Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2012

Renesans barteru

Przglądając to co moi znajomi umieszczają na głównych stronach portalów społecznościowych rzadko mnie coś zaciekawia. Muzyką, która dominuje w udostępnianych linkach interesuję się średnio, czyimiś dziećmi jeszcze mniej, a imprezami na których mnie nie było - w ogóle.


Jakiś miesiąc temu kolega podlinkował jednak coś, co przeczytałem i do tej pory nie dawało mi spokoju: tekst o planach likwidacji gotówki przez UE. Pochodził jednak z dość mało wiarygodnego medium - zadałem więc sobie trud poczytania biurokratycznego bełkotu w postaci odnośnych Unijnych Dyrektyw (jak na przykład  2009/110/EC i kilku wcześniejszych)  - nie zakazują wprost używania gotówki, a także nie wprowadzają nakazu jej likwidacji. Czyżby więc kula pofrunęła prosto w płot?

Niezupełnie. Za pomocą wujka Googla zacząłem przedzierać się przez zachwaszczone czeluści internetu. Dotarłem do interesującego dokumentu wydanego przez Koalicję na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Organizacji powstałej w 2007 roku, w ramach Związku Banków Polskich.
Zamieszczona na stronie Związku strategia zakładała w optymistycznym wariancie, że już w 2013 roku 100% płatności odbywać się będzie bezgotówkowo. Strategia, jest dokumentem wartym pobieżnego choćby przejrzenia. Padają w niej bardzo mocne słowa, jak chociażby "walka z gotówką"(!) - umieszczone, co podkreślę jeszcze raz, na stronie organizacji zrzeszającej 58 najpotężniejszych bankówi i firm technologicznych w Polsce.

Jakież mogą być powody, że tak wpływowe zrzeszenie wypowiada wojnę monetom i banknotom? Zmniejszenie dla banków kosztów własnej działalności : nie będzie potrzeba skarbca, strażników, konwojentów, maszynek liczących banknoty i bardzo drogich bankomatów. Przede wszystkim jednak: nie ograniczona już niczym możliwość kreacji pieniądza przez banki, bo o ile do tej pory istnieje ryzyko (niewielkie bo niewielkie), że wszyscy depozytariusze zgłoszą się do kas w tym samym momencie i gotówki po prostu braknie, o tyle gdy gotówki nie będzie - ludzie nie będą mogli jej wybrać i pochować do skarpet (z jakiegokolwiek powodu). Mówiąc krótko: z systemu bankowego nie będzie już żadnej ucieczki - cyfry na jednym koncie będą zmieniały się w cyfry na drugim.
Takie rozwiązanie bez wątpienia spodobałoby się również Państwu, bo doprowadziłoby (teoretycznie - ale o tym zaraz) do uszczelnienia systemu fiskalnego i likwidacji szarej strefy - każdą elektroniczną transakcję bardzo łatwo  wyśledzić i w razie czego nałożyć stosowny podatek, co więcej - nie trzeba by nawet ufać obywatelom i prosić ich o zeznania podatkowe! Przy odpowiednio zaawansowanym systemie komputerowym, po prostu potrąci się z konta co się Państwu należy w postaci VAT, czy innej daniny i tyle.

Zalety, które podaje strategia dla zwykłych ludzi mają być też nie do przecenienia: bezpieczeństwo pieniędzy, łatwość płacenia za pomocą kart zbliżeniowych itp. Bezpieczeństwo dodajmy złudne - bo karty zbliżeniowej może użyć każdy, jako, że nie zabezpiecza jej żaden PIN, ani nawet podpis, który kasjer miałby zweryfikować.

Drogą indukcji można wywnioskować co następuje: jeśli najpotężniejsze instytucje finansowe już "walczą" z gotówką, a Państwu podobna "walka" jest na rękę - dojdzie do tego prędzej lub później - i wcale nie musi to być zapisane w eurpejskich dyrektywach.

Szkoda, że to wszystko za cenę drastycznego ograniczenia prywatności: bo jakiż to będzie problem porównać transakcję bezgotówkową z numerem paragonu i potem sprawdzić, że na przykład polityczny przeciwnik kupił sobie dmuchaną lalę, albo środki na powiększanie penisa i użyć tej informacji do skompromitowania go?
Mimo to uważam, że nadzieja polityków na likwidację szarej strefy i tym samym położenia chciwego łapska na wszystkich pieniądzach jakimi dysponują obywatele, jest dość złudna. Jeśli ludzie będą chcieli uniknąć fiskusa przy płaceniu za usługi (bo to jest główny składnik szarej strefy) lub towary - i tak to zrobią. Jak?
Społeczeństwa błyskawicznie wypracują sobie waluty alternatywne - bez udziału Państwa i systemu finansowego. Przy większych płatnościach (np. ekipie za wybudowanie domu) zapłacą złotem, przy mniejszych - barterem (mechanik naprawi mi auto, a ja w zamian za to kupię mu 1000 cegieł, których akurat potrzebuje do budowy domu), albo usługą za usługę: fryzjer obetnie dziewczynie włosy, a ta rozłoży przed nim nogi - oficjalny pieniądz stanie się w takich przypadkach jedynie miernikiem wartości dóbr.
Tylko czy to aby na pewno będzie jeszcze postęp?

niedziela, 11 grudnia 2011

Jak się w Polszcze turystę skubie

Końcem lipca tego roku dobrnąłem w znoju do urlopu. Planowane od przynajmniej kilku miesięcy dni wytchnienia miały przypaść na spływ kajakowy rzeką Wdą, który poprzedzić miała krótka wycieczka na będącą dla mnie terra incognita kielecczyznę.

Pogoda od samego początku, wyjazdu z rodzinnego miasta o piatej rano zdawała się sprzyjać. Na drogach niewielki ruch a i jakimś cudem udawało się przemierzać Polskę nielicznymi nie rozkopanymi drogami.

Ułożony przez towarzyszącą mi Agatę plan wycieczki przewidywał: opactwo cystersów w Jędrzejowie, zamek w Chęcinach, Kielce, dworek Sienkiewicza w Oblęgorku, Jaskinię Raj (to wszystko niezmordowany w poznawaniu cudów architektury polskiej duch mojej towarzyszki zaplanował na pierwszy tylko dzień), wejście na Łysicę i Łysą Górę dnia drugiego (czyli przemarsz pasmem Łysogór), aby zakończyć trzeciego dnia wycieczką do Krzyżtopora i Wąchocka, gdzie w latach pradawnych ulokowano kolejne cysterskie opactwo.

Plan udało się zrealizować w niemalże stu procentach: opactwo cystersów przyniosło refleksję, że wandalizm i mazanie po murach nie jest naszym nowoczesnym wynalazkiem, bo wyryte w miękkim piaskowcu pięknym kaligrafowanym pismem podpisy i daty wskazywały aż na lata sześćdziesiąte dwiewiętnastego wieku; Oblęgorek, z nagromadzonymi pamiątkami po autorze "Trylogii", przypomniał, że kult jednostki i kanonizowanie za życia Jana Pawła II nie były ani czymś niezwykłym, ani pierwszym w dziejach naszego narodu (szczególnie ciekawa alegoryczna litografia: Sienkiewicz na grobie Rzplitej, oświetlany promieniami bijącymi z serca Jezusowego pisze wiekopomne dzieła); opieprz zebrany w bazylice w Kielcach wskazał na nowe obyczaje w dziejach architektury sakralnej - zakazujące fotografowania wnętrz kościołów; zamek w Chęcinach utwierdził nas w przekonaniu, że wiszące girlandy kabli elektrycznych i telefonicznych, których nijak nie dało się ominąć obiektywem aparatu były stałym elementem wystroju zamków średniowiecznych; a meksykańska knajpa w Kielcach, że wejście do restauracji, zajęcie miejsca przy stoliku i studiowanie karty dań przez dwadzieścia minut nie starczają by zwrócić na siebie uwagę dwóch krążących nieustannie kelnerek i jednego kelnera.

Każde z miejsc, które odwiedziliśmy okazało się żywym dowodem na fakt, że na kielecczyźnie zaszła jakaś przedziwna reforma walutowa, która zmieniła podstawową jednostkę monetarną obowiązujacą na terenie RP z Polskiego Złotego na 5 PLN. Gdzieśmy nie trafili, czegobyśmy nie robili: wszystko kosztowało albo pięć złotych, albo wielokrotność tej sumy.

Na same parkingi pierwszego dnia wydałem sześć pięciozłotówek. Parkingi - wnosząc z informacji na kwitkach - gminne - dzierżawione prywatnym jedno-, bądź kilkuosobowym firmom. Sytuowane są przy tym tak zmyślnie, by zmotoryzowanemu turyście nie przyszło do głowy postawić auto gdzie indziej - bo albo się po prostu nie da, albo jeśliby się bez szkody jakiejkolwiek dało (jak choćby przy drodze dojazdowej do Jaskini Raj) poustawiano zakazy zatrzymywania się, dbając tym samym by dzierżawcom parkingów klientów nie zabrakło. Takie wymuszanie korzystania z usług, które chętnie by się ominęło - nie jest zresztą specjalnością tylko świętokrzyską. W Beskidzie Małym, od chwili gdy na Górę Żar wybudowano kolejkę linową postawiono zakaz wjazdu na drogę wiodącą na sam jej szczyt. Gdym go raz zignorował zostałem zatrzymany przez patrol policji i zawrócony na dół, a młody pan sierżant z ironicznym uśmiechem wyjaśnił mi, że chodzić na górę nie muszę - mogę przecież skorzystać z kolejki. Kosztowała wtedy 10 PLN od osoby - a samorząd ustawiając znak zamknął istniejącą i funkcjonującą przez przynajmniej 30 lat drogę publiczną wybudowaną za pieniądze nie kogo innego jak podatników, którzy przecież powinni mieć prawo do bezpłatnego z niej korzystania.

Jaskini Raj w końcu nie zwiedziliśmy. Wyczerpała się moja cierpliwość, gdy dowiedziałem się, że po zapłaceniu kolejnej pięciozłotówki za parking, przyjdzie mi zapłacić jeszcze dychę od głowy za wejście do groty i nie będę mógł sobie w niej nawet pstryknąć pamiątkowej fotki. Nagabywana bileterka mruknęła coś o konserwatorze przyrody. Gdyby jeszcze nie wolno było używać flesza - zrozumiałbym, że szkodzi to jakimś ciemnolubnym zwierzątkom, ale zakaz był całkowity: choć nowoczesne cyfrówki pozwalają robić zdjęcia z ISO rzędu kilku tysięcy, bez znaczącej utraty jakości obrazu, poprawnie doświetlone nawet w półmroku. Ciekawe, że konserwatorowi i kryjącym się w zakamarkach podziemi stworkom nie przeszkadzają setki przewalających się dziennie przez Raj turystów. A może jaskinia jest obiektem wojskowym? Schronem na okazję wojny nuklearnej?

Jeszcze ciekawsze kuriozum zanotowaliśmy następnego dnia po wejściu do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak za wszystko tak i za nie musielismy, rzecz oczywista, zapłacić. Gdyśmy po przejściu Łysicy usiedli na drewnianej ławeczce koło sklepu w jakimś wysokim przysiółku i nabierali sił na dalszą część drogi wyjąłem z ciekawości bilet do ŚPN i zacząłem go z ciekawości oglądać. Na rewersie dostrzegłem pisaną małym drukiem informację "Opłata nie obowiązuje osób zmierzających do miejsc kultu religijnego". Zadumani nad tym faktem doszliśmy do dwóch wniosków. Po pierwsze: turystów się dyskryminuje, a pielgrzymom daje przywileje, po drugie następnym razem trzeba się będzie podać za pielgrzymujących właśnie, co nie powinno być trudne, jako że w Górach Świętokrzyskich, wszystko jest przecie (począwszy od nazwy samego pasma) "święte". Wyszliśmy z miejscowości Święta Katarzyna, na Łysicę, którą zwą czasem tak samo jak i pierwszą na naszym szlaku miejscowość, a szliśmy na Łysą Górę, czyli Święty Krzyż, z klasztorem, kalwarią i kościołem - pretekstów brakować więc nie powinno.

Na Święty Krzyż można zresztą wjechać. Tak do klasztoru, jak i do stojącej nieco powyżej wieży (chyba telefonii komórkowej, albo telewizyjnej) prowadzi szeroka, gładka i asfaltowa droga. Niestety: nie każdy godzien jest po niej jeździć. Auto trzeba zostawić ze dwa kilometry niżej na płatnym (a jakże) parkingu, a resztę trasy albo przebyć per pedes pocąc się na wzniesieniach ku chwale Pana, albo wynająć dorożkę by pocił się za nas koń, bądź wsiąść w traktorek przerobiony na odpustowy pociąg i wjechać sobie bez zmęczenia na górę.

Coraz mniej dziwi mnie, że znajomi wybierają zagraniczne wczasy, gdzie za niewielką dopłatą mogą wyjechać z klimatyzowanego hotelu, klimatyzowanym autobusem i pooglądać sobie na przykład Piramidy, czy Luksor. Bezpardonowe łupienie turystów w Polsce musi przekraczać możliwości finansowe coraz większej ilości Polskich rodzin. We dwie osoby, by zwiedzić tylko kielecczyznę, na same bilety wstępu i parkingi wydaliśmy ponad dwieście złotych. Czteroosobową rodzinę taka trzydniowa wycieczka (nie licząc jedzenia, paliwa, noclegów) kosztowałaby dwakroć tyle, czyli mniej więcej szóstą część średniego miesięcznego wynagrodzenia (netto). Sporo, prawda?


 ibsen82, czwartek, 15 września 2011; Bartosz Sowisło

Cenna praca

"Polak swojej pracy nie lubi" - tak zatytułowała swój artykuł w Gazecie Wyborczej p. Katarzyna Pawłowska - Salińska. Przykro mi to pisać, ale artykuł dowodzi tylko jednej rzeczy: humanistyka w ogóle, a socjologia i psychologia w szczególności schodzą na psy. A dziennikarstwo zeszmaca się w tempie zastraszającym.

Nie chcę się już czepiać samego tytułu, któremu przeczy lead umieszczony dwie linijki niżej, a oznajmiający: Jedna trzecia Polaków jest niezadowolona z zajęcia, jakie wykonuje - wynika z badań firmy Sedlak & Sedlak. Nie wiem kiedy pani Pawłowska - Salińska kończyła szkołę, ale ani dawniej, ani chyba teraz, program nauczania matematyki nie zmienił się tak dalece, by stawiać ryzykowne twierdzenia, że 30%>50%, co ewentualnie usprawiedliwiałoby uogólniające stwierdzenie: "Polak".

Ilość nagromadzonych w relacji truizmów powaliłby na ziemię byka, jeśliby tylko był wrażliwy na podobne niuanse: Wyniki (...) wskazują, że dla większości Polaków w pracy najbardziej liczą się pieniądze. Wśród zarabiających powyżej 10 tys. zł brutto zadowolonych z zajęcia jest 60 proc. osób. Gdy pytano tych zarabiających poniżej 2 tys. zł, okazało się, że swoją pracę lubi zaledwie 15 proc. Nie wiem komu przypisać ten olśniewająco odkrywczy akapit: czy cytowanemu wcześniej p. Bartoszowi Soczówce, czy samej autorce, gdyż redakcja zapomina o takich drobiazgach jak cudzysłowy, czy choćby podawanie wtrąconych wypowiedzi kursywą. Niemniej jednak, rzeczywiście, żeby dojść do błyskotliwego wniosku, że im więcej kto zarabia tym bardziej jest z pracy zadowolony, koniecznie należy przebadać prawie pięć tysięcy ludzi. Są jednak i tacy, którzy mają wątpliwości: Nie wiadomo, który z mierzonych przez nas czynników działa najsilniej na naszą satysfakcję z pracy - dodaje dr Kazimierz Sedlak. - Ale naturalnym jest, że każdy z nas chce zarabiać więcej i mieć wyższą pozycję zawodową. - co autorka znów komentuje: Rzeczywiście, poziom satysfakcji jest ściśle związany ze stanowiskiem. Z pracy zadowolonych jest niemal 57 proc. dyrektorów oraz członków zarządów firm, a tylko 22 proc. pracowników szeregowych. Tak jest, dyrektor, który nie dość że nieźle zarabia, być może robi nawet to co go interesuje i niewielu ma ludzi nad sobą, którym musi się tłumaczyć, w istocie, mógłby mieć miliony powodów do niezadowolenia. Oczywiście, odpowiedzialność większa, więcej obowiązków, ale tu powrót do punktu numer jeden - właśnie dlatego więcej zarabia.

Ciekawi mnie ile Sedlak and Sedlak skasowało za przeprowadzenie tych badań, choć jak wiele by to nie było - zleceniodawca wywalił pieniądze w błoto.

Jeśli przyjąć, że stosunek pracy polega na tym, iż pracownik najemny sprzedaje swój czas i doświadczenie w zamian za pieniądze - to wiadomo, że najbardziej zadowolony będzie gdy sprzeda je jak najdrożej. Kiedy mu się to nie udaje - zadowolenie spada. Dokładnie tak samo, jak każdy inny podmiot gry rynkowej. Czy rzeczywiście, żeby wysnuwać wnioski opisane przez ekonomistów ze dwieście lat temu, trzeba przeprowadzać jakiekolwiek badania? I jeszcze określać wyniki zaskakującymi?

A wszystkie teorie o satysfakcji, samorealizacji, rozwoju osobistym, zainteresowaniach... Przecież każdy z nas byłby to w stanie zrobić we własnym zakresie - niekoniecznie poddając się rygorowi limitowanych urlopów, wstawania o określonej godzinie, czy słuchania upierdliwego szefa. Z jednym drobnym zastrzeżeniem: na wszystko potrzeba pieniędzy, a te niestety trzeba zarobić.


 ibsen82, wtorek, 17 maja 2011; Bartosz Sowisło

Rasa pasożytów

Tytuł wpisu jest trawestacją tytułu ostatniej książki Lema: Rasa Drapieżców. O ile w przypadku polityki - bo taki jest główny temat większości jego felietonów w ww. zbiorze - mogę tylko przyklasnąć metaforze: człowiek - drapieżnik. Patrząc jednak szerzej, bardziej trafne wydaje mi się zrównać: człowieka i pasożyta.

"Pasożyt – organizm cudzożywny, który wykorzystuje stale lub okresowo organizm żywiciela jako źródło pożywienia i środowisko życia. Pasożytnictwo to oddziaływanie antagonistyczne między organizmami, które przynosi korzyść jedynie pasożytowi; żywicielowi, zwanemu czasem gospodarzem, związek ten przynosi wyłącznie szkody (straty substancji odżywczych, destrukcja tkanek, zatrucie produktami przemiany materii pasożyta itp.). Pasożyt może doprowadzić organizm żywiciela do wyniszczenia, a nawet śmierci." [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pasożyt]

Ten wpis nie ma być laurką dla Greenpeace, WWF, Ligi Ochrony Przyrody, Klubu Gaja, czy zielonych radykałów pod patronatem Al'a Gore'a, którym to hasło: "Kill yourself to save the planet" pewnie bardzo by się spodobało. Nie chodzi też o to by pisać pochwałę dla masochistycznych ekofaszystów twierdzących, że ludzi na świecie nie powinno być więcej niż 100 tysięcy, ani dla tych co przykuwają się do drzew, aby zablokować budowę obwodnicy, która może ocalić kilkanaście ofiar wypadków drogowych rocznie.

Ze względu na stopień zależności od żywiciela pasożyty dzieli się na:
- fakultatywne, okolicznościowe, względne – mogące rozwijać się zarówno na żywych organizmach, jak również na materii nieożywionej. Forma odżywiania zależy od predyspozycji genetycznych, dostępu do rośliny żywicielskiej, jej podatności na zakażenie oraz warunków pogody
- obligatoryjne, ścisłe, bezwzględne i względne – mogące rozwijać się w fazie wegetatywnej tylko w lub na organizmach żywych. Poza organizmem żywiciela pasożyty te mogą przetrwać tylko jako niektóre formy rozwojowe organizmu – przetrwalniki. [Źródło: j.w.]

Ludzkość jest pasożytem typu drugiego, obligatoryjnego. Gospodarzem dla nas jest Ziemia - trzecia planeta Układu Słonecznego od gwiazdy centralnej licząc. Jeśli byłoby inaczej, jeśli moglibyśmy z Ziemi po prostu uciec, nie trzeba by kosztownych promów kosmicznych, skafandrów dla kosmonautów, masek tlenowych i innych drogich wynalazków, na które NASA z upodobaniem wydaje pieniądze amerykańskich obywateli. Chętnych do zostania kosmonautami, przy użyciu wielkiej procy lub katapulty rozpędzałoby się do prędkości 7,91 km/s (28,5 tys kmph) i wysyłało na orbitę. I choć ludzie, ze wszystkich gatunków istot żywych mają bodaj najbardziej rozwinięte cechy adaptacyjne, to jednak się w ten sposób nie postępuje. Z tej oczywistej przyczyny, że bez środowiska jakie panuje w biosferze - żyć się nie da.

Nasz żywiciel, posiada ogromne ilości zasobów, z których my - pasożyt, nauczyliśmy się skwapliwie korzystać. Sprytnie nimi żonglując udało nam się stworzyć cywilizację, rozrosnąć. Zupełnie jak tasiemiec, który zawłaszcza sobie substancje odżywcze z jelita cienkiego i rośnie. Ponoć nawet do trzech metrów. Problem zaczyna się w momencie, gdy organizmowi żywiciela zaczyna brakować substancji odżywczych. Jeśli zdarzy się, że wskutek tego umrze - umiera i tasiemiec.

Chyba nie ma takiego zasobu na ziemi, dla którego człowiek nie znalazłby praktycznego zastosowania. Sęk w tym, że niektóre z nich są nieodnawialne. Przykładowo ropa: jak wyjaśnia jedna z teorii, powstała jako arcyciekawy splot fizyczno - chemicznych okoliczności oddziałujący na substancje organiczne. Splot okoliczności, trwający na tyle długo, by móc wybić sobie z głowy oczekiwanie aż ponownie nastąpi. Tymczasem zużywamy ją całkiem beztrosko, nie mając pewności, czy uda nam się ją czymś sensownym zastąpić i za kilkaset lat może nam przyjść zmierzyć się z sytuacją, że gdyby przyszło się nam stąd ewakuować nie będziemy mieć co nalać do zbiorników rakiety, by nadała nam tym razem prędkość 16,7 km/s (60 tys. kmph). Bo aż tak trzeba się rozpędzić, żeby udało się zwiać z Układu Słonecznego (skoro już wiemy, że w nim nie ma dla nas dobrego, alternatywnego miejsca do zamieszkania).

Używamy więc zasobów Ziemi - żywiciela i bardzo dobrze, gdyż bez tego nie udałoby się nam pewnie aż tak rozwinąć. Tyle, że robimy to bezmyślnie i marnujemy dosłownie wszystko. Żywność, drzewa, wodę, energię, nośniki energii, tlen, rzadkie pierwiastki, a nawet siebie samych. Kilka przykładów: jak już kiedyś pisałem tylko w Wlk. Brytanii zabija się (po przeliczeniu) pół miliona świń niepotrzebnie (tyle mięsa trafia na śmietniki); dziesięć deko wędliny w supermarkecie zawija się nie dość że w woreczek, to jeszcze płachtę papieru wielkości plakatu; każdy aneks do najdurniejszej bankowej umowy, każda bankowa informacja - zupełnie zbędnie zadrukowane ilości papieru wystarczające na umieszczenie na nim encyklopedii; niszczone w świetle prawa pirackie płyty, odzież z nielegalnie użytymi znakami handlowymi, nielegalnego pochodzenia spirytus...

Skoro wiemy, że marnujemy - to czemu kontynuujemy wiązanie sobie na szyi stryczka, miast powiedzieć głośno i donośnie: basta? Gdzie tkwi przyczyna tego, że jesteśmy na najlepszej drodze by stać się cywilizacją buszującą nie w zbożu - a po śmietnikach, w poszukiwaniu zasobów? Otóż zdecydowana większość tego marnotrastwa ma swoje źródło w pewnym nieporozumieniu. Źródeł, trudno wypatrzyć, ale że tkwimy w jego środku widoczne jest gołym okiem, nawet dla średnio rozgarniętego obserwatora.

Pieniądze, gdy wynaleziono je kilka tysięcy lat temu były swego rodzaju nośnikiem wartości. Miały służyć ułatwieniu wymiany handlowej odbywającej się wcześniej według schematu towar - towar, zastąpionego, od chwili poczynienia wynalazku, schematem: towar - pieniądz - towar. I początkowo hulało to całkiem znośnie. By kupić stado wielbłądów, nie trzeba było gonić przez pustynię stada powabnych niewolnic na wymianę, tylko sprzedawało się je za brzęczącą monetę starym lubieżnikom na miejscu, a z mieszkiem u pasa zasuwało po wielbłądy. Rozwiązanie było na tyle genialne, że pieniądz częściowo wypadł z roli pośredniczącej i sam w sobie stał się towarem: zajął miejsce najbardziej pożądanego ze wszystkich dóbr. Wszakże skoro schemat wymiany wyglądał jak przedstawiono powyżej czyli: towar - pieniądz - towar to można zeń łatwo wyprowadzić następującą zależność pieniądz = towar, a więc im więcej ma się pieniądza - tym więcej potencjalnego towaru. Można przeczytać to proste równanie od tyłu. Czyli im więcej chce się mieć pieniądza, tym więcej trzeba przekazać za niego innego towaru. Był w tym jednakże jeden szkopuł. Pieniądze pierwotne były wartością mniej więcej taką samą dla wszystkich - wykonywano je z kruszców, powszechnie uznawanych jako cenne.

Pech chciał, że w dwudziestym stuleciu ekonomiści doszli do wniosku, że ilości pieniądza w obiegu nie można ograniczać jakimś bzdurnym wymogiem wykonywania ich z metali szlachetnych, czy nawet pokrywania czymkolwiek ich wartości(żeby było jeszcze śmieszniej: ten zasób też marnujemy. Krótki przykład: proszę porównać sobie cenę biletu lotniczego w klasie ekonomicznej i biznes. I odpowiedzieć na pytanie, kto w ogólnym rozrachunku za to płaci). Obawiano się, że brak gotówki w obiegu zahamuje rozwój i doprowadzi do gospodarczej stagnacji. I zaczęło się radosne drukowanie, które trwa nadal . Jak wiadomo, jeśli czegoś jest dużo - to jest to tanie i pieniądz taniał i tanieje, a żeby jego nieprzerwany strumień płynął do ludzkich kieszeni - trzeba więcej towaru, a skoro tak to, trzeba produkować.

No i się produkuje. Każdemu właścicielowi samochodu znane jest pewnie obiegowe twierdzenie o tym, że dawniej robiono lepsze, bardziej niezawodne auta, a to co produkuje się teraz to chłam, wytrzymujący raptem dziesięć lat eksploatacji. Prawie każdy, kto miał do czynienia z laptopem zauważył pewnie, że gdy mija okres gwarancji producenta sprzęt się dziwnym trafem psuje. Podobnie sprawy mają się z urządzeniami AGD i RTV, telefonami komórkowymi. Czy przypadkiem nie powinno być na odwrót? Skoro na rynek trafia bardziej zaawansowane urządzenie, można założyć, że producent już nauczył się na swoich błędach i owo ulepszone urządzenie powinno psuć się rzadziej. Tymczasem dowiedziałem się ostatnio, że firma HP nie prowadzi już wsparcia serwisowego dla laptopów produkowanych raptem pięć lat temu.
Przekaz jest czytelny: zeżryj - przetraw - wysraj - kup nowe.

Wracając do głównego toku rozważań: trzecie ogniwo przedstawionego łańcucha. Nieelegancko i dosadnie nazwana czynność wydalania przetrawionego dobra ciągnie za sobą konsekwencje w postaci śmiecia i zmarnowanego zasobu. A te drugie, jak już wiemy, są ograniczone.

Każdego pasożyta da się wykurzyć. Najważniejsze, żeby nosiciel był świadomy, że jest wykorzystywany. W 1987 James Lovelock ogłosił Hipotezę Gai:

Hipoteza przypisuje własności żywego organizmu planecie Ziemi jako całości. Gaja może być zdefiniowana jako złożona jedność zawierająca biosferę, atmosferę, oceany i gleby Ziemi; całość stanowiącą sprzężenie zwrotne systemów cybernetycznych poszukujących optymalnego fizycznego i chemicznego środowiska naturalnego dla życia na tej planecie. (...)Gaja trwa w ciągłości z przeszłością sięgającą aż do samych początków życia, a w przyszłości będzie trwać tak długo, jak będzie trwać życie. Jest to żywa istota planetarna. Ściślej mówiąc, temperatura, utlenianie, stan skupienia, kwasowość i pewne aspekty skał i wód są utrzymywane poprzez aktywne procesy reakcji przeprowadzane automatycznie i nieświadomie przez florę i faunę, co sprawia że istnienie planety znajduje się w równowadze dynamicznej, homeostazie. [Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_Gai]

Mówiąc prościej: żyjemy na ogromnej wańce - wstańce. Tylko kłopotliwe i tragiczne w skutkach może się okazać, jeśli się nagle wyprostuje, otrząśnie i z niej przy okazji pospadamy. I być może wtedy doczekamy się ropy. Staniemy się nią.


ibsen82, sobota, 26 marca 2011