Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2012

Renesans barteru

Przglądając to co moi znajomi umieszczają na głównych stronach portalów społecznościowych rzadko mnie coś zaciekawia. Muzyką, która dominuje w udostępnianych linkach interesuję się średnio, czyimiś dziećmi jeszcze mniej, a imprezami na których mnie nie było - w ogóle.


Jakiś miesiąc temu kolega podlinkował jednak coś, co przeczytałem i do tej pory nie dawało mi spokoju: tekst o planach likwidacji gotówki przez UE. Pochodził jednak z dość mało wiarygodnego medium - zadałem więc sobie trud poczytania biurokratycznego bełkotu w postaci odnośnych Unijnych Dyrektyw (jak na przykład  2009/110/EC i kilku wcześniejszych)  - nie zakazują wprost używania gotówki, a także nie wprowadzają nakazu jej likwidacji. Czyżby więc kula pofrunęła prosto w płot?

Niezupełnie. Za pomocą wujka Googla zacząłem przedzierać się przez zachwaszczone czeluści internetu. Dotarłem do interesującego dokumentu wydanego przez Koalicję na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Organizacji powstałej w 2007 roku, w ramach Związku Banków Polskich.
Zamieszczona na stronie Związku strategia zakładała w optymistycznym wariancie, że już w 2013 roku 100% płatności odbywać się będzie bezgotówkowo. Strategia, jest dokumentem wartym pobieżnego choćby przejrzenia. Padają w niej bardzo mocne słowa, jak chociażby "walka z gotówką"(!) - umieszczone, co podkreślę jeszcze raz, na stronie organizacji zrzeszającej 58 najpotężniejszych bankówi i firm technologicznych w Polsce.

Jakież mogą być powody, że tak wpływowe zrzeszenie wypowiada wojnę monetom i banknotom? Zmniejszenie dla banków kosztów własnej działalności : nie będzie potrzeba skarbca, strażników, konwojentów, maszynek liczących banknoty i bardzo drogich bankomatów. Przede wszystkim jednak: nie ograniczona już niczym możliwość kreacji pieniądza przez banki, bo o ile do tej pory istnieje ryzyko (niewielkie bo niewielkie), że wszyscy depozytariusze zgłoszą się do kas w tym samym momencie i gotówki po prostu braknie, o tyle gdy gotówki nie będzie - ludzie nie będą mogli jej wybrać i pochować do skarpet (z jakiegokolwiek powodu). Mówiąc krótko: z systemu bankowego nie będzie już żadnej ucieczki - cyfry na jednym koncie będą zmieniały się w cyfry na drugim.
Takie rozwiązanie bez wątpienia spodobałoby się również Państwu, bo doprowadziłoby (teoretycznie - ale o tym zaraz) do uszczelnienia systemu fiskalnego i likwidacji szarej strefy - każdą elektroniczną transakcję bardzo łatwo  wyśledzić i w razie czego nałożyć stosowny podatek, co więcej - nie trzeba by nawet ufać obywatelom i prosić ich o zeznania podatkowe! Przy odpowiednio zaawansowanym systemie komputerowym, po prostu potrąci się z konta co się Państwu należy w postaci VAT, czy innej daniny i tyle.

Zalety, które podaje strategia dla zwykłych ludzi mają być też nie do przecenienia: bezpieczeństwo pieniędzy, łatwość płacenia za pomocą kart zbliżeniowych itp. Bezpieczeństwo dodajmy złudne - bo karty zbliżeniowej może użyć każdy, jako, że nie zabezpiecza jej żaden PIN, ani nawet podpis, który kasjer miałby zweryfikować.

Drogą indukcji można wywnioskować co następuje: jeśli najpotężniejsze instytucje finansowe już "walczą" z gotówką, a Państwu podobna "walka" jest na rękę - dojdzie do tego prędzej lub później - i wcale nie musi to być zapisane w eurpejskich dyrektywach.

Szkoda, że to wszystko za cenę drastycznego ograniczenia prywatności: bo jakiż to będzie problem porównać transakcję bezgotówkową z numerem paragonu i potem sprawdzić, że na przykład polityczny przeciwnik kupił sobie dmuchaną lalę, albo środki na powiększanie penisa i użyć tej informacji do skompromitowania go?
Mimo to uważam, że nadzieja polityków na likwidację szarej strefy i tym samym położenia chciwego łapska na wszystkich pieniądzach jakimi dysponują obywatele, jest dość złudna. Jeśli ludzie będą chcieli uniknąć fiskusa przy płaceniu za usługi (bo to jest główny składnik szarej strefy) lub towary - i tak to zrobią. Jak?
Społeczeństwa błyskawicznie wypracują sobie waluty alternatywne - bez udziału Państwa i systemu finansowego. Przy większych płatnościach (np. ekipie za wybudowanie domu) zapłacą złotem, przy mniejszych - barterem (mechanik naprawi mi auto, a ja w zamian za to kupię mu 1000 cegieł, których akurat potrzebuje do budowy domu), albo usługą za usługę: fryzjer obetnie dziewczynie włosy, a ta rozłoży przed nim nogi - oficjalny pieniądz stanie się w takich przypadkach jedynie miernikiem wartości dóbr.
Tylko czy to aby na pewno będzie jeszcze postęp?

środa, 25 stycznia 2012

Duma z pokolenia

U zarania AD 2012 uliczne demonstracje stały się ulubioną rozrywką mieszkańców Europy Środkowej.

W Budapeszcie - wielotysięczne manifestacje to protestują, to popierają Viktora Orbana. W Bukareszcie od dwóch tygodni na ulicach stoją przeciwnicy prezydenta Basescu - których wytrwałość i upór dziwi samych Rumunów, których natura sprzyja raczej krótkotrwałym zrywom. O Grecji nie ma co nawet wspominać, bo tam demonstracja się w ogóle chyba nie kończy.
Wczoraj - dołączyła Polska. I muszę powiedzieć, że jestem z tego dumny. Dumny bo okazało się, że większość z protestujących to ludzie w moim wieku lub młodsi.
Niesamowite, bo nakląłem się na moje pokolenie, że hej: że obojętne, że niezainteresowane sprawami publicznymi, że bezrefleksyjne i niezaangażowane, że bezmyślnie głosujące na Platformę czy PiS, że żyjące wyłącznie paleniem zielska, czy (jak chce prezes Kaczyński): "piwskiem i porno".
 Konflikt o ACTA - jest czymś więcej niż protestem przeciw cenzurze czy walką z piractwem. Stał się przyczynkiem do starcia pokoleń: cyfrowego i analogowego. Pierwsze z brzegu liczby to potwierdzają: w grupie 16 - 24 lata z internetu korzysta 92% populacji. W grupie 50+ raptem jedna trzecia. I w tym kontekście  starczy posłuchać: Grasia, Boniego (który nie wie kto zarządza jego www), czy jaśnie panującego pana Premiera. Dla nich, a do wczoraj także dla mass- mediów "drugiej fali"(TV, radio), sprawa ACTA to jakiś marginalny, nic nie znaczący konflikt. Traktowany był mniej więcej tak samo poważnie jak wyniki przedwyborczych internetowych sondaży zgodnie z którymi Korwin - Mikke powinien już zasiadać w Pałacu Prezydenckim trzecią kadencję. Premier i ministrowie nie rozumieją, że przeciw nim staje "trzecia fala" - mediów indywidualnych i ich odbiorców, mediów interaktywnych, swobodnych i nieznoszących kontroli. Oddziałujących na wielu - przez wielu.
Społeczeństwo (a przynajmniej jego młodsza część) zmieniło stan skupienia i miejsce zamieszkania. Przeprowadziło się do rzeczywistości wirtualnej. Siedziałoby sobie tam spokojnie, kryjąc się przed "realem", pozwalało łupić coraz wyższymi podatkami, spokojnie przyjmowało coraz idiotyczniejsze przepisy prawa, dźwigało na karku rosnącą armię urzędników. W rzeczywistości wirtualnej, można przecież rozładować frustracje, rozerwać się, poznać kogoś, poczuć się twórcą, liderem. A tu nagle okazuje się, że ktoś pakuje się z buciorami w to wszystko i do społeczeństwa zatopionego w swoich wirtualnych sprawach dociera nagle, że aby intruza wyprosić nawet zainstalowanie na FB guzika "nie lubię tego" może nie starczyć, podobnie jak podpisanej wirtualnie petycji, spłodzenie jadowitego wpisu na bloga, czy obraźliwego komentarza na forum. Żeby obronić dom - nie można się w nim po prostu zamknąć i czekać aż wróg wejdzie do środka. I sięgnęli po dość oldschoolowy sposób wyrażania dezaprobaty: uliczną demonstrację.
Nie chciałbym nikogo zniechęcać - ale to nic nie da. Zwłaszcza jeśli organizatorzy zapowiadają wystąpienia "spokojne, pokojowe i kolorowe". Co tu dużo gadać - dla rządzących taka demonstracja to żaden problem. Popatrzą na to w kategorii festynu, czy karnawału i tyle. Jak nikt nie będzie palił opon, rozbijał obozowisk namiotowych pod Sejmem, rzucał kamieniami w Pałac Prezydencki. W najbliższym czasie wyborów nie ma - to co to kogo interesuje? Zima jest połażą, pokrzyczą i pójdą do domu, żeby nie marznąć.

Podoba się nam to czy nam się nie podoba: ACTA zostanie jutro podpisane przez polskiego Ambasadora w Japonii. Premier zapowiedział. Później umowa zostanie ratyfikowana, a Policja i Prokuratury dostaną polecenie nie zwracania uwagi na przestępstwa związane z ochroną znaków towarowych i własności intelektualnej przez rok, maksimum dwa lata. W tym czasie politycy będą powtarzać, że nic się nie stało, że cała styczniowa ruchawka na nic. A jak się vacatio legis skończy to...
Mówiąc krótko: nie kijem nas - to pałą.
Najgorsze, że władza demokratycznie wybrana - obalić taką ad hoc nie tak łatwo.

PS. Strasznie żałuję, że nie ma mnie w Polsce. Móc wziąć udział w być może jedynym masowym zrywie "przeciw" zainicjowanym przez ludzi mojego pokolenia - bezcenne!

niedziela, 18 grudnia 2011

Cyrk Palikota

Partia dziwów i cudów wszelakich (szczególnie wyborczych), w której reprezentacji parlamentarnej brak chyba tylko baby z brodą, Cygana połykacza noży i kozła, będąca przy okazji jedyną jawnie wodzowską na polskiej scenie politycznej, zdała sobie chyba sprawę, że umieszczenie nazwiska lidera w nazwie wygląda źle z czysto wizerunkowego punktu widzenia.

Ruch Palikota, bo o nim rzecz jasna mowa, ogłosił jakiś czas temu, że zmieni nazwę. Nową - chce wyłonić w konkursie. I tu, jak mawiał Wieniawa, "zaczęły się schody". Partia zamówiła kilka ekspertyz i z dwóch z nich (podaje PAP) wynika, że wykreślenie nazwy z rejestru partii, po to by w to miejsce wpisać nową, może oznaczać rozwiązanie jej samej.  Partia zawahała się i ustami rzecznika Andrzeja Rozenka uznała, że musi poczekać nieco dłużej, bo perspektywa utraty jedenastu dużych baniek dofinansowania z budżetu Państwa (czyli kieszeni podatnika) mogłaby być dla niej przykra. Tym samym idealistyczny Ruch Palikota dołącza do grona politycznych kłamczuszków, ujawniając przy okazji, że w naszym prawie o partiach politycznych ukryta jest brzydka, śmierdząca kupa.
28 października Roku Pańskiego 2011 Pan Armand Ryfiński (Ruch Palikota) w wypowiedzi dla Polskiego Radia oznajmił:

Powinniśmy zrezygnować z finansowania Kościoła przy pomocy funduszu kościelnego, zlikwidować finansowanie partii i w zamian dać pół procent więcej na organizacje użytku publicznego, Kościoły i partie, i niech co roku obywatele decydują, na co chcą przeznaczyć te pieniądze.

W czym więc problem Panie Palikot? To chcecie tej kasy czy nie?

Wejście do parlamentu partii Palikota jest dowodem na fakt, że polska demokracja już przeistacza się w ochlokrację - rządy motłochu - i jest kompromitującą porażką systemu szkolnictwa. Z badania OBOP (tu) wynika bowiem, że 2/3 wyborców tej partii to ludzie z wykształceniem wyższym i średnim, 2/3 jest mieszkańcami miast i 2/3 przed 40 rokiem życia.
Jak już kiedyś pisałem "młodzi, wykształceni, wolni z dużych miast" poszli zagłosować na partię typowo populistyczną, z nierealnym, głupim i sprzecznym wewnętrznie programem, z urągającym dobremu smakowi ślubowaniem podczas nocy powyborczej. Partię, która wprowadziła do Sejmu takiego giganta intelektu jak Robert Biedroń, który za każdym razem gdy otworzy w Sejmie buzię - kompromituje jeszcze bardziej całą tą skompromitowaną już instytucję (można poczytać tu ).
Uważam, że coś w obecnej demokracji należy zmienić. Wizja Tofflera, mówiąca o dyktaturze mniejszości już się spełnia. Sądzę, że albo trzeba wprowadzić przymus głosowania (jak we Włoszech), albo losowo wybierać proporcjonalną do absencji wyborczej liczbę reprezentantów (żeby Sejm reprezentował 100 procent społeczeństwa - a nie jak w obecnym przypadku, rządzi partia na którą zagłosowało de facto 18 proc. uprawnionych do głosowania - szczegółowe wyliczenie tutaj).
Najlepiej jednak byłoby pójść w zgoła innym kierunku i wprowadzić cenzus wyborczy: trudny test z wiedzy obejmujący ekonomię, politykę, podstawy prawa, wnioskowanie logiczne itp. - ułożony przez Sąd Najwyższy albo Trybunał Konstytucyjny lub powołaną do tego celu apolityczną instytucję, złożoną z pozbawionych prawa do głosu profesorów uniwersyteckich, z których każdy pod groźbą odpowiedzialności karnej byłby zobowiązany zachować anonimowość (żeby zminimalizować ryzyko korupcji) - każdy kto chciałby mieć wpływ na rzeczywistość musiałby zaliczyć go przed wyborami. Idę o zakład, że wyniki takich wyborów byłyby zupełnie inne niż obecne, a 90% wyborców Ruchu Palikota nie byłoby w stanie go zdać. Z korzyścią zresztą dla Polski, której "plastikowa demokracja - ochlokracja" ładnych twarzy i celebrytów w polityce - najzwyczajniej w świecie szkodzi. 
Jako, że Partia Palikota ogłosiła konkurs na nazwę - mam swoją propozycję - umieściłem w tytule wpisu.

niedziela, 11 grudnia 2011

Świnka europejska

Brytyjczycy rozsyłają instrukcje do ambasad w krajach strefy euro mówiące o tym w jaki sposób postępować, gdy euro upadnie. Po Irlandii krążą plotki, że już od końca lata mennice drukują, ale nie euro, a funty. Dziś w Tok FM korespondent Rzeczpospolitej w Rzymie wypowiadał się mówiąc, że wszyscy Włosi z przerażeniem oczekują jutrzejszego wystąpienia Montiego, który ma zapowiedzieć ciężkie czasy. Rynki obgryzając paznokcie do drugiego paliczka czekają na spotkanie Sarkozy'ego z Merkel i "jakieś" decyzje, które powinny na nim zapaść. Narodowemu Bankowi Polskiemu nie udaje się interwencyjny skup złotówki. Sikorski nawołuje kraje Europy do rezygnacji z części suwerenności i pogłębienia integracji. W sieci i gazetach pojawiają się prognozy prześcigające się w czarnowidzkich prognozach tego co stanie się gdy euro się jednak wywali.

Odpowiedź na większość wątpliwości ma przynieść zbliżający się tydzień. Prawdopodobnie nie przyniesie. Prof. Krzysztof Rybiński w swoim blogu prognozuje, że w ciągu 2012 roku odbędzie się jeszcze dziesięć spotkań na szczycie, które mają uratować strefę euro, a w konsekwencji UE przed rozpadem, a podczas jedenastego zostanie uchwalone to, co powinno już być uchwalone dawno: powrót Grecji do drachmy.

Jak nie rozwalić UE?

Unia Europejska to taka (jak lubi mówić mój kolega w nieco innym kontekście) świnka morska. Ani świnka, ani morska. Nie jest to państwo, ale nie jest to też stowarzyszenie państw. Niby federacja, ale nie do końca. Podobno ma wspólną politykę zagraniczną, ale każdy z krajów członkowskich prowadzi ją po swojemu. Kraje są w niej teoretycznie niepodległe, ale prawo unijne ma priorytet w stosunku do prawa krajowego. Ma priorytet w stosunku do regulacji lokalnych, ale musi być zgodne z Konstytucją kraju członkowskiego. Takie zamieszanie powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek szybkiej i sensownej decyzji - staje się niemożliwe, jeśli nie chce się naruszyć całej misternie zbudowanej, niebosiężnej, ale i delikatnej konstrukcji zależności jednych praw od drugich.

Sama deklaracja powstania (jeśli nie pójdą za nią natychmiastowe działania i konkrety) superpaństwa europejskiego sytuację mogłaby poprawić, ale tylko na chwilę. A Unia jest tworem na wyrost: w którym jak za najwstrętniejszej komuny w ZSRR tworzy się nowego "Europejczyka" mimo, że nadal rozgrywają się mecze narodowych namiętności i interesów, chęci i niechęci - w rzekomo pozbawionym już nacjonalistycznych ciągot, wysoko rozwiniętym, samoświadomym i tolerancyjnym społeczeństwie. Gówno prawda. Belgijski rząd nie mógł powstać przez prawie dwa lata ze względu na podziały narodowościowe, Szkoci po trzystu latach okupacji angielskiej nadal mają swoją flagę, reprezentację piłkarską i broń Boże pomylić Szkota z Anglikiem. Baskowie podkładają bomby w proteście przeciw kastylijskiej dominacji, a Katalończycy w większości chcą swojego państwa, bo wiedzą, że z Barcelony lepiej zadbają o swoje interesy niż dba o to Madryt. Mediolańczycy najchętniej odpiłowaliby półwysep apeniński w okolicach Rzymu i wysłali południowców do Afryki, bo uważają, że tam ich miejsce. Ponoć u zarania włoskiej państwowości Wiktor Emanuel powiedział: "Stworzyliśmy państwo włoskie, jeszcze musimy stworzyć Włochów". Sytuacja Unii Europejskiej jest podobna - tyle, że trudniejsza, bo narody lepiej wyedukowane i samoświadome.

Sikorski przedstawił sensowny plan. Sensowny, bo pragmatyczny tyle, że oderwany od realiów i niewykonalny. Jeśliby nawet założyć na moment, że nagle rządy państw członkowskich uznają, że dla ratowania sytuacji poświęcają część suwerenności swoich krajów - daję głowę - trzy czwarte tych rządów upadnie. I nie obali ich lud wychodzący na ulice w obronie niepodległości, tylko zapisy które jak sądzę, każdy kraj ma w swojej konstytucji. Niestety, ale PiS ma rację mówiąc, że to co Sikorski proponuje jest pogwałceniem Konstytucji RP. Konkretnie artykułu 5. Co więcej: jeśli Prezydent RP zgodziłby się na podpisanie umowy międzynarodowej ograniczającej suwerenność kraju, z automatu staje się krzywoprzysiężcą, bo w ślubowaniu w Sejmie, w towarzystwie małżonki i Boga prosząc o wsparcie mówił, że będzie stał na straży niepodległości kraju.

Za samą gadaninę Trybunał Stanu pewnie Sikorskiemu nie grozi, ale za realne działania idące w tym kierunku - już tak. Pozostałaby zmiana Konstytucji - przy obecnym układzie sił w Parlamencie niemożliwa. Jedynym innym rozwiązaniem byłoby chyba referendum, ale czy narody Europy czują się naprawdę na tyle "Europejczykami" by na postawione pytanie: "Czy chcesz stworzenia jednego europejskiego superpaństwa" odpowiedzieć TAK? Myślę, że wystarczy obejrzeć dowolne rozgrywki reprezentacji narodowych by odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Zresztą, politykom samym nie zależy na pogłębieniu integracji: zdegradowanie się z Prezydenta do roli - w zasadzie wojewody chyba żadnemu z nich nie przypadłoby do smaku.

Mogłoby być tak, że UE zdecyduje się na rezygnację z euro i powrót do narodowych walut. Jestem pewien, że bankierzy trzęsą się ze strachu na myśl o takim scenariuszu i ich lobby dokłada wszelkich starań, żeby się nie ziścił. Jestem również pewien, że nie przypadłby politykom do gustu - przypuszczam, że większość obecnej klasy politycznej, w chwili gdy opadłby kurz musiałoby szukać sobie nowego zajęcia.

A jeśli jednak...?

W chwili, gdy rozleci się strefa euro, należy się spodziewać, że ludzie rzucą się do bankomatów i zaczną wypłacać pieniądze by ulokować je w czymkolwiek byle nie trzymać nic nie wartego papieru, którego za chwilę nie będzie, a którego przyszłość i przeliczenie na nowe waluty są niepewne. Problem polega na tym, że banki tych pieniędzy fizycznie nie mają (ze względu na utrzymywaną na żenująco niskim poziomie rezerwę). Zwrócą się więc, jak zwykle w takich przypadkach, do Banku Centralnego. Tylko, że on też ich nie będzie miał, bo z chwilą gdy zadecyduje się o likwidacji euro przypuszczalnie straci prawa emisyjne, a rezerwy szybko się skończą. Jeśliby nawet utrzymał prawo emisji do momentu gdy mennice państw członkowskich zaczną drukować waluty narodowe i zdecydowałby się na dodruk pieniądza rozpęta inflację na trudną do przewidzenia skalę. W momencie, gdy pierwszy klient banku odjedzie od okienka z kwitkiem, a nie oszczędnościami życia, gdy ceny poszybują do góry - na ulicach najpewniej rozpęta się piekło. Okradzeni (bo nie można tego inaczej nazwać) będą szukać sprawiedliwości, a sądy nie będą mogły jej wymierzyć - wezmą więc sprawy w swoje ręce - a oznacza to powybijane szyby, popalone samochody, starcia z policją, zabitych i rannych, samobójstwa - czyli wszystko to co działo się w kilka lat temu w Argentynie - w odpowiednio większej skali. Stratni byliby wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nazaciągali kredytów w euro - pod warunkiem, że mają zapasy jakiejś stabilnej waluty, żeby błyskawicznie je spłacić. Co działoby się dalej - można pozgadywać: może stan wyjątkowy dla przywrócenia porządku, może bankructwa państw? Prawie na pewno rosnące radykalne nastroje w społeczeństwach, przedterminowe wybory, które powygrywają jacyś polityczni outsiderzy, o których istnieniu teraz nawet nie wiemy, powrót do państw stricte narodowych, kontroli na granicach, ceł itd.

Europejskie rządy, przede wszystkim: Włoch, Hiszpanii, Grecji, Irlandii (ale nie tylko, bo nie ma w UE kraju, który byłby na plusie) zapomniały o tym, o czym wie każdy człowiek w chwili gdy zaczyna rozumieć czym są pieniądze. Nie można zadłużać się w nieskończoność, a długi kiedyś trzeba oddać, bo jeśli się tego nie zrobi - straci się twarz i nikt nigdy już nie pożyczy. W Polsce umieszczenie na listach Biura Informacji Kredytowej i na Czarnej Liście Dłużników praktycznie uniemożliwia wzięcie jakiegokolwiek kredytu. Banki zarządzają ryzykiem - państwa o tym zapomniały i długi z kredytu hipotecznego zaczęły spłacać konsumpcyjnym, konsumpcyjny kartą kredytową, a kartę kredytową kasą wziętą pod zastaw u lichwiarza. Państwa zapomniały, że nie wolno wydawać więcej niż ma się przychodów - ale politykom, w imię ich własnych interesów - było wszystko jedno - naobiecywać, narozdawać, byleby uzbierać głosów i utrzymać się przy korycie. Jak kasy brakuje - dodrukować.

Nadchodzi chwila prawdy. To co ujrzymy na dnie recesji będzie rzeczywistym obrazem gospodarki, tego ile tak naprawdę warte są nasze pieniądze, a ile warta nasza praca.

Być może nadchodzą najgorętsze Święta od kilkunastu lat.

Powodzenia!


 ibsen82, niedziela, 04 grudnia 2011; Bartosz Sowisło

Jak się w Polsce gasi pożar

Krótko przed świętami Wielkiej Nocy w 2010 roku zasiadłem w pierwszym rzędzie Airbusa A320 lecącego z Katowic do Madrytu. W planach miałem zwiedzić: Valladolid, Santiago di Compostela i La Corunę. Najciekawsza przygoda tego wyjazdu miała jednak miejsce na kilka minut po tym, gdy różowy samolot wystartował z Pyrzowic.

Co kibic wiezie w torbie

Obok mnie zasiadło kilku nadzwyczaj malowniczych dżentelmenów, których stroje wskazywały na sportowe upodobania, sylwetki na wiele godzin spędzonych na siłowni, a twarze na bardzo bogatą przeszłość. Czaszki mieli ogolone - w przeciwieństwie do twarzy - a upodobania kulinarno – trunkowe sprowadzały się do miniaturowych buteleczek Johny'ego Walker'a, po cztery euro sztuka, które opróżniali z zadziwiającą sprawnością i zaciekłością. Alkohol rozwiązuje języki, szybko więc postanowili się ze mną zaprzyjaźnić i wciągnęli mnie w jedną z bardziej interesujących konwersacji jakie miałem okazję odbyć w swoim dotychczasowym w życiu.

Panowie, gdy tylko prześwietlili moją przeszłość pod kątem wspierania określonych klubów piłkarskich i gdy okazało się, że pod koniec podstawówki obnosiłem się z biało niebieskim szalikiem z logo jednego ze śląskich klubów uznali mnie prędko za swojaka i przyznali się, że do Hiszpanii lecą w charakterze... przyszłych gwiazd kina. Istotnie, kilka rzędów za nami miejsce zajął reżyser i operator kamery w jednej osobie, który po nakręceniu biograficznego filmu o Ryśku Riedlu, wziął się za temat kontrkultury kibicowskiej.

Program zwiedzania mieli nieco inny niż mój. Można by go określić mianem sportu ekstremalnego: mecz na stadionie Atletico Madryt z którym to klubem ich klub trzyma europejską sztamę, ustawka w lesie koło Pampeluny i jeśli by ją przeżyli – zwiedzanie Barcelony.

Rzecz jasna, najbardziej zaciekawiła mnie ustawka – szczególnie, że wszyscy zbliżali się już na oko do czwartego krzyżyka. Na moje pytanie, czy nie są już na to za starzy, siedzący najbliżej mnie odpowiedział:

- Stary... Wiesz jaki ja potem grzeczny w domu jestem? Mam trzydzieści osiem lat, dla mnie to już końcówka, ale jaka żona zadowolona gdy się tak wyżyję poza domem. A w ogóle, to wiesz kto z nami jedzie?

- No wiem – odpowiedziałem – ten reżyser...

- No on też, ale wiesz kto z nami jeszcze jedzie? Nigdy nie zgadniesz.

Przeskanowałem przestrzeń w pobliżu w poszukiwaniu jakiejś znanej twarzy i rzuciłem nazwiskiem dość znanego piłkarza grającego w latach pięćdziesiątych w tym klubie. Obecnie będącego pewnie koło osiemdziesiątki. Łysa, poznaczona bliznami czaszka pokręciła się w prawo i w lewo.

- Mówiłem, że nie zgadniesz. Ale ci powiem – i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – Jedzie z nami... Adolf Hitler.

Zrobiłem wtedy jakąś krytyczną uwagę na temat ilości whisky, którą wypił. Ale oryginalny towarzysz podróży szybko wyjaśnił:

- Kolega, wiesz, ten co siedzi pod oknem. Jest takim trochę, no, neonazistą...

Moi bohaterowie mogą wydawać się czytelnikowi śmieszni. Dorośli ludzie tłukący się po łbach w zasadzie bez powodu, jadący do Hiszpanii z portretem Hitlera. Czy ocenilibyśmy ich jednak tak samo surowo, gdyby bili się na ulicach w interesie społeczeństwa, przeciwko zachłannym zakusom rządzących, którzy nie mają innego pomysłu na naprawę finansów publicznych jak tylko zedrzeć dodatkowe kilka miliardów z ludzi?

Ubezwładnieni internetem

W czasach w których żyjemy, w społeczeństwie w którym nas umieścił los, coraz już mniej takich ludzi. Może to i dobrze, bo na ulicach spokojniej i bez strachu można przejść przez park w nocy. Zresztą, sądząc może trochę po pozorach – moi współtowarzysze podróży nie sprawiali wrażenia takich, którzy zaatakowaliby na ulicy kogoś z chęci zysku, czy bez powodu. Wymyślili sobie jakąś dziwną jednoczącą ich ideologię opartą o klubowe barwy i uznali ją za atrakcyjną na tyle, by okładać się w jej imię po lasach łańcuchami i stylami od łopat.

W wysokorozwiniętych społeczeństwach, coraz mniej jest już idei, które pociągnęłyby za sobą ludzi tak dalece, by dali się za nie może nawet nie zabijać, ale w ogóle narażać na jakikolwiek dyskomfort. Są oczywiście wyjątki, jak choćby niedawne zajścia w Londynie, czy Rzymie. Wyjątki jednak, jak mówi przysłowie, potwierdzają regułę.

Sporą rolę w katalizowaniu negatywnych emocji społeczeństwa, pełni Internet. Ekspresja frustracji, którą dawniej realizowałoby się na przykład demolując ulice, urządzając przewroty, walcząc z policją, czy dokonując zamachu na znienawidzonym polityku, przeniosła się do sieci. Mimo wszelkich dobrodziejstw jakie niesie ze sobą Internet, stał się znakomitym wentylem bezpieczeństwa dla polityków, którzy mogą robić w zasadzie co im się żywnie podoba bo napięcia, niechęć i agresja w znacznej mierze realizują się na forach, w komentarzach pod artykułami, czy wypowiedziami, w blogach... Przypuszczam, że gdyby nie ten postmodernistyczny Hyde Park ilość ulicznych ruchawek przeciwko postępowaniu rządzących byłaby znacznie większa. A tak: wygadają się, wywrzeszczą milcząco katując klawiatury i będzie spokój.

Coś jednak się zmienia. Mimo, że Internet w jakiś tam sposób daje możliwość neutralizacji negatywnych emocji, po niedawnym expose Tuska można odnieść wrażenie, że Rząd się boi.

Rząd się boi

Wyborcza.biz zamieściła niedawno artykuł: „Rząd zaciska pasa”. I owszem zaciska, tylko nie sobie, a obywatelom i nie pasa, a pętlę. Na szyi. O ile zapowiedzi zrównania wieku emerytalnego i podniesienie go można jeszcze jakoś zrozumieć, o tyle podnoszenie praktycznie wszystkich podatków – w tym akcyzy na olej napędowy, która wpłynie na ceny wszystkiego co trzeba transportować – to już rozbój w biały dzień. Szczególnie, że w exposee nie padło ani słowo na temat np. redukcji zatrudnienia w administracji publicznej ( a jest tych darmozjadów 640 tysięcy – cztery razy więcej niż za Jaruzelskiego i co gorsza, będą pracować do 67 roku życia, czyli trzeba im będzie dłużej płacić pełną pensję!), prywatyzacji, bądź likwidacji ZUS, czy racjonalizacji wydatków publicznych. Rząd nie oszczędza - Rząd zabiera się za rabowanie tego co obywatelom jeszcze zostało i wie, że obywatelom może się to przestać podobać. Wie Internet katalizujący frustrację nie jest rozwiązaniem ostatecznym, a jedynie środkiem, który podnosi temperaturę wrzenia, ale nie spowoduje, że wrzenie nigdy nie nastąpi. Rząd wie, że ludzie mogą w końcu wyjść na ulice Warszawy, tak samo jak wyszli niedawno na ulice Rzymu.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym samym wystąpieniu, w którym obiecuje się wszystkim ciężkie lata, podwyższone podatki i wydłużoną pracę, pod koniec padają zdania o podwyżkach dla policjantów i żołnierzy.

Kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności, Pan Prezydent po zadymie z 11 listopada proponuje nagle zakaz zasłaniania twarzy podczas zgromadzeń publicznych. Ciekawe, że dzieje się to akurat teraz, ciekawe, że nikt nie zaproponował tego przez minione dwadzieścia lat: gdy protestowali górnicy, gdy kibice podpalali stadiony, gdy Lepper urządzał zadymy końcem lat dziewięćdziesiątych. Propozycja zakazu pojawia się akurat teraz, gdy dwie małe grupki ekstremistów pobiły się w trakcie święta niepodległości, a tuż po exposee, które przewiduje na wszystkie problemy tylko jedną receptę: podnieść podatki i kazać ludziom dłużej pracować.

Teoria walki z pożarem

Są grupy ludzi, którzy muszą się wyżywać używając fizycznej przemocy, którym nie wystarczy marudzenie online, czy offline. Stanowią margines - jak moi znajomi z samolotu – gdy czasy są spokojne. Gdy jednak sytuacja się pogarsza i wini się za nią (nie bez powodu zresztą) nieudolną politykę Rządu margines się poszerza i wtedy najbardziej namacalnym przedstawicielem Władzy, któremu można wymierzyć kopa, albo rzucić w niego kamieniem jest policjant. Ten właśnie glina, stojąc w kordonie, w kasku, z tarczą i pałą naprzeciw tłumu, gdy wokół latają kostki brukowe i gdy wie, że ludzie Ci wyszli na ulice w słusznej sprawie, ma nie mieć wątpliwości, kto mu płaci i kogo ma bronić. Szczególnie, że w tłumie stojącym naprzeciw może ujrzeć sąsiada, albo kuzyna. Im więcej dostanie pieniędzy – tym mniej skrupułów i tym mniejsza pokusa, żeby nie stawić się na służbę.

Żeby tego było mało: w ramach ściślejszej integracji europejskiej, już od kilku lat funkcjonuje wewnątrz UE formacja o nazwie Eurogendfor (European Gendarmerie Force). Polska jest krajem partnerskim tego projektu. Są to siły porządkowe, które mają uprawnienia do działania na terenie dowolnego kraju sygnatariusza. Oznacza to, że jednostka francuskiej żandarmerii umieszczona na terenie Polski ma dokładnie takie same uprawnienia jak polska policja. Wniosek jest prosty: jeśli polscy policjanci nie zechcą pałować, albo polewać wodą z armatek polskich demonstracji – sprowadza się Francuzów, którzy takich skrupułów mieć już nie powinni. Jednym z trzech głównych celów Eurogendfor jest bowiem dbanie o porządek publiczny (można poczytać na www.eurogendfor.eu).

Rząd, powtórzę raz jeszcze, grozi społeczeństwu paluszkiem, daje do zrozumienia: siedźcie w domach, jeśli wyjdziecie na ulice z nieczystymi intencjami i zasłoniętą twarzą zamkniemy Was nim zdążycie cokolwiek zrobić.

Pożar na światowych rynkach zbliża się do polskich granic. Złotówka leci na łeb na szyję bez wyraźnego powodu i jeśli ta tendencja się utrzyma, wkrótce odczujemy to wszyscy przy najbliższych zakupach, gdy przyjdzie nam zapłacić więcej za pomarańcze, banany, czy jakikolwiek inny towar, który został sprowadzony zza granicy i za który importer zapłacił unijną walutą, na to nałoży się jeszcze wzrost cen spowodowany wyższymi cenami paliwa, za sprawą podatku od kopalin podrożeje energia elektryczna. Gdy ludzie zorientują się, że pieniądze w ich portfelach to coraz mniej warty papier i gdy okaże się, że jest tego papieru nie dość by spłacać kredyt mieszkaniowy zaciągnięty w obcej walucie okaże się, że siedzenie w domu i wylewanie żalów na forach internetowych nie starcza i wybuchnie pożar. Rząd Tuska nie udaje nawet, że ma zamiar próbować zapobiec temu pożarowi, szykuje się do gaszenia. A pierwsza zasada walki z ogniem mówi: walcz agresywnie.




ibsen82, niedziela, 27 listopada 2011

Lektury nie - nacjonalistyczne

Krótko przed wyjazdem z Polski, jednym okiem, jednym uchem, obserwowałem toczącą się na łamach „GW" dyskusję o liście lektur szkolnych. Nazwisk stron nie pamiętam, ale też nie sądzę by były nadzwyczajnie dla sprawy istotne - w przeciwieństwie do poglądów przez nie głoszonych. Podobnie jak w większości bieżących światopoglądowych polemik w Polsce starły się ze sobą dwa przeciwstawne stanowiska, to które określam zwykle mianem „postępowego" i drugie: „konserwatywne". Jak łatwo się domyślić, postępowcy chcieliby głębokiej rewizji kanonu lektur, co pociągnęłoby za sobą przypuszczalnie wymiecenie pozycji „bogoojczyźnianych" i „martyrologicznych", a wprowadzenie w jego miejsce książek nowych i niosących „nowe" wartości: tolerancję dla odmienności, postmodernistyczną niepewność, multikulturowość i według obrońcy powyższego stanowiska: „zmuszające do myślenia".

Faktem jest, że szkoła powinna ewoluować, bo w ciągu piętnastu lat w trakcie których rozhulała się informatyczna rewolucja – szkolnictwo jakoś zasadniczo się nie zmieniło, ale nie w tym rzecz. Zmiana kanonu lektur jest zmianą jakościową w bardzo ograniczonym zakresie – zamianą rogalika z czekoladą na rogalik z dżemem. Zastanowić się tylko należy czy zmiana nadzienia rzeczywiście wyjdzie młodzieży na dobre.

Jeśliby propozycja się przyjęła należy przypuszczać, że wszystkie dotychczasowe nakłady „Pana Tadeusza", „Ogniem i Mieczem", poezje Baczyńskiego, Norwida, dramaty Wyspiańskiego, proza Reymonta czy Żeromskiego posłużyłyby do podpierania przewracających się bibliotecznych szaf wypełnionych... No właśnie – czym?

Pech chciał, że historia naszego kraju, na przestrzeni minionych trzystu lat to jedno pasmo: zmian granic, wojen, powstań, najazdów, konfederacji, upadków i powstawania od nowa państwowości, spisków, zdrad, uderzeń w pysk na odlew od sąsiadów, przemieszanych z kopniakami w tyłek od tychże, wypinania się sojuszników, rządów sprzedawczyków i może 40 lat jako takiej niepodległości (dwudziestolecie międzywojenne i lata nam współczesne – chociaż obecne umiejscowienie Polski w systemie prawnym UE stawia faktyczną niepodległość pod poważnym znakiem zapytania). Skoro tak dużo się na terenie tego kraju działo – trudno żeby pisarze i poeci roztkliwiali się nad egzystencjalnym bólem istnienia (choć i takich mieliśmy), w chwilach gdy samo istnienie jest zagrożone – pisali o tym co było im najbliższe i najbardziej rzucające się w oczy: o kraju i tym co się z nim wyprawia. Nie zmieni tego żaden nowoczesny, kosmopolityczny intelektualista: większość polskiego piśmiennictwa – jest o Polsce – zgodnie z zasadą, że bliższa koszula ciału. Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy warto babrać się w brudach przeszłości, jątrzyć rany i zmuszać dzieciaki do brnięcia po strofach trzynastozgłoskowca odpowiem: warto. Szkoła nie służy do uczenia wyłącznie rzeczy łatwych, lekkich i przyjemnych (bo nie byłoby w niej na przykład matematyki), a nasza historia i jej obraz w literaturze ani łatwe, ani lekkie, ani przyjemne nie były.

Lewicowi intelektualiści zadaliby pytanie: po co? Po co w ogóle odnosić się czasach globalizacji i światowego społeczeństwa do kategorii narodu, po co wspominać, że kiedyś nas najechali Rosjanie innym razem Niemcy, a jeszcze innym Szwedzi? Może właśnie lepiej byłoby o wszystkim zapomnieć, zostawić za sobą i poczekać aż w melting pot roztopią się kultury narodowe i narodzi się kultura globalna? Cóż, chyba jeszcze długo, długo nie. Wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy nacjonalistami – podobnie reagujemy na flagę, dźwięki hymnu, zwykle staramy się mówić dobrze o naszym kraju, gdy przebywamy za granicami. Ponadto, aby doprowadzić do powstania prawdziwego globalnego społeczeństwa, najlepiej jednolicie zarządzanego trzeba by wyeliminować wpierw różnice w poziomie rozwoju (tak gospodarczego, jak i mentalnościowego) poszczególnych społeczeństw, a na to trzeba jeszcze dziesiątków jeśli nie setek lat (choćby cała Afryka, gdzie pojęcie tożsamości narodowej jeszcze się nawet nie narodziło). Trudno powiedzieć czy dojdzie do tego kiedykolwiek – kraje rozwinięte, wbrew użyciu czasownika w formie dokonanej, są w gruncie rzeczy krajami rozwijającymi się i nie czekają na to aż inne kraje ich dogonią. Jakie są skutki integrowania się w sferze ekonomicznej państw o różnym poziomie rozwoju, obserwujemy właśnie na przykładzie greckiej awantury.

Do tego dochodzi czynnik chyba jeszcze ważniejszy: tak długo, jak przedstawiciele poszczególnych grup etnicznych będą się posługiwać różnymi językami, tak długo nie dojdzie do pełnej integracji – chyba, że ktoś zdecyduje się narzucić jeden język dla całego świata, który zostanie potraktowany gremialnie jako „wspólna mowa" i będzie uczona od de facto urodzenia nowej jednostki. Tak długo więc jak te bariery nie zostaną zlikwidowane – pojecie narodu będzie aktualne, a skoro tak – to należy o nie dbać i pielęgnować – a dzieje się to przez choćby czytanie odpowiednich lektur.

Obejrzałem dziś, po raz trzeci i na pewno nie ostatni, film Ryszarda Bugajskiego „Generał Nil". Nie wiem czy polskie szkolnictwo zabrnęło już na tyle daleko, by umieszczać na liście obowiązkowych lektur filmy – jeśli nie, to ten powinien być pierwszy. Nazwać go wzruszającym, to powiedzieć tyle co nic. Jest wstrząsający. Będąc nauczycielem - wciągnąłbym go do programu nauczania przynajmniej trzech przedmiotów: historii, wiedzy o społeczeństwie i psychologii. Dwugodzinny seans pozwala zrozumieć więcej niż dziesięć przeczytanych książek.

Film pokazuje tak samo dobrze mafijną i bandycką istotę systemu komunistycznego w wydaniu stalinowskim, gdzie na sądowej sali znudzona sędzina mająca zadecydować o życiu oskarżonego, uchyla po kolei każde pytanie jego obrońcy, gdzie Sędzia Sądu Najwyższego boi się umieścić votum separatum w decyzji podtrzymującej wyrok śmierci, gdzie wyrok na Nila zapada w istocie podczas alkoholowej libacji między Różańskim, a radzieckim oficerem, gdzie poczucie niesprawiedliwości i bezradności maluje się nawet na twarzy kata odczytującego postanowienie sądu o powieszeniu skazanego na minutę przed egzekucją, gdzie w końcu używa się całej machiny państwowej do zamordowania człowieka, który wykonywał swoją pracę – w służbie ojczyzny.

Systemu, co trzeba dodać, opierającemu się na hasłach kosmopolitycznej współpracy proletariuszy wszystkich krajów, obiecującym stworzenie „nowego" człowieka, „nowych" systemów wartości, odcięcie się od przeszłości, zerwanie z tradycją itp. (brzmi znajomo?), w którym promowało się i dawało władzę niedouczonym miernotom i drobnym cwaniaczkom. Wiedzieć trzeba też, że mafijna struktura totalnego komunizmu powodowała równanie do poziomu intelektualnego najpotężniejszego, znajdującego się u szczytu piramidy – gangstera wywodzącego się najczęściej z podejrzanego motłochu.

Bierut, którego biografię kiedyś czytałem, i o ile sobie dobrze przypominam, skończył siedem klas. Stalin cztery. Wątpię, żeby w tym czasie zdążyli przeczytać jakiekolwiek lektury i obaj są dowodem, na to co dzieje się z najpiękniejszymi nawet ideami interpretowanymi przez niewyrobione – choćby tradycyjną lekturą – umysły.

A o Fieldorfie i innych wymordowanych bez powodu przez bezkarną (nikt, nigdy nie poniósł odpowiedzialności za śmierć generała) czerwoną swołocz nie wolno nam zapomnieć, tak samo jak nie wolno zapomnieć nam, że ludzie którzy się tego dopuścili, byli takimi samymi jak my Polakami, którym się przytrafiło zapomnieć co znaczy naród.

Bartosz Sowisło

Korzystając z okazji, chciałbym przeprosić za dość długą przerwę w pisaniu i publikowaniu tekstów. Wiele się w moim życiu zawodowym obecnie zmienia - mam bardzo mało czasu.


ibsen82, sobota, 19 listopada 2011

Powtórka z rozrywki

Piszę na gorąco.

Słucham w PR 1 wieczoru wyborczego, do Polskiej telewizji dostępu niestety nie mam. Ogłoszono właśnie wyniki sondażowe:

Wg. TNS OBOP:

PO 39,6 %, PiS 30,1, Palikot 10,1%, PSL 8,2%, SLD 7,7%

Wg. Homo Homini

PO 34,9 %, PiS 29,6%, SLD 12,8%, PSL 9,9%, Palikot 8,6%.

Po pierwsze: Kaczyński zapowiedział, że czeka na Budapeszt (czyli załamanie ekonomiczne kraju, które da mu władzę), że jest pewien, iż za cztery lata będzie rządził. Nieczęsto się z nim zgadzam, ale w tym przypadku akurat ma rację - jest to wariant wielce prawdopodobny. 19% społeczeństwa - bo tyle zadecydowało o zwycięstwie Platformy (48% uprawnionych do głosowania razy 39% oddanych na PO głosów),uznało, że droga dalszego zadłużania kraju, wzrostu zatrudnienia urzędnikówi inflacji prawa, rozrostu biurokracji i bezsensownych pseudo inwestycji - jest drogą słuszną. Kontynuacja takiej polityki może rzeczywiście doprowadzić do tego o czym Kaczor marzy, a czego Salon się obawia.

Po drugie: Wybory pokazały też, że młodzi, liberalni obyczajowo "z lewa i prawa" - jak określił jeden z komentatorów Polskiego Radia wyborców Palikota potrzebują tak naprawdę politycznego zamordyzmu i prowadzenia za rączkę przez przywódcę. Jak ceniący sobie wolności, młodzi ludzie mogą głosować na typowo wodzowską organizację, która nawet nie zdobyła się na wymyślenie innej nazwy niż dodanie rzeczownika do nazwiska przywódcy? Jak ci sami samodzielnie, podobno, myślący ludzie mogą podnieść prawice i publicznie złożyć quasi ślubowanie swojemu wodzowi będące w istocie pijarowską szopką?

Po trzecie: poczekajmy na oficjalne wyniki wyborów. Sondażownie po raz kolejny dowiodły, że ich praca to wróżenie z fusów. Niedoszacowanie, bądź przeszacowanie o 50% wyniku SLD - zakrawa na kompromitację. Najsprawiedliwszy byłby chyba zakaz publikowania sondaży w roku wyborczym: być może zmusiłby wreszcie ludzi do zastanowienia się nad tym na co tak naprawdę głosują, a nie ślepe patrzenie na słupki poparcia.

Po czwarte: Korwin zapowiedział, że złoży do Sądu Najwyższego skargę na wynik wyborów, co może doprowadzić, jeśli sprawy wyglądają jak je przedstawia, do unieważnienia wyników, choć scenariusz ten można chyba odłożyć w sferę fantazji.

Po piąte: Polacy w dalszym ciągu nie chcą demokracji. Są to kolejne wybory z frekwencją poniżej 50%. Jeśliby potraktować je jak referendum - są nieważne. Ponad połowa ludzi nie chce w tym cyrku brać udziału. Jak to rozwiązać? Może obsadzić wybranymi w wyborach ludźmi tyle procent ile wyniosła frekwencja, a resztę wylosować spośród posiadających bierne prawo wyborcze?

Po szóste: Napieralskiemu pewnie głowę koledzy partyjni zetną (okaże się w nocy, jak ogłoszą oficjalne wyniki). Kaczyńskiemu ściąć powinni - jest czynnikiem, który odstrasza od w miarę sensownej partii gigantyczną część elektoratu.

Polacy po raz kolejny kupili dziś serwowaną im od kilku lat papkę w postaci polityki miłości PO tym razem okraszone PR -owymi sztuczkami Janusza Palikota. Jest to, w połączeniu z niską frekwencją, dowód na to, że społeczeństwo w znacznej mierze składa się z ludzi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem, liczyć i myśleć samodzielnie.

Cieszę się, że od tygodnia mieszkam w Rumunii, i że nieprędko stąd wrócę.

Zapraszam przy okazji na nowego otwartego przeze mnie dziś w niemałym mozole bloga:

http://polonezwrumunii.blogspot.com

Zapraszam Bartosz Sowisło




ibsen82, niedziela, 09 października 2011

Ekologionomia oszukana

Zapowiedzi nowych europejskich podatków, o których pisałem kilka tygodni temu, które, jeśli wprowadzone, spowodują wzrost ceny np. płynnego gazu do prawie czterech złotych za litr, a tony węgla do 1200 - usprawiedliwia się mówiąc, że UE potrzebuje pieniędzy na inwestycje, które ocalą naszą planetę przed zgubnymi skutkami efektu cieplarnianego. Władza pieniędzy potrzebuje zawsze, ale akurat przypadku emisji dwutlenku węgla do atmosfery, argumenty za wyższym opodatkowaniem, jako czynnikiem stymulującym rozwój „czystych” źródeł energii – są po prostu chybione. Bawi się tym samym w Kapitana Planetę, który siłę do działania bierze nie z mocy pięciu żywiołów zamkniętych w pierścieniach – a z naszych kieszeni. I to co gorsza - grubo poniewczasie.

Pozostawiając na boku samą słuszność teorii dowodzących genezy efektu cieplarnianego jako niechcianego dziecka industrializacji należy sobie zadać pytanie: czy rzeczywiście ludzie do tej pory nie robili nic – nie stymulowani przez rządy, a sami z siebie – dla zredukowania emisji?

Odpowiedź jest przecząca. Już od wielu, wielu lat proces oszczędzania paliw kopalnych, a co za tym idzie zmniejszenia się ilości gazów cieplarnianych dostających się do atmosfery – ma miejsce. I to oddolnie – motywowane nie politycznymi decyzjami mądrzących się polityków, a koniecznością ekonomiczną ludzi, którzy chcą oszczędzić trochę grosza i móc go wydać na swoje przyjemności.

Jeśli wziąć do ręki dwa zdjęcia dowolnego polskiego miasta, jedno pstryknięte w 1991, a drugie wczoraj – różnica jest widoczna gołym okiem. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale na ulicy gdzie mieszkają moi rodzice przynajmniej połowa domów została oklejona styropianem, otynkowana; dachy i stropy docieplone; wymienione – na szczelniejsze – okna; inteligentne piece same regulujące temperaturę w pomieszczeniach. Niektóre z domów mają panele do podgrzewania wody, inne rekuperatory ciepła, ktoś tam nawet pompę ciepła. Turbiny wiatrowe nie należą do rzadkości, a i coraz więcej właścicieli domków decyduje się na ogniwa fotowoltaiczne. Nie tylko zresztą domki – praktycznie wszystkie spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe termomodernizują swoje zasoby, przemysłu ciężkiego ubyło (pozamykano większość hut i kopalni i ze Śląska w zasadzie codziennie widać góry – co dwadzieścia lat temu było nie do pomyślenia), albo wdrożył czyste technologie.

Ford Fiesta rocznik 1987 (od rdzy dziurawy jak sito), o silniku 1.1 z wtryskiem i mocy zawrotnych 54 KM, które pozwalały rozpędzić ten bolid do 140 kmph, będący przez ponad dekadę własnością mojej rodziny, palił mniej więcej 7l/100km. Citroen C5, rocznik 2005, którym obecnie jeździ mój ojciec, rozpędza się do przynajmniej 220, ma silnik 1,9 Tdi, o mocy jakichś 120 kucy i pali średnio 6 litrów ropy...

Wszędzie widzimy żarówki energooszczędne, nowe technologie w AGD i RTV, wszystko pozwala oszczędzać energię, a co za tym idzie – pieniądze i emisję dwutlenku węgla.

Jeśliby podliczyć przykładowo dom, w którym mieszkają moi rodzice to sądzę, że w porównaniu do początku lat 90 zużywa on jakieś 30% mniej energii. Nawet przy założeniu, że liczba urządzeń pobierających energię w domu wzrosła o powiedzmy połowę.

Wszystko co wymieniłem wyżej, powinno pozwolić wyciągnąć następujący wniosek: emisja szkodliwych gazów w naszym kraju maleje i redukcja emisji CO2 dokonała się samoistnie i co jeszcze istotniejsze, z korzyścią dla całej (prawie) gospodarki. Bo opłacało się to każdemu: właścicielowi domu, bo oszczędza; pracownikom zatrudnionym przy modernizacji, bo mają pracę; producentom w zasadzie wszystkiego – od kołków do styropianu przez wełnę mineralną aż po kaloryfery i okna; bankom, które część z tych inwestycji finansowały kredytami. Opłaca się właścicielom, klubów, barów, restauracji i agencji towarzyskich – bo właściciel może z czystym sumieniem oszczędzone na ogrzewaniu pieniądze – przechlać i wydać na panienki. Opłaca się nawet Państwu – bo przecież od wszystkiego trzeba zapłacić podatek, a jak obrót duży to i podatku sporo.

Jedynie producenci energii kręcą nosem, ale i oni znaleźli sposób – sprzedają mniej - więc podnoszą ceny, a pech chce, że rynek energii jest tylko iluzorycznie wolny toteż mogą sobie z cenami robić co im się żywnie podoba.

Oszczędzanie w ogóle popłaca. Jest akumulacją kapitału, który można później w jakiś sposób mnożyć i wykorzystać. Przysłowie mówi: „niech oszczędzają bogaci – i nam się opłaci”. Problem polega tylko na tym, że gdy ludzie za dużo oszczędzają – kiepsko się mają banki. Stoi to w sprzeczności z tym co napisałem akapit wyżej – ale tylko pozornie. Jeśli bowiem ktoś ma wątpliwości, niech zastanowi się ile razy zadzwonił do niego ktoś z banku z propozycją otworzenia lokaty. Do mnie ani razu – natomiast proponując kredyt lub kartę kredytową – wydzwaniają regularnie raz na miesiąc.

Oszczędzać nie lubią też politycy. A nie lubią, gdyż zwykle oznacza to tzw. racjonalizację wydatków, czyli po ludzku mówiąc cięcia, a ciąć się nie opłaca, bo się uważa, że źle się to odbija na notowaniach - tłuszczy potrzebne przecież chleb i igrzyska – a za nie brzęczącą monetą trzeba płacić.

Unia Europejska w przypadku podatku węglowego postępuje dokładnie odwrotnie niż powinna. Bo zamiast nakładać podatek na trujących środowisko powinna zwolnić z podatku, tych, którzy postępują zgodnie z jej światopoglądem – a robią to nie dla pustych ideologicznych frazesów, czy dążąc ślepo za niepotwierdzonymi wiarygodnie przez nikogo przyczynami ocieplania się klimatu – a dlatego właśnie, że chcą nieco grosza zaoszczędzić. I za tę zapobiegliwość i gospodarność się ich teraz karze – bo jeśli doprowadziło się dom do stanu, że można go ogrzać przysłowiową świeczką – to jak oszczędzać energię dalej?



Bartosz Sowisło


ibsen82, wtorek, 09 sierpnia 2011

Efekt stada spłosonych łowiecek

Jest 17.25. Za kilka minut zakończą się dzisiejsze notowania na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Nic nie wskazuje na to, żeby WIG miał się odbić od dna i przełamać miesięczną już tendencję spadkową. A stracił całkiem sporo, bo prawie 20% w ciągu minionych trzydziestu dni.

Poprzedni tydzień, kiedym zupełnie nieświadom doniosłych zdarzeń w światowych finansach spływał sobie kajakiem Wdą, przypominał nie tylko na polskiej, ale i światowych giełdach zjazd po skoczni narciarskiej. W czasie, gdy wiosłowałem czerwonym wiosłem, piłem piwko i śpiewałem przy ognisku - przytrafił się jeden z dziwniejszych przypadków w historii współczesnej ekonomii.

Od kilku tygodni w amerykańskim kongresie, Republikanie z Demokratami spierali się o kształt amerykańskich finansów publicznych. Demokraci, z prezydentem Obamą na czele życzyli sobie dalszego życia na kredyt – czyli emisji dodatkowej puli obligacji i podniesienia podatków, by mieć za co finansować wsparcie dla różnych demokracji na świecie, reformę służby zdrowia i inne fanaberie. Republikanie – przeciwni tym rozwiązaniom twardo bronili swojego stanowiska – żądali cięć wydatków i zaprzestania zadłużania kraju i żadnych nowych podatków. I słusznie, bo jakby na to nie patrzeć bogactwo tworzy się z oszczędności i inwestycji, a nie życia na kredyt. Jednak na skutek uporu wybrańców Grand Old Party, mądrzy na opak dziennikarze i analitycy finansowi poczęli wypisywać katastroficzną pracę zbiorową pod wspólnym tytułem: „Czy USA zbankrutują?”. No i się zaczęło. Mimo, że Demokraci i Republikanie poszli, koniec końców, na jakiś zgniły kompromis.

Ekonomia w dobie globalizacji przypomina trochę stado owiec i działają w niej prawidła znane już Le Bonowi, gdy pisał „Psychologię tłumu”. Kiedy pasterz się waha, owce idą za instynktem, a ten każe im szukać bezpiecznego – jak im się wydaje schronienia. Że USA to taki pastuch (by nie powiedzieć świniopas) współczesnego świata, cała reszta owieczek patrzy jak się zachowa. A że stał niepewny już dłuższy czas, to owieczki – inwestorzy się rozpierzchli i uciekli w to, co wydawało im się bezpieczne – wycofując się z pastwiska giełdy, a chowając po jaskiniach złota i krzakach franków helweckich - ku rozpaczy młodożeńców i kredytobiorców frankowych windując ich ceny na poziom najwyższy w historii. Obserwując to wszystko, można odnieść wrażenie, że logikę i giełdę wynalazły jakieś dwie różne ludzkości – bo jednego w drugim nie ma za grosz – pisałem o tym kiedyś zresztą w tekście „Globalne Pierdnięcie”.

Logicznym bowiem byłoby, że skoro amerykańscy politycy jakoś się tam dogadali, to wyprzedaż papierów wartościowych powinna się skończyć (skoro już posługujemy się tym pokrętnym rozumowaniem, że jeśli jakieś Państwo ma kłopoty to przedsiębiorstwa również je mają) – ale nie. Do pieca dołożyła w piątek agencja ratingowa Standard's and Poor's, która wykoncypowała sobie, że Stanom należy obniżyć ocenę wiarygodności kredytowej. Paranoja z jaką zareagowały na to dziś rynki (chyba żadna giełda na świecie nie zamknęła się na plusie), była o tyle irracjonalna, co łatwa do przewidzenia. Zastanowić się tylko należy, czy ocena Standard's and Poor's była aby dziełem przypadku.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy posiadaczem kilku – kilkunastu miliardów dolarów. Chcielibyśmy je jakoś zainwestować, żeby mieć kilkadziesiąt – bo próżność pcha nas ku ścieżce sławy – kto jest najbogatszy na świecie – wiadomo, a my dopiero w drugiej setce i pies z kulawym ogonem o nas nie słyszał. A tu tak: w Europie kryzys, euro leci w dół, ale politycy twardo negocjują, więc może się ruszy w górę, złoto i frank już tak drogie, że pakować się w nie trąci naiwniactwem, kupowaniem na górce i sporym ryzykiem, że się straci. Ale giełdy nurkują - można więc zagrać na spadek, szczególnie, że się wie iż Republikanie nie mogą się zgodzić na podniesienie podatków, bo kongresmen, czy senator, który na to pójdzie, może z automatu szukać innego zajęcia, bo nie dostanie nominacji partyjnej. Zdziwionym jak tu zarobić na spadkach, pędzę wyjaśniać: istnieją takie instrumenty finansowe, które pozwalają zarabiać na lecącym w dół kursie akcji – nazywa się to opcja. Działa jak gra w ruletkę w kasynie – z tą różnicą, że na poważniejszą forsę. Kupuje się więc takich opcji, z dobrą finansową dźwignią (czyli pożycza się na każdego swojego dolara na przykład dziesięć, żeby mieć dobrą „masę” inwestycyjną pieniądza) i czeka, aż kurs spadnie do poziomu, o który się założyliśmy. A tu nagle przykra niespodzianka. Politycy, niby nieugięci w poglądach, wynajdują jakąś trzecią drogę, ścieżynę, której się do tej pory nie dostrzegło. Dźwignie się wzięło dużą - więc w razie wtopy – nie dość, że kasa przepada, to i jeszcze długi zostaną. Co robić? Mając świadomość, że inwestorzy na świecie patrzą jak cielęta na publikowane przez rozmaite agencje ratingi – dzwoni się do kolegi, który akurat piastuje stanowisko dyrektora w jednej z nich. I proponuje, przykładowo miliard, jeśli wymierzy lekkiego klapsa USA. Że każdy ma swoją cenę, a i jakieś poszlaki po temu są - niezawodny, a odpowiednio zmotywowany finansowo kolega dyrektor zmienia rating USA z AAA na AA+. Rynki oczywiście reagują masową wyprzedażą, a wykres kursu staje się linią prostopadłą do osi czasu.

A gdyby się tak na zimno zastanowić, to co właściwie oznacza, że jedna z prywatnych firm obniżyła ocenę USA? Nic. Jedno wielkie zero. Gdyby inwestorzy zwyczajnie olali co tam sobie jakaś agencja gada, nie stałoby się nic. Nawet jeśli taka ocena jest uzasadniona, to degraduje USA do pozycji Belgii, Japonii czy Nowej Zelandii; mówiąc bardziej obrazowo: uczniowi, który miał do tej pory szóstkę z każdego dyktanda, daje się szóstkę minus – bo nie postawił jednego przecinka.

Większość krajów na świecie, prowadzi politykę bardzo nierozsądną polegającą na stałym zadłużaniu się. Jeśliby w podobny sposób funkcjonowały przedsiębiorstwa (albo rodziny), zaciągając długi, po to, żeby je rozdawać na prawo i lewo komu popadnie, by kupić popularność wśród ludzi – dawno mielibyśmy społeczeństwa składające się wyłącznie z bankrutów i żebraków. Że cały świat żyje na kredyt – wiadomo nie od dziś – w końcu, jak twierdzą niektórzy: pieniądze to dług. Każda złotówka, którą mam w kieszeni jest czyimś zobowiązaniem zapłaty. Nie zmienia to faktu, że nawet w tym dziwacznym systemie, gdzie forsa ma wartość hipoteki czyjegoś domu, samochodu lub basenu: Stany, bez problemu będą swoje zobowiązania spłacać. I to długo.

Mali, prywatni inwestorzy pewnie nie zwróciliby nawet uwagi na pomysły S&P. Gdyby nie dwie rzeczy: wiedzą, że opiniom agencji przyglądają się analitycy funduszy inwestycyjnych posługujący się w swoim korporacyjnym, absolutnie niedemokratycznym świecie, procedurami, które każą im nic innego właśnie, jak przyglądać się opiniom agencji. I gdy wiarygodność kredytowa USA spada – sprzedają, a robią tak bo wydaje im się, że spadnie, bo sądzą, że wszyscy zaczną sprzedawać. Małym inwestorom również wydaje się że cena akcji spadnie, bo sądzą, że duzi sprzedadzą – więc sprzedają swoje – pogłębiając tym samym bessę. Gra na giełdzie najbardziej przypomina biesiadną zabawę, gdzie póki gra muzyka, póty ludzie chodzą wokół krzeseł: gdy się zatrzyma – siadają. Tyle, że krzeseł jest mniej niż ludzi i zawsze jest ktoś przegrany. W świecie giełdowym jest nim zwykle ten, kto za późno kupi i za późno sprzeda, a rolę muzyki pełnią wspomniane przesądy i wydawanie się.

Jednak fakt, że opinia prywatnej firmy, którą tak naprawdę mógłby założyć każdy i wypisywać w swoich statystykach dowolne wyssane z palca bujdy*, jest bardziej istotna i wiarygodna dla milionów inwestorów giełdowych na świecie niż potęga gospodarcza, finansowa i militarna jedynego (jeszcze) supermocarstwa – jest bardzo znamienna. Oznacza, że ludzie przestają ufać państwom. Nie chciałbym, by była to pierwsza jaskółka upadku Ameryki – choćby i miał on nastąpić za pięćdziesiąt lat – i jeśli tego doczekam, będę miał ponurą satysfakcję, że eksperyment demokratyczny drugi raz w dziejach nie wypalił.

Kłopoty na giełdzie, mimo że dzięki nowoczesnym instrumentom finansowym jest ona największym kasynem świata, nie są wcale takie wirtualne. Nie wolno zapominać, że akcje, to udział w przedsiębiorstwie – ich angielska nazwa to shares czyli części. Jeśli firma pozyskuje pieniądze na rozwój i inwestycję właśnie z giełdy, to gdy tej kasy braknie, grozi jej stagnacja, albo i recesja, a w najgorszym wypadku bankructwo. A co to dla zwykłego zjadacza chleba oznacza – nie trzeba chyba tłumaczyć.



* - I tak w zasadzie jest – Rosja, która ma większe nadwyżki budżetowe, ma niższy rating niż USA, które ma biliony długów, mimo, że znów na logikę biorąc, jeśli ktoś ma pieniądze, to bardziej prawdopodobne, że je odda niż ktoś, kto chodzi w pożyczonych butach.

Bartosz Sowisło


ibsen82, poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Historyczne zapasy w wadze półśredniej

Zawsze myślałem, że użeranie się o historię jest polskim sportem narodowym. Sportem, który jak boks dzieli się na kilkanaście kategorii wagowych: od piórkowej gdzie spiera się o zdania oceniające w podręcznikach historii dla przedszkolaków; przez półśrednią - nazewnictwo ulic; aż po ciężką i superciężką: stawianie - obalanie pomników i przyjmowanie przez Sejm i Senat Uchwał upamiętniających różne wydarzenia. Oponentami są zwykle politycy i na ogół dość łatwo przewidzieć kto będzie bronił jakiego rozwiązania i jakie będą stron argumenty - podobnie jak wiemy, mniej więcej, jaką taktykę rozegrania meczu przyjęłaby Barcelona, a jaką Szczakowianka Jaworzno.

Jak się jednak okazuje polityczno - historyczne zapasy nie są naszym curlingiem, polo, czy petanque. "Le Figaro" z 22 czerwca tego roku, na pierwszej stronie (przez niedopatrzenie pewnie nie znalazło się to w rubryce "Sport"), walnął tytułem: Robespierre n'a toujours pas droit a sa rue a Paris. (Robespierre nie ma jeszcze prawa do swojej ulicy w Paryżu) i opisem meczu w ww. dyscyplinie między Radą Miasta Paryża a komunistami i radnymi Frontu Lewicowego, którzy Maksymiliana uliczką chcieli uhonorować. Wniosek przepadł, Robespierre ulicy mieć nie będzie.

Sprawa wbrew pozorom nie jest taka zupełnie błaha. Postać, o której mówimy nie żyje już od przeszło dwóch stuleci i mimo tego - wciąż budzi kontrowersje. Nic dziwnego - Robespierre aniołkiem nie był: za jego rządów zdekapitowano około 18 tys. ludzi, a jeśli idzie o radykalizm rewolucyjny i kwestie światopoglądowe można go spokojnie postawić w jednym rzędzie z Leninem i Trockim (choć oni nie przerabiali przynajmniej kalendarza). Z drugiej strony jest autorem francuskiej dewizy narodowej: "Liberte, Egalite, Fraternite" (Wolność, Równość, Braterstwo). Paryscy radni postąpili - chyba słusznie - zachowawczo, choć nie do końca sprawiedliwie. Polityczni przeciwnicy Robespierre'a swoje ulice już mają.

W moim rodzinnym mieście zmieniono ostatnio nazwę jednej z ulic: 22 lipca na Owocową - uśmiechnąć się można ironicznie porównując "ciężar gatunkowy" patronów ulic - bo wypadamy na francuskim tle dość blado - u nich propounuje się dyktatora, rewolucjonistę - u nas zmienia nazwę ustanowioną na pamiątkę daty wydania dokumentu. Niemniej jednak dyskusja podczas sesji Rady Miasta była dość ożywiona.

Na w miarę obiektywną ocenę historii trzeba czasu (o ile jest w ogóle możliwa). Ale i to czyje nazwiska widnieją na skrzyżowaniach nie jest pozbawione znaczenia. Być może i u nas doczekamy się kiedyś ulic PRL - u, albo Gomułki - choć myślę, że nie wcześniej niż za jakieś 150 lat - podobnie zresztą w XIX wieku we Francji nikt nie wpadł na pomysł nadania ulicy imienia Robespierre'a - musiał upłynąć pewien czas i jak widać czasem 215 lat to za mało. Mimo wszystko słusznie, moim zdaniem, polikwidowano w Polsce większość ulic Nowotki (choć w Jaworznie nadal istnieje), Janka Krasickiego, Wandy Wasilewskiej itp - było nie było, ale dowiedziono już dawno, że byli sowieckimi agentami, część z nich do tego mordercami, a z ich działalności Polska odniosła raczej mierne korzyści.

Honorowanie przeszłych polityków poprzez użyczanie ich nazwisk ulicom, jest dość ryzykowną praktyką, z której niewątpliwie cieszą się producenci tabliczek adresowych, a która może być wkurzająca dla mieszkańców, gdy przychodzi im kolejny raz zmieniać wszystkie posiadane dokumenty. W jaworznickim banku nazw ulic leży jedna moja propozycja - na razie niestety nie rozpatrzona, choć wydaje się dość neutralna. Zaproponowałem Stanisława Lema. Być może Rada Miasta sprawdza, czy nie miał przypadkiem teczki w IPN, z której wynikałoby, że był Tajnym Współpracownikiem.


 ibsen82, piątek, 24 czerwca 2011; Bartosz Sowisło

TKO Premiera

Czasem nie warto się silić na wyważanie otwartych drzwi i oddać głos komuś, komu w zgrabniejszy sposób udało się dotknąć istoty rzeczy. Tak też i dziś postąpię umieszczając dość obszerny fragment tekstu p. Marka Łangalisa opublikowanego w tygodniku "Najwyższy Czas!" (nr 20 z 14.05.2011). Nie doszukałem się całości w internecie toteż nie mogę posłużyć się ulubioną metodą pracy twórczej większości magistrantów w Polsce, a nazywającą się obrazowo "control c, control v" i przyjdzie zabawić się w maszynistkę.

Oddaję głos p. Łangalisowi:



"(...) Warto w tym momencie przypomnieć 10 obietnic Donalda Tuska złożonych tuż przed wyborami w 2007, z których to obietnic - jak sam autor chciał - mieliśmy go rozliczyć:

1. Przyspieszymy i wykorzystamy wzrost gospodarczy - w 2007 roku wzrost PKB wyniósł 6,7%, rząd PO w żadnym roku nawet nie zbliżył się do tej wartości, a na 2012 rok zaplanował 4%.

2. Radykalnie podniesiemy płace dla budżetówki, zwiększymy emerytury i renty - "Dzisiaj problemem Polski numer jeden jest zapewnić środki na utrzymanie tym, którzy skazani są na państwowe pensje, a nie pracę w prywatnych firmach" - Donald Tusk (15.10.2007 rok PAP). I trzeba przyznać, że akurat tę obietnicę udało się Tuskowi spełnić. O ile w 2007 na państwowym zarabiało się średnio o ok. 20% więcej niż w sektorze prywatnym (3046 wobec 2564 złote miesięcznie), o tyle obecnie różnica ta wzrosła do 23% (3696 zł na państwowym wobec 3007 złotych w sektorze prywatnym). Różnica jest jeszcze większa jeżeli uwzględnić tylko administrację publiczną. W 2007 zarabiała ona ok. 30% więcej niż niż zarabiało się średnio w sektorze prywatnym. Obecnie ten "problem numer jeden dla Polski" został rozwiązany i w administracji publicznej zarabia się już o 35% więcej niż w sektorze prywatnym. Zatem ten najważniejszy dla Polski problem akurat Tuskowi udało się rozwiązać.

3. Wybudujemy nowoczesną sieć autostrad, dróg ekspresowych, mostów i obwodnic - planowano wybudować w trakcie całej kadencji 1529 km autostrad oraz m.in. dziewięć lotnisk. Na ten moment od 16 listopada 2007 oddano 201,7 km autostrad (...)

4. Zagwarantujemy bezpłatny dostęp do opieki medycznej i zlikwidujemy NFZ - miały być konkurujące ze sobą (nawet prywatne) fundusze, a został jeden państwowy NFZ i brak jakichkolwiek widoków na jego likwidację.

5. Uprościmy podatki - będzie podatek liniowy z ulgą prorodzinną, zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych - nie ma żadnego podatku liniowego, a jeśli będzie to na pewno w wyższej stawce niż progresywne; o likwidacji ponad 200 opłat urzędowych też nikt nie słyszał.

6. Przyspieszymy budowę stadionów na Euro 2012 - przyspieszenia raczej nie było, ale uczciwie trzeba stwierdzić, że specjalnych opóźnień również. Tylko po co budować stadiony, gdy potem (jak ten w Poznaniu) zamyka się przed publicznością. (...)

7. Szybko wypełnimy naszą misję w Iraku - obietnica spełniona.

8. Sprawimy, że Polacy z emigracji będą chcieli wracać do kraju i inwestować - na razie nie tylko nie wracją, ale nowi się pakują, by wyjechać do Niemiec.

9. Podniesiemy poziom edukacji i upowszechnimy internet - ten ostatni upowszechnił się sam, i to tak bardzo, że co rusz PO próbuje go cenzurować. Jeżeli chodzi o edukację - kierunek odwrotny od zamierzonego. Upowszechnia się edukację poprzez obniżenie wymagań.

10. Podejmiemy rzeczywistą walkę z korupcją - z tej walki najbardziej zostanie zapamiętany korupcyjny karp, powrót Krauzego do kraju oraz rekordowe wyniki PO w więzieniach(...)"

Skróty i wytłuszczenia moje - zamiast autorskich.

Mam nadzieję, że ironia autora w punkcie drugim była wystarczająco czytelna.

Używając terminologii bokserskiej: techniczny knock - out premiera Tuska.

Pozostawiam pod rozwagę wszystkim, którzy planują głosować jesienią.


 ibsen82, niedziela, 15 maja 2011; Bartosz Sowisło

Demokratyczny miraż

Wybory idą, Platformie poparcie to spada, to rośnie więc przez media przewijają się po raz kolejny informacje mające PiS i Kaczora demonizować albo ośmieszać. Abstrahując od faktu, że żadne dodatkowe ośmieszanie ani Partii ani jej Przywódcy nie są potrzebne, gdyż owe podmioty same robią to z podziwu godną sprawnością, warto spojrzeć nieco szerzej i zastanowić się, na ile w istocie straszenie autokratycznymi zakusami Prezesa i opisywanie go w kategoriach "największego zagrożenia dla polskiej demokracji" ma się do rzeczywistości. Pozwolę sobie bowiem postawić nieco ryzykowną, zawartą już w tytule tezę, że demokracja, w tej postaci w jakiej ją dziś znamy jest niczym innym jak tylko... ułudą, mirażem, fatamorganą i najzwyklejszą w świecie manipulacją.

Latający Holender - ktoś go podobno widział, ktoś o nim słyszał, legendę znają wszyscy, ale bez szczegółów. I dokładnie tak samo jest z demokracją w Polsce. Legendę znają wszyscy, wielu o niej mówi, ale jak to dokładnie działa - nie wiadomo, co więcej jeśliby o nią spytać dowolnego człowieka na ulicy to powie pewnie coś w stylu, że jest bardzo ważna, bo każdy powinien mieć wpływ na to w jakim kierunku zmierza Państwo. Diabeł jednakże tkwi w szczegółach, a konkretnie w tym, że demokracja polska nie jest po prostu demokracją w sensie ateńskim, tylko demokracją pośrednią. Wytłuszczam, bo dla dalszego wywodu to bardzo istotne. Pośredniość demokracji polega na tym, że naród sprawuje władzę za pośrednictwem swoich wybranych przedstawicieli. No i git: wybieramy 460 posłów i setkę senatorów. Sejm powołuje Rząd. Szkopuł w tym, że ordynacja wyborcza i sposób przeliczania głosów na mandaty skonstruowano tak, że głos oddaje się w zasadzie na komitet wyborczy, a nie poszczególnego osobnika, co do którego chcielibyśmy, żeby nas reprezentował. Ponadto, umieszczone w ordynacji wyborczej progi (5 i 8%) uniemożliwiają umieszczenie w sejmie choćby świetnego polityka, który zdobyłby w swoim odwodzie maksymalną ilość głosów, ale jego lista partyjna nie przekroczyła w skali kraju progu wyborczego.

W wyborach do Sejmu startuje Jan Kowalski. Jest burmistrzem rodzinnego miasta, wiele dobrego dlań uczynił, ma pełne poparcie mieszkańców. Rozwój jego rodzinnej miejscowości hamują jednak bzdurne, ogólnokrajowe prawa, stanowione przez parlament - postanawia więc spróbować wpłynąć na proces legislacyjny i wziąć udział w wyborach do Sejmu, aby tam, na szerszym forum zwrócić uwagę na krajowe paradoksy. Jan Kowalski ma jednak pewną, niemiłą w świecie wielkiej polityki przypadłość: uważa, że żadna z partii występujących na scenie politycznej nie jest godna, by zaszczycił ją swoim członkostwem. Jest politykiem lokalnym, więc nie ma takiej siły oddziaływania by stworzyć ogólnokrajowe zaplecze. Tworzy więc swój własny komitet i umieszcza siebie i kolegów na liście. Gdy dochodzi do wyborów zdobywa w okręgu ponad pięćdziesiąt procent ważnie oddanych głosów. Mandatu poselskiego jednak nie otrzyma, gdyż zgodnie z ordynacją wyborczą jego komitet wyborczy nie ma szans na przekroczenie 5 proc. (ogólnokrajowego) progu wyborczego. Miejsca w Sejmie zamiast niego zajmą zatem przedstawiciele wielkich partii, którzy w sumie, razem, zdobyli w okręgu Kowalskiego mniej głosów niż tylko on sam!

Interesujący scenariusz, prawda? System, który oparty jest na tak opisanych zasadach trudno nazwać demokracją. Wola ludzi, popierających hipotetycznego Kowalskiego i jego poglądy została w przedbiegach już zignorowana. Żyjemy więc nie tyle w demokracji pośredniej co w oligarchii partyjnej.

Dyscyplina. No dobrze, może ktoś powiedzieć, co z tego że nie mamy prawdziwej demokracji, a partie. Przecież partie składają się z ludzi ci ludzie też zostali w końcu przez kogoś wybrani i dzięki temu ścierające się w partii poglądy pozwolą na wykrystalizowanie stanowiska, które zostanie później przegłosowane w Sejmie.

Jest to niestety tylko częściowo prawda. Polskie partie, po różnych spektakularnych rozłamach lat 90 i początku obecnego stulecia boją się pokazywać na zewnątrz inaczej niż jako monolit. Praktycznie we wszystkich sejmowych głosowaniach obowiązuje dyscyplina partyjna tj. głosowanie wg. partyjnego klucza. Jakie są konsekwencje złamania jej? Nie wiem, ale sądzę, że gdyby poszło o poważne przegrane głosowanie, mogłoby się skończyć na wyrzuceniu z partii. Około 80% projektów ustaw - to projekty rządowe. Na czele Rządu i Partii mającej większość w Sejmie stoi zazwyczaj jedna i ta sama osoba.

Ergo: system w którym funkcjonujemy demokracją jest tylko z nazwy. Jeśli posłowie są maszynkami do głosowania, a projekty obowiązujących praw pochodzą od bardzo wąskiego grona osób, czy wręcz jednej osoby, to z czym mamy do czynienia?

"Nie zgadzam się by ktoś za mnie decydował. Wszyscy ludzie są równi". Tak powiedziała mi kiedyś jedna z moich koleżanek, gdy usiłowałem jej wyłozyć powyższe zależności i stwierdziłem, że dawanie każdej osobie po jednym takim samym głosie jest rażącą niesprawiedliwością.

Powszechna równość jest największą bujdą ideologiczną jaką tylko mógł wymyślić człowiek. Jakoś nijak nie czuję się równy ze stojącym pod sklepem spożywczym całymi dniami menelem. Podobnie Bill Gates, gdybym miał okazję powiedzieć mu, że jesteśmy sobie równi może z uprzejmości nie roześmiałby się, tylko wsiadł do swojego buisness jeta pozwalając mi kontemplować idee egalitaryzmu za kierownicą mojego siedemnastoletniego auta.

Nie tylko o pieniądze tu zresztą chodzi. Będę musiał pracować do 65 roku życia, zanim dostanę (lub nie) emeryturę. Kobiety pracują do 60, policjanci, jeśli wcześnie zaczną swoją karierę mają szansę na emeryturę około 35.

Jeden jest w stanie stworzyć coś ciekawego, nową teorię, odkryć jakąś fizyczną zależność, napisać książkę, wybudować dom, robić piękne fotografie, znać pięć języków obcych, drugi nauczy się po podstawówce układać cegły jedną na drugiej, siedzieć przed telewizorem i pić piwo, aby bez cienia jakiejkolwiek refleksji na temat otaczającego go świata przejść na drugą stronę.

Gdzie tu równość? Jednych szanujemy za to co robią, za to jaką mają wiedzę, a innych nie. Jedni robią coś wartościowego dla społeczeństwa inni jedynie na tym pasożytują, albo wręcz niszczą czyjś dorobek.

Skoro więc, jako gatunek, jesteśmy najbardziej hierarchiczną z form życia na ziemi, czemu mamy mieć jednakowy wpływ na rozwój wypadków? Czemu ktoś, kto nie ma żadnej świadomości świata w którym funkcjonuje, jak również nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić konsekwencji podejmowanych przez siebie wyborów, ma mieć takie samo prawo głosu jak osoba, która poświęciła czas i wysiłek, żeby wszystkie powyższe zgłębić?

A to właśnie jest demokracja, w postaci w jakiej ją mamy dziś w Polsce. Partie, które chcą utrzymać się przy władzy (albo ją zdobyć), będą starały się wyciągać owych bezmyślnych przeżuwaczy z domu, tworząc programy rodem z filmów science fiction, zamiast dbać o ich merytoryczną poprawność. Jak pieniądz nie śmierdzi - tak i głos nie śmierdzi.

Jeśli już musimy żyć w świecie, gdzie decyzje w głosowaniach podejmuje masa to niech już ten głos będzie właśnie taki jak ta masa - różnorodny. Dajmy tym, którzy mają większą świadomość funkcjonowania otaczającego ich świata, więcej głosów. Proporcjonalnie do tego jaki mają na rzeczywistość wpływ.

I nie ma się co obruszać, że ktoś podejmie za nas decyzje. Większości ludzi dobrze z tym, że ktoś za nich decyduje. Nawet w tych ograniczonej demokracji warunkach.

47,8% - tyle wyniosła średnia frekwencja w wyborach i referendach w Polsce między 1989 a 2010 rokiem.

52,2% ludzi uprawnionych do głosowania, chce żeby za nich podejmować decyzje. Likwidujemy demokrację. To i tak tylko miraż.


 ibsen82, sobota, 30 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło

Ofiara political corectness

Poprawność polityczna, czy jak chcą anglosasi political corectness krok po kroczku wchodzi i w naszą przestrzeń publiczną.

Przypadek posła Węgrzyna z PO jest tutaj świetnym przykładem jak najnowsza wersja cenzury potrafi łamać kariery i kręgosłupy ludzkie.

Dwa miesiące temu, pan poseł Węgrzyn zapytany przez dziennikarza TVN 24 o ewentualne rozbieżności światopoglądowe przy budowaniu hipotetycznej koalicji między PO a SLD, a konkretniej gdy reporter spytał o pomysły legalizacji małżeństw homoseksualnych, nonszalancko, po męsku odparł: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami... chętnie bym popatrzył". Co działo się potem - mniej więcej wiemy. Węgrzyna publicznie zlinczowano, nazwano homofobem, a na koniec wylano z partii.

Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, jeśli spojrzy na opisaną wyżej sytuację, spokojnie i ignorując histeryczny wrzask mediów gardłujących w koło Macieju o nietolerancji, musi w ogólnym rozrachunku przyznać, że całość to szekspirowskie "wiele hałasu o nic". Czy Węgrzyn rzeczywiście powiedział coś, co można by uznać za obrzydliwe, nienawistne albo homofobiczne? Nie: powiedział to co myśli sobie w swoich brudnych móżdżkach przynajmniej osiemdziesiąt procent facetów. Jeśli ktoś ma wątpliwości - niech odpowie sobie na pytanie: kto inny jak nie mężczyźni wymyślił walki roznegliżowanych babek w kisielu? Kto pisze scenariusze filmów porno?

Poprawność polityczna ma swoje dobre strony. Że nazywa się jak się nazywa - wymyślili Amerykanie, ale i my Europejczycy czy nawet Polacy mamy swoje określenia na podobne zachowania. Otóż drzewiej mówiło się o "dyplomatyczności", "subtelności", czy "delikatności" stwierdzeń, fachowo: "eufemizowaniu". I jasna sprawa: czasami wręcz wypada poowijać w bawełnę, nie mówiąc już o tym jak bardzo dzięki temu wzbogaca się nasze słownictwo.

Niestety, ale rozwój leksykalny i umiejętność powiedzenia czegoś w ładny, uprzejmy sposób w niewielkim tylko stopniu równoważy szkody, jakie tego rodzaju wyrażanie myśli ze sobą niesie. Z dwóch wprawdzie, ale ważkich, powodów. Poprawność polityczna jest: primo - niesymetryczna, secundo - fałszująca rzeczywistość.

Niesymetryczność poprawności politycznej polega na tym, że jednej osobie w określonej sytuacji wypada/wolno użyć jakiegoś ciężkiego stwierdzenia, natomiast drugiej osobie w podobnej (lub innej) sytuacji dokładnie tego samego zwrotu - użyć już nie wolno. Przykładowo: w USA na pogardliwe określenie murzyna (które to w j. polskim zdążyło zresztą nabrać pejoratywnego znaczenia - o tym na koniec) zwykło się mówić nigger, co znaczy mniej więcej - czarnuch. Gdyby tego słowa użył biały - dramat i ciemna mogiła - rozruchy pewne jak amen w pacierzu, krzyk w telewizji i prasie, a autor na suchej gałęzi. Tymczasem niggers, zwracają się tak do siebie na zasadzie koleżeńskiego "stary" i póki co jeszcze się nie wymordowali. Inny przykład: jakoś rok temu w Szczecinie homoseksualna para wygrała proces sądowy, który wytoczyła sąsiadowi dość głośno mówiącemu, że dom obok niego zajmują "pedały". Co oznacza to stwierdzenie nie muszę chyba tłumaczyć. Przy czym: jeśli ów sąsiad sam byłby "pedałem" prawdopodobnie nie doszłoby do żadnego procesu, a i pokrzywdzeni wiedząc, że gościu jest w analogicznej sytuacji nie poczuliby się urażeni. Na własne uszy słyszałem gejów mówiących o innych gejach "pedał" czy "ciota" i brzmiało to dla mnie raczej jak pieszczotliwe "kotku", "myszko". Choć gdybym ja (hetero) użył podobnego stwierdzenia - dostałbym w zęby, albo pozew. Wniosek? Mniejszościom w świecie poprawności politycznej wolno więcej niż większości - a cackanie się ze zgniłym jajkiem na dłuższą metę męczy i w pewnym momencie się go po prostu pozbywa. Próbując "ugłaskać" społeczeństwo - dokłada się tylko do pieca. A jak wiadomo każdy kocioł parowy musi mieć zawór bezpieczeństwa, bo inaczej wybucha. Innymi słowy: lepiej chyba dać ksenofobii i niezrozumieniu ujście w słowach - niż nakręcić atmosferę i doprowadzić do pogromu.

Poprawność polityczna fałszuje rzeczywistość. Szkoliłem się kiedyś z pierwszej pomocy. Jeden z tematów: epilepsja, czasami zwana też padaczką. Instruktor puścił nam film nagrany przez Amerykanów, gdzie w jednym z pierwszych zdań padło słowo seizures (ataki) i wytłumaczenie, że lepiej na opisanie osoby cierpiących na tę tajemniczą chorobę używać stwierdzenia: person with seizures zamiast epyleptic gdyż rzekomo epilepsja źle się kojarzy i określenie kogoś jako epileptyka może sprowadzić nań społeczny ostracyzm. Trudno chyba o bardziej dobitny przykład próby fałszowania rzeczywistości. Czy to, że nazwiemy kogoś "osobą z atakami" zmieni fakt, że jest po prostu epileptykiem? Czy będzie dostawał rzadziej drgawek? Co więcej - tego rodzaju owijanie w bawełnę może prowadzić do nieporozumień. Ataków różnych dolegliwości jest wiele. Choćby wilkołactwa, włażenia na dachy i wycia do księżyca.

Spooro wypowiadanych przez nas słów (szczególnie w kwestiach światopoglądowych) niesie ze sobą pewien emocjonalny ładunek. Określenia: gej, pedał, ciota, homoseksualista, kochający inaczej - nie są sobie równoważne. Po tym którego z nich użyjemy - umieszczamy się na osi: akceptacja - neutralność - brak akceptacji. Polityczna poprawność, kastrując nas z używania pewnych słów - uniemożliwia szybkie określenie się.

Tytuł filmu Polańskiego "Ghost writer" przetłumaczono na język polski jako "Pisarz widmo". Co najciekawsze, jest to zwykła kalka (może i lepiej brzmiąca) nie uwzględniająca faktu, że w naszej rodzimej mowie istnieje już od kilkudziesięciu przynajmniej lat słowo opisujące pisarza, który użycza swego talentu by stworzyć dzieło, pod którym ktoś inny ma się podpisać. Tym słowem jest "murzyn" (zainteresowanych odsyłam do książki Melchiora Wańkowicza "Karafka La Fontaine'a"). Źródłosłów dość prosty do odgadnięcia - murzyn zwykle był kimś kto odwalał brudną robotę, synonimem niewolnika - tak samo jak "pisarz - widmo". Tak się śmiesznie złożyło, że i w polszczyźnie "murzyn" na przestrzeni ostatnich lat stał się słówkiem nie do końca poprawnym i coraz częściej zastępuje się go "czarnym", bądź "czarnoskórym", przy czym "murzyn" w znaczeniu pisarza nadal ma się dobrze i funkcjonuje w fachowym (literaturoznawczym) słowniku - o czym przekonałem się słuchając wywiadu z autorką biografii Jerzego Kosińskiego. Ciekaw jestem, czy tłumacz tytułu dał się uwieść political corectness, czy może powodowały nim jakieś inne względy.

Polityczną poprawność, zostawmy może gdzie jej miejsce - w polityce. I to najlepiej międzynarodowej.


 ibsen82, sobota, 16 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło

Urzędnik do podcierania tyłka

Ze strywializowanej nauki o wytrzymałości materiałów: pręt żelazny można zginać w dowolną stronę, tak długo aż naprężenia w punkcie zgięcia doprowadzą najpierw do odkształcenia jego pierwotnego kształtu, a gdy będziemy ową czynność powtarzać, do unicestwienia sieci krystalicznej w miejscu zgięcia, a co za tym idzie przerwaniu fizycznej ciągłości materiału. Dziwnie przystaje mi ten niezgrabny, sklecony na poczekaniu opis zjawiska fizycznego do sytuacji naszego społeczeństwa.

Pisałem już kiedyś, że Jaruzelski w 1981 - 1982 roku, kiedy toczył wojnę przeciw swoim własnym obywatelom, kiedy gospodarka była centralnie planowana, kiedy istniało wiele urzędów, które służyły wyłącznie do podtrzymywania przy życiu reżimu (cenzura, SB) potrzebował do tego wszystkiego jedynie 150 tys urzędników. W ciągu trzydziestu lat, liczba ludności w Polsce wzrosła o niecałe trzy miliony, a urzędnicy rozmnożyli się do 640 tys. I to mimo faktu, że gospodarki planować już nie trzeba, cenzurować również, a w każdej jednostce administracji czy to centralnej, czy samorządowej stoją komputery wspomagające pracę zatrudnionych tam ludzi, o mocy takiej o której trzy dekady temu można było co najwyżej pomarzyć.

Nasz czcigodny premier, jesienią, jakoś w okolicach wyborów do samorządów lokalnych, zaczął głośno gardłować o konieczności odchudzenia administracji. O 10%. Sejm z Senatem klepnęły nawet odpowiednią ustawę na ten temat, którą jeszcze czcigodniejszy prezydent Komorowski odesłał do Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem, jak informuje nas Gazeta Praca, urzędników, czyli zawodowych przekładaczy pozbawionych jakiegokolwiek praktycznego znaczenia papierów, zamiast ubyć - przybędzie. I to co najmniej 2479. Bo tyle jest w Polsce gmin, a każda zgodnie z Rządowym programem będzie musiała zafundować sobie tzw. Asystenta Rodzinnego. Co najmniej tylu, bo gminy jak wiadomo jednakowego rozmiaru, jak i liczby ludności nie mają, więc jeśli jeden starczy na gminę, która liczy pięć tysięcy mieszkańców, to już na miasto na prawach powiatu, o rozmiarze 100 tys. przypadnie pewnie kilku. Sądzę, że liczba 5 - 6 tys. dodatkowych gęb, których utrzymanie spadnie na barki przeciętnego podatnika nie jest jakoś nad wyraz wyolbrzymioną.

Asystent Rodzinny, ma to być takie zwierzę co, i tu cytat: uczestnicząc w codziennym życiu rodziny (zwykle jest to kilkadziesiąt godzin w miesiącu) może np. zwrócić nam uwagę, jeśli do potraw dodajemy zbyt dużo soli, co jest dla dzieci niezdrowe, zasugerować udział w szkolnych wywiadówkach, jeśli wcześniej je lekceważyliśmy, wytłumaczyć, jak należy używać danych lekarstw i dlaczego warto robić badania profilaktyczne . Zaznaczam od razu, że nie pochodzi on z tekstu satyrycznego, sygnowany jest jako informacja agencyjna PAP, a ta z zasady felietonów nie publikuje. I w zasadzie można by postawić kropkę, bo do sięgnięcia po laur idiotyzmu brakuje w tekście tylko wzmianki, że asystent będzie tłumaczył jeszcze jak często należy myć zęby. Wnioski są trzy, pierwszy: Rząd, w zamian za podwyżkę podatku VAT, którą czujemy już wszyscy, funduje nam kilka tysięcy absolutnie zbędnych etatów; drugi: traktuje nas jak kompletnych idiotów; trzeci: kompromituje skuteczność i raison d'etre całego systemu, bo po kiego grzyba zatrudniać ludzi, którzy będą nas uczyć jak normalnie żyć, którzy będą nam tłumaczyć to wszystko co powinna przekazać nam szkoła, rodzina lub w ostateczności pracownik pomocy społecznej. Dodawać chyba nie trzeba, że jeśliby istniało zapotrzebowanie na taką działalność - to ktoś zrobiłby na tym już biznes, ale Państwo - jak wszystkim nam wiadomo - niekoniecznie przejmuje się kryterium opłacalności czegokolwiek.

Pod tekstem, z którego dowiedziałem się o tym paskudnym i kosztownym absurdzie, wypowiadała się jakaś internautka, dowodząca ze świętym oburzeniem, że Asystent, jest konieczny, bo mamy w Polsce wiele rodzin, które z pewnego rodzaju podstawowymi czynnościami sobie nie radzą. Niekoniecznie niepełnosprawnych, niekoniecznie patologicznych, a po prostu niezaradnych. Z wypowiedzi wynikało, że opieką Asystentów mają być objęci przede wszystkim tzw. "klienci opieki społecznej" (co jest zresztą ordynarnym nadużyciem językowym - klient bowiem płaci za towar lub usługę), czyli ludzie którym pracujące jednostki fundują już przy pomocy różnego rodzaju zapomóg czy zasiłków egzystencję. W tym samym czasie słucham w radio wypowiedzi pewnej pani, niewidzącej, która żali się nad tym, że odebrano jej pomoc pracownika pomocy społecznej - "bo oszczędności".

Ciekaw jestem, wracając do żelaznego pręta, kiedy wytrzymałość materiału ludzkiego na przegięcia ze strony Rządu się wyczerpie i coś wreszcie pęknie. Kiedy wreszcie dojrzymy i damy głośno wyraz temu, że mamy dość: absurdów, ucisku fiskalnego i marnotrastwa pieniędzy przekazywanych Państwu, a beztrosko wywalanych w niebyt. Mnie takie rzeczy już nie śmieszą, a wkurzają. I to bardzo.


 ibsen82, środa, 09 lutego 2011; Bartosz Sowisło

Eeee? Dowód?

Raduj się ciemny ludzie, bo oto Polska wreszcie w czołówce! Tak, tak liderujemy nie tylko w statystykach krajów z najbardziej ograniczoną wolnością gospodarczą, najbardziej nietolerancyjnych dla mniejszości i z największą liczbą katolików. Oto dumnie kroczymy na szpicy europejskiej awangardy państw wprowadzających tzw. e - dowody.

Pierwszy elektroniczny dowód tożsamości ma zostać wydany 1 stycznia 2011. Zgodnie z doniesieniami prasowymi, sam dowód ma się niewiele (?) zmienić. Zniknie z niego rysopis i adres oraz wzór podpisu, a docelowo ma zastąpić wszystkie inne dokumenty - legitymacje szkolne, legitymacje ubezpieczeniowe, karty dostępu do służby zdrowia. Na chipie w który wyposażony będzie dokument ma znaleźć się elektroniczny wzór podpisu i cyfrowe zdjęcie, oraz różne inne dane osobowe, a docelowo umożliwiające biometryczną identyfikację osoby informacje, czyli stosowane już w paszportach: skan siatkówki oka i odcisku palca.

W gruncie rzeczy nic tylko się cieszyć. Portfele nam się odchudzą, a i kieszenie spodni nie bedą zużywały tak prędko, bo mniej w nich trzeba będzie nosić, mnóstwo spraw załatwimy sobie przez internet, bez konieczności stawiania się w urzędzie i oczekiwania w kolejkach. Zupełnie, jak to wyczytałem w jakimś komentarzu pod publikacją na temat chipów RFID, jak w dobrym internetowym banku. Żeby jeszcze poskutkowało to wywaleniem z roboty tak z osiemdziesięciu przynajmniej procent urzędasów... Witaj przyszłości, witaj nowoczesności!

Zaraz, zaraz, piszę tu o jakimś RFID a czytelnik może nie wiedzieć co on za jeden. Skrótowiec ów kryje za sobą angielską (bo i jakążby inną) frazę Radio Frequency ID, czyli urządzenia identyfikującego posługującego się częstotliwością radiową. Ni mniej ni więcej - ktoś dysponujący anteną, znający częstotliwość chipu oraz dysponujący technologią umożliwiającą rozszyfrowanie zapisanych na chipie danych, będzie mógł nie pytając nas o zdanie, ba nie zbliżając sie nawet do nas sprawdzić sobie co my za jedni - w dowolnym momencie. Odległość z jakiej można to zrobić jest obecnie różna, zależna głównie od zaawansowania urządzenia i waha się od kilku metrów, dla czytników komercyjnych (różne firmy testują możliwość montowania chipów do np. każdej paczki z żywnością, tak by nie zachodziła konieczność skanowania kodów kreskowych przy kasie, a tylko przejścia obok czytnika, który w sekundę zidentyfikuje i podsumuje wszystkie produkty) to kilka metrów, wojskowe anteny potrafią ponoć wyśledzić chip z odległości 128 km. Jasna sprawa, że czytniki i programy deszyfrujące naszą elektroniczną tożsamość, będą, czy powinny posiadać wyłącznie uprawnione służby. Znając jednak pomysłowość ludzi i wziąwszy pod uwagę, że przestępcy którym może zależeć na kradzieży tożsamości mogą oferować lepsze stawki niż większość rządowych i samorządowych agencji...

Co będzie to oznaczało dla nas? Obowiązkiem każego obywatela (zgodnie z Ustawą o ewidencji ludności i dowodach osobistyc) jest posiadanie dowodu tożsamości (za uchylanie się od obowiązku grozi grzywna lub miesiąc pozbawienia woności), a innych - niechipowych, zgodnie z przyjętą agendą po 2020 roku już po prostu nie będzie. Choćbym i sobie nie życzył by każdy mój krok był kontrolowany - nie ma takiej opcji. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: wracam wieczorem do domu, obok mnie przejeżdża policyjny radiowóz. Nie musi nawet zwalniać i wie, że taki i taki obywatel, o tej i o tej godzinie był tu i tu. Gdybym zapomniał dowodu, pan oficer policji ujrzy na ekranie, że moje dane się nie spisały - czyli nie ma dowodu, czyli istnieje przesłanka do zatrzymania na 48 godzin w celu identyfikacji tożsamości. Mogę również, chroniąc swoją anonimowość chip próbować unieszkodliwić, co nie powinno stanowić wielkiego problemu przy użyciu niewielkich choćby rozmiarów młotka, ale to własnoręczny strzał w stopę, bo przecież nic już bez funkcjonującego chipu nie załatwię. Wszystko pięknie, na czysto i bez konieczności wszczepiania czegokolwiek pod skórę, bądź tatuowania na dupsku kodów paskowych czym tu i ówdzie się straszy. Nie masz dowodu - nie istniejesz.

Oczywiście, każdy może powiedzieć, że nie ma nic do ukrycia, nic mu to nie przeszkadza, że jego dane są, powszechnie w sumie, dostępne, niech się martwią złoczyńcy i bandyci. Tylko, że morderca działający z premedytacją i mający choćby trochę oleju w głowie i tak dowód zostawi w domu (i jeszcze załatwi sobie tym samym alibi). Ale gdzie tu wolność i prywatność? Od dłuższego już czasu obserwuję w naszym społeczeństwie dwie przeciwstawne sobie tendencje. Z jednej strony z klatek schodowych znikają kartki z nazwiskami lokatorów, z książek telefonicznych adresy prywatnych osób, z drzwi tabliczki z nazwiskami mieszkańców, a z drugiej absolutnie nikt nie prostestuje przeciwko inwigilacji o jakiej się nikomu do tej pory nawet nie śniło i bierzemy na własne życzenie udział w ekshibicjonistycznych orgiach na naszych klasach i facebookach.

Mam również spore obawy jeśli idzie o kondycję psychiczną i zdolność samoograniczania się wszystkich tych służb, które uprawnione będą do gromadzenia i kontroli danych. Nie wolno zapominać, że jeżeli nasze życie uprości się, powiedzmy, dwukrotnie, to wszystkim, żyjącym przecież z inwigilacji służbom jak policja, ABW, AW, UKS, CBŚ ułatwia się zadania czterokrotnie. A na ich czele stoją ludzie powoływani przez polityków. Którzy z kolei rekrutują się spośród środowisk, dla których władza sama w sobie (bo przecież lepsze pieniądze można zrobić w biznesie) jest treścią i sensem życia. Świadomość mocy kontrolowania innych, wpływania na losy bliźnich, przekształcania rzeczywistości i dopasowywania jej do wyznawanej ideologii jest dla polityka tym, czym setka wódki dla pijaka albo czasopismo "Mój maluch" dla pedofila. Dając do dyspozycji tak potężne narzędzie kontrolowania mas, jakim jest dowód z chipem godzimy się na sytuację, którą obrazowo możnaby porównać do wpuszczenia na narkomana na trzydniowym głodzie na oddział opieki paliatywnej i wręczenia mu klucza do sejfu z morfiną, życząc równocześnie powodzenia w uśmierzaniu bólu pacjentów. A przecież zawsze rodzi to ryzyko, że mierząc innych swoją miarą, starając się jak najlepiej wywiązać z obowiązku, zafunduje wszystkim swoim pacjentom nieplanowaną eutanazję.




 ibsen82, sobota, 13 listopada 2010; Bartosz Sowisło

Świniocyd

Kilka miesięcy temu wracałem z delegacji z Tuluzy. Każdorazowo, gdy wylatywaliśmy z fabryki samolotów pracownicy Airbusa dostarczali nam na pokład kilka sporych pudeł z "suchym prowiantem" na drogę. Nie były to jakieś tam kanapki na bazie pochodnych ropy naftowej z gumowym żółtym serem, a prawdziwe - jak dla mnie przynajmniej - rarytasy: łosoś na zimno z sosem, kaczka, gęsie wątróbki, sałatki z owocami morza, świeże pieczywo i inne.

Leciała nas grupa siedmiu osób, dwóch Polaków i pięciu Węgrów. Ja i mój polski kolega wciągnęliśmy wszystko nawet się nie oglądając zbyt długo, natomiast Węgrzy po zjedzeniu jakiejś jednej czwartej porcji wywalili resztę do kosza na śmieci.

Kolega, który miał za sobą służbę wojskową w polskiej armii ze wzruszeniem ramion przytoczył anegdotę, jak to nie mieli czasu porządnie zjeść przed wymarszem na poligon i chowali po kieszeniach bojówek kromki chleba, by potem - gdy już przerobili wszystkie "padnij", "powstań", "lotnik kryj się" w jakże przyjaznej marcowo-kwietniowej aurze - zjadać je razem z błotem, które dostawało się do tychże kieszeni. Zrewanżowałem mu się powiedzeniem, które zwykł był przytaczać za swoją babcią mój ojciec, a które brzmiało "głodu do dupy" i oznaczało, że głodny zje wszystko. Popatrzyliśmy jeszcze z pogardą mieszaną z wyrzutem, a także wyższością na Madziarów, pełni poczucia narodowej dumy, że u nas w Polsce to się jedzenia nie marnuje. Madziarzy oczywiście wcale się tym nie przejęli, ale przynajmniej przez chwilę poczuliśmy się lepiej.

Żyłem w tym błogim przeświadczeniu własnej moralnej wyższości aż do przedwczoraj, gdy odwiedzałem rodziców i matka kazała mi wywalić do kubła na śmieci półtora kilo bananów. Banany, przypuszczalnie na skutek zaniechania na nich konsumpcji i odwleczenia wyroku śmierci na czas bardzo nieokreślony, doznały inkarnacji wyższej mobilnej duszy i bez większego wysiłku spacerowały wte i wewte po kuchni. Mama, wściekła, że musi wywalać pożywienie, zwaliła wszystko na ojca, który robi zakupy nadal tak, jakby miał wykarmić nie tylko czteroosobową rodzinę, a jeszcze wszystkie biedne dzieci z okolicy. Zapomina jedynie o tym, że rodzinę ma i owszem czteroosobową, tylko, że podzieliła się ona na trzy samodzielne, nieprowadzące wspólnej kuchni gospodarstwa, gdyż zarówno ja, jak i moja siostra wyprowadziliśmy się już jakiś czas temu. Cóż jednak czynić, kiedy Lidle, Kauflandy, Carrefoury i inne Reale urządzają promocje i kupienie jakiegoś produktu wydaje się naprawdę opłacalne? Zresztą, nawet jeśli jedzenie ląduje od razu w koszu na śmieci to i tak wszyscy są zadowoleni: rolnik - bo wyprodukował i sprzedał, przetwórnia - bo przetworzyła i sprzedała, hurtownik - bo kupił i sprzedał, sklep - bo sprzedał i zarobił, konsument - bo kupił to na co miał ochotę. O co więc czynię raban i czemu potępiam nawet własnych rodziców? I czy jest w ogóle o co się rzucać?

Według danych, które znalazłem na stronie www.niemarnuje.pl Polacy wywalają do śmietników 4 mln ton żywności rocznie. Jak obrazowo podaje autor jest to tak jakbyśmy żywnością zapełnili trzy Stadiony Narodowe. Na tej samej stronie można również znaleźć różne skutki wyrzucania jedzenia: marnowanie wody i energii koniecznej dla jej wyprodukowania (jakkolwiek pięćdziesiąt tysięcy litrów potrzebne dla produkcji jednego kilograma wołowiny wydaje mi się liczbą nieco z kosmosu), problemy z utylizacją gnijących gór śmieci i tym podobne.

Pani Anna Nowak, w artykule dla Gazety Polskiej (emigracyjnej) przytacza dane dotyczące marnowania pożywienia przez mieszkańców Wielkiej Brytanii: Każdego dnia Brytyjczycy wyrzucają 220 tysiące bochenków chleba, półtora miliona bananów, 660 tysięcy jajek, pięć i pół tysiąca kurczaków. I to nie wszystko. Ilościowo, najwięcej wyrzucamy ziemniaków – prawie 360 tysięcy ton rocznie, na drugim miejscu znajduje się chleb – 326 tysięcy ton, a na kolejnych – jabłka – 190 tysięcy ton oraz mięso i ryby – ponad 160 tysięcy ton. Ogromne marnotrawstwo dotyka także świeżych sałat – aż 45% wszystkich kupionych sałat ląduje na śmietniku nietknięte. Podaje również ile to kosztuje: każdy Brytyjczyk wyrzuca tygodniowo jedzenia za 8 funtów co w skali roku daje 420 GBP.

Daleki jestem od tzw. lewicowej wrażliwości i odporny na argumenty, że "wyrzucać nie wolno, bo dzieci w Afryce głodują" - doskonale wiem, że to czy wyrzucamy żywność, czy nie i tak nie ma na to wpływu, bo do Afryki pokarmów nikt woził nie będzie. Wywalanie jedzenia napawa mnie sporą jednak niechęcią z kilku przynajmniej powodów:

- To, że wyrzucamy żywność, znaczy, że kupujemy jej za dużo, czyli tworzymy nadmierny popyt, a popyt jak wiadomo stymuluje wzrost cen, czyli samiu tworzymy sobie powód do narzekania w niedalekiej przyszłości

- każdy kupiony produkt to podatek VAT - jeśli więc kupuję i wyrzucam - odpalam Państwu więcej podatków niż mu się ode mnie należy,

- jestem leniem i nie lubię wynosić śmieci - gnijące odpadki zmuszają mnie do częstszych wycieczek cztery piętra w dół

Wywalając żywność do śmietnika, nie pozwalamy również wypełnić świnkom, krowom, kurom, gęsiom, kaczkom i baranom ich życiowego posłannictwa. W końcu zostały powołane na świat po to, by skończyć w naszych przepastnych żołądkach, a my bez jakiegokolwiek szacunku dla ofiary jaką poniosły - wywalamy je bezużytecznie na śmietnik, często nim jeszcze przejdą metamorfozę w kotlet lub gulasz. I nie jest tego wcale mało - naprędce przekalkulowałem podane przez p. Nowak liczby i wyszło mi, że te wyrzucane w Wlk. Brytanii 160 tys ton mięsa i ryb to 570 tys. świń lub 200 tys. krów albo 64 mln kur! Zabijanych zupełnie zbędnie!

Nie trzeba być wegetarianinem, żeby te liczby poruszyły. Wystarczy być stosunkowo humanitarnym człowiekiem. Sądzę, że choćby przez ten animalocyd, który fundujemy zwierzętom hodowlanym powinniśmy do końca zjadać to co znajduje się na naszym talerzu, albo zastanowić się nim wrzucimy do koszyka z zakupami kolejną paczkę mielonego.


 ibsen82, poniedziałek, 01 listopada 2010; Bartosz Sowisło