Gdy dwóch Anglików lub Amerykanów spotyka się w pracy, zaraz po powiedzeniu "Hallo", czy "Hi", pada sakramentalne: "How are you", na które kod kulturowy w zasadzie nie pozwala odpowiedzieć inaczej niż "Fine", "Well", czy "Good". Podobnie jest zresztą u Francuzów, gdzie "Bien" albo "Tres bien" jest jedyną dopuszczalną odpowiedzią na "Comment ca va" czy "Comment va la vie". Nieco inaczej jest w Polsce.
"Jak się masz" - powiedziane niewłaściwej osobie w naszym kraju niesie ze sobą pewne, całkiem spore ryzyko. Nigdy nie wiadomo, czy interlokutorowi nie przyjdzie do głowy podzielić się spostrzeżeniami na temat niewierności własnej żony ("a bo każdemu daje ino nie mi"), zdrowia teściowej ("mamusi się obumarło, jak się była na nóż siedemnaście razy potknęła"), zarobków ("gdzie ta, panie, wyżyć za te marne 10 tysięcy") tudzież rozmaitych variów, choćby na tematy związane z sytuacją polityczną ("te złodzieje, panie"). Wśród młodszej część społeczeństwa sytuacja nieco się wprawdzie poprawia: w ten jednak sposób, że najpierw mówią "w porządku", a na następnym wydechu dorzucają powyższą litanię - niekoniecznie dokładnie taką i nie w powyższym porządku, ale zwykle coś na rzeczy, czym można by się z kimś podzielić - się znajdzie. Zjawisko na tyle powszechne, że gdy ktoś zapytany o stan swojego samopoczucia i zadowolenia życiowego odpowie po prostu: "nieźle" można go zacząć podjerzewać o niedawną wygraną w toto lotka.
Polskie ponuractwo i maruderstwo, z czego wynika - nie będę dziś dochodził (choć pokrótce można chyba powiedzieć, że my taki biedny naród od wieków tępiony...), ale w świetle tego com ostatnio wyczytał stanowczo muszę dać odpór wszelkim głosom względem wymienionych wyżej cech - krytycznym. Powiem więcej: marudzenie gwarancją bytu biologicznego naszego społeczeństwa!
Jak podaje czerwcowa "Wiedza i życie": W społeczeństwach, w których duża liczba obywateli deklaruje zadowolnie życiem, dochodzi do zadziwiająco wielu samobójstw - taki wniosek wyciągnęli naukowcy z University of Warwick z Wielkiej Brytanii oraz Hamilton College z NYC. (...) Przykładem mogą być Hawaje, zajmujące drugie miejsce na liście "najszczęśliwszych" stanów i jednocześnie piąte pod względem liczby targnięć się jego mieszkańców na własne życie (...) Nowy Jork, który znalazł się na 45 miejscu pod względem zadowolenia z życia, ma najmnieszy wskaźnik samobójstw w USA.
Wnioski z badań, przyznać trzeba, rzeczywiście dość zaskakujące. Bo niby jaką racjonalną prawidłowość wyciągnąć ze sprzecznych danych? Czy nowojorczycy uważają swoją sytuację, za tak beznadziejną, że nie próbują się już nawet zabijać, a mieszkańcy Honolulu popełniają samobójstwa, w ekstatycznym transie?
Wiedza i Życie: Zdaniem naukowców decyduje samoocena. Większość ludzi dokonuje jej przez pryzmat otoczenia. Tak np. osoby mieszkające w otoczeniu bogatych sąsiadów czują się wyjątkowo nieszczęśliwe. Porównywanie się z bogatymi znajomymi nasila depresję i przyspiesza decyzję o targnięciu się na własne życie.
Może i jest to jakieś wytłumaczenie. Ja dodałbym jeszcze swoją interpretację, chyba prostszą: ocena własnej szczęśliwości, jest oceną subiektywną - ci, którzy oceniają się jako nieszczęśliwi - marudząc i narzekając uwalniają negatywne emocje, które inaczej dusiliby w sobie i które skumulowane mogłyby prowadzić do dramatycznych decyzji. Ot taki wentyl bezpieczeństwa - wygadam się, lżej mi się na sercu zrobi.
Marudź więc narodzie, bo jeszcze Polska nie umarła póki narzekamy!
ibsen82, sobota, 09 lipca 2011; Bartosz Sowisło
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Marudzenie zgreda
Powiedzieć, że obyczaje Polaków na przestrzeni ostatnich dwudziestu – trzydziestu lat się zmieniły, to jak odkrywczo stwierdzić, że słońce świeci, ogień parzy, a pies ma cztery nogi i szczeka. Czy zmieniają się na lepsze, czy gorsze – stwierdzić już trudniej, gdyż w sferze kultury każde oceniające twierdzenia, siłą rzeczy, są zawsze mocno subiektywne.
Niemniej jednak: z sondaży przeprowadzanych w połowie lat dziewięćdziesiątych wynikało niezbicie, że przeciętny mężczyzna – Polak bierze pół prysznica tygodniowo. Najnowszych danych statystycznych nie mam, ale z racji wykonywanego zawodu przebywam bardzo często w towarzystwie wielu różnych, przypadkowych osób i jeśli uznać nos za przyrząd badawczy – sytuacja bardzo się poprawiła. Podobnie jak nie widzi się już Pań z nieogolonymi nogami i niedepilowanymi pachami (choć to kwestia gustu). Polacy nie palą już na ogół gdzie popadnie, ubierają się raczej dobrze, nie plują na ulicach i w ogóle jakby się nieco ucywilizowali. W restauracjach i sklepach obsługa na ogół miła i kompetentna, nawet na drogach mniej chamstwa i kozactwa (jakkolwiek w tym punkcie byłbym ostrożny – stety niestety – ale jest to w dużej mierze zasługą tego, że po naszym pięknym kraju nie ma po czym jeździć i wszyscy, sprawiedliwie, sterczą w korkach). Zapadnaja Jewropa zastukała do naszych drzwi i bez wahania je uchyliliśmy.
Różowo jednak nie jest i to mimo, iż acan Ziutek, swojsko pachnący potem i skarpetami i imć. Zdzichu z sarmackim wąsem i takimże brzuszkiem przechodzą zwolna do lamusa, zastępowani, przez wygolonych, wypachnionych i wysportowanych Józefów i Zdzisławów. Żyjemy w kraju rozwijającym się, obiema garściami biorącym ze skarbnicy cudów techniczno – marketingowych. Takich choćby jak quad i telefon komórkowy. Z których nauczyliśmy się już korzystać – w sensie ich obsługi, ale jeszcze nie dotarło do nas jak używać ich – i nie być przy tym uciążliwym dla bliźnich.
O quadach i generowanych przez, a w zasadzie ich właścicieli problemów przeczytałem w bielskim dodatku „Wybiórczej” w tekście cokolwiek egzaltowanym acz dotykającym sedna sprawy. Bo niestety jest jak autorka pisze: quady i crossy jeżdżą po Beskidach i nie tylko, po terenach Lasów Państwowych i prywatnych polach, niszczą ścieżki, płoszą zwierzynę, hałasują i smrodzą. I w rurze wydechowej mają kary za wjeżdżanie pojazdami mechanicznymi na teren lasu, bo dla osoby którą stać na zabawkę za kilka tysięcy pięćdziesięciozłotowy mandat jest przysłowiowym śmiechem na sali.
Najciekawszą częścią artykułu były jak zwykle komentarze. Vox populi podzielił się na trzy frakcje.
W skład pierwszej wchodzili zwolennicy prywatnej inicjatywy i, pomijając jego radykalizm, zaprezentowali chyba najskuteczniejsze rozwiązanie problemu, które streścić można francuskim stwierdzeniem perdre la tete, którego praktycznym zastosowaniem miałoby być rozwieszanie stalowych linek na wysokości szyi potencjalnego zakłócacza spokoju i ciszy.
Drugą grupą byli sami quadowcy, którzy uważali, że przecież nic takiego się nie dzieje i nikomu nie szkodzą. Co bardziej porywczy odgrażali się „prywaciarzom”, a bardziej racjonalni domagali się tworzenia torów, gdzie mogliby kultywować swoje hobby.
Trzecia grupa, legaliści, twierdziła, że trzeba po prostu zwiększyć karę za naruszanie zakazu jeżdżenia po lesie, a pozyskanymi w ten sposób środkami zasilić budżety gmin.
Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pośrednie: legalno – prywatne. Poustawiać tablice na drogach wjazdowych do lasów i napisać na nich: „Zakaz wjazdu – stalowe linki rozwieszone w poprzek drogi”. I jak ktoś chce jechać – niech jedzie.
Drugi z wynalazków, podbijającym serca Polaków, a używanym w dość dziwaczny sposób, jest komórka. Nie mam zamiaru się czepiać telefonicznych pogaduch w środkach transportu, ani rozmów przy stoliku restauracyjnym. Ostatecznie telefon jest po to, żeby przezeń rozmawiać. Ale...
Przejechałem się ostatnio autobusem PKM Jaworzno. W Mysłowicach wsiadła jakaś dziewczyna w wieku gimnazjalnym. Poza komórką przylepioną do ucha nie miała chyba nic. Rozmowa, którą prowadziła, należała do nadzwyczaj rozbudowanych. Z piętnastoletnich ust padło kilkakrotnie: „no óię ci” i „no yam am”, co jak się domyśliłem miało znaczyć: „Mówię ci” i „Byłam tam” (że młodzież traci zdolność artykułowanego wypowiadania swoich myśli, jest tematem na inny raz). Dziewczę dokończyło konwersacji i odtworzyło na komórce jakiś polski hip – hop. Nie wytrzymałem i wyszedłem na zgreda - mówiąc jej, że nie mam ochoty słuchać tej muzyki i w związku z czym proponuję użycie słuchawek bądź wyłączenie urządzenia. Wywróciła oczy, że ujrzałem drugą stronę gałki ocznej i odwróciła głowę – poza tym nie reagując. Dopiero gdy nieco ostrzej powtórzyłem prośbę – usłuchała.
Babski bokser ze mnie, bo gdyby był to dwumetrowy wyrostek – pewnie bym nie zareagował ze strachu o integralność twarzy. I tu docieram do clou.
Przemiany obyczajowe, które zaszły w polskim społeczeństwie nie zmieniły drzemiącego w nas buractwa. Nadal guzik nas obchodzi, czy komuś przeszkadzamy, czy nie robimy czegoś uciążliwego. Chłopa ze wsi można wygonić – wsi z chłopa, nigdy.
Burakami jesteśmy nadal, ale zmieniliśmy się w buraków świadomych. Z jednej strony – nie pozwolimy sobie zwrócić uwagi, a jeśli już, reagujemy najczęściej mówiąc: a gdzie to jest napisane, albo wywracając oczy. Z drugiej strony – boimy się innym zwracać uwagę: czy to w trosce o własne zdrowie, czy to sądząc, że to inni, a najlepiej uprawnione służby, są od pilnowania porządku. Nie żyje już moja babcia (rocznik 1925), która wsiadając do zatłoczonego tramwaju potrafiła powiedzieć na głos do siedzących młodzików: „Siedźcie, siedźcie, na starość sobie postoicie”.
Bo niezależnie od faktu, czy jestem zapalonym quadziarzem, czy psychofanem dowolnego gatunku muzyki – powinienem pamiętać, że może jeżdżąc moją hałaśliwą maszyną po czyimś gruncie, albo po wspólnym lesie i psuję innym wypoczynek, jak i powinienem mieć na względzie, że inni niekoniecznie muszą dzielić moje muzyczne pasje.
Jeśli chcemy budować społeczeństwo obywatelskie – musimy uczyć się wzajemnie szanować, dbać byśmy potrafili sami między sobą załatwiać sporne sprawy i nie mieszać do tego Państwa. Ono co najwyżej wszystko spartoli.
Zacznijmy znów ze sobą rozmawiać. Twarzą w twarz, odważnie. Choćbyśmy się mieli przy tym kłócić.
ibsen82, środa, 11 maja 2011; Bartosz Sowisło
Niemniej jednak: z sondaży przeprowadzanych w połowie lat dziewięćdziesiątych wynikało niezbicie, że przeciętny mężczyzna – Polak bierze pół prysznica tygodniowo. Najnowszych danych statystycznych nie mam, ale z racji wykonywanego zawodu przebywam bardzo często w towarzystwie wielu różnych, przypadkowych osób i jeśli uznać nos za przyrząd badawczy – sytuacja bardzo się poprawiła. Podobnie jak nie widzi się już Pań z nieogolonymi nogami i niedepilowanymi pachami (choć to kwestia gustu). Polacy nie palą już na ogół gdzie popadnie, ubierają się raczej dobrze, nie plują na ulicach i w ogóle jakby się nieco ucywilizowali. W restauracjach i sklepach obsługa na ogół miła i kompetentna, nawet na drogach mniej chamstwa i kozactwa (jakkolwiek w tym punkcie byłbym ostrożny – stety niestety – ale jest to w dużej mierze zasługą tego, że po naszym pięknym kraju nie ma po czym jeździć i wszyscy, sprawiedliwie, sterczą w korkach). Zapadnaja Jewropa zastukała do naszych drzwi i bez wahania je uchyliliśmy.
Różowo jednak nie jest i to mimo, iż acan Ziutek, swojsko pachnący potem i skarpetami i imć. Zdzichu z sarmackim wąsem i takimże brzuszkiem przechodzą zwolna do lamusa, zastępowani, przez wygolonych, wypachnionych i wysportowanych Józefów i Zdzisławów. Żyjemy w kraju rozwijającym się, obiema garściami biorącym ze skarbnicy cudów techniczno – marketingowych. Takich choćby jak quad i telefon komórkowy. Z których nauczyliśmy się już korzystać – w sensie ich obsługi, ale jeszcze nie dotarło do nas jak używać ich – i nie być przy tym uciążliwym dla bliźnich.
O quadach i generowanych przez, a w zasadzie ich właścicieli problemów przeczytałem w bielskim dodatku „Wybiórczej” w tekście cokolwiek egzaltowanym acz dotykającym sedna sprawy. Bo niestety jest jak autorka pisze: quady i crossy jeżdżą po Beskidach i nie tylko, po terenach Lasów Państwowych i prywatnych polach, niszczą ścieżki, płoszą zwierzynę, hałasują i smrodzą. I w rurze wydechowej mają kary za wjeżdżanie pojazdami mechanicznymi na teren lasu, bo dla osoby którą stać na zabawkę za kilka tysięcy pięćdziesięciozłotowy mandat jest przysłowiowym śmiechem na sali.
Najciekawszą częścią artykułu były jak zwykle komentarze. Vox populi podzielił się na trzy frakcje.
W skład pierwszej wchodzili zwolennicy prywatnej inicjatywy i, pomijając jego radykalizm, zaprezentowali chyba najskuteczniejsze rozwiązanie problemu, które streścić można francuskim stwierdzeniem perdre la tete, którego praktycznym zastosowaniem miałoby być rozwieszanie stalowych linek na wysokości szyi potencjalnego zakłócacza spokoju i ciszy.
Drugą grupą byli sami quadowcy, którzy uważali, że przecież nic takiego się nie dzieje i nikomu nie szkodzą. Co bardziej porywczy odgrażali się „prywaciarzom”, a bardziej racjonalni domagali się tworzenia torów, gdzie mogliby kultywować swoje hobby.
Trzecia grupa, legaliści, twierdziła, że trzeba po prostu zwiększyć karę za naruszanie zakazu jeżdżenia po lesie, a pozyskanymi w ten sposób środkami zasilić budżety gmin.
Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pośrednie: legalno – prywatne. Poustawiać tablice na drogach wjazdowych do lasów i napisać na nich: „Zakaz wjazdu – stalowe linki rozwieszone w poprzek drogi”. I jak ktoś chce jechać – niech jedzie.
Drugi z wynalazków, podbijającym serca Polaków, a używanym w dość dziwaczny sposób, jest komórka. Nie mam zamiaru się czepiać telefonicznych pogaduch w środkach transportu, ani rozmów przy stoliku restauracyjnym. Ostatecznie telefon jest po to, żeby przezeń rozmawiać. Ale...
Przejechałem się ostatnio autobusem PKM Jaworzno. W Mysłowicach wsiadła jakaś dziewczyna w wieku gimnazjalnym. Poza komórką przylepioną do ucha nie miała chyba nic. Rozmowa, którą prowadziła, należała do nadzwyczaj rozbudowanych. Z piętnastoletnich ust padło kilkakrotnie: „no óię ci” i „no yam am”, co jak się domyśliłem miało znaczyć: „Mówię ci” i „Byłam tam” (że młodzież traci zdolność artykułowanego wypowiadania swoich myśli, jest tematem na inny raz). Dziewczę dokończyło konwersacji i odtworzyło na komórce jakiś polski hip – hop. Nie wytrzymałem i wyszedłem na zgreda - mówiąc jej, że nie mam ochoty słuchać tej muzyki i w związku z czym proponuję użycie słuchawek bądź wyłączenie urządzenia. Wywróciła oczy, że ujrzałem drugą stronę gałki ocznej i odwróciła głowę – poza tym nie reagując. Dopiero gdy nieco ostrzej powtórzyłem prośbę – usłuchała.
Babski bokser ze mnie, bo gdyby był to dwumetrowy wyrostek – pewnie bym nie zareagował ze strachu o integralność twarzy. I tu docieram do clou.
Przemiany obyczajowe, które zaszły w polskim społeczeństwie nie zmieniły drzemiącego w nas buractwa. Nadal guzik nas obchodzi, czy komuś przeszkadzamy, czy nie robimy czegoś uciążliwego. Chłopa ze wsi można wygonić – wsi z chłopa, nigdy.
Burakami jesteśmy nadal, ale zmieniliśmy się w buraków świadomych. Z jednej strony – nie pozwolimy sobie zwrócić uwagi, a jeśli już, reagujemy najczęściej mówiąc: a gdzie to jest napisane, albo wywracając oczy. Z drugiej strony – boimy się innym zwracać uwagę: czy to w trosce o własne zdrowie, czy to sądząc, że to inni, a najlepiej uprawnione służby, są od pilnowania porządku. Nie żyje już moja babcia (rocznik 1925), która wsiadając do zatłoczonego tramwaju potrafiła powiedzieć na głos do siedzących młodzików: „Siedźcie, siedźcie, na starość sobie postoicie”.
Bo niezależnie od faktu, czy jestem zapalonym quadziarzem, czy psychofanem dowolnego gatunku muzyki – powinienem pamiętać, że może jeżdżąc moją hałaśliwą maszyną po czyimś gruncie, albo po wspólnym lesie i psuję innym wypoczynek, jak i powinienem mieć na względzie, że inni niekoniecznie muszą dzielić moje muzyczne pasje.
Jeśli chcemy budować społeczeństwo obywatelskie – musimy uczyć się wzajemnie szanować, dbać byśmy potrafili sami między sobą załatwiać sporne sprawy i nie mieszać do tego Państwa. Ono co najwyżej wszystko spartoli.
Zacznijmy znów ze sobą rozmawiać. Twarzą w twarz, odważnie. Choćbyśmy się mieli przy tym kłócić.
ibsen82, środa, 11 maja 2011; Bartosz Sowisło
Ofiara political corectness
Poprawność polityczna, czy jak chcą anglosasi political corectness krok po kroczku wchodzi i w naszą przestrzeń publiczną.
Przypadek posła Węgrzyna z PO jest tutaj świetnym przykładem jak najnowsza wersja cenzury potrafi łamać kariery i kręgosłupy ludzkie.
Dwa miesiące temu, pan poseł Węgrzyn zapytany przez dziennikarza TVN 24 o ewentualne rozbieżności światopoglądowe przy budowaniu hipotetycznej koalicji między PO a SLD, a konkretniej gdy reporter spytał o pomysły legalizacji małżeństw homoseksualnych, nonszalancko, po męsku odparł: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami... chętnie bym popatrzył". Co działo się potem - mniej więcej wiemy. Węgrzyna publicznie zlinczowano, nazwano homofobem, a na koniec wylano z partii.
Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, jeśli spojrzy na opisaną wyżej sytuację, spokojnie i ignorując histeryczny wrzask mediów gardłujących w koło Macieju o nietolerancji, musi w ogólnym rozrachunku przyznać, że całość to szekspirowskie "wiele hałasu o nic". Czy Węgrzyn rzeczywiście powiedział coś, co można by uznać za obrzydliwe, nienawistne albo homofobiczne? Nie: powiedział to co myśli sobie w swoich brudnych móżdżkach przynajmniej osiemdziesiąt procent facetów. Jeśli ktoś ma wątpliwości - niech odpowie sobie na pytanie: kto inny jak nie mężczyźni wymyślił walki roznegliżowanych babek w kisielu? Kto pisze scenariusze filmów porno?
Poprawność polityczna ma swoje dobre strony. Że nazywa się jak się nazywa - wymyślili Amerykanie, ale i my Europejczycy czy nawet Polacy mamy swoje określenia na podobne zachowania. Otóż drzewiej mówiło się o "dyplomatyczności", "subtelności", czy "delikatności" stwierdzeń, fachowo: "eufemizowaniu". I jasna sprawa: czasami wręcz wypada poowijać w bawełnę, nie mówiąc już o tym jak bardzo dzięki temu wzbogaca się nasze słownictwo.
Niestety, ale rozwój leksykalny i umiejętność powiedzenia czegoś w ładny, uprzejmy sposób w niewielkim tylko stopniu równoważy szkody, jakie tego rodzaju wyrażanie myśli ze sobą niesie. Z dwóch wprawdzie, ale ważkich, powodów. Poprawność polityczna jest: primo - niesymetryczna, secundo - fałszująca rzeczywistość.
Niesymetryczność poprawności politycznej polega na tym, że jednej osobie w określonej sytuacji wypada/wolno użyć jakiegoś ciężkiego stwierdzenia, natomiast drugiej osobie w podobnej (lub innej) sytuacji dokładnie tego samego zwrotu - użyć już nie wolno. Przykładowo: w USA na pogardliwe określenie murzyna (które to w j. polskim zdążyło zresztą nabrać pejoratywnego znaczenia - o tym na koniec) zwykło się mówić nigger, co znaczy mniej więcej - czarnuch. Gdyby tego słowa użył biały - dramat i ciemna mogiła - rozruchy pewne jak amen w pacierzu, krzyk w telewizji i prasie, a autor na suchej gałęzi. Tymczasem niggers, zwracają się tak do siebie na zasadzie koleżeńskiego "stary" i póki co jeszcze się nie wymordowali. Inny przykład: jakoś rok temu w Szczecinie homoseksualna para wygrała proces sądowy, który wytoczyła sąsiadowi dość głośno mówiącemu, że dom obok niego zajmują "pedały". Co oznacza to stwierdzenie nie muszę chyba tłumaczyć. Przy czym: jeśli ów sąsiad sam byłby "pedałem" prawdopodobnie nie doszłoby do żadnego procesu, a i pokrzywdzeni wiedząc, że gościu jest w analogicznej sytuacji nie poczuliby się urażeni. Na własne uszy słyszałem gejów mówiących o innych gejach "pedał" czy "ciota" i brzmiało to dla mnie raczej jak pieszczotliwe "kotku", "myszko". Choć gdybym ja (hetero) użył podobnego stwierdzenia - dostałbym w zęby, albo pozew. Wniosek? Mniejszościom w świecie poprawności politycznej wolno więcej niż większości - a cackanie się ze zgniłym jajkiem na dłuższą metę męczy i w pewnym momencie się go po prostu pozbywa. Próbując "ugłaskać" społeczeństwo - dokłada się tylko do pieca. A jak wiadomo każdy kocioł parowy musi mieć zawór bezpieczeństwa, bo inaczej wybucha. Innymi słowy: lepiej chyba dać ksenofobii i niezrozumieniu ujście w słowach - niż nakręcić atmosferę i doprowadzić do pogromu.
Poprawność polityczna fałszuje rzeczywistość. Szkoliłem się kiedyś z pierwszej pomocy. Jeden z tematów: epilepsja, czasami zwana też padaczką. Instruktor puścił nam film nagrany przez Amerykanów, gdzie w jednym z pierwszych zdań padło słowo seizures (ataki) i wytłumaczenie, że lepiej na opisanie osoby cierpiących na tę tajemniczą chorobę używać stwierdzenia: person with seizures zamiast epyleptic gdyż rzekomo epilepsja źle się kojarzy i określenie kogoś jako epileptyka może sprowadzić nań społeczny ostracyzm. Trudno chyba o bardziej dobitny przykład próby fałszowania rzeczywistości. Czy to, że nazwiemy kogoś "osobą z atakami" zmieni fakt, że jest po prostu epileptykiem? Czy będzie dostawał rzadziej drgawek? Co więcej - tego rodzaju owijanie w bawełnę może prowadzić do nieporozumień. Ataków różnych dolegliwości jest wiele. Choćby wilkołactwa, włażenia na dachy i wycia do księżyca.
Spooro wypowiadanych przez nas słów (szczególnie w kwestiach światopoglądowych) niesie ze sobą pewien emocjonalny ładunek. Określenia: gej, pedał, ciota, homoseksualista, kochający inaczej - nie są sobie równoważne. Po tym którego z nich użyjemy - umieszczamy się na osi: akceptacja - neutralność - brak akceptacji. Polityczna poprawność, kastrując nas z używania pewnych słów - uniemożliwia szybkie określenie się.
Tytuł filmu Polańskiego "Ghost writer" przetłumaczono na język polski jako "Pisarz widmo". Co najciekawsze, jest to zwykła kalka (może i lepiej brzmiąca) nie uwzględniająca faktu, że w naszej rodzimej mowie istnieje już od kilkudziesięciu przynajmniej lat słowo opisujące pisarza, który użycza swego talentu by stworzyć dzieło, pod którym ktoś inny ma się podpisać. Tym słowem jest "murzyn" (zainteresowanych odsyłam do książki Melchiora Wańkowicza "Karafka La Fontaine'a"). Źródłosłów dość prosty do odgadnięcia - murzyn zwykle był kimś kto odwalał brudną robotę, synonimem niewolnika - tak samo jak "pisarz - widmo". Tak się śmiesznie złożyło, że i w polszczyźnie "murzyn" na przestrzeni ostatnich lat stał się słówkiem nie do końca poprawnym i coraz częściej zastępuje się go "czarnym", bądź "czarnoskórym", przy czym "murzyn" w znaczeniu pisarza nadal ma się dobrze i funkcjonuje w fachowym (literaturoznawczym) słowniku - o czym przekonałem się słuchając wywiadu z autorką biografii Jerzego Kosińskiego. Ciekaw jestem, czy tłumacz tytułu dał się uwieść political corectness, czy może powodowały nim jakieś inne względy.
Polityczną poprawność, zostawmy może gdzie jej miejsce - w polityce. I to najlepiej międzynarodowej.
ibsen82, sobota, 16 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło
Przypadek posła Węgrzyna z PO jest tutaj świetnym przykładem jak najnowsza wersja cenzury potrafi łamać kariery i kręgosłupy ludzkie.
Dwa miesiące temu, pan poseł Węgrzyn zapytany przez dziennikarza TVN 24 o ewentualne rozbieżności światopoglądowe przy budowaniu hipotetycznej koalicji między PO a SLD, a konkretniej gdy reporter spytał o pomysły legalizacji małżeństw homoseksualnych, nonszalancko, po męsku odparł: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami... chętnie bym popatrzył". Co działo się potem - mniej więcej wiemy. Węgrzyna publicznie zlinczowano, nazwano homofobem, a na koniec wylano z partii.
Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, jeśli spojrzy na opisaną wyżej sytuację, spokojnie i ignorując histeryczny wrzask mediów gardłujących w koło Macieju o nietolerancji, musi w ogólnym rozrachunku przyznać, że całość to szekspirowskie "wiele hałasu o nic". Czy Węgrzyn rzeczywiście powiedział coś, co można by uznać za obrzydliwe, nienawistne albo homofobiczne? Nie: powiedział to co myśli sobie w swoich brudnych móżdżkach przynajmniej osiemdziesiąt procent facetów. Jeśli ktoś ma wątpliwości - niech odpowie sobie na pytanie: kto inny jak nie mężczyźni wymyślił walki roznegliżowanych babek w kisielu? Kto pisze scenariusze filmów porno?
Poprawność polityczna ma swoje dobre strony. Że nazywa się jak się nazywa - wymyślili Amerykanie, ale i my Europejczycy czy nawet Polacy mamy swoje określenia na podobne zachowania. Otóż drzewiej mówiło się o "dyplomatyczności", "subtelności", czy "delikatności" stwierdzeń, fachowo: "eufemizowaniu". I jasna sprawa: czasami wręcz wypada poowijać w bawełnę, nie mówiąc już o tym jak bardzo dzięki temu wzbogaca się nasze słownictwo.
Niestety, ale rozwój leksykalny i umiejętność powiedzenia czegoś w ładny, uprzejmy sposób w niewielkim tylko stopniu równoważy szkody, jakie tego rodzaju wyrażanie myśli ze sobą niesie. Z dwóch wprawdzie, ale ważkich, powodów. Poprawność polityczna jest: primo - niesymetryczna, secundo - fałszująca rzeczywistość.
Niesymetryczność poprawności politycznej polega na tym, że jednej osobie w określonej sytuacji wypada/wolno użyć jakiegoś ciężkiego stwierdzenia, natomiast drugiej osobie w podobnej (lub innej) sytuacji dokładnie tego samego zwrotu - użyć już nie wolno. Przykładowo: w USA na pogardliwe określenie murzyna (które to w j. polskim zdążyło zresztą nabrać pejoratywnego znaczenia - o tym na koniec) zwykło się mówić nigger, co znaczy mniej więcej - czarnuch. Gdyby tego słowa użył biały - dramat i ciemna mogiła - rozruchy pewne jak amen w pacierzu, krzyk w telewizji i prasie, a autor na suchej gałęzi. Tymczasem niggers, zwracają się tak do siebie na zasadzie koleżeńskiego "stary" i póki co jeszcze się nie wymordowali. Inny przykład: jakoś rok temu w Szczecinie homoseksualna para wygrała proces sądowy, który wytoczyła sąsiadowi dość głośno mówiącemu, że dom obok niego zajmują "pedały". Co oznacza to stwierdzenie nie muszę chyba tłumaczyć. Przy czym: jeśli ów sąsiad sam byłby "pedałem" prawdopodobnie nie doszłoby do żadnego procesu, a i pokrzywdzeni wiedząc, że gościu jest w analogicznej sytuacji nie poczuliby się urażeni. Na własne uszy słyszałem gejów mówiących o innych gejach "pedał" czy "ciota" i brzmiało to dla mnie raczej jak pieszczotliwe "kotku", "myszko". Choć gdybym ja (hetero) użył podobnego stwierdzenia - dostałbym w zęby, albo pozew. Wniosek? Mniejszościom w świecie poprawności politycznej wolno więcej niż większości - a cackanie się ze zgniłym jajkiem na dłuższą metę męczy i w pewnym momencie się go po prostu pozbywa. Próbując "ugłaskać" społeczeństwo - dokłada się tylko do pieca. A jak wiadomo każdy kocioł parowy musi mieć zawór bezpieczeństwa, bo inaczej wybucha. Innymi słowy: lepiej chyba dać ksenofobii i niezrozumieniu ujście w słowach - niż nakręcić atmosferę i doprowadzić do pogromu.
Poprawność polityczna fałszuje rzeczywistość. Szkoliłem się kiedyś z pierwszej pomocy. Jeden z tematów: epilepsja, czasami zwana też padaczką. Instruktor puścił nam film nagrany przez Amerykanów, gdzie w jednym z pierwszych zdań padło słowo seizures (ataki) i wytłumaczenie, że lepiej na opisanie osoby cierpiących na tę tajemniczą chorobę używać stwierdzenia: person with seizures zamiast epyleptic gdyż rzekomo epilepsja źle się kojarzy i określenie kogoś jako epileptyka może sprowadzić nań społeczny ostracyzm. Trudno chyba o bardziej dobitny przykład próby fałszowania rzeczywistości. Czy to, że nazwiemy kogoś "osobą z atakami" zmieni fakt, że jest po prostu epileptykiem? Czy będzie dostawał rzadziej drgawek? Co więcej - tego rodzaju owijanie w bawełnę może prowadzić do nieporozumień. Ataków różnych dolegliwości jest wiele. Choćby wilkołactwa, włażenia na dachy i wycia do księżyca.
Spooro wypowiadanych przez nas słów (szczególnie w kwestiach światopoglądowych) niesie ze sobą pewien emocjonalny ładunek. Określenia: gej, pedał, ciota, homoseksualista, kochający inaczej - nie są sobie równoważne. Po tym którego z nich użyjemy - umieszczamy się na osi: akceptacja - neutralność - brak akceptacji. Polityczna poprawność, kastrując nas z używania pewnych słów - uniemożliwia szybkie określenie się.
Tytuł filmu Polańskiego "Ghost writer" przetłumaczono na język polski jako "Pisarz widmo". Co najciekawsze, jest to zwykła kalka (może i lepiej brzmiąca) nie uwzględniająca faktu, że w naszej rodzimej mowie istnieje już od kilkudziesięciu przynajmniej lat słowo opisujące pisarza, który użycza swego talentu by stworzyć dzieło, pod którym ktoś inny ma się podpisać. Tym słowem jest "murzyn" (zainteresowanych odsyłam do książki Melchiora Wańkowicza "Karafka La Fontaine'a"). Źródłosłów dość prosty do odgadnięcia - murzyn zwykle był kimś kto odwalał brudną robotę, synonimem niewolnika - tak samo jak "pisarz - widmo". Tak się śmiesznie złożyło, że i w polszczyźnie "murzyn" na przestrzeni ostatnich lat stał się słówkiem nie do końca poprawnym i coraz częściej zastępuje się go "czarnym", bądź "czarnoskórym", przy czym "murzyn" w znaczeniu pisarza nadal ma się dobrze i funkcjonuje w fachowym (literaturoznawczym) słowniku - o czym przekonałem się słuchając wywiadu z autorką biografii Jerzego Kosińskiego. Ciekaw jestem, czy tłumacz tytułu dał się uwieść political corectness, czy może powodowały nim jakieś inne względy.
Polityczną poprawność, zostawmy może gdzie jej miejsce - w polityce. I to najlepiej międzynarodowej.
ibsen82, sobota, 16 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło
Co się patrzysz - Pan Klaudiusz Sevkovic zaprasza
Po dłuższej przerwie dziś odrobina prywaty. Wiosna przyszła, więc wychynąłem sobotnim wieczorem z domu, by wybrać się do jednego z najpopularniejszych ostatnio katowickich klubów. Klub jak klub, za głośna muzyka, za drogie drinki, obsługa ścigająca mnie po całej knajpie, bo miałem na sobie bluzę z kapturem. W jednej z lóż siedział ekscelebryt Klaudiusz Sevkovic (ten kucharz z Big Brothera) i kilku jego kolegów w identycznych jak on jasnych garniakach ubranych na czarne podkoszulki, pili, oczywiście jacka danielsa. Od czasu do czasu wysyłali któregoś z nich na salę w charakterze pośrednim między nagonką a przynętą na ryby. Co bardziej wyrozbierane dziewoje były zaczepiane hasłem - "Pan Klaudiusz Sevkovic zaprasza do stolika"...
Zdziwiony byłem metamorfozą, jaka zaszła pośród rodzimego dresiarstwa. Kluby, ustawiając na bramkach tak zwanych selekcjonerów - czy im się to podoba, czy nie - zwiększają obroty co droższych firm odzieżowych. Dżentelmeni, których fizjonomie przywodziły na myśl skojarzenia z wygodnym strojem sportowym i adidaskami - powciskali się w koszule kroju "slim fit" i spodnie biodrówki. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo malowniczo prezentowało się owo metroseksualne odzienie na pozbawionych szyi ramionach i jak filuternie kontrastowało ze złotym łańcuchem - krowiakiem oraz opalenizną - efektem ciężkiej pracy lamp UV.
Na imprezie w gruncie rzeczy nuda. Jestem chudeuszem i szkoda mi pieniędzy na drinki po dwie dychy sztuka, wysączyłem więc przez całą noc ze cztery "Peroni" (7 złotych za 0.33), a gdy muzyka mi już ani w śpiewie, ani w tańcu nie przeszkadzała, udałem się pląsać na parkiet, wzbudzając zainteresowanie ochroniarzy, którzy z uporem godnym lepszej sprawy odsyłali mnie do szatni, abym zdjął wspomnianą już okapturzoną bluzę (co musiałem zresztą po jakimś czasie uczynić).
Gdzieś koło drugiej w nocy, byłem świadkiem małej utarczki między dwiema tlenionymi, młodymi damami. Początkowo spoliczkowały się kilkaktrotnie, poprzepychały trochę, a na koniec solidarnie przywaliły mężczyźnie próbującemu je rozdzielić. Jedna z nich ubrana była w tak bardzo "małą czarną", że projektant uznał za zbędne przyszycie do niej ramiączek. A że i dziewczyna uznała za podobnie zbędne ubieranie biustonosza, więc w ferworze walki, na jakieś pół minuty, ukazała wszystkim swój całkiem kształtny i co (przynajmniej dla mnie) zaskakujące, naturalny biust, rozmiaru, pi razy oko, solidnego D. Tym, jakże budującym epizodem zakończyły się atrakcje wieczoru.
Koło piątej rano wsiadłem do autobusu jadącego do mojego miasta. Kupiłem bilet i walcząc ze snem, gapiłem się przed siebie. Pech chciał, bo na linii mojego wzroku siedział pewien mężczyzna, około trzydziestki, ze sporą ilością biżuterii powbijanej w różne miejsca na twarzy. Jeszcze większy pech chciał, że był w towarzystwie dwóch kolegów, z których jeden usilnie adorował jakieś panny, a drugi zajęty był kontemplacją śląskich krajobrazów. Obok nich siedział jeszcze kontroler biletów - póki co incognito.
Od dłuższego czasu przemieszczam się samochodem i większość czasu spędzam w miejscach, gdzie ludzie na ogół są przyjaźni. Żyję, w może za bardzo wyidealizowanym świecie, w którym sobie wierzę i chcę wierzyć, że ludzie z gruntu rzeczy są dobrzy. Dopiero za trzecim razem dotarło do mnie, że dżentelmen z kolczykami w twarzy mówi do mnie przepiękną skądinąd śląszczyzną: "Czego się kurwa patrzysz. W okno się patrz albo w podłoga. No, w okno się patrz, pedziołech!". W moim głupim wyidealizowanym świecie patrzenie na kogoś nie podlega ani karze, ani nie jest w żadnym wypadku objawem agresji. W moim głupim i wyidealizowanym świecie patrzy się - gdzie się chce. W moim głupim, wyidealizowanym świecie mówi się to, co się myśli. Tak i zrobiłem tym razem.
Czytelników liczących na to, że nastąpi teraz dynamiczny opis mordolejstwa, muszę niestety (a na moje szczęście) zawieść. Nie pobił mnie. Nawet na chwilę odpuścił. Kilka minut nie działo się nic nadzwyczajnego, poza tym tylko, że uaktywnił się kontroler. Posprawdzał bilety, poszedł na koniec autobusu. W tym czasie adorator postanowił nawiązać ze mną jakąś pogawędkę. Nie pamiętam już, co powiedział, ale poirytowany odparłem mu, żeby mi dał spokój. Nie uszanował mojego prawa do spokoju. A że chyba trudno mu było znaleźć jakiś inny temat do konwersacji, zaczął głośno komentować moje domniemane życie seksualne - kreując przy okazji nowe reguły anatomii i fizjologii ("sperma ci tryska z twarzy"), orientację seksualną ("ty pedale, ruchają cię w dupę jak chcą"), wykształcenie ("pewnie jesteś jakimś spedalonym studencikiem politologii" - swoją drogą, czy ja mam to na twarzy wypisane?), a także ewentualnego użycia mnie w charakterze środka utrzymywania czystości ("ty szmato"). Zapomniałem o zasadzie, że nie ma sensu z takimi ludźmi w ogóle gadać. Początkowo powtarzałem po prostu żeby się odczepili, później użyłem ich kodu językowego, sugerując wprost, żeby się odpierdolili. Nerwy do reszty mi puściły, gdy zaczęli zastanawiać się nad profesją mojej matki i przestałem już kontrolować, co mówię i jak mówię. Ignorowanie też niestety nic nie dawało. W obronę wzięły mnie adorowane dziewczyny, które stwierdziły: "jesteście mądrzy, bo jesteście we trzech na jednego".
Najbardziej logiczne wydało mi się poproszenie o pomoc. Kogo prosić o pomoc w autobusie? Kierowcę. Niestety, gdy wyraziłem życzenie, by wezwał policję, usłyszałem: "sam se pan dzwoń".
Panowie, którzy ewidentnie, z nieznanych mi powodów usiłowali sprowokować mnie do bójki, co przyniosłoby pewnie pożałowania godne rezultaty, w końcu osiągnęli cel swojej podrózy (Mysłowice kościół). Na pożegnanie jeden z nich napuł mi prosto w twarz. Wysiedli.
Upokorzony i wściekły podszedłem do kierowcy i zażądałem podania imienia, nazwiska i numeru służbowego. Chciałem bowiem złożyć zażalenie za zaniedbanie bezpieczeństwa pasażerów, którego moim zdaniem się dopuścił. W kierowcę jakby diabeł wstąpił, rozdarł się na mnie, że chyba mnie "cycki swędzą", że "sam jestem sobie winien", że "jakbyśmy się bili, to on wezwałby policję". Ostatecznie, upokorzony i żegnany nieprzychylnymi komentarzami innych pasażerów ("czego się rzuca", "nic się przecież nie stało") wysiadłem z autobusu pięć kilometrów przed przystankiem docelowym i resztę trasy pokonałem na piechotę.
Do jaworznickiego PKM napisałem skargę i ciekaw jestem odpowiedzi.
Teraz garść wniosków.
Pierwszy: definicja buractwa. Nie ma czegoś takiego. Bo czy buractwem można nazwać ubranych bez gustu "karków" w dyskotece? Można, ale dla ochrony klubu, w którym spędziłem noc, byłem burakiem, bo miałem na sobie bluzę z kapturem. Nieistotne, że oni sami przypominali alfonsów i wykidajłów z amerykańskich seriali kryminalnych z lat 80. Ktoś powiedział im oraz selekcjonerom, że sportowe obuwie, bluza z kapturem i dres to synonim buraka i kogoś takiego należy tępić. Dla mnie burakami byli mężczyźni, którzy zaczepili mnie w autobusie, mimo, że w sumie strój żadnego z nich na to nie wskazywał. Dla kierowcy burakiem byłem ja, bo śmiałem go prosić o imię i nazwisko. Stary truizm mówi, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i w przypadku zjawiska "buractwa", zdaje się stuprocentowo potwierdzać.
Drugi: bezpieczeństwo w Polsce to nadal mit. Policja na każdym rogu ładuje mandaty, za co popadnie, ale gdy przyjdzie co do czego, nie można oczekiwać, że ktoś pomoże i ją wezwie. Czemu nie dzwoniłem sam? Bo podobnie jak większość Polaków żyję w przeświadczeniu, że to nic nie da, że pojawienie się policji tylko pogorszy sprawy. A poza tym, jaką miałem mieć gwarancję, że gdy tylko wybiorę numer, nie przejdą do rękoczynów?
Jako dziecko miałem złamany nos przez chuligana, jako nastolatek kilkakrotnie zostałem pobity tylko za to, że przeszedłem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie albo powiedziałem coś, co się komuś nie spodobało. A gdy się wskaże komuś, kto żebrze na ulicy o papierosa, sklep i powie, że tam sobie może kupić - znaczy wywyższa się i mądrzy. Zwierzątka homo sapiens mają na to jedną odpowiedź - w ryj.
Co więcej, ktoś domagający poszanowania się swojego prawa (w tym przypadku do bycia traktowanym w sposób nieuwłaczający jego godności), sam traktowany jest jak łobuz, a dla postronnych ludzi jakiekolwiek próby wyegzekwowania tego prawa są po prostu "rzucaniem się", "burzeniem", które mogą skwitować stwierdzeniem: "w dupie się poprzewracało od nadmiaru praw".
Trzeci: Zwierzątka. Przyjrzałem się całej sytuacji autobusowej, z punktu widzenia antropologa.Wprawdzie nim nie jestem, ale znam podstawowe założenia tej nauki. Dlaczego wszyscy w tym kraju znają utarte już powiedzenie: "Co się kurwa gapisz?", "Co się patrzysz?" i wiedzą od razu, że muszą grzecznie spuścić wzrok, a najlepiej przeprosić albo się postawić i być gotowym na to, że twarz zostanie pozbawiona integralności. Co tak naprawdę jest złego w patrzeniu na kogoś? Reakcja "co się, kurwa, gapisz" na spojrzenie to czysty przykład zezwierzęcenia. Turystom zaleca się, gdy spotkają w górach niedźwiedzia, położyć się na ziemi. Dla niedźwiedzia postawa wyprostowana jest postawą walki. Dla agresywnego psa spojrzenie w oczy to prowokacja eskalująca agresję. Homo sapiens jest istotą biologiczną i tylko zinternalizowane wzorce kulturowe powstrzymują nas od tego, byśmy, na przykład, zabierali się do kopulacji z jakąś fajnie wyglądającą samicą - nie bacząc na to, co ta samica ma do powiedzenia w tym temacie.
Czwarty: bezpieczeństwo a godność i wolność. Moja matka, gdy opowiedziałem jej o całej sytuacji, zaraz stwierdziła: "a po cholerę łazisz gdzieś po nocy", "trzeba się było przesiąść" itp. OK, wszystko to powinno sprawić, że byłbym bezpieczny. Ale czy o to chodzi w funkcjonowaniu w społeczeństwie, żeby przemieszczać się wyłącznie z chronionego osiedla, do chronionej pracy, potem taksówką do chronionej galerii handlowej? Czy naprawdę zwykli ludzie muszą się bać wychodzenia w nocy z domu? Policja, ochrona czy monitoring są tylko ułudą bezpieczeństwa. Mirażem, na rzecz którego pozbywamy się coraz więcej swojej wolności. Prawdziwie bezpieczni będziemy dopiero wtedy, gdy większość z nas będzie odczuwała niczym niewymuszony szacunek do drugiej osoby, dla jej życia, poglądów. Jak to zrobić? Nie wiem, ale na pewno jest to zadanie na całe pokolenia.
Pewnie, że na reakcję "co się, kurwa gapisz" można zacząć patrzeć w okno, ale niby czemu?
Piąty: studenci. Nawet nie bardzo mnie zdziwiło pogardliwe wyrażanie się jednego z napastników. Jest to zakorzenione w myśleniu, metaforycznie mówiąc, "chłoporobotnika". I uważam, że ta pogarda dla ludzi lepiej wykształconych jest największą zbrodnią, jakiej komuna się dopuściła na polskim społeczeństwie. Górnik, który jechał w 1968 roku, w czynie społecznym prać studentów protestujących przeciw zdjęciu "Dziadów", tkwi w skórze niemal wszystkich "chłopków - roztropków". Uczeń zawodówki, który dostawał więcej stypendium niż nauczyciel wypłaty - a nie umiał podpisać się bez błędów ortograficznych, nie był niczym nadzwyczajnym. Komuna, utwierdziła ich wszystkich, że to oni są lepsi, oni są ważniejsi i nie muszą mieć żadnego szacunku dla czyjejkolwiek wiedzy bądź wykształcenia bo w ich rozumieniu liczy się tylko "kasa" i "siła".
I tu dygresja do inteligenckich apologetów wolnego rynku, który tylko pogorszył sytuację. Popatrzcie na to, jak wolny rynek wycenia Waszą pracę (nauczyciela, urzędnika, eksperta, redaktora), a jak wycenia pracę kogoś, kto jedyne co potrafi to fedrować węgiel. Pęd do edukacji i łatwa jej dostępność spowodowały, że popyt na pracę ludzi z wyższym wykształceniem jest zdecydowanie niższy od podaży. Jak ma kaflekarz, który zarabia 5 tysięcy na miesiąc, czuć szacunek do profesora uniwersyteckiego z pensją 2 tys? Albo copywritera (ostatnio widziałem ogłoszenie), któremu oferuje się 7,5 złotego za stronę maszynopisu? Jak ma się 28 złotych za metr gładzi gipsowej do 40 złotych za godzinę nauki języka francuskiego?
Szósty: odpowiedzialność. Absolutnie, ale to absolutnie niezrozumiała jest dla mnie postawa kierowcy. Kiedy podobne zdarzenie przytrafiło mi się w Gdańsku, obronił mnie nie kto inny, a właśnie pracownik tamtejszej komunikacji miejskiej. Ja nie prosiłem o to, żeby uspokajał agresywnych mężczyzn, prosiłem o wezwanie policji. Dlaczego tego nie zrobił? Czy normalnym jest ignorowanie sytuacji, która dzieje się w moim miejscu pracy i rozwój jej pozwala sądzić, że może skończyć się tragicznie? Szczególnie, że miał do pomocy kontrolera biletów, który również nie zareagował w żaden sposób, choćby tylko próbą werbalnego uspokojenia emocji? Odpowiedź nasunęła mi się dopiero niedawno: oni też się bali. Reszta wynika z arytmetyki: gdy zostałem sam, mogli mnie wysadzić z autobusu, straszyć, że wezwą policję, bo to ja się awanturuję - mieli już do czynienia z jedną osobą, a nie trzema. A gdybym, hipotetycznie, nie wytrzymał obelg, plucia w twarz, wyjął nóż i zamordował jednego z mężczyzn? Byłaby to tragedia, która jak sądzę, obciążyłaby nie tylko moje sumienie, ale również pracowników komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy gdyby doszło do ostateczności, któryś z nich zdałby sobie sprawę z medyczno - egzystencjonalnego powiedzenia, że "lepiej jest zapobiegać, niż leczyć"?
ibsen82, wtorek, 23 marca 2010; Bartosz Sowisło
Zdziwiony byłem metamorfozą, jaka zaszła pośród rodzimego dresiarstwa. Kluby, ustawiając na bramkach tak zwanych selekcjonerów - czy im się to podoba, czy nie - zwiększają obroty co droższych firm odzieżowych. Dżentelmeni, których fizjonomie przywodziły na myśl skojarzenia z wygodnym strojem sportowym i adidaskami - powciskali się w koszule kroju "slim fit" i spodnie biodrówki. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo malowniczo prezentowało się owo metroseksualne odzienie na pozbawionych szyi ramionach i jak filuternie kontrastowało ze złotym łańcuchem - krowiakiem oraz opalenizną - efektem ciężkiej pracy lamp UV.
Na imprezie w gruncie rzeczy nuda. Jestem chudeuszem i szkoda mi pieniędzy na drinki po dwie dychy sztuka, wysączyłem więc przez całą noc ze cztery "Peroni" (7 złotych za 0.33), a gdy muzyka mi już ani w śpiewie, ani w tańcu nie przeszkadzała, udałem się pląsać na parkiet, wzbudzając zainteresowanie ochroniarzy, którzy z uporem godnym lepszej sprawy odsyłali mnie do szatni, abym zdjął wspomnianą już okapturzoną bluzę (co musiałem zresztą po jakimś czasie uczynić).
Gdzieś koło drugiej w nocy, byłem świadkiem małej utarczki między dwiema tlenionymi, młodymi damami. Początkowo spoliczkowały się kilkaktrotnie, poprzepychały trochę, a na koniec solidarnie przywaliły mężczyźnie próbującemu je rozdzielić. Jedna z nich ubrana była w tak bardzo "małą czarną", że projektant uznał za zbędne przyszycie do niej ramiączek. A że i dziewczyna uznała za podobnie zbędne ubieranie biustonosza, więc w ferworze walki, na jakieś pół minuty, ukazała wszystkim swój całkiem kształtny i co (przynajmniej dla mnie) zaskakujące, naturalny biust, rozmiaru, pi razy oko, solidnego D. Tym, jakże budującym epizodem zakończyły się atrakcje wieczoru.
Koło piątej rano wsiadłem do autobusu jadącego do mojego miasta. Kupiłem bilet i walcząc ze snem, gapiłem się przed siebie. Pech chciał, bo na linii mojego wzroku siedział pewien mężczyzna, około trzydziestki, ze sporą ilością biżuterii powbijanej w różne miejsca na twarzy. Jeszcze większy pech chciał, że był w towarzystwie dwóch kolegów, z których jeden usilnie adorował jakieś panny, a drugi zajęty był kontemplacją śląskich krajobrazów. Obok nich siedział jeszcze kontroler biletów - póki co incognito.
Od dłuższego czasu przemieszczam się samochodem i większość czasu spędzam w miejscach, gdzie ludzie na ogół są przyjaźni. Żyję, w może za bardzo wyidealizowanym świecie, w którym sobie wierzę i chcę wierzyć, że ludzie z gruntu rzeczy są dobrzy. Dopiero za trzecim razem dotarło do mnie, że dżentelmen z kolczykami w twarzy mówi do mnie przepiękną skądinąd śląszczyzną: "Czego się kurwa patrzysz. W okno się patrz albo w podłoga. No, w okno się patrz, pedziołech!". W moim głupim wyidealizowanym świecie patrzenie na kogoś nie podlega ani karze, ani nie jest w żadnym wypadku objawem agresji. W moim głupim i wyidealizowanym świecie patrzy się - gdzie się chce. W moim głupim, wyidealizowanym świecie mówi się to, co się myśli. Tak i zrobiłem tym razem.
Czytelników liczących na to, że nastąpi teraz dynamiczny opis mordolejstwa, muszę niestety (a na moje szczęście) zawieść. Nie pobił mnie. Nawet na chwilę odpuścił. Kilka minut nie działo się nic nadzwyczajnego, poza tym tylko, że uaktywnił się kontroler. Posprawdzał bilety, poszedł na koniec autobusu. W tym czasie adorator postanowił nawiązać ze mną jakąś pogawędkę. Nie pamiętam już, co powiedział, ale poirytowany odparłem mu, żeby mi dał spokój. Nie uszanował mojego prawa do spokoju. A że chyba trudno mu było znaleźć jakiś inny temat do konwersacji, zaczął głośno komentować moje domniemane życie seksualne - kreując przy okazji nowe reguły anatomii i fizjologii ("sperma ci tryska z twarzy"), orientację seksualną ("ty pedale, ruchają cię w dupę jak chcą"), wykształcenie ("pewnie jesteś jakimś spedalonym studencikiem politologii" - swoją drogą, czy ja mam to na twarzy wypisane?), a także ewentualnego użycia mnie w charakterze środka utrzymywania czystości ("ty szmato"). Zapomniałem o zasadzie, że nie ma sensu z takimi ludźmi w ogóle gadać. Początkowo powtarzałem po prostu żeby się odczepili, później użyłem ich kodu językowego, sugerując wprost, żeby się odpierdolili. Nerwy do reszty mi puściły, gdy zaczęli zastanawiać się nad profesją mojej matki i przestałem już kontrolować, co mówię i jak mówię. Ignorowanie też niestety nic nie dawało. W obronę wzięły mnie adorowane dziewczyny, które stwierdziły: "jesteście mądrzy, bo jesteście we trzech na jednego".
Najbardziej logiczne wydało mi się poproszenie o pomoc. Kogo prosić o pomoc w autobusie? Kierowcę. Niestety, gdy wyraziłem życzenie, by wezwał policję, usłyszałem: "sam se pan dzwoń".
Panowie, którzy ewidentnie, z nieznanych mi powodów usiłowali sprowokować mnie do bójki, co przyniosłoby pewnie pożałowania godne rezultaty, w końcu osiągnęli cel swojej podrózy (Mysłowice kościół). Na pożegnanie jeden z nich napuł mi prosto w twarz. Wysiedli.
Upokorzony i wściekły podszedłem do kierowcy i zażądałem podania imienia, nazwiska i numeru służbowego. Chciałem bowiem złożyć zażalenie za zaniedbanie bezpieczeństwa pasażerów, którego moim zdaniem się dopuścił. W kierowcę jakby diabeł wstąpił, rozdarł się na mnie, że chyba mnie "cycki swędzą", że "sam jestem sobie winien", że "jakbyśmy się bili, to on wezwałby policję". Ostatecznie, upokorzony i żegnany nieprzychylnymi komentarzami innych pasażerów ("czego się rzuca", "nic się przecież nie stało") wysiadłem z autobusu pięć kilometrów przed przystankiem docelowym i resztę trasy pokonałem na piechotę.
Do jaworznickiego PKM napisałem skargę i ciekaw jestem odpowiedzi.
Teraz garść wniosków.
Pierwszy: definicja buractwa. Nie ma czegoś takiego. Bo czy buractwem można nazwać ubranych bez gustu "karków" w dyskotece? Można, ale dla ochrony klubu, w którym spędziłem noc, byłem burakiem, bo miałem na sobie bluzę z kapturem. Nieistotne, że oni sami przypominali alfonsów i wykidajłów z amerykańskich seriali kryminalnych z lat 80. Ktoś powiedział im oraz selekcjonerom, że sportowe obuwie, bluza z kapturem i dres to synonim buraka i kogoś takiego należy tępić. Dla mnie burakami byli mężczyźni, którzy zaczepili mnie w autobusie, mimo, że w sumie strój żadnego z nich na to nie wskazywał. Dla kierowcy burakiem byłem ja, bo śmiałem go prosić o imię i nazwisko. Stary truizm mówi, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i w przypadku zjawiska "buractwa", zdaje się stuprocentowo potwierdzać.
Drugi: bezpieczeństwo w Polsce to nadal mit. Policja na każdym rogu ładuje mandaty, za co popadnie, ale gdy przyjdzie co do czego, nie można oczekiwać, że ktoś pomoże i ją wezwie. Czemu nie dzwoniłem sam? Bo podobnie jak większość Polaków żyję w przeświadczeniu, że to nic nie da, że pojawienie się policji tylko pogorszy sprawy. A poza tym, jaką miałem mieć gwarancję, że gdy tylko wybiorę numer, nie przejdą do rękoczynów?
Jako dziecko miałem złamany nos przez chuligana, jako nastolatek kilkakrotnie zostałem pobity tylko za to, że przeszedłem w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie albo powiedziałem coś, co się komuś nie spodobało. A gdy się wskaże komuś, kto żebrze na ulicy o papierosa, sklep i powie, że tam sobie może kupić - znaczy wywyższa się i mądrzy. Zwierzątka homo sapiens mają na to jedną odpowiedź - w ryj.
Co więcej, ktoś domagający poszanowania się swojego prawa (w tym przypadku do bycia traktowanym w sposób nieuwłaczający jego godności), sam traktowany jest jak łobuz, a dla postronnych ludzi jakiekolwiek próby wyegzekwowania tego prawa są po prostu "rzucaniem się", "burzeniem", które mogą skwitować stwierdzeniem: "w dupie się poprzewracało od nadmiaru praw".
Trzeci: Zwierzątka. Przyjrzałem się całej sytuacji autobusowej, z punktu widzenia antropologa.Wprawdzie nim nie jestem, ale znam podstawowe założenia tej nauki. Dlaczego wszyscy w tym kraju znają utarte już powiedzenie: "Co się kurwa gapisz?", "Co się patrzysz?" i wiedzą od razu, że muszą grzecznie spuścić wzrok, a najlepiej przeprosić albo się postawić i być gotowym na to, że twarz zostanie pozbawiona integralności. Co tak naprawdę jest złego w patrzeniu na kogoś? Reakcja "co się, kurwa, gapisz" na spojrzenie to czysty przykład zezwierzęcenia. Turystom zaleca się, gdy spotkają w górach niedźwiedzia, położyć się na ziemi. Dla niedźwiedzia postawa wyprostowana jest postawą walki. Dla agresywnego psa spojrzenie w oczy to prowokacja eskalująca agresję. Homo sapiens jest istotą biologiczną i tylko zinternalizowane wzorce kulturowe powstrzymują nas od tego, byśmy, na przykład, zabierali się do kopulacji z jakąś fajnie wyglądającą samicą - nie bacząc na to, co ta samica ma do powiedzenia w tym temacie.
Czwarty: bezpieczeństwo a godność i wolność. Moja matka, gdy opowiedziałem jej o całej sytuacji, zaraz stwierdziła: "a po cholerę łazisz gdzieś po nocy", "trzeba się było przesiąść" itp. OK, wszystko to powinno sprawić, że byłbym bezpieczny. Ale czy o to chodzi w funkcjonowaniu w społeczeństwie, żeby przemieszczać się wyłącznie z chronionego osiedla, do chronionej pracy, potem taksówką do chronionej galerii handlowej? Czy naprawdę zwykli ludzie muszą się bać wychodzenia w nocy z domu? Policja, ochrona czy monitoring są tylko ułudą bezpieczeństwa. Mirażem, na rzecz którego pozbywamy się coraz więcej swojej wolności. Prawdziwie bezpieczni będziemy dopiero wtedy, gdy większość z nas będzie odczuwała niczym niewymuszony szacunek do drugiej osoby, dla jej życia, poglądów. Jak to zrobić? Nie wiem, ale na pewno jest to zadanie na całe pokolenia.
Pewnie, że na reakcję "co się, kurwa gapisz" można zacząć patrzeć w okno, ale niby czemu?
Piąty: studenci. Nawet nie bardzo mnie zdziwiło pogardliwe wyrażanie się jednego z napastników. Jest to zakorzenione w myśleniu, metaforycznie mówiąc, "chłoporobotnika". I uważam, że ta pogarda dla ludzi lepiej wykształconych jest największą zbrodnią, jakiej komuna się dopuściła na polskim społeczeństwie. Górnik, który jechał w 1968 roku, w czynie społecznym prać studentów protestujących przeciw zdjęciu "Dziadów", tkwi w skórze niemal wszystkich "chłopków - roztropków". Uczeń zawodówki, który dostawał więcej stypendium niż nauczyciel wypłaty - a nie umiał podpisać się bez błędów ortograficznych, nie był niczym nadzwyczajnym. Komuna, utwierdziła ich wszystkich, że to oni są lepsi, oni są ważniejsi i nie muszą mieć żadnego szacunku dla czyjejkolwiek wiedzy bądź wykształcenia bo w ich rozumieniu liczy się tylko "kasa" i "siła".
I tu dygresja do inteligenckich apologetów wolnego rynku, który tylko pogorszył sytuację. Popatrzcie na to, jak wolny rynek wycenia Waszą pracę (nauczyciela, urzędnika, eksperta, redaktora), a jak wycenia pracę kogoś, kto jedyne co potrafi to fedrować węgiel. Pęd do edukacji i łatwa jej dostępność spowodowały, że popyt na pracę ludzi z wyższym wykształceniem jest zdecydowanie niższy od podaży. Jak ma kaflekarz, który zarabia 5 tysięcy na miesiąc, czuć szacunek do profesora uniwersyteckiego z pensją 2 tys? Albo copywritera (ostatnio widziałem ogłoszenie), któremu oferuje się 7,5 złotego za stronę maszynopisu? Jak ma się 28 złotych za metr gładzi gipsowej do 40 złotych za godzinę nauki języka francuskiego?
Szósty: odpowiedzialność. Absolutnie, ale to absolutnie niezrozumiała jest dla mnie postawa kierowcy. Kiedy podobne zdarzenie przytrafiło mi się w Gdańsku, obronił mnie nie kto inny, a właśnie pracownik tamtejszej komunikacji miejskiej. Ja nie prosiłem o to, żeby uspokajał agresywnych mężczyzn, prosiłem o wezwanie policji. Dlaczego tego nie zrobił? Czy normalnym jest ignorowanie sytuacji, która dzieje się w moim miejscu pracy i rozwój jej pozwala sądzić, że może skończyć się tragicznie? Szczególnie, że miał do pomocy kontrolera biletów, który również nie zareagował w żaden sposób, choćby tylko próbą werbalnego uspokojenia emocji? Odpowiedź nasunęła mi się dopiero niedawno: oni też się bali. Reszta wynika z arytmetyki: gdy zostałem sam, mogli mnie wysadzić z autobusu, straszyć, że wezwą policję, bo to ja się awanturuję - mieli już do czynienia z jedną osobą, a nie trzema. A gdybym, hipotetycznie, nie wytrzymał obelg, plucia w twarz, wyjął nóż i zamordował jednego z mężczyzn? Byłaby to tragedia, która jak sądzę, obciążyłaby nie tylko moje sumienie, ale również pracowników komunikacji miejskiej. Ciekawe, czy gdyby doszło do ostateczności, któryś z nich zdałby sobie sprawę z medyczno - egzystencjonalnego powiedzenia, że "lepiej jest zapobiegać, niż leczyć"?
ibsen82, wtorek, 23 marca 2010; Bartosz Sowisło
Krucafuks
2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37 religijny szał ogarnął bez wyjątku wszystkich. Właściciel lokalu w którym mieściła się knajpa, gdzie oblewałem czyjeś urodziny, zadzwonił do dzierżawcy i powiedział, że jeśli nasza impreza nie skończy się w ciągu 20 minut to rozwiązuje umowę najmu. Roztrąbiły się samochody, zastępy wiernych, domagających się aby wpuścić ich do domu Pana zaczęły szturmować rozdzwonione kościoły . Jeden z moich współbiesiadników, u którego alkohol wywołał religijną ekstazę, zaczął nam się zwierzać, że myślał na poważnie o pójściu do seminarium duchownego - zapominając przy tym, jak pyskował w trakcie pielgrzymki Papieża, gdy władze zakazały sprzedaży piwa. Wszyscy już wiedzą o co chodzi? Nie?
Obłęd trwał jeszcze dwa dni. W telewizji, zalewając się łzami, Kraśko powtarzał co chwilę jedno i to samo, gazety następnego dnia ukazały się jakby ktoś nagle zakosił wszystkie zapasy kolorowych farb drukarskich, a flagi zjechały do połowy masztów. Kibice Wisły zawarli sztamę z tymi od Cracovii, moja (naonczas przyszła, a obecnie już była), biseksualno - libertyńska dziewczyna ramię w ramię z dewotkami od Giertycha gnała na Błonia w Krakowie by postawić świeczkę - ku pamięci. Dzień pogrzebu pierwszy katolik Kwaśniewski ogłosił wolnym od pracy i nad trumną w Watykanie pojednał się z Wielkim Elektrykiem. W godzinę pogrzebu, moje rodzine miasto wyglądało jakby ktoś rozpylił w powietrzu gaz musztardowy i wszyscy prysnęli do schronów. Jacyś nawiedzeni dziennikarze wymyślili pokolenie JP II (czyt. dżejpi tu), a jeszcze tydzień później o godzinie śmierci Jego - ni stąd ni zowąd rozwyły się klaksony religijnych automobilistów.
4 grudnia 2009, 13.12, Barbórka. W knajpie, niezbyt nawet odległej od miejsca gdzie zastały mnie Hiobowe wieści cztery lata wcześniej, zamówiłem obiad. Mintaja z surówką z kiszonej kapusty. Trzeba było na niego chwilę poczekać, toteż zamiast przyglądać się sponiewieranym już nieco (mimo wczesnej pory) górnikom, sięgnąłem po wiszącą w kącie Wybiórczą. Gdzieś w okolicach drugiej, trzeciej strony trafiłem na artykuł pod tytułem (wszystkie cytaty z pamięci, bowiem zapomniałem gazetę ukraść): "Krzyże zaczynają przeszkadzać", na zdjęciu obok jakaś małolata (ładna nawet) i jakiś emo - nastolatek. Z tekstu dowiedziałem się, że łebkom nie podoba się to, że w ich szkole wiszą krzyże. Argumentowali dość sensownie i początkowo odnieśli nawet sukces - dyrektor zgodził się na zdjęcie wszystkich symboli religijnych we wszystkich salach. Gdy jednak sprawa trafiła do prasy, odezwali się absolwenci szkoły, gwałtownie przeciw decyzji dyrekcji protestując. No i mini - wojna religijna (jeszcze z akcentem konfliktu pokoleń w tle) we Wrocławiu gotowa.
Ów wrocławski konflikt, to oczywiście echo po głośnego werdyktu Trybunału Strasbourskiego, który skazał Rząd Włoch na 5 tys. euro kary za umieszczanie krzyży w szkołach. Nie dziwi to, że krzyże wkurzyły młodzież w liceum - ostatecznie to taki wiek, że człowiek się wkurza na różne rzeczy, a potem się dziwi, po co w ogóle to robił. Dziwi, że trzeba było aż Włochów i wyroku w Strasbourgu, żeby im o tym przypomnieć. I irytuje. Brak logiki.
Jestem katolikiem. Dokładnie tak samo jak 95% mieszkających w tym kraju ludzi. A że (podobnie jak i z kilku milionów innych) taki ze mnie katolik jak z przysłowiowej koziej d... trąba - bo ani żyję zgodnie z przykazaniami wiary, ani do kościoła nie chodzę - to inna historia. Mama i tata ochrzcili, posłali do komunii, zagonili do bierzmowania, to znaczy, że jestem katolikiem - tyle, że grzesznikiem. Będę nim tak długo dopóki nie dokonam aktu apostazji (czyli opuszczenia kościoła rzymskokatolickiego -szacunkowo 300 takich aktów w 2009 r). Dziwne byłoby, gdyby przeszkadzał mi symbol religii w której, choćby czysto teoretycznie, jestem. Jeżeli byłbym ateistą, agnostykiem, deistą albo po prostu miałbym to wszystko w nosie (nie ważne, czy z apostazją czy nie) - krzyż literalnie nic nie powinien dla mnie znaczyć - to zwykłe dwa skrzyżowane patyki. A dla prawdziwego ateisty, powinny nieść ze sobą taki sam ciężar gatunkowy jak półksiężyc, yin - yang czy miecz świetlny mistrza Yody z Gwiezdnych Wojen ( w Szkocji ponoć zarejestrowano Jedi jako religię). Ot ozdóbki. Inna sprawa, jeśli jestem wyznawcą któregoś z kultów. I chociaż szczerze wątpię w obecność muzułmanów, czy rycerzy Jedi w owym wrocławskim liceum to jadąc do Arabii Saudyjskiej, gdyby przyszło mi do głowy odwiedzić meczet, zdjąłbym buty, a w synagodze w Tel Awivie nakryłbym głowę. Nawet gdyby miał to być jedynie pusty gest wynikający z dobrego wychowania.
Akcja pośpiesznej "dekrzyżacji" Polski ruszyła. We Wrocławiu uczniowie walczą z krzyżami w swoim liceum, w Warszawie służby drogowe likwidują pamiątki, które poustawiali przy drogach krewni ofiar wypadków.
Proponuję młodzieży licealnej zająć się na przykład nauką, albo imprezowaniem. Przeciwnikom krzyży proponuję, żeby sobie przypomnieli co robili 2 kwietnia 2005 i trochę więcej tolerancji, o której tak głośno krzyczą. A Wyborcza niech przestanie robić ludziom wodę z mózgu. Umieszczenie uchwały polskiego Sejmu, stanowczo broniącej krzyży w Polsce, w niewielkiej, prawie w ogóle nie rzucającej się w oczy ramce - to manipulacja. A na marginesie, to ciekaw jestem, jak wszystkie pamiątkowe dodatki o papieżu - Polaku wpływały na sprzedaż GW.
Na koniec, pomysł na pokojowe rozwiązanie sporu.Liczę na gratyfikację, jeśli wejdzie w życie. Producenci tapet i kafelek, powinni stworzyć kolekcję o nazwie "poprawny religijnie". Na wyrobach umieściliby symbole wszystkich znanych religii, wyznań, a nawet sekt. Koniecznie w centralnym miejscu musiałby znaleźć się liść marihuany jako symbol wiary w Wielkiego Yah. Tylko co na to MEN?
ibsen82, niedziela, 06 grudnia 2009 , Bartosz Sowisło
Obłęd trwał jeszcze dwa dni. W telewizji, zalewając się łzami, Kraśko powtarzał co chwilę jedno i to samo, gazety następnego dnia ukazały się jakby ktoś nagle zakosił wszystkie zapasy kolorowych farb drukarskich, a flagi zjechały do połowy masztów. Kibice Wisły zawarli sztamę z tymi od Cracovii, moja (naonczas przyszła, a obecnie już była), biseksualno - libertyńska dziewczyna ramię w ramię z dewotkami od Giertycha gnała na Błonia w Krakowie by postawić świeczkę - ku pamięci. Dzień pogrzebu pierwszy katolik Kwaśniewski ogłosił wolnym od pracy i nad trumną w Watykanie pojednał się z Wielkim Elektrykiem. W godzinę pogrzebu, moje rodzine miasto wyglądało jakby ktoś rozpylił w powietrzu gaz musztardowy i wszyscy prysnęli do schronów. Jacyś nawiedzeni dziennikarze wymyślili pokolenie JP II (czyt. dżejpi tu), a jeszcze tydzień później o godzinie śmierci Jego - ni stąd ni zowąd rozwyły się klaksony religijnych automobilistów.
4 grudnia 2009, 13.12, Barbórka. W knajpie, niezbyt nawet odległej od miejsca gdzie zastały mnie Hiobowe wieści cztery lata wcześniej, zamówiłem obiad. Mintaja z surówką z kiszonej kapusty. Trzeba było na niego chwilę poczekać, toteż zamiast przyglądać się sponiewieranym już nieco (mimo wczesnej pory) górnikom, sięgnąłem po wiszącą w kącie Wybiórczą. Gdzieś w okolicach drugiej, trzeciej strony trafiłem na artykuł pod tytułem (wszystkie cytaty z pamięci, bowiem zapomniałem gazetę ukraść): "Krzyże zaczynają przeszkadzać", na zdjęciu obok jakaś małolata (ładna nawet) i jakiś emo - nastolatek. Z tekstu dowiedziałem się, że łebkom nie podoba się to, że w ich szkole wiszą krzyże. Argumentowali dość sensownie i początkowo odnieśli nawet sukces - dyrektor zgodził się na zdjęcie wszystkich symboli religijnych we wszystkich salach. Gdy jednak sprawa trafiła do prasy, odezwali się absolwenci szkoły, gwałtownie przeciw decyzji dyrekcji protestując. No i mini - wojna religijna (jeszcze z akcentem konfliktu pokoleń w tle) we Wrocławiu gotowa.
Ów wrocławski konflikt, to oczywiście echo po głośnego werdyktu Trybunału Strasbourskiego, który skazał Rząd Włoch na 5 tys. euro kary za umieszczanie krzyży w szkołach. Nie dziwi to, że krzyże wkurzyły młodzież w liceum - ostatecznie to taki wiek, że człowiek się wkurza na różne rzeczy, a potem się dziwi, po co w ogóle to robił. Dziwi, że trzeba było aż Włochów i wyroku w Strasbourgu, żeby im o tym przypomnieć. I irytuje. Brak logiki.
Jestem katolikiem. Dokładnie tak samo jak 95% mieszkających w tym kraju ludzi. A że (podobnie jak i z kilku milionów innych) taki ze mnie katolik jak z przysłowiowej koziej d... trąba - bo ani żyję zgodnie z przykazaniami wiary, ani do kościoła nie chodzę - to inna historia. Mama i tata ochrzcili, posłali do komunii, zagonili do bierzmowania, to znaczy, że jestem katolikiem - tyle, że grzesznikiem. Będę nim tak długo dopóki nie dokonam aktu apostazji (czyli opuszczenia kościoła rzymskokatolickiego -szacunkowo 300 takich aktów w 2009 r). Dziwne byłoby, gdyby przeszkadzał mi symbol religii w której, choćby czysto teoretycznie, jestem. Jeżeli byłbym ateistą, agnostykiem, deistą albo po prostu miałbym to wszystko w nosie (nie ważne, czy z apostazją czy nie) - krzyż literalnie nic nie powinien dla mnie znaczyć - to zwykłe dwa skrzyżowane patyki. A dla prawdziwego ateisty, powinny nieść ze sobą taki sam ciężar gatunkowy jak półksiężyc, yin - yang czy miecz świetlny mistrza Yody z Gwiezdnych Wojen ( w Szkocji ponoć zarejestrowano Jedi jako religię). Ot ozdóbki. Inna sprawa, jeśli jestem wyznawcą któregoś z kultów. I chociaż szczerze wątpię w obecność muzułmanów, czy rycerzy Jedi w owym wrocławskim liceum to jadąc do Arabii Saudyjskiej, gdyby przyszło mi do głowy odwiedzić meczet, zdjąłbym buty, a w synagodze w Tel Awivie nakryłbym głowę. Nawet gdyby miał to być jedynie pusty gest wynikający z dobrego wychowania.
Akcja pośpiesznej "dekrzyżacji" Polski ruszyła. We Wrocławiu uczniowie walczą z krzyżami w swoim liceum, w Warszawie służby drogowe likwidują pamiątki, które poustawiali przy drogach krewni ofiar wypadków.
Proponuję młodzieży licealnej zająć się na przykład nauką, albo imprezowaniem. Przeciwnikom krzyży proponuję, żeby sobie przypomnieli co robili 2 kwietnia 2005 i trochę więcej tolerancji, o której tak głośno krzyczą. A Wyborcza niech przestanie robić ludziom wodę z mózgu. Umieszczenie uchwały polskiego Sejmu, stanowczo broniącej krzyży w Polsce, w niewielkiej, prawie w ogóle nie rzucającej się w oczy ramce - to manipulacja. A na marginesie, to ciekaw jestem, jak wszystkie pamiątkowe dodatki o papieżu - Polaku wpływały na sprzedaż GW.
Na koniec, pomysł na pokojowe rozwiązanie sporu.Liczę na gratyfikację, jeśli wejdzie w życie. Producenci tapet i kafelek, powinni stworzyć kolekcję o nazwie "poprawny religijnie". Na wyrobach umieściliby symbole wszystkich znanych religii, wyznań, a nawet sekt. Koniecznie w centralnym miejscu musiałby znaleźć się liść marihuany jako symbol wiary w Wielkiego Yah. Tylko co na to MEN?
ibsen82, niedziela, 06 grudnia 2009 , Bartosz Sowisło
Seksistowskie biusty
Jestem brudną, seksistowską i szowinistyczną świnią.
Gapię się kobietom w dekolty i w myślach komentuję ich urodę, mówię do nich "pani doktor" zamiast "pani doktorko", puszczam przodem w drzwiach, a nawet (o zgrozo!) pozwalam sobie na niewinne flirty w pracy i (co już chyba najgorsze i w ogniu piekielnym będę się za to smażył) uważam, że nie nadają się do pracy we wszystkich zawodach. A nawet, w chwilach egzaltacji, pozwalam sobie mówić na kobiety (mniej lub bardziej pieszczotliwie) baby.
Eee tam - powie czytelnik - panie, co to za seksizm... A właśnie, że seksizm i to jeszcze jaki.
Wysłuchałem ostatnio wywiadu, jaki przeprowadził p. Piotr Pacewicz, z p. Agnieszką Graff w ramach cyklu "Pociąg osobowy". Kto to ta Graff? Też nie wiedziałem. Podpis na ekranie mówił, że feministka (przepraszam: Feministka) i pisarka (ale wolałem sprawdzić bo jak wywiad był z Ygą Kostrzewą to podpisana była jako lesbijka - to zawód jakiś?). Z artykułu w wikipedii dowiedziałem się, że p. Graff jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego, autorką (proszę zwracać uwagę na rodzaj) dwóch książek i przedstawicielką tzw. gender studies. Rozparłem się wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na niezłą drakę. I rzeczywistość przekroczyła najśmielsze oczekiwania.
Otóż p. Agnieszka, mimo w sumie przyjemnej powierzchowności, pomijając może pierwszą minutę, cały kwadrans spędziła z miną zwycięzcy plebiscytu na przedsiębiorcę pogrzebowego roku i z minuty na minutę opowiadała coraz większe bzdury. Nie wiem czy na Uniwersytecie Warszawskim jest wydział Pieprzenia Głodnych Kawałków, ale jeśli nie ma, Jego Magnificencja pownien p. Graff wywalić na zbity pysk za ośmieszanie uczelni.
Szkoda mi pieniędzy na kupowanie książek tej pani, toteż spróbuję skomentować pokrótce to co powiedziała Wicenaczelnemu Wyborczej.
Pierwszym co poszło na tapetę, był nasz ojczysty język, który jak się okazuje, jest seksistowski i wyklucza kobiety poza nawias społeczeństwa. Dlaczego? Ano dlatego, między innymi, że zwracając się do ogółu czytelników używa się zazwyczaj 2 os. l poj. rodzaju męskiego.Gdy Pacewicz, wyraził wątpliwość, jak w zasadzie to zapisywać, p. Feministka uznała, że najlepiej naprzemiennie. Czyli raz pisać: "byłeś czytelniku", a innym razem "byłaś czytelniczko", w tym samym tekście. Obawiam się - biorąc pod uwagę jakość obecnego polskiego dziennikarstwa - taka dychotomia mogłaby doprowadzić do poważnych ubytków szarych komórek czytelników, usiłujących dojść tego, o co właściwie podmiotowi lirycznemu chodzi. Ponadto, jak dowodzi Graff - a za nią rodzime feministki - nazwy zawodów też są seksistowskie. Podaje się je bowiem zwykle w rodzaju męskim. To samo ma miejsce zresztą z każdą płciowo nieokreśloną rzeczą czy istotą (nawet Bogu się dostało) klasyfikowaną przez nasz seksistowski język jako rodzaj męski. Aż dziw, że nie przyczepiła się do tego, że rodzaj który nie jest rodzajem męskim w liczbie mnogiej nazywa się niemęskoosobowym. Chociaż gdy padło stwierdzenie "rodzaj żeńskosobowy", przypomniało mi się, że w piątej klasie podstawówki za powiedzenie czegoś takiego dostałem od polonistki pałę (to dopiero seksizm - symbole falliczne w ocenach szkolnych!).
Zawsze wydawało mi się, że języka, kobiety używają od mniej więcej tak samo dawna jak mężczyźni. Język nie jest również sztucznym konstruktem wymyślonym przez męskie szowinistyczne świnie, żeby marginalizować znaczenie kobiet. Brały kobiety udział w jego tworzeniu w tak samo dużym stopniu jak i mężczyźni. Co więcej, kobiet w społeczeństwach jest na ogół więcej niż mężczyzn, więc statystycznie sprawę ujmując, język powinien być bardziej "kobiecy" niż "męski", choćby ze względu na częstość używania niektórych słów w określonym rodzaju. Według p. Graff jest dokładnie na odwrót. Co do nazw zawodów... "Wyborcza" już od dłuższego czasu lansuje modę na mówienie o kobietach wykonujących jakiś zawód bądź, posiadających jakieś określone wykształcenie w rodzaju żeńskim. Stąd budzące kpiny internautów (ale oni z Ciemnogrodu pewnie): psycholożki, literaturoznawczynie, dyrektorki, socjolożki... Proponuję, przeprowadzić plebiscyt na żeńskie odpowiedniki następujących zawodów: spawacz, marynarz, pilot, kierowca. Zabawnie będzie. Pani Graff w związku z tą obrzydliwie szowinistyczną polszczyzną proponuje rozpoczęcie wielkiego projektu kulturowego, który miałby ów stan rzeczy najpierw Ciemnogrodowi uświadomić, a następnie zmienić. No cóż, mam nadzieję, że jej wielki program kulturowy skończy podobnie jak Esperanto.
Jak się okazuje z wywiadu, dobry wygląd może być również traumą dla kobiety inteligentnej i dystyngowanej. Jak zwierza nam się rozmówczyni Pacewicza, poczuła się mocno dotknięta, gdy ktoś powiedział jej po obronie pracy doktorskiej, że ładnie wygląda. Bo na Uniwersytecie przecie, to ona jest "odcieleśnionym umysłem", a nie jakąś babeczką, która poza tym że ma coś w głowie to jeszcze robi wrażenie wyglądem. Kłamał ten ktoś, rzecz jasna, bo jeśli miała minę taką samą jak podczas nagrywania opisywanej rozmowy, to musiała to być czysta kurtuazja, ale proponuję przed habilitacją zrobić maseczkę z pokrzyw, peelling przy pomocy ostu i żwiru, a na koniec ubrać się we włosienicę. Na sto procent nikt nie będzie komplementował. Najwyżej zadzwoni po pogotowie.
Wygląd kobiet, to w ogóle ogromny problem. Szczególnie taka część jak ciała jak biust, który Pan Bóg (przepraszam Pan/Pani) stworzył tylko po to, żeby mężczyźni regularnie stawiali się przed sądem w sprawach o molestowanie. Jeśli więc spojrzenie na biust jest aż tak wielkim naruszeniem godności kobiety, to po co, nie kto inny jak kobiety, zaprojektowały coś takiego jak dekolt? Co więcej, jeśli natrętne męskie spojrzenia, są tak dokuczliwe, to po co je noszą? Ostatecznie mężczyźni świetnie sobie bez dekoltów radzą. Nawet, uprzedzając krytykę, w gorące lipcowe dni.
Największym jednak przestępstwem jakiego może się dopuścić męski szowinista w stosunku do Feministki, to przepuścić ją w drzwiach, bo jak się dowiadujemy, p. Graff uważa to za akt agresji. Obiecuję Pani, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam się spotkać w jakichkolwiek drzwiach, będzie je Pani miała (bez jakiejkolwiek agresji) na twarzy.
Za jednym internautą, chciałbym zaapelować do Pań Feministek: wyluzujcie trochę dziewczyny, i Wam może się zepsuć samochód na drodze (choćby trzeba było wymienić tylko koło) i Was może ktoś kiedyś napaść, a wtedy dobrze będzie przyjąć wyciągniętą, męską, pomocną dłoń choćby motywacją do pomocy miał być tylko Wasz kształtny tyłek, na którym ów pomocny mężczyzna ma ochotę zawiesić oko. A póki co, kończąc rozważania lingwistyczno - światopoglądowe, nie dziwi, że rzeczownik żmija w języku polskim jest rodzaju żeńskiego.
ibsen82, czwartek, 26 listopada 2009; Bartosz Sowisło
Gapię się kobietom w dekolty i w myślach komentuję ich urodę, mówię do nich "pani doktor" zamiast "pani doktorko", puszczam przodem w drzwiach, a nawet (o zgrozo!) pozwalam sobie na niewinne flirty w pracy i (co już chyba najgorsze i w ogniu piekielnym będę się za to smażył) uważam, że nie nadają się do pracy we wszystkich zawodach. A nawet, w chwilach egzaltacji, pozwalam sobie mówić na kobiety (mniej lub bardziej pieszczotliwie) baby.
Eee tam - powie czytelnik - panie, co to za seksizm... A właśnie, że seksizm i to jeszcze jaki.
Wysłuchałem ostatnio wywiadu, jaki przeprowadził p. Piotr Pacewicz, z p. Agnieszką Graff w ramach cyklu "Pociąg osobowy". Kto to ta Graff? Też nie wiedziałem. Podpis na ekranie mówił, że feministka (przepraszam: Feministka) i pisarka (ale wolałem sprawdzić bo jak wywiad był z Ygą Kostrzewą to podpisana była jako lesbijka - to zawód jakiś?). Z artykułu w wikipedii dowiedziałem się, że p. Graff jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego, autorką (proszę zwracać uwagę na rodzaj) dwóch książek i przedstawicielką tzw. gender studies. Rozparłem się wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na niezłą drakę. I rzeczywistość przekroczyła najśmielsze oczekiwania.
Otóż p. Agnieszka, mimo w sumie przyjemnej powierzchowności, pomijając może pierwszą minutę, cały kwadrans spędziła z miną zwycięzcy plebiscytu na przedsiębiorcę pogrzebowego roku i z minuty na minutę opowiadała coraz większe bzdury. Nie wiem czy na Uniwersytecie Warszawskim jest wydział Pieprzenia Głodnych Kawałków, ale jeśli nie ma, Jego Magnificencja pownien p. Graff wywalić na zbity pysk za ośmieszanie uczelni.
Szkoda mi pieniędzy na kupowanie książek tej pani, toteż spróbuję skomentować pokrótce to co powiedziała Wicenaczelnemu Wyborczej.
Pierwszym co poszło na tapetę, był nasz ojczysty język, który jak się okazuje, jest seksistowski i wyklucza kobiety poza nawias społeczeństwa. Dlaczego? Ano dlatego, między innymi, że zwracając się do ogółu czytelników używa się zazwyczaj 2 os. l poj. rodzaju męskiego.Gdy Pacewicz, wyraził wątpliwość, jak w zasadzie to zapisywać, p. Feministka uznała, że najlepiej naprzemiennie. Czyli raz pisać: "byłeś czytelniku", a innym razem "byłaś czytelniczko", w tym samym tekście. Obawiam się - biorąc pod uwagę jakość obecnego polskiego dziennikarstwa - taka dychotomia mogłaby doprowadzić do poważnych ubytków szarych komórek czytelników, usiłujących dojść tego, o co właściwie podmiotowi lirycznemu chodzi. Ponadto, jak dowodzi Graff - a za nią rodzime feministki - nazwy zawodów też są seksistowskie. Podaje się je bowiem zwykle w rodzaju męskim. To samo ma miejsce zresztą z każdą płciowo nieokreśloną rzeczą czy istotą (nawet Bogu się dostało) klasyfikowaną przez nasz seksistowski język jako rodzaj męski. Aż dziw, że nie przyczepiła się do tego, że rodzaj który nie jest rodzajem męskim w liczbie mnogiej nazywa się niemęskoosobowym. Chociaż gdy padło stwierdzenie "rodzaj żeńskosobowy", przypomniało mi się, że w piątej klasie podstawówki za powiedzenie czegoś takiego dostałem od polonistki pałę (to dopiero seksizm - symbole falliczne w ocenach szkolnych!).
Zawsze wydawało mi się, że języka, kobiety używają od mniej więcej tak samo dawna jak mężczyźni. Język nie jest również sztucznym konstruktem wymyślonym przez męskie szowinistyczne świnie, żeby marginalizować znaczenie kobiet. Brały kobiety udział w jego tworzeniu w tak samo dużym stopniu jak i mężczyźni. Co więcej, kobiet w społeczeństwach jest na ogół więcej niż mężczyzn, więc statystycznie sprawę ujmując, język powinien być bardziej "kobiecy" niż "męski", choćby ze względu na częstość używania niektórych słów w określonym rodzaju. Według p. Graff jest dokładnie na odwrót. Co do nazw zawodów... "Wyborcza" już od dłuższego czasu lansuje modę na mówienie o kobietach wykonujących jakiś zawód bądź, posiadających jakieś określone wykształcenie w rodzaju żeńskim. Stąd budzące kpiny internautów (ale oni z Ciemnogrodu pewnie): psycholożki, literaturoznawczynie, dyrektorki, socjolożki... Proponuję, przeprowadzić plebiscyt na żeńskie odpowiedniki następujących zawodów: spawacz, marynarz, pilot, kierowca. Zabawnie będzie. Pani Graff w związku z tą obrzydliwie szowinistyczną polszczyzną proponuje rozpoczęcie wielkiego projektu kulturowego, który miałby ów stan rzeczy najpierw Ciemnogrodowi uświadomić, a następnie zmienić. No cóż, mam nadzieję, że jej wielki program kulturowy skończy podobnie jak Esperanto.
Jak się okazuje z wywiadu, dobry wygląd może być również traumą dla kobiety inteligentnej i dystyngowanej. Jak zwierza nam się rozmówczyni Pacewicza, poczuła się mocno dotknięta, gdy ktoś powiedział jej po obronie pracy doktorskiej, że ładnie wygląda. Bo na Uniwersytecie przecie, to ona jest "odcieleśnionym umysłem", a nie jakąś babeczką, która poza tym że ma coś w głowie to jeszcze robi wrażenie wyglądem. Kłamał ten ktoś, rzecz jasna, bo jeśli miała minę taką samą jak podczas nagrywania opisywanej rozmowy, to musiała to być czysta kurtuazja, ale proponuję przed habilitacją zrobić maseczkę z pokrzyw, peelling przy pomocy ostu i żwiru, a na koniec ubrać się we włosienicę. Na sto procent nikt nie będzie komplementował. Najwyżej zadzwoni po pogotowie.
Wygląd kobiet, to w ogóle ogromny problem. Szczególnie taka część jak ciała jak biust, który Pan Bóg (przepraszam Pan/Pani) stworzył tylko po to, żeby mężczyźni regularnie stawiali się przed sądem w sprawach o molestowanie. Jeśli więc spojrzenie na biust jest aż tak wielkim naruszeniem godności kobiety, to po co, nie kto inny jak kobiety, zaprojektowały coś takiego jak dekolt? Co więcej, jeśli natrętne męskie spojrzenia, są tak dokuczliwe, to po co je noszą? Ostatecznie mężczyźni świetnie sobie bez dekoltów radzą. Nawet, uprzedzając krytykę, w gorące lipcowe dni.
Największym jednak przestępstwem jakiego może się dopuścić męski szowinista w stosunku do Feministki, to przepuścić ją w drzwiach, bo jak się dowiadujemy, p. Graff uważa to za akt agresji. Obiecuję Pani, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam się spotkać w jakichkolwiek drzwiach, będzie je Pani miała (bez jakiejkolwiek agresji) na twarzy.
Za jednym internautą, chciałbym zaapelować do Pań Feministek: wyluzujcie trochę dziewczyny, i Wam może się zepsuć samochód na drodze (choćby trzeba było wymienić tylko koło) i Was może ktoś kiedyś napaść, a wtedy dobrze będzie przyjąć wyciągniętą, męską, pomocną dłoń choćby motywacją do pomocy miał być tylko Wasz kształtny tyłek, na którym ów pomocny mężczyzna ma ochotę zawiesić oko. A póki co, kończąc rozważania lingwistyczno - światopoglądowe, nie dziwi, że rzeczownik żmija w języku polskim jest rodzaju żeńskiego.
ibsen82, czwartek, 26 listopada 2009; Bartosz Sowisło
Polskie mordy i upublicznione gacie
Większość z czytających kojarzy pewnie film reżyserowany przez Janusza Zaorskiego "Szczęśliwego Nowego Jorku". Gdzieś w połowie tego pouczającego dzieła, główny bohater grany przez Lindę tłumaczy współlokatorom, dlaczego nie odniosą w Ameryce sukcesu. Główną podawaną przez niego przeszkodą jest posiadanie tzw. "polskiej mordy", charakteryzującej się według niego, końską szczerością, głupotą i brakiem uśmiechu. No i faktycznie, fizjonomie owe nie są zbyt interesujące. Mamy tam i zapijaczonego inteligenta, i biznesmena złomiarza stylizującego się na kowboja, i typowego Polaka - katolika z zapadłej wsi, zasuwającego na trzech etatach, jak również hojnie obdarzoną przez naturę tzw. "tępą strzałę", która to cycki może i pokaże, ale po ślubie. Co ciekawe, jeden z bohaterów (grany przez Zamachowskiego), usiłuje tłumaczyć, skąd to ponuractwo powołując się, jak zresztą nietrudno się domyślić, na narodową martyrologię.
W 2002 (chyba) Rafał Ziemkiewicz, wydał książkę pt. "Polactwo". Abstrahując od prawicowo - konserwatywnych poglądów autora i nieco już w tej chwili nieaktualnego tła (realia roku 2001/2002 Samoobrona w Sejmie, Rywin proponujący zakup ustawy itp.) główna myśl jego pracy zdaje się być nadal aktualna. Polską rządzi chamuś - cwaniaczek. I nie mam tu na myśli nikogo konkretnego, tylko pewien rodzaj postaw wśród ludzi mieszkających między Bałtykiem a Beskidami.
Nie chciałbym tu wymieniać ponownie wszystkiego tego o czym Ziemkiewicz napisał, chciałbym tylko wspomnieć o kilku swoich, uzupełniających być może ziemkiewiczowskie, spostrzeżeniach.
Chamstwa w kręgach władzy się już pozbyliśmy (albo o nim nie wiemy). To, że w chwili obecnej mamy bezpłciowego, pozbawionego kręgosłupa, lubującego się w okrągłych słówkach, ale za to proeuropejskiego premiera, rząd który, de facto, drugi rok szykuje się do reform, ministrów mielących w ustach miałkie nic nie znaczące słowa, jest tematem na inne rozważania. Nagrane w ramach dekonspirowania tzw. afery hazardowej rozmowy odłóżmy chwilowo na bok, uznając je za wizerunkową wpadkę i umówmy się, choćby na potrzeby tych tylko rozważań, że co by nie było to jednak Tusk (choć pewnie na boisku jak go kto sfauluje nie mówi: "motyla noga") prezentuje wyższy poziom kultury osobistej niż dajmy na to Lepper. Po Kaczyńskim nie będę jeździł, bo wielu już to zrobiło za mnie.
Chamstwo siedzi jednak dalej w nas. Przykład? Polaka prędzej poskręca, niż powie choćby "dzień dobry" osobie, której nie zna.
Moja praca polega między innymi na tym, że mówię od dwustu do sześciuset razy dziennie: "Dzień Dobry". Jak myślicie ile osób odpowiada? Z moich obserwacji około 30 procent. I to na "dzień dobry" powiedziane przeze mnie, w momencie kiedy to oni wchodzą w miejsce gdzie ja jestem gospodarzem. Zostałem tak wychowany, że w chwili gdy wchodzę do jakiegoś pomieszczenia, urzędu, sklepu, gdzie przebywają inni ludzie to się kłaniam. Nie wyobrażam sobie inaczej, chyba że się zagapię, zamyślę, lub coś rozproszy moją uwagę.
Swego czasu kolega z Bułgarii zapytał mnie, co jest nie tak z polskimi dziewczynami. Trafił w jakimś celu do Polski i spodobała mu się jakaś dziewczyna. Zagadnął ją więc przyjaźnie i jak sam to nazwał, walnął o jakąś niewidzialną ścianę, którą ta miała wokół siebie. Został zmierzony lodowatym spojrzeniem i skwitowany pogardliwym prychnięciem. I jak mu tu teraz wytłumaczyć, że w Polsce mieszka kilka milionów sztuk żeńskiej arystokracji? A wystarczy wyjść na zakupy: hrabianki w mięsnym, królewny fryzjerki, księżne kioskarki, baronowe kelnerki, markizy urzędniczki... Nie, panie, nie ma lekko, one nie siedzą tam gdzie siedzą po to, żeby świadczyć jakieś usługi, wykonywać zawód, handlować czymś, broń Boże! One tkwią w tych miejscach w oczekiwaniu na księcia (przyszłego, lub obecnego, który po pracy zawiezie je do domu), a Ty się kmiocie ciesz, że dostąpiłeś łaski: możliwości zakupienia pudełka zapałek i paczki "Popularnych". Zrobiłem kiedyś eksperyment. Wchodziłem do sklepu i mówiłem głośno "dzień dobry", jeśli w ciągu 10 sekund nikt nie reagował, wychodziłem. Myślicie, że ktoś zwrócił na to uwagę? Wolne żarty.
Nie dalej jak wczoraj, taka właśnie 55 letnia (na oko) dama, zablokowała swoją karetą marki seicento mój - dodam, że prawidłowo zaprakowany - samochód. Do tego stopnia, iż nie byłem w stanie ruszyć się o więcej niż 10 cm. Przejście po okolicznych sklepach w poszukiwaniu właściciela nie przyniosło pozytywnego rezultatu. Trąbienie (takie, że mieszkańcy dwóch okolicznych bloków stali w oknach) zaskutkowało po mniej więcej kwadransie. Myślicie, że chociaż mnie przeprosiła? No właśnie. Tak była zajęta rozmową przez telefon, że nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Natomiast jej koleżanka (bo okazało się że obie damy są pracownicami hurtowni wędlin... tzn. przepraszam: robią łaskę pracodawcy i klientom w hurtowni wędlin) zjebała mnie (bo inaczej wyrazić się tego nie da) jak psa, że to parking hurtowni, chociaż jako żywo, ani znaku, ani bramy na nim nie ma.
Powiecie, dlaczego nie zadzwoniłem po policję? Tak, tak. Zanim policja pojawiłaby się na miejscu zdarzenia, miałbym już naganę z wpisem do akt za spóźnienie się do pracy o pięć godzin. Oczywiście jako rasowy przedstawiciel swojego narodu wymyśliłem już jak będzie wyglądać wendeta (bo oczywiście chłop żywemu nie przepuści...). Postanowiłem, że następnym razem, zaparkuję nie dalej niż trzy centymetry od drzwi kierowcy jej karety. Tak żeby formalnie nie była zablokowana, ale żeby musiała swój hrabiowski zadek przecisnąć po siedzeniu pasażera. Biorąc pod uwagę jej masę w granicach 105 kg (z/k), objętość i przestrzeń w fiacie seciento powinna to być interesująca scena.
Z mężczyznami w usługach nie jest zresztą w naszym pięknym kraju wiele lepiej. Każdy kto był u mechanika wie co mam na myśli. Najtrudniejszą rzeczą w zakładzie naprawy pojazdów jest... zostać zauważonym. No chyba, że się przyjedzie Mercedesem S klasse. Bo w przeciwnym wypadku można sobie wejść do zakładu, ryknąć "dzień dobry", czy jak kto woli "szczęść boże" (można i cokolwiek innego, klienta i tak nikt nie zauważy). Aby potem postać z pół godziny zanim ktokolwiek się Tobą zainteresuje. Miesiąc temu, gdy odbierałem swoje pudło z naprawy, tak to mniej więcej wyglądało. Jeszcze ciekawsze jest samo wykrycie usterki. Jak nie wiesz co konkretnie dolega Twojemu samochodowi, nie ma nawet sensu wybierać się do mechanika, bo on przecież nie jest od tego żeby wiedzieć, ale żeby naprawić ( w zasadzie wymienić, bo dawno nie zadarzyło się żeby ktokolwiek mi coś naprawił), pomądrzyć się chwilę i skasować. Moje doświadczenia z warsztatami samochodowymi u nas w kraju są takie, że: po a) trzeba wiedzieć co Twojemu samochodowi dolega; po b) powiedzieć o tym mechanikowi; po c) przynieść część do wymiany; d) powiedzieć jak należy ją wymienić; e) nie marudzić z ceną; f) zostawić auto na dowolnie długi czas bez gwarancji, że cokolwiek w ogóle zostanie zrobione.
Niedawno dałem auto do elektryka. Umówiliśmy się na konkretny dzień, że przywożę auto rano przychodzę po nie wieczorem, po jego telefonie do mnie. Nauczony doświadczeniem wypisałem elegancko na kartce co i jak. Czekałem na telefon i czekałem i guzik z pętelką. W końcu polazłem do niego pod wieczór i pytam co z moim autem. A ten, że nie miał czasu, żebym jutro po niego przyszedł. Na mój nieśmiały protest, że przecież się umawialiśmy, powiedział mi, że owszem ale co chwilę ktoś do niego przychodził z ważniejszymi rzeczami...
Znowu zapędziłem się w dygresje, przykłady, scenki rodzajowe, historie życiowe i tym podobne, a czytelnik pewno spragniony jest jakiś konkretnych wniosków.
O cwaniactwie w naszym wykonaniu pewnie jeszcze kiedyś napiszę, chciałbym skonkludować, póki co, chamstwo i ponuractwo.
Nie uważam tego dziełka polskiej kinematografii, które przywołałem na początku, za arcydzieło, mogę wręcz - z czystym sumieniem - powiedzieć, że fabularnie było takie sobie. Sądzę jednak, że cenne w nim jest pokazanie w takim właśnie skrzywionym zwierciadle tego kim, w zasadzie, nadal jesteśmy. O ile dwanaście lat temu, można było jeszcze przyjąć tłumaczenia Potejta (to ten właśnie grany przez Zamachowskiego bohater) za o tyle o ile słuszne, to teraz? Jakiż to konflikt wydarzył się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, jaki kataklizm, mógłby tłumaczyć to jak się wzajemnie do siebie odnosimy? A żaden.
Próbowałem ten fenomen polskiego chamusiostwa wytłumaczyć sobie na różne sposoby: Ekonomiczy, ktoś kto słabo zarabia, wyżywa się na klientach, ale ten pada na takich choćby zawodach jak właśnie mechanik samochodowy (który zarabia pewnie dwa, trzy, razy więcej niż nauczyciel), ale gdzie ja się tam mechaników czepiam, stewardessa, której zawodowym obowiązkiem jest uprzejmość, a i pewnie za mało nie zarabia, potrafi niejednokrotnie przenicować pasażera na drugą stronę. Dokonałem analizy czynników geograficznych i prawie pasowało. Mieszkańcy Skandynawii (mniej słońca mają) rzeczywiście, w moim odbiorze, są jeszcze bardziej ponurzy niż Polacy, ale chamskimi nie można ich żadną miarą nazwać. Potem na tapetę wziąłem tą komunę nieszczęśliwie nam przez 45 lat panującą, która mogła tak bardzo serca rodaków moich zatruć, ale chamstwo, księżniczkowanie i ponuractwo wyziera również osób, które żadną miarą PRL (z jego dyktatem chłoporobotnika i pani sklepowej) pamiętać nie mogą. Jedyne co mi pozostaje to hipoteza genetyczna, czyli tak po prostu mamy, bo tak zostaliśmy stworzeni przez siłę wyższą bądź naturę.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie niełatwo będzie to zmienić, jak mówi stare przysłowie "chłopa ze wsi wygonić można, wsi z chłopa nigdy". A jeśli, to dojdzie do przegięcia w drugą stronę, obecnego już w naszych dziejach - wystarczy choćby prześledzić modę z końca XVIII wieku. Wśród najmłodszego pokolenia, również pełno tych, którzy absolutnie bezkrytycznie akceptują sieczkę serwowaną przez kulturę masową, którzy wstydzą się tego, że są członkami tego narodu i popadają w jakiś absurdalny, skrajny kosmopolityzm. A wystarczy zachować odrobinę zdrowego rozsądku.
Nie byłbym sobą gdybym nie poczynił jakiejś antypaństwowej uwagi. Tym razem niech będzie to: ludzie ucywilizujcie się sami, szanujcie drugiego człowieka, a państwo nie będzie Was do tego zmuszało i przy okazji zarabiało na Waszym cywilizacyjnym nieokrzesaniu. Przykład? Proszę bardzo: okazuje się że można dostać mandat za wieszanie prania powyżej barierek na balkonie. Upublicznianie gaci (będących nieraz w kiepskiej kondycji) jest ewidentnym brakiem szacunku dla innych, tylko że to co kiedyś robiły baby we wsi biorąc na języki gospodynię, która wieszała swoje pranie od strony miedzy, teraz musi robić straż miejska, przy okazji radując ministra finansów dodatkowymi wpływami do budżetu. Wniosek jest prosty, każdy człowiek powinien wypracować w samym sobie na tyle przyzwoitości, by nie razić innych swoim zachowaniem. Tym prostym zachowaniem robi aż trzy rzeczy na raz: nie utrudnia życia innym, nie daje zarobić rządowi i pomaga innym być przyzwoitymi, bo nie mają powodu do obgadywania go, co zresztą również świadczy o braku szacunku. W imię przyzwoitości właśnie nie zaparkuję swojego auta obok srebrnego seicento, i nie uraduję się widokiem upokorzenia, jakiejś durnej baby, chociaż mam na to ogromną ochotę i choćby ktoś miał mi powiedzieć, że w jej imię dam sobie, za przeproszeniem, nasrać na łeb.
I tej przyzwoitości i wzajemnego szacunku i sobie i wszystkim życzę.
ibsen82, czwartek, 19 listopada 2009; Bartosz Sowisło
W 2002 (chyba) Rafał Ziemkiewicz, wydał książkę pt. "Polactwo". Abstrahując od prawicowo - konserwatywnych poglądów autora i nieco już w tej chwili nieaktualnego tła (realia roku 2001/2002 Samoobrona w Sejmie, Rywin proponujący zakup ustawy itp.) główna myśl jego pracy zdaje się być nadal aktualna. Polską rządzi chamuś - cwaniaczek. I nie mam tu na myśli nikogo konkretnego, tylko pewien rodzaj postaw wśród ludzi mieszkających między Bałtykiem a Beskidami.
Nie chciałbym tu wymieniać ponownie wszystkiego tego o czym Ziemkiewicz napisał, chciałbym tylko wspomnieć o kilku swoich, uzupełniających być może ziemkiewiczowskie, spostrzeżeniach.
Chamstwa w kręgach władzy się już pozbyliśmy (albo o nim nie wiemy). To, że w chwili obecnej mamy bezpłciowego, pozbawionego kręgosłupa, lubującego się w okrągłych słówkach, ale za to proeuropejskiego premiera, rząd który, de facto, drugi rok szykuje się do reform, ministrów mielących w ustach miałkie nic nie znaczące słowa, jest tematem na inne rozważania. Nagrane w ramach dekonspirowania tzw. afery hazardowej rozmowy odłóżmy chwilowo na bok, uznając je za wizerunkową wpadkę i umówmy się, choćby na potrzeby tych tylko rozważań, że co by nie było to jednak Tusk (choć pewnie na boisku jak go kto sfauluje nie mówi: "motyla noga") prezentuje wyższy poziom kultury osobistej niż dajmy na to Lepper. Po Kaczyńskim nie będę jeździł, bo wielu już to zrobiło za mnie.
Chamstwo siedzi jednak dalej w nas. Przykład? Polaka prędzej poskręca, niż powie choćby "dzień dobry" osobie, której nie zna.
Moja praca polega między innymi na tym, że mówię od dwustu do sześciuset razy dziennie: "Dzień Dobry". Jak myślicie ile osób odpowiada? Z moich obserwacji około 30 procent. I to na "dzień dobry" powiedziane przeze mnie, w momencie kiedy to oni wchodzą w miejsce gdzie ja jestem gospodarzem. Zostałem tak wychowany, że w chwili gdy wchodzę do jakiegoś pomieszczenia, urzędu, sklepu, gdzie przebywają inni ludzie to się kłaniam. Nie wyobrażam sobie inaczej, chyba że się zagapię, zamyślę, lub coś rozproszy moją uwagę.
Swego czasu kolega z Bułgarii zapytał mnie, co jest nie tak z polskimi dziewczynami. Trafił w jakimś celu do Polski i spodobała mu się jakaś dziewczyna. Zagadnął ją więc przyjaźnie i jak sam to nazwał, walnął o jakąś niewidzialną ścianę, którą ta miała wokół siebie. Został zmierzony lodowatym spojrzeniem i skwitowany pogardliwym prychnięciem. I jak mu tu teraz wytłumaczyć, że w Polsce mieszka kilka milionów sztuk żeńskiej arystokracji? A wystarczy wyjść na zakupy: hrabianki w mięsnym, królewny fryzjerki, księżne kioskarki, baronowe kelnerki, markizy urzędniczki... Nie, panie, nie ma lekko, one nie siedzą tam gdzie siedzą po to, żeby świadczyć jakieś usługi, wykonywać zawód, handlować czymś, broń Boże! One tkwią w tych miejscach w oczekiwaniu na księcia (przyszłego, lub obecnego, który po pracy zawiezie je do domu), a Ty się kmiocie ciesz, że dostąpiłeś łaski: możliwości zakupienia pudełka zapałek i paczki "Popularnych". Zrobiłem kiedyś eksperyment. Wchodziłem do sklepu i mówiłem głośno "dzień dobry", jeśli w ciągu 10 sekund nikt nie reagował, wychodziłem. Myślicie, że ktoś zwrócił na to uwagę? Wolne żarty.
Nie dalej jak wczoraj, taka właśnie 55 letnia (na oko) dama, zablokowała swoją karetą marki seicento mój - dodam, że prawidłowo zaprakowany - samochód. Do tego stopnia, iż nie byłem w stanie ruszyć się o więcej niż 10 cm. Przejście po okolicznych sklepach w poszukiwaniu właściciela nie przyniosło pozytywnego rezultatu. Trąbienie (takie, że mieszkańcy dwóch okolicznych bloków stali w oknach) zaskutkowało po mniej więcej kwadransie. Myślicie, że chociaż mnie przeprosiła? No właśnie. Tak była zajęta rozmową przez telefon, że nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Natomiast jej koleżanka (bo okazało się że obie damy są pracownicami hurtowni wędlin... tzn. przepraszam: robią łaskę pracodawcy i klientom w hurtowni wędlin) zjebała mnie (bo inaczej wyrazić się tego nie da) jak psa, że to parking hurtowni, chociaż jako żywo, ani znaku, ani bramy na nim nie ma.
Powiecie, dlaczego nie zadzwoniłem po policję? Tak, tak. Zanim policja pojawiłaby się na miejscu zdarzenia, miałbym już naganę z wpisem do akt za spóźnienie się do pracy o pięć godzin. Oczywiście jako rasowy przedstawiciel swojego narodu wymyśliłem już jak będzie wyglądać wendeta (bo oczywiście chłop żywemu nie przepuści...). Postanowiłem, że następnym razem, zaparkuję nie dalej niż trzy centymetry od drzwi kierowcy jej karety. Tak żeby formalnie nie była zablokowana, ale żeby musiała swój hrabiowski zadek przecisnąć po siedzeniu pasażera. Biorąc pod uwagę jej masę w granicach 105 kg (z/k), objętość i przestrzeń w fiacie seciento powinna to być interesująca scena.
Z mężczyznami w usługach nie jest zresztą w naszym pięknym kraju wiele lepiej. Każdy kto był u mechanika wie co mam na myśli. Najtrudniejszą rzeczą w zakładzie naprawy pojazdów jest... zostać zauważonym. No chyba, że się przyjedzie Mercedesem S klasse. Bo w przeciwnym wypadku można sobie wejść do zakładu, ryknąć "dzień dobry", czy jak kto woli "szczęść boże" (można i cokolwiek innego, klienta i tak nikt nie zauważy). Aby potem postać z pół godziny zanim ktokolwiek się Tobą zainteresuje. Miesiąc temu, gdy odbierałem swoje pudło z naprawy, tak to mniej więcej wyglądało. Jeszcze ciekawsze jest samo wykrycie usterki. Jak nie wiesz co konkretnie dolega Twojemu samochodowi, nie ma nawet sensu wybierać się do mechanika, bo on przecież nie jest od tego żeby wiedzieć, ale żeby naprawić ( w zasadzie wymienić, bo dawno nie zadarzyło się żeby ktokolwiek mi coś naprawił), pomądrzyć się chwilę i skasować. Moje doświadczenia z warsztatami samochodowymi u nas w kraju są takie, że: po a) trzeba wiedzieć co Twojemu samochodowi dolega; po b) powiedzieć o tym mechanikowi; po c) przynieść część do wymiany; d) powiedzieć jak należy ją wymienić; e) nie marudzić z ceną; f) zostawić auto na dowolnie długi czas bez gwarancji, że cokolwiek w ogóle zostanie zrobione.
Niedawno dałem auto do elektryka. Umówiliśmy się na konkretny dzień, że przywożę auto rano przychodzę po nie wieczorem, po jego telefonie do mnie. Nauczony doświadczeniem wypisałem elegancko na kartce co i jak. Czekałem na telefon i czekałem i guzik z pętelką. W końcu polazłem do niego pod wieczór i pytam co z moim autem. A ten, że nie miał czasu, żebym jutro po niego przyszedł. Na mój nieśmiały protest, że przecież się umawialiśmy, powiedział mi, że owszem ale co chwilę ktoś do niego przychodził z ważniejszymi rzeczami...
Znowu zapędziłem się w dygresje, przykłady, scenki rodzajowe, historie życiowe i tym podobne, a czytelnik pewno spragniony jest jakiś konkretnych wniosków.
O cwaniactwie w naszym wykonaniu pewnie jeszcze kiedyś napiszę, chciałbym skonkludować, póki co, chamstwo i ponuractwo.
Nie uważam tego dziełka polskiej kinematografii, które przywołałem na początku, za arcydzieło, mogę wręcz - z czystym sumieniem - powiedzieć, że fabularnie było takie sobie. Sądzę jednak, że cenne w nim jest pokazanie w takim właśnie skrzywionym zwierciadle tego kim, w zasadzie, nadal jesteśmy. O ile dwanaście lat temu, można było jeszcze przyjąć tłumaczenia Potejta (to ten właśnie grany przez Zamachowskiego bohater) za o tyle o ile słuszne, to teraz? Jakiż to konflikt wydarzył się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, jaki kataklizm, mógłby tłumaczyć to jak się wzajemnie do siebie odnosimy? A żaden.
Próbowałem ten fenomen polskiego chamusiostwa wytłumaczyć sobie na różne sposoby: Ekonomiczy, ktoś kto słabo zarabia, wyżywa się na klientach, ale ten pada na takich choćby zawodach jak właśnie mechanik samochodowy (który zarabia pewnie dwa, trzy, razy więcej niż nauczyciel), ale gdzie ja się tam mechaników czepiam, stewardessa, której zawodowym obowiązkiem jest uprzejmość, a i pewnie za mało nie zarabia, potrafi niejednokrotnie przenicować pasażera na drugą stronę. Dokonałem analizy czynników geograficznych i prawie pasowało. Mieszkańcy Skandynawii (mniej słońca mają) rzeczywiście, w moim odbiorze, są jeszcze bardziej ponurzy niż Polacy, ale chamskimi nie można ich żadną miarą nazwać. Potem na tapetę wziąłem tą komunę nieszczęśliwie nam przez 45 lat panującą, która mogła tak bardzo serca rodaków moich zatruć, ale chamstwo, księżniczkowanie i ponuractwo wyziera również osób, które żadną miarą PRL (z jego dyktatem chłoporobotnika i pani sklepowej) pamiętać nie mogą. Jedyne co mi pozostaje to hipoteza genetyczna, czyli tak po prostu mamy, bo tak zostaliśmy stworzeni przez siłę wyższą bądź naturę.
Zdaję sobie sprawę, że pewnie niełatwo będzie to zmienić, jak mówi stare przysłowie "chłopa ze wsi wygonić można, wsi z chłopa nigdy". A jeśli, to dojdzie do przegięcia w drugą stronę, obecnego już w naszych dziejach - wystarczy choćby prześledzić modę z końca XVIII wieku. Wśród najmłodszego pokolenia, również pełno tych, którzy absolutnie bezkrytycznie akceptują sieczkę serwowaną przez kulturę masową, którzy wstydzą się tego, że są członkami tego narodu i popadają w jakiś absurdalny, skrajny kosmopolityzm. A wystarczy zachować odrobinę zdrowego rozsądku.
Nie byłbym sobą gdybym nie poczynił jakiejś antypaństwowej uwagi. Tym razem niech będzie to: ludzie ucywilizujcie się sami, szanujcie drugiego człowieka, a państwo nie będzie Was do tego zmuszało i przy okazji zarabiało na Waszym cywilizacyjnym nieokrzesaniu. Przykład? Proszę bardzo: okazuje się że można dostać mandat za wieszanie prania powyżej barierek na balkonie. Upublicznianie gaci (będących nieraz w kiepskiej kondycji) jest ewidentnym brakiem szacunku dla innych, tylko że to co kiedyś robiły baby we wsi biorąc na języki gospodynię, która wieszała swoje pranie od strony miedzy, teraz musi robić straż miejska, przy okazji radując ministra finansów dodatkowymi wpływami do budżetu. Wniosek jest prosty, każdy człowiek powinien wypracować w samym sobie na tyle przyzwoitości, by nie razić innych swoim zachowaniem. Tym prostym zachowaniem robi aż trzy rzeczy na raz: nie utrudnia życia innym, nie daje zarobić rządowi i pomaga innym być przyzwoitymi, bo nie mają powodu do obgadywania go, co zresztą również świadczy o braku szacunku. W imię przyzwoitości właśnie nie zaparkuję swojego auta obok srebrnego seicento, i nie uraduję się widokiem upokorzenia, jakiejś durnej baby, chociaż mam na to ogromną ochotę i choćby ktoś miał mi powiedzieć, że w jej imię dam sobie, za przeproszeniem, nasrać na łeb.
I tej przyzwoitości i wzajemnego szacunku i sobie i wszystkim życzę.
ibsen82, czwartek, 19 listopada 2009; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)