Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia europejska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

Świnka europejska

Brytyjczycy rozsyłają instrukcje do ambasad w krajach strefy euro mówiące o tym w jaki sposób postępować, gdy euro upadnie. Po Irlandii krążą plotki, że już od końca lata mennice drukują, ale nie euro, a funty. Dziś w Tok FM korespondent Rzeczpospolitej w Rzymie wypowiadał się mówiąc, że wszyscy Włosi z przerażeniem oczekują jutrzejszego wystąpienia Montiego, który ma zapowiedzieć ciężkie czasy. Rynki obgryzając paznokcie do drugiego paliczka czekają na spotkanie Sarkozy'ego z Merkel i "jakieś" decyzje, które powinny na nim zapaść. Narodowemu Bankowi Polskiemu nie udaje się interwencyjny skup złotówki. Sikorski nawołuje kraje Europy do rezygnacji z części suwerenności i pogłębienia integracji. W sieci i gazetach pojawiają się prognozy prześcigające się w czarnowidzkich prognozach tego co stanie się gdy euro się jednak wywali.

Odpowiedź na większość wątpliwości ma przynieść zbliżający się tydzień. Prawdopodobnie nie przyniesie. Prof. Krzysztof Rybiński w swoim blogu prognozuje, że w ciągu 2012 roku odbędzie się jeszcze dziesięć spotkań na szczycie, które mają uratować strefę euro, a w konsekwencji UE przed rozpadem, a podczas jedenastego zostanie uchwalone to, co powinno już być uchwalone dawno: powrót Grecji do drachmy.

Jak nie rozwalić UE?

Unia Europejska to taka (jak lubi mówić mój kolega w nieco innym kontekście) świnka morska. Ani świnka, ani morska. Nie jest to państwo, ale nie jest to też stowarzyszenie państw. Niby federacja, ale nie do końca. Podobno ma wspólną politykę zagraniczną, ale każdy z krajów członkowskich prowadzi ją po swojemu. Kraje są w niej teoretycznie niepodległe, ale prawo unijne ma priorytet w stosunku do prawa krajowego. Ma priorytet w stosunku do regulacji lokalnych, ale musi być zgodne z Konstytucją kraju członkowskiego. Takie zamieszanie powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek szybkiej i sensownej decyzji - staje się niemożliwe, jeśli nie chce się naruszyć całej misternie zbudowanej, niebosiężnej, ale i delikatnej konstrukcji zależności jednych praw od drugich.

Sama deklaracja powstania (jeśli nie pójdą za nią natychmiastowe działania i konkrety) superpaństwa europejskiego sytuację mogłaby poprawić, ale tylko na chwilę. A Unia jest tworem na wyrost: w którym jak za najwstrętniejszej komuny w ZSRR tworzy się nowego "Europejczyka" mimo, że nadal rozgrywają się mecze narodowych namiętności i interesów, chęci i niechęci - w rzekomo pozbawionym już nacjonalistycznych ciągot, wysoko rozwiniętym, samoświadomym i tolerancyjnym społeczeństwie. Gówno prawda. Belgijski rząd nie mógł powstać przez prawie dwa lata ze względu na podziały narodowościowe, Szkoci po trzystu latach okupacji angielskiej nadal mają swoją flagę, reprezentację piłkarską i broń Boże pomylić Szkota z Anglikiem. Baskowie podkładają bomby w proteście przeciw kastylijskiej dominacji, a Katalończycy w większości chcą swojego państwa, bo wiedzą, że z Barcelony lepiej zadbają o swoje interesy niż dba o to Madryt. Mediolańczycy najchętniej odpiłowaliby półwysep apeniński w okolicach Rzymu i wysłali południowców do Afryki, bo uważają, że tam ich miejsce. Ponoć u zarania włoskiej państwowości Wiktor Emanuel powiedział: "Stworzyliśmy państwo włoskie, jeszcze musimy stworzyć Włochów". Sytuacja Unii Europejskiej jest podobna - tyle, że trudniejsza, bo narody lepiej wyedukowane i samoświadome.

Sikorski przedstawił sensowny plan. Sensowny, bo pragmatyczny tyle, że oderwany od realiów i niewykonalny. Jeśliby nawet założyć na moment, że nagle rządy państw członkowskich uznają, że dla ratowania sytuacji poświęcają część suwerenności swoich krajów - daję głowę - trzy czwarte tych rządów upadnie. I nie obali ich lud wychodzący na ulice w obronie niepodległości, tylko zapisy które jak sądzę, każdy kraj ma w swojej konstytucji. Niestety, ale PiS ma rację mówiąc, że to co Sikorski proponuje jest pogwałceniem Konstytucji RP. Konkretnie artykułu 5. Co więcej: jeśli Prezydent RP zgodziłby się na podpisanie umowy międzynarodowej ograniczającej suwerenność kraju, z automatu staje się krzywoprzysiężcą, bo w ślubowaniu w Sejmie, w towarzystwie małżonki i Boga prosząc o wsparcie mówił, że będzie stał na straży niepodległości kraju.

Za samą gadaninę Trybunał Stanu pewnie Sikorskiemu nie grozi, ale za realne działania idące w tym kierunku - już tak. Pozostałaby zmiana Konstytucji - przy obecnym układzie sił w Parlamencie niemożliwa. Jedynym innym rozwiązaniem byłoby chyba referendum, ale czy narody Europy czują się naprawdę na tyle "Europejczykami" by na postawione pytanie: "Czy chcesz stworzenia jednego europejskiego superpaństwa" odpowiedzieć TAK? Myślę, że wystarczy obejrzeć dowolne rozgrywki reprezentacji narodowych by odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Zresztą, politykom samym nie zależy na pogłębieniu integracji: zdegradowanie się z Prezydenta do roli - w zasadzie wojewody chyba żadnemu z nich nie przypadłoby do smaku.

Mogłoby być tak, że UE zdecyduje się na rezygnację z euro i powrót do narodowych walut. Jestem pewien, że bankierzy trzęsą się ze strachu na myśl o takim scenariuszu i ich lobby dokłada wszelkich starań, żeby się nie ziścił. Jestem również pewien, że nie przypadłby politykom do gustu - przypuszczam, że większość obecnej klasy politycznej, w chwili gdy opadłby kurz musiałoby szukać sobie nowego zajęcia.

A jeśli jednak...?

W chwili, gdy rozleci się strefa euro, należy się spodziewać, że ludzie rzucą się do bankomatów i zaczną wypłacać pieniądze by ulokować je w czymkolwiek byle nie trzymać nic nie wartego papieru, którego za chwilę nie będzie, a którego przyszłość i przeliczenie na nowe waluty są niepewne. Problem polega na tym, że banki tych pieniędzy fizycznie nie mają (ze względu na utrzymywaną na żenująco niskim poziomie rezerwę). Zwrócą się więc, jak zwykle w takich przypadkach, do Banku Centralnego. Tylko, że on też ich nie będzie miał, bo z chwilą gdy zadecyduje się o likwidacji euro przypuszczalnie straci prawa emisyjne, a rezerwy szybko się skończą. Jeśliby nawet utrzymał prawo emisji do momentu gdy mennice państw członkowskich zaczną drukować waluty narodowe i zdecydowałby się na dodruk pieniądza rozpęta inflację na trudną do przewidzenia skalę. W momencie, gdy pierwszy klient banku odjedzie od okienka z kwitkiem, a nie oszczędnościami życia, gdy ceny poszybują do góry - na ulicach najpewniej rozpęta się piekło. Okradzeni (bo nie można tego inaczej nazwać) będą szukać sprawiedliwości, a sądy nie będą mogły jej wymierzyć - wezmą więc sprawy w swoje ręce - a oznacza to powybijane szyby, popalone samochody, starcia z policją, zabitych i rannych, samobójstwa - czyli wszystko to co działo się w kilka lat temu w Argentynie - w odpowiednio większej skali. Stratni byliby wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nazaciągali kredytów w euro - pod warunkiem, że mają zapasy jakiejś stabilnej waluty, żeby błyskawicznie je spłacić. Co działoby się dalej - można pozgadywać: może stan wyjątkowy dla przywrócenia porządku, może bankructwa państw? Prawie na pewno rosnące radykalne nastroje w społeczeństwach, przedterminowe wybory, które powygrywają jacyś polityczni outsiderzy, o których istnieniu teraz nawet nie wiemy, powrót do państw stricte narodowych, kontroli na granicach, ceł itd.

Europejskie rządy, przede wszystkim: Włoch, Hiszpanii, Grecji, Irlandii (ale nie tylko, bo nie ma w UE kraju, który byłby na plusie) zapomniały o tym, o czym wie każdy człowiek w chwili gdy zaczyna rozumieć czym są pieniądze. Nie można zadłużać się w nieskończoność, a długi kiedyś trzeba oddać, bo jeśli się tego nie zrobi - straci się twarz i nikt nigdy już nie pożyczy. W Polsce umieszczenie na listach Biura Informacji Kredytowej i na Czarnej Liście Dłużników praktycznie uniemożliwia wzięcie jakiegokolwiek kredytu. Banki zarządzają ryzykiem - państwa o tym zapomniały i długi z kredytu hipotecznego zaczęły spłacać konsumpcyjnym, konsumpcyjny kartą kredytową, a kartę kredytową kasą wziętą pod zastaw u lichwiarza. Państwa zapomniały, że nie wolno wydawać więcej niż ma się przychodów - ale politykom, w imię ich własnych interesów - było wszystko jedno - naobiecywać, narozdawać, byleby uzbierać głosów i utrzymać się przy korycie. Jak kasy brakuje - dodrukować.

Nadchodzi chwila prawdy. To co ujrzymy na dnie recesji będzie rzeczywistym obrazem gospodarki, tego ile tak naprawdę warte są nasze pieniądze, a ile warta nasza praca.

Być może nadchodzą najgorętsze Święta od kilkunastu lat.

Powodzenia!


 ibsen82, niedziela, 04 grudnia 2011; Bartosz Sowisło

Jak się w Polsce gasi pożar

Krótko przed świętami Wielkiej Nocy w 2010 roku zasiadłem w pierwszym rzędzie Airbusa A320 lecącego z Katowic do Madrytu. W planach miałem zwiedzić: Valladolid, Santiago di Compostela i La Corunę. Najciekawsza przygoda tego wyjazdu miała jednak miejsce na kilka minut po tym, gdy różowy samolot wystartował z Pyrzowic.

Co kibic wiezie w torbie

Obok mnie zasiadło kilku nadzwyczaj malowniczych dżentelmenów, których stroje wskazywały na sportowe upodobania, sylwetki na wiele godzin spędzonych na siłowni, a twarze na bardzo bogatą przeszłość. Czaszki mieli ogolone - w przeciwieństwie do twarzy - a upodobania kulinarno – trunkowe sprowadzały się do miniaturowych buteleczek Johny'ego Walker'a, po cztery euro sztuka, które opróżniali z zadziwiającą sprawnością i zaciekłością. Alkohol rozwiązuje języki, szybko więc postanowili się ze mną zaprzyjaźnić i wciągnęli mnie w jedną z bardziej interesujących konwersacji jakie miałem okazję odbyć w swoim dotychczasowym w życiu.

Panowie, gdy tylko prześwietlili moją przeszłość pod kątem wspierania określonych klubów piłkarskich i gdy okazało się, że pod koniec podstawówki obnosiłem się z biało niebieskim szalikiem z logo jednego ze śląskich klubów uznali mnie prędko za swojaka i przyznali się, że do Hiszpanii lecą w charakterze... przyszłych gwiazd kina. Istotnie, kilka rzędów za nami miejsce zajął reżyser i operator kamery w jednej osobie, który po nakręceniu biograficznego filmu o Ryśku Riedlu, wziął się za temat kontrkultury kibicowskiej.

Program zwiedzania mieli nieco inny niż mój. Można by go określić mianem sportu ekstremalnego: mecz na stadionie Atletico Madryt z którym to klubem ich klub trzyma europejską sztamę, ustawka w lesie koło Pampeluny i jeśli by ją przeżyli – zwiedzanie Barcelony.

Rzecz jasna, najbardziej zaciekawiła mnie ustawka – szczególnie, że wszyscy zbliżali się już na oko do czwartego krzyżyka. Na moje pytanie, czy nie są już na to za starzy, siedzący najbliżej mnie odpowiedział:

- Stary... Wiesz jaki ja potem grzeczny w domu jestem? Mam trzydzieści osiem lat, dla mnie to już końcówka, ale jaka żona zadowolona gdy się tak wyżyję poza domem. A w ogóle, to wiesz kto z nami jedzie?

- No wiem – odpowiedziałem – ten reżyser...

- No on też, ale wiesz kto z nami jeszcze jedzie? Nigdy nie zgadniesz.

Przeskanowałem przestrzeń w pobliżu w poszukiwaniu jakiejś znanej twarzy i rzuciłem nazwiskiem dość znanego piłkarza grającego w latach pięćdziesiątych w tym klubie. Obecnie będącego pewnie koło osiemdziesiątki. Łysa, poznaczona bliznami czaszka pokręciła się w prawo i w lewo.

- Mówiłem, że nie zgadniesz. Ale ci powiem – i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – Jedzie z nami... Adolf Hitler.

Zrobiłem wtedy jakąś krytyczną uwagę na temat ilości whisky, którą wypił. Ale oryginalny towarzysz podróży szybko wyjaśnił:

- Kolega, wiesz, ten co siedzi pod oknem. Jest takim trochę, no, neonazistą...

Moi bohaterowie mogą wydawać się czytelnikowi śmieszni. Dorośli ludzie tłukący się po łbach w zasadzie bez powodu, jadący do Hiszpanii z portretem Hitlera. Czy ocenilibyśmy ich jednak tak samo surowo, gdyby bili się na ulicach w interesie społeczeństwa, przeciwko zachłannym zakusom rządzących, którzy nie mają innego pomysłu na naprawę finansów publicznych jak tylko zedrzeć dodatkowe kilka miliardów z ludzi?

Ubezwładnieni internetem

W czasach w których żyjemy, w społeczeństwie w którym nas umieścił los, coraz już mniej takich ludzi. Może to i dobrze, bo na ulicach spokojniej i bez strachu można przejść przez park w nocy. Zresztą, sądząc może trochę po pozorach – moi współtowarzysze podróży nie sprawiali wrażenia takich, którzy zaatakowaliby na ulicy kogoś z chęci zysku, czy bez powodu. Wymyślili sobie jakąś dziwną jednoczącą ich ideologię opartą o klubowe barwy i uznali ją za atrakcyjną na tyle, by okładać się w jej imię po lasach łańcuchami i stylami od łopat.

W wysokorozwiniętych społeczeństwach, coraz mniej jest już idei, które pociągnęłyby za sobą ludzi tak dalece, by dali się za nie może nawet nie zabijać, ale w ogóle narażać na jakikolwiek dyskomfort. Są oczywiście wyjątki, jak choćby niedawne zajścia w Londynie, czy Rzymie. Wyjątki jednak, jak mówi przysłowie, potwierdzają regułę.

Sporą rolę w katalizowaniu negatywnych emocji społeczeństwa, pełni Internet. Ekspresja frustracji, którą dawniej realizowałoby się na przykład demolując ulice, urządzając przewroty, walcząc z policją, czy dokonując zamachu na znienawidzonym polityku, przeniosła się do sieci. Mimo wszelkich dobrodziejstw jakie niesie ze sobą Internet, stał się znakomitym wentylem bezpieczeństwa dla polityków, którzy mogą robić w zasadzie co im się żywnie podoba bo napięcia, niechęć i agresja w znacznej mierze realizują się na forach, w komentarzach pod artykułami, czy wypowiedziami, w blogach... Przypuszczam, że gdyby nie ten postmodernistyczny Hyde Park ilość ulicznych ruchawek przeciwko postępowaniu rządzących byłaby znacznie większa. A tak: wygadają się, wywrzeszczą milcząco katując klawiatury i będzie spokój.

Coś jednak się zmienia. Mimo, że Internet w jakiś tam sposób daje możliwość neutralizacji negatywnych emocji, po niedawnym expose Tuska można odnieść wrażenie, że Rząd się boi.

Rząd się boi

Wyborcza.biz zamieściła niedawno artykuł: „Rząd zaciska pasa”. I owszem zaciska, tylko nie sobie, a obywatelom i nie pasa, a pętlę. Na szyi. O ile zapowiedzi zrównania wieku emerytalnego i podniesienie go można jeszcze jakoś zrozumieć, o tyle podnoszenie praktycznie wszystkich podatków – w tym akcyzy na olej napędowy, która wpłynie na ceny wszystkiego co trzeba transportować – to już rozbój w biały dzień. Szczególnie, że w exposee nie padło ani słowo na temat np. redukcji zatrudnienia w administracji publicznej ( a jest tych darmozjadów 640 tysięcy – cztery razy więcej niż za Jaruzelskiego i co gorsza, będą pracować do 67 roku życia, czyli trzeba im będzie dłużej płacić pełną pensję!), prywatyzacji, bądź likwidacji ZUS, czy racjonalizacji wydatków publicznych. Rząd nie oszczędza - Rząd zabiera się za rabowanie tego co obywatelom jeszcze zostało i wie, że obywatelom może się to przestać podobać. Wie Internet katalizujący frustrację nie jest rozwiązaniem ostatecznym, a jedynie środkiem, który podnosi temperaturę wrzenia, ale nie spowoduje, że wrzenie nigdy nie nastąpi. Rząd wie, że ludzie mogą w końcu wyjść na ulice Warszawy, tak samo jak wyszli niedawno na ulice Rzymu.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym samym wystąpieniu, w którym obiecuje się wszystkim ciężkie lata, podwyższone podatki i wydłużoną pracę, pod koniec padają zdania o podwyżkach dla policjantów i żołnierzy.

Kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności, Pan Prezydent po zadymie z 11 listopada proponuje nagle zakaz zasłaniania twarzy podczas zgromadzeń publicznych. Ciekawe, że dzieje się to akurat teraz, ciekawe, że nikt nie zaproponował tego przez minione dwadzieścia lat: gdy protestowali górnicy, gdy kibice podpalali stadiony, gdy Lepper urządzał zadymy końcem lat dziewięćdziesiątych. Propozycja zakazu pojawia się akurat teraz, gdy dwie małe grupki ekstremistów pobiły się w trakcie święta niepodległości, a tuż po exposee, które przewiduje na wszystkie problemy tylko jedną receptę: podnieść podatki i kazać ludziom dłużej pracować.

Teoria walki z pożarem

Są grupy ludzi, którzy muszą się wyżywać używając fizycznej przemocy, którym nie wystarczy marudzenie online, czy offline. Stanowią margines - jak moi znajomi z samolotu – gdy czasy są spokojne. Gdy jednak sytuacja się pogarsza i wini się za nią (nie bez powodu zresztą) nieudolną politykę Rządu margines się poszerza i wtedy najbardziej namacalnym przedstawicielem Władzy, któremu można wymierzyć kopa, albo rzucić w niego kamieniem jest policjant. Ten właśnie glina, stojąc w kordonie, w kasku, z tarczą i pałą naprzeciw tłumu, gdy wokół latają kostki brukowe i gdy wie, że ludzie Ci wyszli na ulice w słusznej sprawie, ma nie mieć wątpliwości, kto mu płaci i kogo ma bronić. Szczególnie, że w tłumie stojącym naprzeciw może ujrzeć sąsiada, albo kuzyna. Im więcej dostanie pieniędzy – tym mniej skrupułów i tym mniejsza pokusa, żeby nie stawić się na służbę.

Żeby tego było mało: w ramach ściślejszej integracji europejskiej, już od kilku lat funkcjonuje wewnątrz UE formacja o nazwie Eurogendfor (European Gendarmerie Force). Polska jest krajem partnerskim tego projektu. Są to siły porządkowe, które mają uprawnienia do działania na terenie dowolnego kraju sygnatariusza. Oznacza to, że jednostka francuskiej żandarmerii umieszczona na terenie Polski ma dokładnie takie same uprawnienia jak polska policja. Wniosek jest prosty: jeśli polscy policjanci nie zechcą pałować, albo polewać wodą z armatek polskich demonstracji – sprowadza się Francuzów, którzy takich skrupułów mieć już nie powinni. Jednym z trzech głównych celów Eurogendfor jest bowiem dbanie o porządek publiczny (można poczytać na www.eurogendfor.eu).

Rząd, powtórzę raz jeszcze, grozi społeczeństwu paluszkiem, daje do zrozumienia: siedźcie w domach, jeśli wyjdziecie na ulice z nieczystymi intencjami i zasłoniętą twarzą zamkniemy Was nim zdążycie cokolwiek zrobić.

Pożar na światowych rynkach zbliża się do polskich granic. Złotówka leci na łeb na szyję bez wyraźnego powodu i jeśli ta tendencja się utrzyma, wkrótce odczujemy to wszyscy przy najbliższych zakupach, gdy przyjdzie nam zapłacić więcej za pomarańcze, banany, czy jakikolwiek inny towar, który został sprowadzony zza granicy i za który importer zapłacił unijną walutą, na to nałoży się jeszcze wzrost cen spowodowany wyższymi cenami paliwa, za sprawą podatku od kopalin podrożeje energia elektryczna. Gdy ludzie zorientują się, że pieniądze w ich portfelach to coraz mniej warty papier i gdy okaże się, że jest tego papieru nie dość by spłacać kredyt mieszkaniowy zaciągnięty w obcej walucie okaże się, że siedzenie w domu i wylewanie żalów na forach internetowych nie starcza i wybuchnie pożar. Rząd Tuska nie udaje nawet, że ma zamiar próbować zapobiec temu pożarowi, szykuje się do gaszenia. A pierwsza zasada walki z ogniem mówi: walcz agresywnie.




ibsen82, niedziela, 27 listopada 2011

Ekologionomia oszukana

Zapowiedzi nowych europejskich podatków, o których pisałem kilka tygodni temu, które, jeśli wprowadzone, spowodują wzrost ceny np. płynnego gazu do prawie czterech złotych za litr, a tony węgla do 1200 - usprawiedliwia się mówiąc, że UE potrzebuje pieniędzy na inwestycje, które ocalą naszą planetę przed zgubnymi skutkami efektu cieplarnianego. Władza pieniędzy potrzebuje zawsze, ale akurat przypadku emisji dwutlenku węgla do atmosfery, argumenty za wyższym opodatkowaniem, jako czynnikiem stymulującym rozwój „czystych” źródeł energii – są po prostu chybione. Bawi się tym samym w Kapitana Planetę, który siłę do działania bierze nie z mocy pięciu żywiołów zamkniętych w pierścieniach – a z naszych kieszeni. I to co gorsza - grubo poniewczasie.

Pozostawiając na boku samą słuszność teorii dowodzących genezy efektu cieplarnianego jako niechcianego dziecka industrializacji należy sobie zadać pytanie: czy rzeczywiście ludzie do tej pory nie robili nic – nie stymulowani przez rządy, a sami z siebie – dla zredukowania emisji?

Odpowiedź jest przecząca. Już od wielu, wielu lat proces oszczędzania paliw kopalnych, a co za tym idzie zmniejszenia się ilości gazów cieplarnianych dostających się do atmosfery – ma miejsce. I to oddolnie – motywowane nie politycznymi decyzjami mądrzących się polityków, a koniecznością ekonomiczną ludzi, którzy chcą oszczędzić trochę grosza i móc go wydać na swoje przyjemności.

Jeśli wziąć do ręki dwa zdjęcia dowolnego polskiego miasta, jedno pstryknięte w 1991, a drugie wczoraj – różnica jest widoczna gołym okiem. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale na ulicy gdzie mieszkają moi rodzice przynajmniej połowa domów została oklejona styropianem, otynkowana; dachy i stropy docieplone; wymienione – na szczelniejsze – okna; inteligentne piece same regulujące temperaturę w pomieszczeniach. Niektóre z domów mają panele do podgrzewania wody, inne rekuperatory ciepła, ktoś tam nawet pompę ciepła. Turbiny wiatrowe nie należą do rzadkości, a i coraz więcej właścicieli domków decyduje się na ogniwa fotowoltaiczne. Nie tylko zresztą domki – praktycznie wszystkie spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe termomodernizują swoje zasoby, przemysłu ciężkiego ubyło (pozamykano większość hut i kopalni i ze Śląska w zasadzie codziennie widać góry – co dwadzieścia lat temu było nie do pomyślenia), albo wdrożył czyste technologie.

Ford Fiesta rocznik 1987 (od rdzy dziurawy jak sito), o silniku 1.1 z wtryskiem i mocy zawrotnych 54 KM, które pozwalały rozpędzić ten bolid do 140 kmph, będący przez ponad dekadę własnością mojej rodziny, palił mniej więcej 7l/100km. Citroen C5, rocznik 2005, którym obecnie jeździ mój ojciec, rozpędza się do przynajmniej 220, ma silnik 1,9 Tdi, o mocy jakichś 120 kucy i pali średnio 6 litrów ropy...

Wszędzie widzimy żarówki energooszczędne, nowe technologie w AGD i RTV, wszystko pozwala oszczędzać energię, a co za tym idzie – pieniądze i emisję dwutlenku węgla.

Jeśliby podliczyć przykładowo dom, w którym mieszkają moi rodzice to sądzę, że w porównaniu do początku lat 90 zużywa on jakieś 30% mniej energii. Nawet przy założeniu, że liczba urządzeń pobierających energię w domu wzrosła o powiedzmy połowę.

Wszystko co wymieniłem wyżej, powinno pozwolić wyciągnąć następujący wniosek: emisja szkodliwych gazów w naszym kraju maleje i redukcja emisji CO2 dokonała się samoistnie i co jeszcze istotniejsze, z korzyścią dla całej (prawie) gospodarki. Bo opłacało się to każdemu: właścicielowi domu, bo oszczędza; pracownikom zatrudnionym przy modernizacji, bo mają pracę; producentom w zasadzie wszystkiego – od kołków do styropianu przez wełnę mineralną aż po kaloryfery i okna; bankom, które część z tych inwestycji finansowały kredytami. Opłaca się właścicielom, klubów, barów, restauracji i agencji towarzyskich – bo właściciel może z czystym sumieniem oszczędzone na ogrzewaniu pieniądze – przechlać i wydać na panienki. Opłaca się nawet Państwu – bo przecież od wszystkiego trzeba zapłacić podatek, a jak obrót duży to i podatku sporo.

Jedynie producenci energii kręcą nosem, ale i oni znaleźli sposób – sprzedają mniej - więc podnoszą ceny, a pech chce, że rynek energii jest tylko iluzorycznie wolny toteż mogą sobie z cenami robić co im się żywnie podoba.

Oszczędzanie w ogóle popłaca. Jest akumulacją kapitału, który można później w jakiś sposób mnożyć i wykorzystać. Przysłowie mówi: „niech oszczędzają bogaci – i nam się opłaci”. Problem polega tylko na tym, że gdy ludzie za dużo oszczędzają – kiepsko się mają banki. Stoi to w sprzeczności z tym co napisałem akapit wyżej – ale tylko pozornie. Jeśli bowiem ktoś ma wątpliwości, niech zastanowi się ile razy zadzwonił do niego ktoś z banku z propozycją otworzenia lokaty. Do mnie ani razu – natomiast proponując kredyt lub kartę kredytową – wydzwaniają regularnie raz na miesiąc.

Oszczędzać nie lubią też politycy. A nie lubią, gdyż zwykle oznacza to tzw. racjonalizację wydatków, czyli po ludzku mówiąc cięcia, a ciąć się nie opłaca, bo się uważa, że źle się to odbija na notowaniach - tłuszczy potrzebne przecież chleb i igrzyska – a za nie brzęczącą monetą trzeba płacić.

Unia Europejska w przypadku podatku węglowego postępuje dokładnie odwrotnie niż powinna. Bo zamiast nakładać podatek na trujących środowisko powinna zwolnić z podatku, tych, którzy postępują zgodnie z jej światopoglądem – a robią to nie dla pustych ideologicznych frazesów, czy dążąc ślepo za niepotwierdzonymi wiarygodnie przez nikogo przyczynami ocieplania się klimatu – a dlatego właśnie, że chcą nieco grosza zaoszczędzić. I za tę zapobiegliwość i gospodarność się ich teraz karze – bo jeśli doprowadziło się dom do stanu, że można go ogrzać przysłowiową świeczką – to jak oszczędzać energię dalej?



Bartosz Sowisło


ibsen82, wtorek, 09 sierpnia 2011

Jaśnie oświetlony terroryzm

W 2004 roku, kiedy Polska w końcu weszła do Unii Europejskiej, podobnie jak jakieś 60% społeczeństwa - świętowałem. Cieszyliśmy się, że nie będziemy musieli dłużej pokazywać paszportów przy przechodzeniu przez granicę, że fundusze unijne podniosą nasz kraj z cywilizacyjnego zacofania, że wreszcie będziemy członkiem wielkiej europejskiej rodziny. Siedzieliśmy wtedy w górach, przy ognisku - o północy 1 maja odpaliliśmy z tej radości nawet petardy.

Pierwszy szok przyszedł dwa dni później - kiedy musiałem zatankować samochód i okazało się że cena benzyny skoczyła z 3,20 do 3,80 złotego za litr.

Przez następne pięć lat przeżyłem jeszcze kilka takich rozczarowań. Ostatnie, miało miejsce 1 września 2009 roku.

Tego dnia, za sprawą arbitralnej decyzji Komisji Europejskiej wyeliminowano z rynku tradycyjne żarówki o mocy powyżej 100 Watt. Oczywiście, Polak potrafi, więc na rynku pojawiły się od razu żarówki 99 watowe, jednak - co większość interesujących się tą sprawą pewnie wie - jest to działanie tylko doraźne bowiem, żarówki w postaci takiej jak wszyscy je kojarzymy mają zniknąć z rynku unijnego do 2016 roku.

Pomiajam już fakt, że gdy tylko o tym usłyszałem, chciałem porzucić dotychczasowe zajęcie i rozpocząć karierę przemytnika z Ukrainy, ale to wszystko co dzieje się wokół żarówkek i świetlówek teraz przypomina, jak dla mnie, zapis bredzenia schizofrenika. I to paranoicznego.

Pozwolę sobie podzielić dalszą część wywodu na dwie e- ścieżki - ekonomiczną i ekologiczną.

Ekologia. Wpadł mi w łapy jakiś dodatek informacyjno - promocyjny, do którejś z gazet codziennych pt. "Zużyte świetlówki" i podtytuł "To odpad niebezpieczny - nie wyrzucaj ich do śmietnika". Finansowany oczywiście przez kogoś kto ma w tym interes - w tym przypadku firmę Elektro Eko. Dowiedziałem się z niego kilku ciekawych rzeczy - między innymi tego, że w każdej świetlówce znajduje się pewna ilość rtęci, która jak powszechnie wiadomo jest silną trucizną. Wprawdzie 3 - 15 mg na świetlówkę to niby niedużo, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że bezpieczne stężenie tego pierwiastka to 0,05 mg/m3 powietrza... Wydawało mi się - że po to przechodzimy na świetlówki, żeby się nie truć dwutlenkiem węgla, a tu jak się okazuje tłukąc je w chałupie możemy zafundować sobie terapię przeciwko kile rodem z 18 wieku.

Jak już nam się świetlówka rozbije to powinniśmy się zachować niczym żołnierz z pułku zwalczania zagrożeń chemicznych - piętnaście minut wietrzyć dom, po zabezpieczeniu się gumowymi rękawiczkami pozmiatać wszystko do plastikowego wora i wywieźć do punktu utylizacji. Z punktu widzenia ekologii wszystkie te czynności są absolutnym marnotrastwem - worek na śmieci rozkłada się z pięćset lat, gumowe rękawiczki pewnie ze dwa lata dłużej. Piętnastominutowe wietrzenie mieszkania w środku zimy to strata energii cieplnej, a podróż samochodem do punktu utylizacji to emisja CO2. Podwyższenie emisji CO2 spowodowane będzie również atakiem paniki u gospodyni domowej i idącą za nim hiperwentylacją. Oczywiście że przejaskrawiam.

Utylizacja to w ogóle inna historia - świetlówki nie wolno wywalić po prostu do kosza na śmieci. Trzeba ją oddać do sklepu, albo do lokalnego punktu zbierania elektrośmieci. Powodem jest zapewne rtęć i inne metale ciężkie znajdujące się w kondensatorach, opornikach, czy co tam jeszcze jest montowane w świetlówce - które mogą się dostać do wód gruntowych oraz atmosfery. A także to, że aż 90% świetlówki nadaje się do przetworzenia. Gdyby nam się jednak przytrafiło, że beztrosko wrzucimy świetlówkę do kubła z obierkami od kartofli, a przyuważy nas jakiś bohaterski policjant, albo nawiedzony bojownik - konfident z Greenpeace, możemy stać się mimowolnym sponsorem Państwa. Wyrzucenie elektrośmiecia zagrożone jest bowiem grzywną do 5000 złotych.

Powiedziałbym, że to dość sporo zachodu w porównaniu ze zwykłą żarówką, gdzie jak sądzę blisko 100 % nadaje się do ponownego wykorzystania (z czego składa się żarówka: szkło, żelazo, wolfram, próżnia), którą można spokojnie wywalić do kosza na śmieci, jeśli nie mamy ochoty bawić w ekologię, a jak nam się stłucze to nie musimy od razu ogłaszać alarmu chemicznego dla całej dzielnicy.

Ekonomia. To że świetlówki są dużo droższe nie ulega wątpliwości. Najtańsze jakie udało mi się w internecie znaleźć kosztowały 6 złotych za sztukę plus koszty przesyłki. Jest to o tyle zrozumiałe, że do wyprodukowania świetlówki (na chłopski rozum) potrzeba przynajmniej tyle samo materiału co na zwykłą żarówkę (szkło i metale), a do tego dochodzą jeszcze różne układy elektroniczne przypominające radio w miniaturze i owa nieszczęsna rtęć.

Jako się już rzekło, świetlówka kończąc swój żywot ma trafić do zakładu przetwarzania (pomijam to, że na przetworzenie również potrzeba energii), który to zakład na świetlówce jeszcze zarabia - super, tylko czemu mi za to nie płaci, skoro decyduję się oddać mu źródło jego dochodu? Dzięki temu, że się zdyscyplinuję nie musi zatrudniać ludzi żeby grzebali po wysypiskach. Czemu ja mam nic z tego nie mieć?

Reasumując: cała sprawa żarówek przypomina mi jakiś nowy rodzaj terroryzmu - w imię obniżenia emisji CO2 mamy narażać się na trucie rtęcią i nadmierne wydatki - coś jak proekologiczny atak samobójczy.

Uprzykrzanie życia i drenaż kieszeni pod różnymi pretekstami nigdy nie jest przyjemny. Szczególnie, że - jak sądzę - nabija się kieszenie dwóm - trzem koncernom pod pretekstem ochrony środowiska. Czekam z niecerpliwością na opodatkowanie fasoli - bo po jej spożyciu znacznie wzrasta poziom siarkowodoru w okolicy konsumenta i obowiązkowy wegetarianizm - bo produkcja mięsa przyczynia się do globalnego ocieplenia, a także dopłaty dla ekoterrorystycznych firm oferujących wysadzanie w powietrze kopalń i odstrzał tych, którzy nie segregują surowców wtórnych.

A może by tak dla odmiany drzew trochę więcej nasadzić?


 ibsen82, wtorek, 15 grudnia 2009; Bartosz Sowisło