nie trzeba być wegetarianinem, żeby te liczby poruszyły. Wystarczy być stosunkowo humanitarnym człowiekiem. Sądzę, że choćby przez ten animalocyd, który fundujemy zwierzętom hodowlanym powinniśmy do końca zjadać to co znajduje się na naszym talerzu, albo zastanowić się nim wrzucimy do koszyka z zakupami kolejną paczkę mielonego.


 ibsen82, poniedziałek, 01 listopada 2010; Bartosz Sowisło

Dwóch rozbitków

Działo się to u zarania wieku siedemnastego, gdy handlowy statek "Santa Marta" z załogą dwudziestu dwóch ludzi pod komendą doświadczonego już 45 - letniego dona Gutierreza, ruszył z przesławnego portu Kadyks ku Nowemu Światu, wioząc ze sobą pięćdziesięciu trzech osadników i dwudziestu żołnierzy.

Przez pierwsze dwa tygodnie podróż upływała spokojnie, okręt idąc ostrym do wiatru kursem dzielnie ciął fale. Osadnicy marzyli o ziemi, która miała na nich czekać, a żołnierze o łupie który spodziewali się zdobyć, szerząc przy okazji władzę hiszpańskiego króla i wiarę rzymskiego papieża.

Siedmnastego dnia podróży, mimo iż pogoda do tej pory dopisywała i ledwie kilka chmurek mąciło nieskalany błękit nieba, wiatr przestał nagle wiać, puste żagle bezsilnie opadły i tylko martwa fala smętnie przerzucała statek z burty na burtę. Trwało to dwa dni. Don Gutierrez, który minione trzydzieści lat spędził na wszystkich znanych i nieznanych morzach świata, wciągnął wonczas powietrze nosem i polecił szykować "Santa Martę" na sztorm.

Nie mylił się, gdyż trzeciego dnia ciszy, a dwudziestego od opuszczenia Kadyksu, niebo przesłoniły gęste chmury, a twarze umęczonych morską chorobą i długą podróżą ludzi owiały zrazu delikatne, a następnie coraz mocniejsze podmuchy powietrza.

Nim minęły cztery pacierze, fale na oceanie stały się tak wielkie, że postronny obserwator dostrzegłby jedynie czubki masztów "Santa Marty". Pasażerowie zostali spędzeni pod pokład, a załoga używając lin okrętowych przywiązywała się do czego popadło, by uniknąć zmycia w morską otchłań.

Don Gutierrez, dzielnie walczył o powierzony mu statek. Dwa dni i dwie noce, nieodróżnialne zresztą od siebie, stał przy sterniku i wykrzykiwał komendy, starając się utrzymać stały kurs, który mógłby wyprowadzić "Santa Martę" z opałów.

Niestety, o świcie trzeciego dnia, gdy wszyscy byli już u kresu ludzkiej wytrzymałości i zaczęli zawierzać nadzieję na ocalenie, już nie kapitanowi a Wszechmogącemu, nie wytrzymała jedna z lin mocujących dwudziestoczterofuntową armatę. Wyleciała ze swego leża i gruchocząc po drodze kości jednemu z marynarzy, a urywając głowę drugiemu, wybiła dziurę w kadłubie okrętu, który począł nabierać wody i tonąć. Don Guteirrez wydał rozkaz opuszczenia statku.

Zginęli wszyscy.

Prawie.

Na niewielką plażę, w odległości może dwustu kroków od siebie, łaskawa fala wyrzuciła dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Diego - stolarz i uwolniony chłop pańszczyźniany, który wraz z rodziną wybrał się na poszukiwanie godniejszego życia w Nowym Świecie, drugim Jose - zubożały szlachcic, poszukiwacz przygód i łupu, a przy okazji oficer oddziału, który płynął na statku.

Obydwu, dziwnym trafem udało się ocalić conieco z tonącego okrętu. Diego miał przy sobie mały zawój z kilkoma drobnymi narzędziami i nieduży worek ziarna. Jose natomiast szpadę, pistolet, prochy w szczelnym rogu, zapas kul i muszkiet.

Mężczyźni niezmiernie się uradowali widząc, że los nie rzucił ich samych w ów niegościnny kawałek świata, a następnie zapłakali nad losem towarzyszy, oraz pokrzepili nadzieją na to, że może Opatrzność ocali jeszcze kogoś.

Jose, jako bardziej wymowny, a i przecie szlachcic, powiedział:

- Drogi Diego, musimy przede wszystkim ustalić, gdzie jesteśmy. Nie mamy ani mapy, ani nie znamy się na gwiazdach, jednak może uda nam się spotkać kogoś na tej ziemi, kto powie nam gdzie znajduje się najbliższe miasto lub port. Widzę tam wzgórze, z którego dobry będzie widok, pójdę na zwiad, a ty może przygotuj nieco strawy, abyśmy mogli posilić się i pomyśleć nad naszą sytuacją.

Diego uznał, że to dobry pomysł - znał się na roślinach, a i gołymi rękami potrafił złapać rybę. Toteż gdy tylko Jose udał się w podróż, złowił w strumieniu kilka pstrągów, nazbierał różnych owoców, rozniecił ognisko i zaczął stawiać szałas.

Jose wrócił przed wieczorem. Wyglądał na stropionego.

- Drogi Diego, mam niedobre wieści. Otóż jesteśmy na wyspie. Śladu ludzi nie ma. Natomiast niedaleko stąd, za polaną w lesie jest rzeka, żeby dojść na szczyt wzgórza trzeba się przez nią przeprawić, a następnie przejść przez gęstą puszczę, w której roi się od dzikich bestyj, węży, a i przysiągłbym, że słyszałem czartów nawołujących się na wieczorną ucztę. Sądzę, że możemy zająć las i polanę po tej stronie rzeki, ale nie powinniśmy się zapuszczać na drugi jej brzeg.

Diego zląkł się niezmiernie, gdyż był człowiekiem niepiśmiennym, a i zabobonnym. Jose kontynuował:

- Drogi Diego, musimy zbudować sobie jakieś schronienie, zadbać o pożywienie i czekać, aż pojawi się jakiś okręt, który mógłby nas stąd zabrać. Ja znam się tylko na wojaczce, toteż, Diego drogi, polegam na tobie. Ja zapewnię nam ochronę od dziwów, które żyją po drugiej stronie rzeki. Praca twoja będzie ciężka i znojna, toteż sprawiedliwe będzie, jak podzielisz się ze mną tylko jedną piątą tego co uda Ci się wyprodukować.

Diego zdziwił się nieco tak uczciwym postawieniem sprawy. Tego się po szlachcicu nie spodziewał. Cóż było robić. Wziął siekierę i strug i łopatkę i motykę - zaczął budować chatkę. Gdy tylko skończył i wspólnie w niej zamieszkali, zaorał kawał pola, obsiał ziarnem, które udało mu się ocalić z "Santa Marty". Czekając na plon schwytał kilka dzikich świń, zrobił im zagrodę i tuczył je, licząc na to, że zaczną się mnożyć. Tak minął rok. Jose w tym samym czasie, przemierzał las po drugiej stronie rzeki. Diego słyszał od czasu do czasu jakiś wystrzał, by potem z niecierpliwością oczekiwać na powrót towarzysza. Jose ze swoich wypraw wracał z przerażającymi, a heroicznymi opowieściami. A to, że pokonał strzygę, a to utopca. Raz, powiedział, udało mu się upolować nawet smoka. Diego podejrzewał, że Jose zmyśla sobie wszystkie swoje przewagi, toteż powiedział mu, któregoś dnia:

- Panie, czemu zatem, nie przyniesiesz trofeum jakiegoś z takich diabelskich polowań?

Jose zamyślił się i odrzekł:

- Diego drogi, nurt w rzece bystry, a ja słaby - bom niedożywion. Gdybym spróbował przez rzekę przeciągnąć dwucetnarową bestię, pewnikiem pociągnęłaby mnie na dno i zostałbyś bez ochrony. - Diego podrapał się po głowie:

- Don Jose, czemu zatem nie powiesz, żebym dawał ci więcej pożywienia, które produkuję? Weź ode mnie jedną trzecią, ale w zamian przynieś mi trofeum z bestii.

Kiwnął Jose głową i od tej pory jadł jedną trzecią tego co uhodował Diego. Dziwnym trafem, okazało się, że poprzednim polowaniem Jose zabił ostatnią z bestii na wyspie i mimo, że próbował i poszukiwał całemi dniami i nocami przez sześć miesięcy nie udało mu się już znaleźć żadnej.

Któregoś popołudnia, Diego, zajęty oporządzaniem świń i mieleniem plonów na mąkę, przy użyciu ręcznego żarna usłyszał głośne krzyki, strzały i nawoływanie:

- Diego!!! Diegooooo!!! chodź szybko na plażę Dieeegooo!!! - chłop nie mógł rzucić całej roboty, ot tak bo świnie by uciekły, więc kwardans mniej więcej mu zajęło, nim zdołał przybiec do wydzierającego się w niebo głosy Jose.

- Co się stało, don Jose? - zapytał, gdy dobiegł na plażę i dostrzegł wojaka siedzącego na brzegu z twarzą ukrytą w dłoniach. Jego plecami wstrząsał szloch. - No co się stało?

- Statek...

- Gdzie?

- No tam, nie widzisz? Odpływa...

- Gdzie? Panie nic nie widzę...

Jose wyciągnął brudny sękaty paluch w kierunku horyzontu. Diego wysilił wzrok, aż mu oczy, z orbit wylazły. Morze, chmury, może...? Zawsze miał słaby wzrok. Don Jose mógł dojrzeć coś, czego on nie widział.

- Był statek, Diego, statek. Hiszpański Galeon Jego Królewskiej Mości. Widziałem czerwony proporzec na maszcie... Musiał cumować po drugiej stronie wyspy, a myśmy go przegapili...

Diego stropił się.

- Nie możemy zmarnować po raz drugi takiej szansy, Diego. Jeden z nas musi siedzieć stale na szczycie wzgórza i obserwować morze - ciągnął Jose.

- To będziesz musiał być ty, don Jose, bo kto w przeciwnym razie zajmie się inwentarzem? Kto oporządzi pole?

I stało się tak, że don Jose mieszkał na szczycie wzgórza, a Diego w dolinie, gdzie zajmował się gospodarką. Minęła cała pora sucha i nadeszła pora deszczów. Pewnej nocy, gdy Diego po dniu znojnej pracy spał w wybudowanej chatce, usłyszał kołatanie do drzwi. Jose, stwierdził:

- Nie będę tam dłużej siedział na szczycie wzgórza, deszcz pada, jest mi zimno i głodno.

- Ależ, don Jose, a co jeśli statek...?

- Nawet jeśli przypłynie, to po to tylko by wywieźć moje truchło stąd, bo padnę wytrzęsiony febrą, jeśli w takich warunkach przyjdzie mi służbę pełnić. O marnej strawie i bez dachu nad głową.

Następnego dnia Diego, zabrał się za budowę chatki na szczycie wzgórza. Miał już wprawę, a i drzewa lepsze zbocza porastały, to domek wyszedł znacznie szykowniejszy niźli ten, w którym sam mieszkał.

Jose, w nagłym przypłwie skromności wzdragał się także przed tym, by brać więcej żywności od Diega, toteż umówili się w sposób następujący:

- Pożyczaj mi więcej jedzenia, tak, aby podział wyniósł pół na pół. Różnicę między jedną trzecią, a połową, oddam ci albo gdy się stąd wydostaniemy, albo przed upływem roku, z należnym dla ciebie procentem. Dostaniesz o jedną piątą więcej niż mi pożyczyłeś.

Rok minął - statku nie było. Diego ciężko pracował - Jose intensywnie obserwował. Przyszedł termin spłaty długu, który zaciągnął Jose u Diega. Jose, chętnie oddał Diegowi całą świnię i dwa korce mąki, dokładnie tyle ile wynosił dług - bez procentu, ale od razu powiedział:

- Kochany Diego, wiesz jak bardzo odpowiedzialna jest moja służba, toteż muszę cię prosić o kolejną pożyczkę, a że musiałem bardzo oszczędzać, żeby oddać Twój dług, proszę cię o to, byś pożyczał mi jeszcze więcej niż w minionym roku, w zamian, oddam ci to co będę ci winny, powiększone o jedną trzecią tego co mi pożyczyłeś.

Diego, tym razem cokolwiek się ociągając przystał na proponowany układ. Mimo, że ponad połowa tego co udawało mu się wyhodować trafiała do Josego.

Po roku, gdy znów statek na horyzoncie się nie pojawił, a przyszedł termin spłaty długu, Jose usiadł na progu izby, oparł się o muszkiet i powiedział:

- Diego, kochany, zwracam ci dług, łącznie z procentem. Ale niestety, część żywności się zepsuła, toteż oddaję jedynie połowę. Ponadto mam tak wielki dług u ciebie, rozłóż mi go proszę na dłuższy czas, bo teraz nie jestem Ci w stanie go oddać.

- Ale Jose, jak długo tak można?!? Pierwiej obiecujesz mi zwrot żywności z procentem - nie oddajesz. Potem znów pożyczasz, jeszcze więcej, nie oddajesz nawet tego co pożyczyłeś i prosisz o rozłożenie długu na dłuższy czas. Żeby go oddać musiałbyś przez rok nie jeść!

Jose rysując szpadą fantazyjne figury na piasku, odparł:

- Zgadza się, Diego, dlatego od tej pory, będziesz musiał mi oddawać połowę swojej żywności, a obiecuję, że oddam ci dług w następnym roku, bądź gdy stąd tylko odpłyniemy.

- Ale Jose, przecież to jawnie niesprawiedliwe! - w oku żołdaka zabłysnęła zła iskra:

- A kto powiedział, że życie jest sprawiedliwe? Najpierw bronię cię przed bestiami, potem narażam zdrowie wypatrując dla nas ratunku, później jeszcze zadłużam się u ciebie, bo doceniam twoją ciężką pracę. Robię dla ciebie wszystko, umożliwiam ci życie na tym niegościnnym kawałku ziemi, a ty nie chcesz się podzielić ze mną nędzną połową tego co produkujesz?

- Ale Jose...

Don Jose wymierzył muszkiet w czoło Diega i cedząc powoli słowa powiedział:

- Słuchaj kmiocie: albo zgadzasz się na moje warunki, albo zmów pacierz, bo to twoje ostatnie chwile na ziemi.

Wystraszony Diego kiwnął tylko głową i w te pędy uciekł do swojej posiadłości. Od tej pory unikali się jak tylko mogli. Kolejny rok, poza jednym, bardzo istotnym przeszedł bez zdarzeń. Na dzikie świnie przyszła zaraza. Ocalały tylko trzy sztuki. Gdy nastał dzień rozliczenia, a statek, jak łatwo się już domyślić znów się nie pojawił. Udał się Diego do Josego, który podobnie znowuż siedział oparty o muszkiet. I podobnie jak rok wcześniej zadecydował o tym, że Diego otrzyma swoją część za rok. Na to rzekł Diego:

- Panie, przyszła zaraza na świnie. Zostały tylko trzy sztuki. Żeby odtworzyć trzodę będą potrzebne mi wszystkie trzy. W tym roku będziesz musiał obyć się bez mięsa.

Josemu się to nie spodobało. Uznał, że Diego go oszukuje i zażądał połowy, czyli półtorej świni. Gdy Diego próbował protestować, ponownie zaświecił mu muszkietem w oczy.

- Będzie jak chcesz, panie, ale wiedz, że w takim razie - to na pewno nasz ostatni rok na tej wyspie.

I otrzymał Jose należną mu świninę, zjadł swoją część również Diego. A że pracy na polu miał wiele, a utraconej energii nie miał jak uzupełniać - padł w końcu z wycieńczenia. A gdy to się stało to po jakimś czasie zmarł i Jose, gdyż nie było nikogo, kto by go utrzymywał i karmił.

Naiwny był Diego? A może zły i głupi Jose?

A podstaw teraz pod Josego, drogi czytelniku aparat państwowy, a pod Diega obywatel. Pod to czego domagał się Jose podatki, a dług który zaciągał u Diega obligacje. Brzmi znajomo?


 ibsen82, niedziela, 07 marca 2010; Bartosz Sowisło

Energoprogności kontra wróżbiaże amatorzy

Dojrzałego mężczyznę, niewiele rzeczy powinno wyprowadzać z równowagi. Wychodząc dziś na lekcję języka francuskiego, zajrzałem od niechcenia do swojej skrzynki pocztowej. Pośród pół metra szcześciennego różnorakiego śmiecia, znalazłem kopertę od mojego dostarczyciela energii - firmy o nazwie Tauron (co nieco mnie zdziwiło, gdyż umowę podpisywałem z Enionem, ale po pobieżnej lekturze załączonego listu uspokoiłem się, bo jak wyjaśniał jego autor, firma po prostu zmieniła nazwę). Gdy rzuciłem okiem na to ile mam zapłacić, z wrażenia pośliznąłem się i runąłem twarzą w psie gówno, które z pierwszymi roztopami wychynęło spod śniegu.

Jak się okazało, do zapłacenia mam 512 złotych i ileś tam groszy. Powiecie: trzeba było oszczędniej z energią, panie, świetlóweczki pomontować , lodówkę na mniej energożerną wymienić...

Fakt, że muszę zapłacić za usługę, czy towar który nabyłem, mnie nie bulwersuje. Zasypiało się przy załączonym świetle, zapominało żelazko wyłączyć - trzeba płacić. To czy cena energii jest duża czy mała - to temat na inny felieton.

Żeby zrozumieć moją irytację i przy okazji szok, należy się cofnąć o nieco ponad rok, kiedy podpisywałem umowę ze wzmiankowanym już dostarczycielem energii. Udałem się wówczas do Terenowego Odziału Handlowego Enionu w moim mieście i w kilkanaście minut wspólnie z panem z obsługi klienta spisaliśmy stosowny papier. Wszystko szło gładko i przyjemnie, pośród uprzejmości w których się prześcigaliśmy - on profesjonalny przedstawiciel profesjonalnej korporacji i ja - zadowolony przyszły jej klient.

Kłopot zaczął się, gdy ów korporacyjny, miły wyrobnik spytał jakie deklaruję miesięczne zużycie prądu. Odparłem, że nie mam pojęcia, gdyż jak do tamtego momentu za prąd płacili albo rodzice, albo osoba od której wynajmowałem mieszkanie. Poprosiłem zatem grzecznie o jakieś dane statystyczne ileż to jednoosobowe gospodarstwo domowe przeciętnie prądu zużyć może. Odpowiedź, wcale precyzyjna brzmiała: "Bardzo różnie" - kiwałem głową ze zrozumieniem, bo jest to, było nie było, prawda. Przeformułowałem więc pytanie i zapytałem raz jeszcze o zwykłą, matematyczną średnią, która, jak wie każde dziecko, jest prostą sumą podzieloną przez ilość czynników składających się na nią. Pan przestał być nagle miły, zaczął stękać, niczym czterolatek na nocniku, po zjedzeniu dwóch kilo jagód i mówić o wszystkim, tylko nie tym o co go zapytałem. Widząc, że w ten sposób niedaleko zajdę, zacząłem strzelać: "Sto złotych? Pięćdziesiąt?" - gościu jak się był zaciął, takim zaciętym pozostał. Dotarło do mnie, że musiałbym zacząć rwać mu paznokcie kombinerkami, by wydusił z siebie cokolwiek więcej niż postękiwania i kręcenie głową. Gdy w końcu strzeliłem mówiąc, że zostawimy pięćdziesiąt, chłopisko wydusił z siebie, że OK może być i jeśli może cokolwiek powiedzieć, to że jest to taka dość sensowna kwota miesięcznego zużycia prądu. Machnąłem na to wszystko ręką - miałem wówczas poważniejsze sprawy na głowie i pracownika Enionu zatrzymałem w pamięci na okazję piwnych anegdot.

Czas mijał spokojnie, wpłacałem co miesiąc po 50 złotych. W końcu dostałem rozliczenie z którego wynikało, że przez cztery miesiące nie muszę płacić nic, a potem przelewać po osiem złotych. Zdziwiłem się, bo choć w moim nowym lokum jeszcze nie mieszkałem, ale robiłem remont - a to oznaczało, że wiertarki, szlifierki i grzałka do kawy chodziły od rana do nocy. Ale nic to. Obawiałem się tylko, że będę musiał dopłacić dużo więcej, gdy w końcu zamieszkam w swoich czterech kątach.

Kolejny okres rozliczeniowy, gdy mieszkałem już sobie w najlepsze, powitał mnie niedopłatą w wysokości 3,35 i prognozą na 12,36 PLN miesięcznie. Wtedy zwątpiłem i zacząłem na poważnie zastanawiać się o co chodzi ludziom, narzekającym na wysokie ceny energii elektrycznej. Niestety radość moja trwała tylko do dziś.

Co więcej, zakład energetyczny, przewiduje moje zużycie prądu w nadchodzącym półroczu na 23 złote z hakiem miesięcznie. Jak to się ma do tego co deklarowałem podpisując umowę? Szczególnie, że moja prognoza wzięta kompletnie z pały była dalece bardziej dokładna niż kwity którymi zaskakuje mnie co pół roku Enion (Tauron). Doszło do tego, że na następne rozliczenie, będę czekał bardziej niecierpliwie, niż moja babcia na "M jak miłość".

Żeby nie być gołosłownym: policzyłem swoje średnioroczne zużycie prądu w ciągu roku - wyszło 58 złotych na miesiąc. Oznacza to, że machnąłem się o niecałe 20 procent, a nie jak specjalista, który sporządzał moje zestawienie o 400 i teraz miałbym niedopłaty 100 złotych a nie 500. Rząd wielkości z grubsza taki, jakby naczelny meteorolog kraju wydał w styczniu ostrzeżenie przed upałami.

Wydaje mi się, że zakłady energetyczne prognozy powinny zostawić IMiGW, trochę zaufać swoim klientom, a nie stawiać ich w kłopotliwej sytuacji - z widmem płacenia na raz półrocznego rachunku za prąd, tylko dlatego, że jakiś idiota pomylił się w swoich ocenach. Może zamiast speców siedzących przy komputerach zatrudnić dobrą wróżkę? Albo wysyłać po prostu zestawienie raz na rok, bez prognoz i mydlenia oczu.

Ciekaw też jestem po jakim czasie będę musiał się udać po świeczki jeśli zacznę regularnie płacić co miesiąc po 70 złotych (prognoza plus to co jestem winny). Ciekaw, bo byłby to przykład bardzo równego traktowania się kontrahentów - oni wystawiają fakturę za błędną prognozę, a ja płacę tyle, ile uważam, że powinienem płacić.


 ibsen82, środa, 24 lutego 2010; Bartosz Sowisło

Niewolnik Adama Smitha

To nie będzie wpis zgodny z nauką ekonomii, nie będzie analizował rynku, ani opowiadał się po stronie którejkolwiek ze szkół myśli ekonmicznej. To raczej to co czuję i co pewnie czuje wielu ludzi w podobnej do mojej sytuacji. Nie będzie miał nic wspólnego z racjonalizmem.

Niewolnictwo definiuje się jako przeniesienie praw rzeczowych do człowieka na innego człowieka bądź instytucję. Innymi słowy, niewolnictwo to sprowadzenie człowieka do roli narzędzia.

Formalna likwidacja niewolnictwa nastąpiła przede wszystkim w XIX wieku - głównie z inicjatywy państw europejskich, które do tamtej pory czerpały z handlu ludźmi największe profity. Liga Narodów oficjalnie zakazała go w 1926 roku.

Ma się jednak bardzo dobrze.

Gdy rzuciłem okiem na dane dotyczące niewolnictwa obecnie okazuje się, że ludzi pozbawionych wolności zgodnie z definicją klasyczną jest na świecie 27 mln. To więcej niż przez 500 lat przewieziono przez Atlantyk z Afryki do obu Ameryk (szacunki 12 - 25 mln).

Niewolników, tak naprawdę jest jeszcze więcej. Być może nawet Ty nim jesteś. Nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. To co niegdyś załatwiały bat nadzorcy i kajdany, teraz sprowadzamy na siebie dobrowolnie - przyjmując zobowiązania na okres trwania całego życia, a czasem i dłużej.

Przed tzw. kryzysem z roku 2008 banki bardzo chętnie udzielały kredytów pokoleniowych. Bierzesz teraz, spłacasz przez pięćdziesiąt lat, a jak nie to spłacają go twoje dzieci. Wspaniale, ale czy można obarczyć kogoś zobowiązaniem, którego ten ktoś być może sam by nie podjął? Dziedziczenie długów wynika z przeświadczenia, że skoro ktoś może przejąć w spadku aktywa, to czemu nie ma przejąć również pasywów. Z punktu widzenia ekonomii sprawiedliwe, z punktu widzenia dziecka, które miało tatusia hulakę, bądź mamusię, która koniecznie chciała mieć wystawny dom - niekoniecznie.

Jak wielu moich rówieśników chciałem mieć własny kąt. Kupiłem więc mieszkanie - oczywiście na kredyt. Przez najbliższe jeszcze 29 lat z każdej wypłaty będę musiał potrącać pewną kwotę na spłatę długu. Czy jestem wolny? Formalnie owszem. Czy miałem wybór? Formalnie tak - mogłem mieszkanie wynająć i spłacać czyjś kredyt, mogłem mieszkać nadal z rodzicami. Tyle teorii. Dlaczego to robimy? Bardzo paradoksalnie, w imię wolności - żeby mama nie truła, albo żeby właściciel mieszkania nie wywalił nas na pysk, kiedy znajdzie lepszą ofertę.

W praktyce, jeśli jutro nie wstanę rano z łóżka i nie stawię się do pracy i nie podam jakiegoś wiarygodnego powodu mojej nieobecności, mogę sobie szukać jakiegoś innego zajęcia i innego sposobu oddania długu. Jeśli przestanę go spłacać, podpisałem już weksel in blanco i tytuł egzekucyjny, który leży gdzieś w sejfie w banku. Jeśli przestanę go spłacać, nawet bez wyroku sądu bank może przysłać komornika, który wyprowadzi mnie na bruk.

Jest jeszcze jeden drobiazg. Suma wpłat, które znajdą się na koncie banku w dniu, kiedy będę spłacał ostatnią ratę, będzie większa dwukrotnie, od tego co pożyczyłem. I pomyśleć, że w średniowieczu jeśli ktoś chciał więcej niż 10% uważany był za lichwiarza.

Czy nadal ktoś uważa, że jestem wolny? A może niewolnictwo XXI wieku należałoby przedefiniować. Na przykład tak: "Przybierające różne postacie zjawisko, częściowego, bądź całkowitego uzależnienia jednostki od procesów zachodzących na wolnym rynku".


ibsen82, środa, 10 lutego 2010; Bartosz Sowisło