Zapowiedzi nowych europejskich podatków, o których pisałem kilka tygodni temu, które, jeśli wprowadzone, spowodują wzrost ceny np. płynnego gazu do prawie czterech złotych za litr, a tony węgla do 1200 - usprawiedliwia się mówiąc, że UE potrzebuje pieniędzy na inwestycje, które ocalą naszą planetę przed zgubnymi skutkami efektu cieplarnianego. Władza pieniędzy potrzebuje zawsze, ale akurat przypadku emisji dwutlenku węgla do atmosfery, argumenty za wyższym opodatkowaniem, jako czynnikiem stymulującym rozwój „czystych” źródeł energii – są po prostu chybione. Bawi się tym samym w Kapitana Planetę, który siłę do działania bierze nie z mocy pięciu żywiołów zamkniętych w pierścieniach – a z naszych kieszeni. I to co gorsza - grubo poniewczasie.
Pozostawiając na boku samą słuszność teorii dowodzących genezy efektu cieplarnianego jako niechcianego dziecka industrializacji należy sobie zadać pytanie: czy rzeczywiście ludzie do tej pory nie robili nic – nie stymulowani przez rządy, a sami z siebie – dla zredukowania emisji?
Odpowiedź jest przecząca. Już od wielu, wielu lat proces oszczędzania paliw kopalnych, a co za tym idzie zmniejszenia się ilości gazów cieplarnianych dostających się do atmosfery – ma miejsce. I to oddolnie – motywowane nie politycznymi decyzjami mądrzących się polityków, a koniecznością ekonomiczną ludzi, którzy chcą oszczędzić trochę grosza i móc go wydać na swoje przyjemności.
Jeśli wziąć do ręki dwa zdjęcia dowolnego polskiego miasta, jedno pstryknięte w 1991, a drugie wczoraj – różnica jest widoczna gołym okiem. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale na ulicy gdzie mieszkają moi rodzice przynajmniej połowa domów została oklejona styropianem, otynkowana; dachy i stropy docieplone; wymienione – na szczelniejsze – okna; inteligentne piece same regulujące temperaturę w pomieszczeniach. Niektóre z domów mają panele do podgrzewania wody, inne rekuperatory ciepła, ktoś tam nawet pompę ciepła. Turbiny wiatrowe nie należą do rzadkości, a i coraz więcej właścicieli domków decyduje się na ogniwa fotowoltaiczne. Nie tylko zresztą domki – praktycznie wszystkie spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe termomodernizują swoje zasoby, przemysłu ciężkiego ubyło (pozamykano większość hut i kopalni i ze Śląska w zasadzie codziennie widać góry – co dwadzieścia lat temu było nie do pomyślenia), albo wdrożył czyste technologie.
Ford Fiesta rocznik 1987 (od rdzy dziurawy jak sito), o silniku 1.1 z wtryskiem i mocy zawrotnych 54 KM, które pozwalały rozpędzić ten bolid do 140 kmph, będący przez ponad dekadę własnością mojej rodziny, palił mniej więcej 7l/100km. Citroen C5, rocznik 2005, którym obecnie jeździ mój ojciec, rozpędza się do przynajmniej 220, ma silnik 1,9 Tdi, o mocy jakichś 120 kucy i pali średnio 6 litrów ropy...
Wszędzie widzimy żarówki energooszczędne, nowe technologie w AGD i RTV, wszystko pozwala oszczędzać energię, a co za tym idzie – pieniądze i emisję dwutlenku węgla.
Jeśliby podliczyć przykładowo dom, w którym mieszkają moi rodzice to sądzę, że w porównaniu do początku lat 90 zużywa on jakieś 30% mniej energii. Nawet przy założeniu, że liczba urządzeń pobierających energię w domu wzrosła o powiedzmy połowę.
Wszystko co wymieniłem wyżej, powinno pozwolić wyciągnąć następujący wniosek: emisja szkodliwych gazów w naszym kraju maleje i redukcja emisji CO2 dokonała się samoistnie i co jeszcze istotniejsze, z korzyścią dla całej (prawie) gospodarki. Bo opłacało się to każdemu: właścicielowi domu, bo oszczędza; pracownikom zatrudnionym przy modernizacji, bo mają pracę; producentom w zasadzie wszystkiego – od kołków do styropianu przez wełnę mineralną aż po kaloryfery i okna; bankom, które część z tych inwestycji finansowały kredytami. Opłaca się właścicielom, klubów, barów, restauracji i agencji towarzyskich – bo właściciel może z czystym sumieniem oszczędzone na ogrzewaniu pieniądze – przechlać i wydać na panienki. Opłaca się nawet Państwu – bo przecież od wszystkiego trzeba zapłacić podatek, a jak obrót duży to i podatku sporo.
Jedynie producenci energii kręcą nosem, ale i oni znaleźli sposób – sprzedają mniej - więc podnoszą ceny, a pech chce, że rynek energii jest tylko iluzorycznie wolny toteż mogą sobie z cenami robić co im się żywnie podoba.
Oszczędzanie w ogóle popłaca. Jest akumulacją kapitału, który można później w jakiś sposób mnożyć i wykorzystać. Przysłowie mówi: „niech oszczędzają bogaci – i nam się opłaci”. Problem polega tylko na tym, że gdy ludzie za dużo oszczędzają – kiepsko się mają banki. Stoi to w sprzeczności z tym co napisałem akapit wyżej – ale tylko pozornie. Jeśli bowiem ktoś ma wątpliwości, niech zastanowi się ile razy zadzwonił do niego ktoś z banku z propozycją otworzenia lokaty. Do mnie ani razu – natomiast proponując kredyt lub kartę kredytową – wydzwaniają regularnie raz na miesiąc.
Oszczędzać nie lubią też politycy. A nie lubią, gdyż zwykle oznacza to tzw. racjonalizację wydatków, czyli po ludzku mówiąc cięcia, a ciąć się nie opłaca, bo się uważa, że źle się to odbija na notowaniach - tłuszczy potrzebne przecież chleb i igrzyska – a za nie brzęczącą monetą trzeba płacić.
Unia Europejska w przypadku podatku węglowego postępuje dokładnie odwrotnie niż powinna. Bo zamiast nakładać podatek na trujących środowisko powinna zwolnić z podatku, tych, którzy postępują zgodnie z jej światopoglądem – a robią to nie dla pustych ideologicznych frazesów, czy dążąc ślepo za niepotwierdzonymi wiarygodnie przez nikogo przyczynami ocieplania się klimatu – a dlatego właśnie, że chcą nieco grosza zaoszczędzić. I za tę zapobiegliwość i gospodarność się ich teraz karze – bo jeśli doprowadziło się dom do stanu, że można go ogrzać przysłowiową świeczką – to jak oszczędzać energię dalej?
Bartosz Sowisło
ibsen82, wtorek, 09 sierpnia 2011
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Łupienie LPG
Jeżeli jest jeszcze pośród normalnie i uczciwie zarabiających ludzi ktoś, kto uważa, że Państwo nie dość go łupi z pieniędzy - pobudka bo na larum dzwony biją. Unia Europejska, czyli hiperpaństwo, w granicach którego żyjemy - szykuje kolejny skok na kasę swoich obywateli.
Jak informuje biznes.interia.pl, Komisja Europejska ujawniła plany nowego podatku tzw. węglowego (płaconego w zależności od emisji CO2 z tony nośnika energii) oraz o proponowanych zmianach w wysokości podatku akcyzowego. Jak oblicza portal, gdyby proponowane zmiany zostały przyjęte, spowodowałyby wzrost ceny litra LPG z 2,3 - 2,7 PLN do 3,6 - 4 PLN, a tony węgla z 700 do 1200 PLN. Stosunkowo niewiele podrożałaby benzyna i olej napędowy (w przypadku benzyny, miałby to być wzrost kwoty akcyzy o raptem 1 euro na tonę). Jak słusznie zauważa autor artykułu - podwyżka akcyzy nie byłaby jedynym składnikiem wzrostu cen jej wzrost - pociągnie ona za sobą także VAT (Łatwo policzyć: 0,23 x 2,3 = 0,52 ^ 0,23 x 3,6 = 0,82 => 0,52
Każdemu, kto jest skazany na poruszanie się autem powyższe informacje muszą podnosić ciśnienie i temperaturę. Bo chyba tylko białej gorączki może dostać właściciel samochodu, który zainwestował w instalację gazową, a za kilka lat okaże się, że jest ona niczym więcej jak ekologiczną ekstrawagancją. Wątpię, by znalazło się pośród kierowców aż tak wielu ekologicznie świadomych, którzy w imię idei chcieliby tracić miejsce w bagażniku, płacić za montaż i przeglądy oraz ryzykować większe spalanie - bez znaczącej ekonomicznie gratyfikacji - w postaci niższych cen paliwa. Unia najwyraźniej wyszła z założenia, że nie ma powodu, by ktokolwiek miał cieszyć się taryfą ulgową w kosztach budowania lepszej przyszłości - szczególnie jeśli to bogacz, którego nie dość, że stać na auto, to jeszcze na instalację za parę tysięcy. I jak się tu nie zgodzić z Januszem Korwinem Mikke, który nazywa UE - Eurokołchozem. Jakby na to nie patrzeć: urawniłowka aż miło...
Poza faktem, że budżet UE wybogaci się o kilka miliardów pieniędzy z eurobiznesu - trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek pozytywne strony tego rozwiązania i zaciskania podatkowej pętli. Każde dziecko rozumie, że rosnące ceny transportu - to rosnące ceny w zasadzie wszystkiego, co trzeba wozić z miejsca na miejce, a więc: żywności, odzieży, towarów przemysłowych... Ponadto, jeśli optymistycznie przyjąć, że jakieś piętnaście procent jeździ na LPG dla idei (bo to jednak dalece bardziej przyjazne dla środowiska paliwo niż np. benzyna), a reszta założyła instalację, żeby oszczędzać - to czeka nas fala spektakularnych plajt, gdy warsztaty montujące STAGi i inne Landi Renzo zaczną masowo tracić klientów (a warto zauwazyć, że jest to dobrze rozwijający się rynek: szacuje się, że w 2010 zamontowano w Polsce ok. 180 tys instalacji).
Jeśli ktoś zapyta, na co Unii aż tyle pieniędzy - niech się nie martwi zawsze znajdzie się jakaś polityka: czy to wyrównywania szans, czy ratowania środowiska naturalnego, zwiększenia zatrudnienia (urzędników), wspierania upadających gospodarek albo dopłacania do rolników. Europosłów, eurourzędników, czy po prostu zwykłych leniuszków meneli wyciągających rękę po brzęczącą monetę na Starym Kontynencie nie brak. Połowę z pozyskanych pieniędzy wywali się na koszty własnego funkcjonowania, połowę z pozostałej połowy trafi do kieszeni dysponujących środkami urzędników, kolejną część wyda się na odszkodowania, dla tych którzy na nowo wymyślonych przepisach stracą - a na koniec jakieś 12 procent zdartych z grzbietów podatników pieniędzy trafi w ramach redystrybucji na rynek, co pewnie spowoduje wzrost PKB o jakieś astronomiczne 0,00001%.
Ciekaw jestem kiedy przyjdzie kres pazerności rządzących i gdy radośnie rozpuszczą już wszystkie zrabowane pieniądze - skąd mają zamiar nabrać ich, by finansować swoje nowe obietnice, mrzonki i walki z wiatrakami w stylu globalnego ocieplenia? Obawiam się, że bliski jest dzień, gdy zaczniemy płacić podatek od powierzchni posiadanego dachu - bo będzie on mógł być potencjalnie wykorzystywany do montowania ogniw fotowoltaicznych i produkcji przy ich użyciu prądu elektrycznego. Potem przyjdzie czas na podatek wiatrowy (bo turbinę można zamontować), wodny (bo spadek wody można wykorzystać do produkcji energii), makulaturowy i dziecięcy (bo dzieci mogłyby pedałować na rowerach napędzających dynama). Ukoronowaniem ich będzie podatek gówniany, obliczany na podstawie średniej ilości wydalanego kału - gdyby ktoś wpadł na pomysł budowy przydomowej biogazowni. Fantazję w tworzeniu nowych form opodatkowania rządzący mają większą niż przeciętny pisarz sci - fi, a i Rzymianie wiedzieli, że forsa nie śmierdzi.
Pozostaje żyć nadzieją, aż w końcu ktoś się wkurzy i całe to brukselskie koło wzajemnej adoracji kijami rozpędzi, nim wpadną na pomysł, że w zasadzie wypłat nie ma po co ludziom przelewać, bo omnipotentny duch Europy wie lepiej jak należy nimi dysponować.
ibsen82, piątek, 22 lipca 2011; Bartosz Sowisło
Jak informuje biznes.interia.pl, Komisja Europejska ujawniła plany nowego podatku tzw. węglowego (płaconego w zależności od emisji CO2 z tony nośnika energii) oraz o proponowanych zmianach w wysokości podatku akcyzowego. Jak oblicza portal, gdyby proponowane zmiany zostały przyjęte, spowodowałyby wzrost ceny litra LPG z 2,3 - 2,7 PLN do 3,6 - 4 PLN, a tony węgla z 700 do 1200 PLN. Stosunkowo niewiele podrożałaby benzyna i olej napędowy (w przypadku benzyny, miałby to być wzrost kwoty akcyzy o raptem 1 euro na tonę). Jak słusznie zauważa autor artykułu - podwyżka akcyzy nie byłaby jedynym składnikiem wzrostu cen jej wzrost - pociągnie ona za sobą także VAT (Łatwo policzyć: 0,23 x 2,3 = 0,52 ^ 0,23 x 3,6 = 0,82 => 0,52
Każdemu, kto jest skazany na poruszanie się autem powyższe informacje muszą podnosić ciśnienie i temperaturę. Bo chyba tylko białej gorączki może dostać właściciel samochodu, który zainwestował w instalację gazową, a za kilka lat okaże się, że jest ona niczym więcej jak ekologiczną ekstrawagancją. Wątpię, by znalazło się pośród kierowców aż tak wielu ekologicznie świadomych, którzy w imię idei chcieliby tracić miejsce w bagażniku, płacić za montaż i przeglądy oraz ryzykować większe spalanie - bez znaczącej ekonomicznie gratyfikacji - w postaci niższych cen paliwa. Unia najwyraźniej wyszła z założenia, że nie ma powodu, by ktokolwiek miał cieszyć się taryfą ulgową w kosztach budowania lepszej przyszłości - szczególnie jeśli to bogacz, którego nie dość, że stać na auto, to jeszcze na instalację za parę tysięcy. I jak się tu nie zgodzić z Januszem Korwinem Mikke, który nazywa UE - Eurokołchozem. Jakby na to nie patrzeć: urawniłowka aż miło...
Poza faktem, że budżet UE wybogaci się o kilka miliardów pieniędzy z eurobiznesu - trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek pozytywne strony tego rozwiązania i zaciskania podatkowej pętli. Każde dziecko rozumie, że rosnące ceny transportu - to rosnące ceny w zasadzie wszystkiego, co trzeba wozić z miejsca na miejce, a więc: żywności, odzieży, towarów przemysłowych... Ponadto, jeśli optymistycznie przyjąć, że jakieś piętnaście procent jeździ na LPG dla idei (bo to jednak dalece bardziej przyjazne dla środowiska paliwo niż np. benzyna), a reszta założyła instalację, żeby oszczędzać - to czeka nas fala spektakularnych plajt, gdy warsztaty montujące STAGi i inne Landi Renzo zaczną masowo tracić klientów (a warto zauwazyć, że jest to dobrze rozwijający się rynek: szacuje się, że w 2010 zamontowano w Polsce ok. 180 tys instalacji).
Jeśli ktoś zapyta, na co Unii aż tyle pieniędzy - niech się nie martwi zawsze znajdzie się jakaś polityka: czy to wyrównywania szans, czy ratowania środowiska naturalnego, zwiększenia zatrudnienia (urzędników), wspierania upadających gospodarek albo dopłacania do rolników. Europosłów, eurourzędników, czy po prostu zwykłych leniuszków meneli wyciągających rękę po brzęczącą monetę na Starym Kontynencie nie brak. Połowę z pozyskanych pieniędzy wywali się na koszty własnego funkcjonowania, połowę z pozostałej połowy trafi do kieszeni dysponujących środkami urzędników, kolejną część wyda się na odszkodowania, dla tych którzy na nowo wymyślonych przepisach stracą - a na koniec jakieś 12 procent zdartych z grzbietów podatników pieniędzy trafi w ramach redystrybucji na rynek, co pewnie spowoduje wzrost PKB o jakieś astronomiczne 0,00001%.
Ciekaw jestem kiedy przyjdzie kres pazerności rządzących i gdy radośnie rozpuszczą już wszystkie zrabowane pieniądze - skąd mają zamiar nabrać ich, by finansować swoje nowe obietnice, mrzonki i walki z wiatrakami w stylu globalnego ocieplenia? Obawiam się, że bliski jest dzień, gdy zaczniemy płacić podatek od powierzchni posiadanego dachu - bo będzie on mógł być potencjalnie wykorzystywany do montowania ogniw fotowoltaicznych i produkcji przy ich użyciu prądu elektrycznego. Potem przyjdzie czas na podatek wiatrowy (bo turbinę można zamontować), wodny (bo spadek wody można wykorzystać do produkcji energii), makulaturowy i dziecięcy (bo dzieci mogłyby pedałować na rowerach napędzających dynama). Ukoronowaniem ich będzie podatek gówniany, obliczany na podstawie średniej ilości wydalanego kału - gdyby ktoś wpadł na pomysł budowy przydomowej biogazowni. Fantazję w tworzeniu nowych form opodatkowania rządzący mają większą niż przeciętny pisarz sci - fi, a i Rzymianie wiedzieli, że forsa nie śmierdzi.
Pozostaje żyć nadzieją, aż w końcu ktoś się wkurzy i całe to brukselskie koło wzajemnej adoracji kijami rozpędzi, nim wpadną na pomysł, że w zasadzie wypłat nie ma po co ludziom przelewać, bo omnipotentny duch Europy wie lepiej jak należy nimi dysponować.
ibsen82, piątek, 22 lipca 2011; Bartosz Sowisło
Rasa pasożytów
Tytuł wpisu jest trawestacją tytułu ostatniej książki Lema: Rasa Drapieżców. O ile w przypadku polityki - bo taki jest główny temat większości jego felietonów w ww. zbiorze - mogę tylko przyklasnąć metaforze: człowiek - drapieżnik. Patrząc jednak szerzej, bardziej trafne wydaje mi się zrównać: człowieka i pasożyta.
"Pasożyt – organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia. Pasożytnictwo to oddziaływanie antagonistyczne między organizmami, które przynosi korzyść jedynie pasożytowi; żywicielowi, zwanemu czasem gospodarzem, związek ten przynosi wyłącznie szkody (straty substancji odżywczych, destrukcja tkanek, zatrucie produktami przemiany materii pasożyta itp.). Pasożyt może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia, a nawet śmierci." [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pasożyt]
Ten wpis nie ma być laurką dla Greenpeace, WWF, Ligi Ochrony Przyrody, Klubu Gaja, czy zielonych radykałów pod patronatem Al'a Gore'a, którym to hasło: "Kill yourself to save the planet" pewnie bardzo by się spodobało. Nie chodzi też o to by pisać pochwałę dla masochistycznych ekofaszystów twierdzących, że ludzi na świecie nie powinno być więcej niż 100 tysięcy, ani dla tych co przykuwają się do drzew, aby zablokować budowę obwodnicy, która może ocalić kilkanaście ofiar wypadków drogowych rocznie.
Ze względu na stopień zależności od żywiciela pasożyty dzieli się na:
- fakultatywne, okolicznościowe, względne – mogące rozwijać się zarówno na żywych organizmach, jak również na materii nieożywionej. Forma odżywiania zależy od predyspozycji genetycznych, dostępu do rośliny żywicielskiej, jej podatności na zakażenie oraz warunków pogody
- obligatoryjne, ścisłe, bezwzględne i względne – mogące rozwijać się w fazie wegetatywnej tylko w lub na organizmach żywych. Poza organizmem żywiciela pasożyty te mogą przetrwać tylko jako niektóre formy rozwojowe organizmu – przetrwalniki. [Źródło: j.w.]
Ludzkość jest pasożytem typu drugiego, obligatoryjnego. Gospodarzem dla nas jest Ziemia - trzecia planeta Układu Słonecznego od gwiazdy centralnej licząc. Jeśli byłoby inaczej, jeśli moglibyśmy z Ziemi po prostu uciec, nie trzeba by kosztownych promów kosmicznych, skafandrów dla kosmonautów, masek tlenowych i innych drogich wynalazków, na które NASA z upodobaniem wydaje pieniądze amerykańskich obywateli. Chętnych do zostania kosmonautami, przy użyciu wielkiej procy lub katapulty rozpędzałoby się do prędkości 7,91 km/s (28,5 tys kmph) i wysyłało na orbitę. I choć ludzie, ze wszystkich gatunków istot żywych mają bodaj najbardziej rozwinięte cechy adaptacyjne, to jednak się w ten sposób nie postępuje. Z tej oczywistej przyczyny, że bez środowiska jakie panuje w biosferze - żyć się nie da.
Nasz żywiciel, posiada ogromne ilości zasobów, z których my - pasożyt, nauczyliśmy się skwapliwie korzystać. Sprytnie nimi żonglując udało nam się stworzyć cywilizację, rozrosnąć. Zupełnie jak tasiemiec, który zawłaszcza sobie substancje odżywcze z jelita cienkiego i rośnie. Ponoć nawet do trzech metrów. Problem zaczyna się w momencie, gdy organizmowi żywiciela zaczyna brakować substancji odżywczych. Jeśli zdarzy się, że wskutek tego umrze - umiera i tasiemiec.
Chyba nie ma takiego zasobu na ziemi, dla którego człowiek nie znalazłby praktycznego zastosowania. Sęk w tym, że niektóre z nich są nieodnawialne. Przykładowo ropa: jak wyjaśnia jedna z teorii, powstała jako arcyciekawy splot fizyczno - chemicznych okoliczności oddziałujący na substancje organiczne. Splot okoliczności, trwający na tyle długo, by móc wybić sobie z głowy oczekiwanie aż ponownie nastąpi. Tymczasem zużywamy ją całkiem beztrosko, nie mając pewności, czy uda nam się ją czymś sensownym zastąpić i za kilkaset lat może nam przyjść zmierzyć się z sytuacją, że gdyby przyszło się nam stąd ewakuować nie będziemy mieć co nalać do zbiorników rakiety, by nadała nam tym razem prędkość 16,7 km/s (60 tys. kmph). Bo aż tak trzeba się rozpędzić, żeby udało się zwiać z Układu Słonecznego (skoro już wiemy, że w nim nie ma dla nas dobrego, alternatywnego miejsca do zamieszkania).
Używamy więc zasobów Ziemi - żywiciela i bardzo dobrze, gdyż bez tego nie udałoby się nam pewnie aż tak rozwinąć. Tyle, że robimy to bezmyślnie i marnujemy dosłownie wszystko. Żywność, drzewa, wodę, energię, nośniki energii, tlen, rzadkie pierwiastki, a nawet siebie samych. Kilka przykładów: jak już kiedyś pisałem tylko w Wlk. Brytanii zabija się (po przeliczeniu) pół miliona świń niepotrzebnie (tyle mięsa trafia na śmietniki); dziesięć deko wędliny w supermarkecie zawija się nie dość że w woreczek, to jeszcze płachtę papieru wielkości plakatu; każdy aneks do najdurniejszej bankowej umowy, każda bankowa informacja - zupełnie zbędnie zadrukowane ilości papieru wystarczające na umieszczenie na nim encyklopedii; niszczone w świetle prawa pirackie płyty, odzież z nielegalnie użytymi znakami handlowymi, nielegalnego pochodzenia spirytus...
Skoro wiemy, że marnujemy - to czemu kontynuujemy wiązanie sobie na szyi stryczka, miast powiedzieć głośno i donośnie: basta? Gdzie tkwi przyczyna tego, że jesteśmy na najlepszej drodze by stać się cywilizacją buszującą nie w zbożu - a po śmietnikach, w poszukiwaniu zasobów? Otóż zdecydowana większość tego marnotrastwa ma swoje źródło w pewnym nieporozumieniu. Źródeł, trudno wypatrzyć, ale że tkwimy w jego środku widoczne jest gołym okiem, nawet dla średnio rozgarniętego obserwatora.
Pieniądze, gdy wynaleziono je kilka tysięcy lat temu były swego rodzaju nośnikiem wartości. Miały służyć ułatwieniu wymiany handlowej odbywającej się wcześniej według schematu towar - towar, zastąpionego, od chwili poczynienia wynalazku, schematem: towar - pieniądz - towar. I początkowo hulało to całkiem znośnie. By kupić stado wielbłądów, nie trzeba było gonić przez pustynię stada powabnych niewolnic na wymianę, tylko sprzedawało się je za brzęczącą monetę starym lubieżnikom na miejscu, a z mieszkiem u pasa zasuwało po wielbłądy. Rozwiązanie było na tyle genialne, że pieniądz częściowo wypadł z roli pośredniczącej i sam w sobie stał się towarem: zajął miejsce najbardziej pożądanego ze wszystkich dóbr. Wszakże skoro schemat wymiany wyglądał jak przedstawiono powyżej czyli: towar - pieniądz - towar to można zeń łatwo wyprowadzić następującą zależność pieniądz = towar, a więc im więcej ma się pieniądza - tym więcej potencjalnego towaru. Można przeczytać to proste równanie od tyłu. Czyli im więcej chce się mieć pieniądza, tym więcej trzeba przekazać za niego innego towaru. Był w tym jednakże jeden szkopuł. Pieniądze pierwotne były wartością mniej więcej taką samą dla wszystkich - wykonywano je z kruszców, powszechnie uznawanych jako cenne.
Pech chciał, że w dwudziestym stuleciu ekonomiści doszli do wniosku, że ilości pieniądza w obiegu nie można ograniczać jakimś bzdurnym wymogiem wykonywania ich z metali szlachetnych, czy nawet pokrywania czymkolwiek ich wartości(żeby było jeszcze śmieszniej: ten zasób też marnujemy. Krótki przykład: proszę porównać sobie cenę biletu lotniczego w klasie ekonomicznej i biznes. I odpowiedzieć na pytanie, kto w ogólnym rozrachunku za to płaci). Obawiano się, że brak gotówki w obiegu zahamuje rozwój i doprowadzi do gospodarczej stagnacji. I zaczęło się radosne drukowanie, które trwa nadal . Jak wiadomo, jeśli czegoś jest dużo - to jest to tanie i pieniądz taniał i tanieje, a żeby jego nieprzerwany strumień płynął do ludzkich kieszeni - trzeba więcej towaru, a skoro tak to, trzeba produkować.
No i się produkuje. Każdemu właścicielowi samochodu znane jest pewnie obiegowe twierdzenie o tym, że dawniej robiono lepsze, bardziej niezawodne auta, a to co produkuje się teraz to chłam, wytrzymujący raptem dziesięć lat eksploatacji. Prawie każdy, kto miał do czynienia z laptopem zauważył pewnie, że gdy mija okres gwarancji producenta sprzęt się dziwnym trafem psuje. Podobnie sprawy mają się z urządzeniami AGD i RTV, telefonami komórkowymi. Czy przypadkiem nie powinno być na odwrót? Skoro na rynek trafia bardziej zaawansowane urządzenie, można założyć, że producent już nauczył się na swoich błędach i owo ulepszone urządzenie powinno psuć się rzadziej. Tymczasem dowiedziałem się ostatnio, że firma HP nie prowadzi już wsparcia serwisowego dla laptopów produkowanych raptem pięć lat temu.
Przekaz jest czytelny: zeżryj - przetraw - wysraj - kup nowe.
Wracając do głównego toku rozważań: trzecie ogniwo przedstawionego łańcucha. Nieelegancko i dosadnie nazwana czynność wydalania przetrawionego dobra ciągnie za sobą konsekwencje w postaci śmiecia i zmarnowanego zasobu. A te drugie, jak już wiemy, są ograniczone.
Każdego pasożyta da się wykurzyć. Najważniejsze, żeby nosiciel był świadomy, że jest wykorzystywany. W 1987 James Lovelock ogłosił Hipotezę Gai:
Hipoteza przypisuje własności żywego organizmu planecie Ziemi jako całości. Gaja może być zdefiniowana jako złożona jedność zawierająca biosferę, atmosferę, oceany i gleby Ziemi; całość stanowiącą sprzężenie zwrotne systemów cybernetycznych poszukujących optymalnego fizycznego i chemicznego środowiska naturalnego dla życia na tej planecie. (...)Gaja trwa w ciągłości z przeszłością sięgającą aż do samych początków życia, a w przyszłości będzie trwać tak długo, jak będzie trwać życie. Jest to żywa istota planetarna. Ściślej mówiąc, temperatura, utlenianie, stan skupienia, kwasowość i pewne aspekty skał i wód są utrzymywane poprzez aktywne procesy reakcji przeprowadzane automatycznie i nieświadomie przez florę i faunę, co sprawia że istnienie planety znajduje się w równowadze dynamicznej, homeostazie. [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Gai]
Mówiąc prościej: żyjemy na ogromnej wańce - wstańce. Tylko kłopotliwe i tragiczne w skutkach może się okazać, jeśli się nagle wyprostuje, otrząśnie i z niej przy okazji pospadamy. I być może wtedy doczekamy się ropy. Staniemy się nią.
ibsen82, sobota, 26 marca 2011
"Pasożyt – organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia. Pasożytnictwo to oddziaływanie antagonistyczne między organizmami, które przynosi korzyść jedynie pasożytowi; żywicielowi, zwanemu czasem gospodarzem, związek ten przynosi wyłącznie szkody (straty substancji odżywczych, destrukcja tkanek, zatrucie produktami przemiany materii pasożyta itp.). Pasożyt może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia, a nawet śmierci." [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pasożyt]
Ten wpis nie ma być laurką dla Greenpeace, WWF, Ligi Ochrony Przyrody, Klubu Gaja, czy zielonych radykałów pod patronatem Al'a Gore'a, którym to hasło: "Kill yourself to save the planet" pewnie bardzo by się spodobało. Nie chodzi też o to by pisać pochwałę dla masochistycznych ekofaszystów twierdzących, że ludzi na świecie nie powinno być więcej niż 100 tysięcy, ani dla tych co przykuwają się do drzew, aby zablokować budowę obwodnicy, która może ocalić kilkanaście ofiar wypadków drogowych rocznie.
Ze względu na stopień zależności od żywiciela pasożyty dzieli się na:
- fakultatywne, okolicznościowe, względne – mogące rozwijać się zarówno na żywych organizmach, jak również na materii nieożywionej. Forma odżywiania zależy od predyspozycji genetycznych, dostępu do rośliny żywicielskiej, jej podatności na zakażenie oraz warunków pogody
- obligatoryjne, ścisłe, bezwzględne i względne – mogące rozwijać się w fazie wegetatywnej tylko w lub na organizmach żywych. Poza organizmem żywiciela pasożyty te mogą przetrwać tylko jako niektóre formy rozwojowe organizmu – przetrwalniki. [Źródło: j.w.]
Ludzkość jest pasożytem typu drugiego, obligatoryjnego. Gospodarzem dla nas jest Ziemia - trzecia planeta Układu Słonecznego od gwiazdy centralnej licząc. Jeśli byłoby inaczej, jeśli moglibyśmy z Ziemi po prostu uciec, nie trzeba by kosztownych promów kosmicznych, skafandrów dla kosmonautów, masek tlenowych i innych drogich wynalazków, na które NASA z upodobaniem wydaje pieniądze amerykańskich obywateli. Chętnych do zostania kosmonautami, przy użyciu wielkiej procy lub katapulty rozpędzałoby się do prędkości 7,91 km/s (28,5 tys kmph) i wysyłało na orbitę. I choć ludzie, ze wszystkich gatunków istot żywych mają bodaj najbardziej rozwinięte cechy adaptacyjne, to jednak się w ten sposób nie postępuje. Z tej oczywistej przyczyny, że bez środowiska jakie panuje w biosferze - żyć się nie da.
Nasz żywiciel, posiada ogromne ilości zasobów, z których my - pasożyt, nauczyliśmy się skwapliwie korzystać. Sprytnie nimi żonglując udało nam się stworzyć cywilizację, rozrosnąć. Zupełnie jak tasiemiec, który zawłaszcza sobie substancje odżywcze z jelita cienkiego i rośnie. Ponoć nawet do trzech metrów. Problem zaczyna się w momencie, gdy organizmowi żywiciela zaczyna brakować substancji odżywczych. Jeśli zdarzy się, że wskutek tego umrze - umiera i tasiemiec.
Chyba nie ma takiego zasobu na ziemi, dla którego człowiek nie znalazłby praktycznego zastosowania. Sęk w tym, że niektóre z nich są nieodnawialne. Przykładowo ropa: jak wyjaśnia jedna z teorii, powstała jako arcyciekawy splot fizyczno - chemicznych okoliczności oddziałujący na substancje organiczne. Splot okoliczności, trwający na tyle długo, by móc wybić sobie z głowy oczekiwanie aż ponownie nastąpi. Tymczasem zużywamy ją całkiem beztrosko, nie mając pewności, czy uda nam się ją czymś sensownym zastąpić i za kilkaset lat może nam przyjść zmierzyć się z sytuacją, że gdyby przyszło się nam stąd ewakuować nie będziemy mieć co nalać do zbiorników rakiety, by nadała nam tym razem prędkość 16,7 km/s (60 tys. kmph). Bo aż tak trzeba się rozpędzić, żeby udało się zwiać z Układu Słonecznego (skoro już wiemy, że w nim nie ma dla nas dobrego, alternatywnego miejsca do zamieszkania).
Używamy więc zasobów Ziemi - żywiciela i bardzo dobrze, gdyż bez tego nie udałoby się nam pewnie aż tak rozwinąć. Tyle, że robimy to bezmyślnie i marnujemy dosłownie wszystko. Żywność, drzewa, wodę, energię, nośniki energii, tlen, rzadkie pierwiastki, a nawet siebie samych. Kilka przykładów: jak już kiedyś pisałem tylko w Wlk. Brytanii zabija się (po przeliczeniu) pół miliona świń niepotrzebnie (tyle mięsa trafia na śmietniki); dziesięć deko wędliny w supermarkecie zawija się nie dość że w woreczek, to jeszcze płachtę papieru wielkości plakatu; każdy aneks do najdurniejszej bankowej umowy, każda bankowa informacja - zupełnie zbędnie zadrukowane ilości papieru wystarczające na umieszczenie na nim encyklopedii; niszczone w świetle prawa pirackie płyty, odzież z nielegalnie użytymi znakami handlowymi, nielegalnego pochodzenia spirytus...
Skoro wiemy, że marnujemy - to czemu kontynuujemy wiązanie sobie na szyi stryczka, miast powiedzieć głośno i donośnie: basta? Gdzie tkwi przyczyna tego, że jesteśmy na najlepszej drodze by stać się cywilizacją buszującą nie w zbożu - a po śmietnikach, w poszukiwaniu zasobów? Otóż zdecydowana większość tego marnotrastwa ma swoje źródło w pewnym nieporozumieniu. Źródeł, trudno wypatrzyć, ale że tkwimy w jego środku widoczne jest gołym okiem, nawet dla średnio rozgarniętego obserwatora.
Pieniądze, gdy wynaleziono je kilka tysięcy lat temu były swego rodzaju nośnikiem wartości. Miały służyć ułatwieniu wymiany handlowej odbywającej się wcześniej według schematu towar - towar, zastąpionego, od chwili poczynienia wynalazku, schematem: towar - pieniądz - towar. I początkowo hulało to całkiem znośnie. By kupić stado wielbłądów, nie trzeba było gonić przez pustynię stada powabnych niewolnic na wymianę, tylko sprzedawało się je za brzęczącą monetę starym lubieżnikom na miejscu, a z mieszkiem u pasa zasuwało po wielbłądy. Rozwiązanie było na tyle genialne, że pieniądz częściowo wypadł z roli pośredniczącej i sam w sobie stał się towarem: zajął miejsce najbardziej pożądanego ze wszystkich dóbr. Wszakże skoro schemat wymiany wyglądał jak przedstawiono powyżej czyli: towar - pieniądz - towar to można zeń łatwo wyprowadzić następującą zależność pieniądz = towar, a więc im więcej ma się pieniądza - tym więcej potencjalnego towaru. Można przeczytać to proste równanie od tyłu. Czyli im więcej chce się mieć pieniądza, tym więcej trzeba przekazać za niego innego towaru. Był w tym jednakże jeden szkopuł. Pieniądze pierwotne były wartością mniej więcej taką samą dla wszystkich - wykonywano je z kruszców, powszechnie uznawanych jako cenne.
Pech chciał, że w dwudziestym stuleciu ekonomiści doszli do wniosku, że ilości pieniądza w obiegu nie można ograniczać jakimś bzdurnym wymogiem wykonywania ich z metali szlachetnych, czy nawet pokrywania czymkolwiek ich wartości(żeby było jeszcze śmieszniej: ten zasób też marnujemy. Krótki przykład: proszę porównać sobie cenę biletu lotniczego w klasie ekonomicznej i biznes. I odpowiedzieć na pytanie, kto w ogólnym rozrachunku za to płaci). Obawiano się, że brak gotówki w obiegu zahamuje rozwój i doprowadzi do gospodarczej stagnacji. I zaczęło się radosne drukowanie, które trwa nadal . Jak wiadomo, jeśli czegoś jest dużo - to jest to tanie i pieniądz taniał i tanieje, a żeby jego nieprzerwany strumień płynął do ludzkich kieszeni - trzeba więcej towaru, a skoro tak to, trzeba produkować.
No i się produkuje. Każdemu właścicielowi samochodu znane jest pewnie obiegowe twierdzenie o tym, że dawniej robiono lepsze, bardziej niezawodne auta, a to co produkuje się teraz to chłam, wytrzymujący raptem dziesięć lat eksploatacji. Prawie każdy, kto miał do czynienia z laptopem zauważył pewnie, że gdy mija okres gwarancji producenta sprzęt się dziwnym trafem psuje. Podobnie sprawy mają się z urządzeniami AGD i RTV, telefonami komórkowymi. Czy przypadkiem nie powinno być na odwrót? Skoro na rynek trafia bardziej zaawansowane urządzenie, można założyć, że producent już nauczył się na swoich błędach i owo ulepszone urządzenie powinno psuć się rzadziej. Tymczasem dowiedziałem się ostatnio, że firma HP nie prowadzi już wsparcia serwisowego dla laptopów produkowanych raptem pięć lat temu.
Przekaz jest czytelny: zeżryj - przetraw - wysraj - kup nowe.
Wracając do głównego toku rozważań: trzecie ogniwo przedstawionego łańcucha. Nieelegancko i dosadnie nazwana czynność wydalania przetrawionego dobra ciągnie za sobą konsekwencje w postaci śmiecia i zmarnowanego zasobu. A te drugie, jak już wiemy, są ograniczone.
Każdego pasożyta da się wykurzyć. Najważniejsze, żeby nosiciel był świadomy, że jest wykorzystywany. W 1987 James Lovelock ogłosił Hipotezę Gai:
Hipoteza przypisuje własności żywego organizmu planecie Ziemi jako całości. Gaja może być zdefiniowana jako złożona jedność zawierająca biosferę, atmosferę, oceany i gleby Ziemi; całość stanowiącą sprzężenie zwrotne systemów cybernetycznych poszukujących optymalnego fizycznego i chemicznego środowiska naturalnego dla życia na tej planecie. (...)Gaja trwa w ciągłości z przeszłością sięgającą aż do samych początków życia, a w przyszłości będzie trwać tak długo, jak będzie trwać życie. Jest to żywa istota planetarna. Ściślej mówiąc, temperatura, utlenianie, stan skupienia, kwasowość i pewne aspekty skał i wód są utrzymywane poprzez aktywne procesy reakcji przeprowadzane automatycznie i nieświadomie przez florę i faunę, co sprawia że istnienie planety znajduje się w równowadze dynamicznej, homeostazie. [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Gai]
Mówiąc prościej: żyjemy na ogromnej wańce - wstańce. Tylko kłopotliwe i tragiczne w skutkach może się okazać, jeśli się nagle wyprostuje, otrząśnie i z niej przy okazji pospadamy. I być może wtedy doczekamy się ropy. Staniemy się nią.
ibsen82, sobota, 26 marca 2011
Obywatelu odkręć flaszkę
Jesteśmy posiadaczami. Każdy z nas ma setki mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów, które kiedyś w jakiś sposób nabył i które po jakimś czasie zwykle leżą i zaśmiecają nam kąty. Najbardziej filozoficzne wytłumaczenie tego fenomenu brzmiałoby pewnie jakoś tak: "to co mamy definiuje to kim jesteśmy" - przynajmniej w odbiorze społecznym. Jeśli bowiem wchodząc do czyjegoś domu widzimy kolekcję wędek, podbieraków, spławików, haków, woblerów, błystek, ripperów i żyłek, w doniczkach roją się beztrosko dżdżownice, a z lodówki na pokój uciekają białe robaczki, to nie mamy problemu ze zdefinowaniem zainteresowań właściciela - jest wędkarzem. Można i relację odwrócić - skoro ktoś jest zapalonym wędkarzem, to wszystkie powyższe przedmioty zgromadził po to, żeby móc jak najlepiej realizować się w swoim hobby.
Tak czy siak, niewiele jest już dziedzin życia, które w dalszej lub bliższej perspektywie nie wymuszałyby na nas kupowania coraz to nowych rzeczy. I tu rodzi się pewien drobny, jakkolwiek śmierdzący problem - śmieci. Śmieci są nieodłącznym partnerem cywilizacji posiadaczy - konsumentów, którym czy to moda, czy konieczność nakazują kupowanie coraz to nowych przedmiotów.
Każdy na pewno był na zakupach w supermarkecie - paczkowane jest dosłownie wszystko - żeby zważyć ziemniaki na wadze samoobsługowej - trzeba je wsadzić do foliowej siatki, jajka - w tekturowych opakowaniach, woda w plastikowych butelkach, wędliny albo w woreczku, albo sztywnym hermetycznym plastiku, jogurt w plastikowych (a jakże) kubkach.
Wleczemy to wszystko do domu i zaczynamy robić obiad - opakowania kolejno lądują w śmietniku - i to w tempie tak zastraszającym, że naszykowanie posiłku dla trzech osób zapełnia przeciętnej wielkości kosz na śmieci w czasie krótszym niż przerwa na reklamę w Polsacie. I zaczyna się robić problem, który uwidacznia się regularnie co sobotę, gdy mieszkańcy jednego tylko bloku zapełniają w ciągu 24 godzin kontener na śmieci o kubaturze jakichś 4 metrów sześciennych. Teraz wystarczy to przemnożyć przez ilość bloków w moim mieście, żeby dostać całkiem niezłą górę śmieci z którą nie do końca wiadomo co robić.
Pewnym rozwiązaniem jest segregacja - jednak w świadomości masowej wygląda ona mniej więcej tak: "A przyjeżdża, panie, ciężarówka i to wszystko posegregowane wrzuca i tak do jednego". Czy jest to prawda, czy nie - nie wiem.
Dziwi mnie ogromnie, że w Polsce cała produkcja nadal nastawiona jest na jednorazowość opakowań - nie wiem jak to możliwe, że użycie po raz drugi tego samego opakowania może być mniej opłacalne niż wyprodukowanie nowego. Nawet, jeśli chodzi o plastikowe butelki - w zachodniej Europie wykonywane z grubego plastiku, nadającego się do ponownego użycia.
Z ostatnich doniesień prasowych wynika, że ministerstwo środowiska chce zrzucić całą odpowiedzialność za śmieci na samorządy, pewnie produkując w tym celu ustawę o numerze 819191. A starczy choćby odrobinę zmienić mentalność ludzi, żeby znacząco zredukować problem. Przykład? Proszę bardzo. Polak wywalając do śmietnika butelkę po gazowanym napoju, ma przeciekawy zwyczaj szczelnego jej zakręcania. Proponuję każdemu czytającemu te słowa przeprowadzić następujący eksperyment: zakręć butelkę, a potem spróbuj na nią skoczyć.
Plastikowe flaszki są zadziwiająco trwałe - pewnie z tego powodu, że muszą wytrzymywać dość znaczne ciśnienie wypełniającej je gazowanej cieczy. Gdy lądują na wysypisku i jeździ po nich walec, nic sobie z tego nie robią - zwłaszcza, gdy leżą na miękkim podłożu. Zgniecione butelki ograniczają ilość śmiecia wyrażoną w metrach sześciennych według następującego wzoru: "Y=X - 0,0015z" gdzie X to wyjściowa ilość śmieci w kubikach, a "z" - liczba plastikowych butelek, a Y ilość śmieci po zgnieceniu butelek. Wniosek prosty - 10 tys zgniecionych butelek to 15 kubików śmieci mniej.
Proste rozwiązania są zwykle najlepsze. Możemy zrobić coś dobrego, żadnym nakładem pracy. Stąd, ministerstwo powinno, zamiast tworzyć kolejną ustawę, zaapelować do obywateli następującymi, niektórym pewnie miło się kojarzącymi słowy: "Obywatelu,bądź leniem, nie zakręcaj flaszki. Oszczędź sobie roboty i uratuj planetę".
ibsen82, środa, 03 marca 2010; Bartosz Sowisło
Tak czy siak, niewiele jest już dziedzin życia, które w dalszej lub bliższej perspektywie nie wymuszałyby na nas kupowania coraz to nowych rzeczy. I tu rodzi się pewien drobny, jakkolwiek śmierdzący problem - śmieci. Śmieci są nieodłącznym partnerem cywilizacji posiadaczy - konsumentów, którym czy to moda, czy konieczność nakazują kupowanie coraz to nowych przedmiotów.
Każdy na pewno był na zakupach w supermarkecie - paczkowane jest dosłownie wszystko - żeby zważyć ziemniaki na wadze samoobsługowej - trzeba je wsadzić do foliowej siatki, jajka - w tekturowych opakowaniach, woda w plastikowych butelkach, wędliny albo w woreczku, albo sztywnym hermetycznym plastiku, jogurt w plastikowych (a jakże) kubkach.
Wleczemy to wszystko do domu i zaczynamy robić obiad - opakowania kolejno lądują w śmietniku - i to w tempie tak zastraszającym, że naszykowanie posiłku dla trzech osób zapełnia przeciętnej wielkości kosz na śmieci w czasie krótszym niż przerwa na reklamę w Polsacie. I zaczyna się robić problem, który uwidacznia się regularnie co sobotę, gdy mieszkańcy jednego tylko bloku zapełniają w ciągu 24 godzin kontener na śmieci o kubaturze jakichś 4 metrów sześciennych. Teraz wystarczy to przemnożyć przez ilość bloków w moim mieście, żeby dostać całkiem niezłą górę śmieci z którą nie do końca wiadomo co robić.
Pewnym rozwiązaniem jest segregacja - jednak w świadomości masowej wygląda ona mniej więcej tak: "A przyjeżdża, panie, ciężarówka i to wszystko posegregowane wrzuca i tak do jednego". Czy jest to prawda, czy nie - nie wiem.
Dziwi mnie ogromnie, że w Polsce cała produkcja nadal nastawiona jest na jednorazowość opakowań - nie wiem jak to możliwe, że użycie po raz drugi tego samego opakowania może być mniej opłacalne niż wyprodukowanie nowego. Nawet, jeśli chodzi o plastikowe butelki - w zachodniej Europie wykonywane z grubego plastiku, nadającego się do ponownego użycia.
Z ostatnich doniesień prasowych wynika, że ministerstwo środowiska chce zrzucić całą odpowiedzialność za śmieci na samorządy, pewnie produkując w tym celu ustawę o numerze 819191. A starczy choćby odrobinę zmienić mentalność ludzi, żeby znacząco zredukować problem. Przykład? Proszę bardzo. Polak wywalając do śmietnika butelkę po gazowanym napoju, ma przeciekawy zwyczaj szczelnego jej zakręcania. Proponuję każdemu czytającemu te słowa przeprowadzić następujący eksperyment: zakręć butelkę, a potem spróbuj na nią skoczyć.
Plastikowe flaszki są zadziwiająco trwałe - pewnie z tego powodu, że muszą wytrzymywać dość znaczne ciśnienie wypełniającej je gazowanej cieczy. Gdy lądują na wysypisku i jeździ po nich walec, nic sobie z tego nie robią - zwłaszcza, gdy leżą na miękkim podłożu. Zgniecione butelki ograniczają ilość śmiecia wyrażoną w metrach sześciennych według następującego wzoru: "Y=X - 0,0015z" gdzie X to wyjściowa ilość śmieci w kubikach, a "z" - liczba plastikowych butelek, a Y ilość śmieci po zgnieceniu butelek. Wniosek prosty - 10 tys zgniecionych butelek to 15 kubików śmieci mniej.
Proste rozwiązania są zwykle najlepsze. Możemy zrobić coś dobrego, żadnym nakładem pracy. Stąd, ministerstwo powinno, zamiast tworzyć kolejną ustawę, zaapelować do obywateli następującymi, niektórym pewnie miło się kojarzącymi słowy: "Obywatelu,bądź leniem, nie zakręcaj flaszki. Oszczędź sobie roboty i uratuj planetę".
ibsen82, środa, 03 marca 2010; Bartosz Sowisło
Jaśnie oświetlony terroryzm
W 2004 roku, kiedy Polska w końcu weszła do Unii Europejskiej, podobnie jak jakieś 60% społeczeństwa - świętowałem. Cieszyliśmy się, że nie będziemy musieli dłużej pokazywać paszportów przy przechodzeniu przez granicę, że fundusze unijne podniosą nasz kraj z cywilizacyjnego zacofania, że wreszcie będziemy członkiem wielkiej europejskiej rodziny. Siedzieliśmy wtedy w górach, przy ognisku - o północy 1 maja odpaliliśmy z tej radości nawet petardy.
Pierwszy szok przyszedł dwa dni później - kiedy musiałem zatankować samochód i okazało się że cena benzyny skoczyła z 3,20 do 3,80 złotego za litr.
Przez następne pięć lat przeżyłem jeszcze kilka takich rozczarowań. Ostatnie, miało miejsce 1 września 2009 roku.
Tego dnia, za sprawą arbitralnej decyzji Komisji Europejskiej wyeliminowano z rynku tradycyjne żarówki o mocy powyżej 100 Watt. Oczywiście, Polak potrafi, więc na rynku pojawiły się od razu żarówki 99 watowe, jednak - co większość interesujących się tą sprawą pewnie wie - jest to działanie tylko doraźne bowiem, żarówki w postaci takiej jak wszyscy je kojarzymy mają zniknąć z rynku unijnego do 2016 roku.
Pomiajam już fakt, że gdy tylko o tym usłyszałem, chciałem porzucić dotychczasowe zajęcie i rozpocząć karierę przemytnika z Ukrainy, ale to wszystko co dzieje się wokół żarówkek i świetlówek teraz przypomina, jak dla mnie, zapis bredzenia schizofrenika. I to paranoicznego.
Pozwolę sobie podzielić dalszą część wywodu na dwie e- ścieżki - ekonomiczną i ekologiczną.
Ekologia. Wpadł mi w łapy jakiś dodatek informacyjno - promocyjny, do którejś z gazet codziennych pt. "Zużyte świetlówki" i podtytuł "To odpad niebezpieczny - nie wyrzucaj ich do śmietnika". Finansowany oczywiście przez kogoś kto ma w tym interes - w tym przypadku firmę Elektro Eko. Dowiedziałem się z niego kilku ciekawych rzeczy - między innymi tego, że w każdej świetlówce znajduje się pewna ilość rtęci, która jak powszechnie wiadomo jest silną trucizną. Wprawdzie 3 - 15 mg na świetlówkę to niby niedużo, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że bezpieczne stężenie tego pierwiastka to 0,05 mg/m3 powietrza... Wydawało mi się - że po to przechodzimy na świetlówki, żeby się nie truć dwutlenkiem węgla, a tu jak się okazuje tłukąc je w chałupie możemy zafundować sobie terapię przeciwko kile rodem z 18 wieku.
Jak już nam się świetlówka rozbije to powinniśmy się zachować niczym żołnierz z pułku zwalczania zagrożeń chemicznych - piętnaście minut wietrzyć dom, po zabezpieczeniu się gumowymi rękawiczkami pozmiatać wszystko do plastikowego wora i wywieźć do punktu utylizacji. Z punktu widzenia ekologii wszystkie te czynności są absolutnym marnotrastwem - worek na śmieci rozkłada się z pięćset lat, gumowe rękawiczki pewnie ze dwa lata dłużej. Piętnastominutowe wietrzenie mieszkania w środku zimy to strata energii cieplnej, a podróż samochodem do punktu utylizacji to emisja CO2. Podwyższenie emisji CO2 spowodowane będzie również atakiem paniki u gospodyni domowej i idącą za nim hiperwentylacją. Oczywiście że przejaskrawiam.
Utylizacja to w ogóle inna historia - świetlówki nie wolno wywalić po prostu do kosza na śmieci. Trzeba ją oddać do sklepu, albo do lokalnego punktu zbierania elektrośmieci. Powodem jest zapewne rtęć i inne metale ciężkie znajdujące się w kondensatorach, opornikach, czy co tam jeszcze jest montowane w świetlówce - które mogą się dostać do wód gruntowych oraz atmosfery. A także to, że aż 90% świetlówki nadaje się do przetworzenia. Gdyby nam się jednak przytrafiło, że beztrosko wrzucimy świetlówkę do kubła z obierkami od kartofli, a przyuważy nas jakiś bohaterski policjant, albo nawiedzony bojownik - konfident z Greenpeace, możemy stać się mimowolnym sponsorem Państwa. Wyrzucenie elektrośmiecia zagrożone jest bowiem grzywną do 5000 złotych.
Powiedziałbym, że to dość sporo zachodu w porównaniu ze zwykłą żarówką, gdzie jak sądzę blisko 100 % nadaje się do ponownego wykorzystania (z czego składa się żarówka: szkło, żelazo, wolfram, próżnia), którą można spokojnie wywalić do kosza na śmieci, jeśli nie mamy ochoty bawić w ekologię, a jak nam się stłucze to nie musimy od razu ogłaszać alarmu chemicznego dla całej dzielnicy.
Ekonomia. To że świetlówki są dużo droższe nie ulega wątpliwości. Najtańsze jakie udało mi się w internecie znaleźć kosztowały 6 złotych za sztukę plus koszty przesyłki. Jest to o tyle zrozumiałe, że do wyprodukowania świetlówki (na chłopski rozum) potrzeba przynajmniej tyle samo materiału co na zwykłą żarówkę (szkło i metale), a do tego dochodzą jeszcze różne układy elektroniczne przypominające radio w miniaturze i owa nieszczęsna rtęć.
Jako się już rzekło, świetlówka kończąc swój żywot ma trafić do zakładu przetwarzania (pomijam to, że na przetworzenie również potrzeba energii), który to zakład na świetlówce jeszcze zarabia - super, tylko czemu mi za to nie płaci, skoro decyduję się oddać mu źródło jego dochodu? Dzięki temu, że się zdyscyplinuję nie musi zatrudniać ludzi żeby grzebali po wysypiskach. Czemu ja mam nic z tego nie mieć?
Reasumując: cała sprawa żarówek przypomina mi jakiś nowy rodzaj terroryzmu - w imię obniżenia emisji CO2 mamy narażać się na trucie rtęcią i nadmierne wydatki - coś jak proekologiczny atak samobójczy.
Uprzykrzanie życia i drenaż kieszeni pod różnymi pretekstami nigdy nie jest przyjemny. Szczególnie, że - jak sądzę - nabija się kieszenie dwóm - trzem koncernom pod pretekstem ochrony środowiska. Czekam z niecerpliwością na opodatkowanie fasoli - bo po jej spożyciu znacznie wzrasta poziom siarkowodoru w okolicy konsumenta i obowiązkowy wegetarianizm - bo produkcja mięsa przyczynia się do globalnego ocieplenia, a także dopłaty dla ekoterrorystycznych firm oferujących wysadzanie w powietrze kopalń i odstrzał tych, którzy nie segregują surowców wtórnych.
A może by tak dla odmiany drzew trochę więcej nasadzić?
ibsen82, wtorek, 15 grudnia 2009; Bartosz Sowisło
Pierwszy szok przyszedł dwa dni później - kiedy musiałem zatankować samochód i okazało się że cena benzyny skoczyła z 3,20 do 3,80 złotego za litr.
Przez następne pięć lat przeżyłem jeszcze kilka takich rozczarowań. Ostatnie, miało miejsce 1 września 2009 roku.
Tego dnia, za sprawą arbitralnej decyzji Komisji Europejskiej wyeliminowano z rynku tradycyjne żarówki o mocy powyżej 100 Watt. Oczywiście, Polak potrafi, więc na rynku pojawiły się od razu żarówki 99 watowe, jednak - co większość interesujących się tą sprawą pewnie wie - jest to działanie tylko doraźne bowiem, żarówki w postaci takiej jak wszyscy je kojarzymy mają zniknąć z rynku unijnego do 2016 roku.
Pomiajam już fakt, że gdy tylko o tym usłyszałem, chciałem porzucić dotychczasowe zajęcie i rozpocząć karierę przemytnika z Ukrainy, ale to wszystko co dzieje się wokół żarówkek i świetlówek teraz przypomina, jak dla mnie, zapis bredzenia schizofrenika. I to paranoicznego.
Pozwolę sobie podzielić dalszą część wywodu na dwie e- ścieżki - ekonomiczną i ekologiczną.
Ekologia. Wpadł mi w łapy jakiś dodatek informacyjno - promocyjny, do którejś z gazet codziennych pt. "Zużyte świetlówki" i podtytuł "To odpad niebezpieczny - nie wyrzucaj ich do śmietnika". Finansowany oczywiście przez kogoś kto ma w tym interes - w tym przypadku firmę Elektro Eko. Dowiedziałem się z niego kilku ciekawych rzeczy - między innymi tego, że w każdej świetlówce znajduje się pewna ilość rtęci, która jak powszechnie wiadomo jest silną trucizną. Wprawdzie 3 - 15 mg na świetlówkę to niby niedużo, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że bezpieczne stężenie tego pierwiastka to 0,05 mg/m3 powietrza... Wydawało mi się - że po to przechodzimy na świetlówki, żeby się nie truć dwutlenkiem węgla, a tu jak się okazuje tłukąc je w chałupie możemy zafundować sobie terapię przeciwko kile rodem z 18 wieku.
Jak już nam się świetlówka rozbije to powinniśmy się zachować niczym żołnierz z pułku zwalczania zagrożeń chemicznych - piętnaście minut wietrzyć dom, po zabezpieczeniu się gumowymi rękawiczkami pozmiatać wszystko do plastikowego wora i wywieźć do punktu utylizacji. Z punktu widzenia ekologii wszystkie te czynności są absolutnym marnotrastwem - worek na śmieci rozkłada się z pięćset lat, gumowe rękawiczki pewnie ze dwa lata dłużej. Piętnastominutowe wietrzenie mieszkania w środku zimy to strata energii cieplnej, a podróż samochodem do punktu utylizacji to emisja CO2. Podwyższenie emisji CO2 spowodowane będzie również atakiem paniki u gospodyni domowej i idącą za nim hiperwentylacją. Oczywiście że przejaskrawiam.
Utylizacja to w ogóle inna historia - świetlówki nie wolno wywalić po prostu do kosza na śmieci. Trzeba ją oddać do sklepu, albo do lokalnego punktu zbierania elektrośmieci. Powodem jest zapewne rtęć i inne metale ciężkie znajdujące się w kondensatorach, opornikach, czy co tam jeszcze jest montowane w świetlówce - które mogą się dostać do wód gruntowych oraz atmosfery. A także to, że aż 90% świetlówki nadaje się do przetworzenia. Gdyby nam się jednak przytrafiło, że beztrosko wrzucimy świetlówkę do kubła z obierkami od kartofli, a przyuważy nas jakiś bohaterski policjant, albo nawiedzony bojownik - konfident z Greenpeace, możemy stać się mimowolnym sponsorem Państwa. Wyrzucenie elektrośmiecia zagrożone jest bowiem grzywną do 5000 złotych.
Powiedziałbym, że to dość sporo zachodu w porównaniu ze zwykłą żarówką, gdzie jak sądzę blisko 100 % nadaje się do ponownego wykorzystania (z czego składa się żarówka: szkło, żelazo, wolfram, próżnia), którą można spokojnie wywalić do kosza na śmieci, jeśli nie mamy ochoty bawić w ekologię, a jak nam się stłucze to nie musimy od razu ogłaszać alarmu chemicznego dla całej dzielnicy.
Ekonomia. To że świetlówki są dużo droższe nie ulega wątpliwości. Najtańsze jakie udało mi się w internecie znaleźć kosztowały 6 złotych za sztukę plus koszty przesyłki. Jest to o tyle zrozumiałe, że do wyprodukowania świetlówki (na chłopski rozum) potrzeba przynajmniej tyle samo materiału co na zwykłą żarówkę (szkło i metale), a do tego dochodzą jeszcze różne układy elektroniczne przypominające radio w miniaturze i owa nieszczęsna rtęć.
Jako się już rzekło, świetlówka kończąc swój żywot ma trafić do zakładu przetwarzania (pomijam to, że na przetworzenie również potrzeba energii), który to zakład na świetlówce jeszcze zarabia - super, tylko czemu mi za to nie płaci, skoro decyduję się oddać mu źródło jego dochodu? Dzięki temu, że się zdyscyplinuję nie musi zatrudniać ludzi żeby grzebali po wysypiskach. Czemu ja mam nic z tego nie mieć?
Reasumując: cała sprawa żarówek przypomina mi jakiś nowy rodzaj terroryzmu - w imię obniżenia emisji CO2 mamy narażać się na trucie rtęcią i nadmierne wydatki - coś jak proekologiczny atak samobójczy.
Uprzykrzanie życia i drenaż kieszeni pod różnymi pretekstami nigdy nie jest przyjemny. Szczególnie, że - jak sądzę - nabija się kieszenie dwóm - trzem koncernom pod pretekstem ochrony środowiska. Czekam z niecerpliwością na opodatkowanie fasoli - bo po jej spożyciu znacznie wzrasta poziom siarkowodoru w okolicy konsumenta i obowiązkowy wegetarianizm - bo produkcja mięsa przyczynia się do globalnego ocieplenia, a także dopłaty dla ekoterrorystycznych firm oferujących wysadzanie w powietrze kopalń i odstrzał tych, którzy nie segregują surowców wtórnych.
A może by tak dla odmiany drzew trochę więcej nasadzić?
ibsen82, wtorek, 15 grudnia 2009; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)