Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 stycznia 2012

Duma z pokolenia

U zarania AD 2012 uliczne demonstracje stały się ulubioną rozrywką mieszkańców Europy Środkowej.

W Budapeszcie - wielotysięczne manifestacje to protestują, to popierają Viktora Orbana. W Bukareszcie od dwóch tygodni na ulicach stoją przeciwnicy prezydenta Basescu - których wytrwałość i upór dziwi samych Rumunów, których natura sprzyja raczej krótkotrwałym zrywom. O Grecji nie ma co nawet wspominać, bo tam demonstracja się w ogóle chyba nie kończy.
Wczoraj - dołączyła Polska. I muszę powiedzieć, że jestem z tego dumny. Dumny bo okazało się, że większość z protestujących to ludzie w moim wieku lub młodsi.
Niesamowite, bo nakląłem się na moje pokolenie, że hej: że obojętne, że niezainteresowane sprawami publicznymi, że bezrefleksyjne i niezaangażowane, że bezmyślnie głosujące na Platformę czy PiS, że żyjące wyłącznie paleniem zielska, czy (jak chce prezes Kaczyński): "piwskiem i porno".
 Konflikt o ACTA - jest czymś więcej niż protestem przeciw cenzurze czy walką z piractwem. Stał się przyczynkiem do starcia pokoleń: cyfrowego i analogowego. Pierwsze z brzegu liczby to potwierdzają: w grupie 16 - 24 lata z internetu korzysta 92% populacji. W grupie 50+ raptem jedna trzecia. I w tym kontekście  starczy posłuchać: Grasia, Boniego (który nie wie kto zarządza jego www), czy jaśnie panującego pana Premiera. Dla nich, a do wczoraj także dla mass- mediów "drugiej fali"(TV, radio), sprawa ACTA to jakiś marginalny, nic nie znaczący konflikt. Traktowany był mniej więcej tak samo poważnie jak wyniki przedwyborczych internetowych sondaży zgodnie z którymi Korwin - Mikke powinien już zasiadać w Pałacu Prezydenckim trzecią kadencję. Premier i ministrowie nie rozumieją, że przeciw nim staje "trzecia fala" - mediów indywidualnych i ich odbiorców, mediów interaktywnych, swobodnych i nieznoszących kontroli. Oddziałujących na wielu - przez wielu.
Społeczeństwo (a przynajmniej jego młodsza część) zmieniło stan skupienia i miejsce zamieszkania. Przeprowadziło się do rzeczywistości wirtualnej. Siedziałoby sobie tam spokojnie, kryjąc się przed "realem", pozwalało łupić coraz wyższymi podatkami, spokojnie przyjmowało coraz idiotyczniejsze przepisy prawa, dźwigało na karku rosnącą armię urzędników. W rzeczywistości wirtualnej, można przecież rozładować frustracje, rozerwać się, poznać kogoś, poczuć się twórcą, liderem. A tu nagle okazuje się, że ktoś pakuje się z buciorami w to wszystko i do społeczeństwa zatopionego w swoich wirtualnych sprawach dociera nagle, że aby intruza wyprosić nawet zainstalowanie na FB guzika "nie lubię tego" może nie starczyć, podobnie jak podpisanej wirtualnie petycji, spłodzenie jadowitego wpisu na bloga, czy obraźliwego komentarza na forum. Żeby obronić dom - nie można się w nim po prostu zamknąć i czekać aż wróg wejdzie do środka. I sięgnęli po dość oldschoolowy sposób wyrażania dezaprobaty: uliczną demonstrację.
Nie chciałbym nikogo zniechęcać - ale to nic nie da. Zwłaszcza jeśli organizatorzy zapowiadają wystąpienia "spokojne, pokojowe i kolorowe". Co tu dużo gadać - dla rządzących taka demonstracja to żaden problem. Popatrzą na to w kategorii festynu, czy karnawału i tyle. Jak nikt nie będzie palił opon, rozbijał obozowisk namiotowych pod Sejmem, rzucał kamieniami w Pałac Prezydencki. W najbliższym czasie wyborów nie ma - to co to kogo interesuje? Zima jest połażą, pokrzyczą i pójdą do domu, żeby nie marznąć.

Podoba się nam to czy nam się nie podoba: ACTA zostanie jutro podpisane przez polskiego Ambasadora w Japonii. Premier zapowiedział. Później umowa zostanie ratyfikowana, a Policja i Prokuratury dostaną polecenie nie zwracania uwagi na przestępstwa związane z ochroną znaków towarowych i własności intelektualnej przez rok, maksimum dwa lata. W tym czasie politycy będą powtarzać, że nic się nie stało, że cała styczniowa ruchawka na nic. A jak się vacatio legis skończy to...
Mówiąc krótko: nie kijem nas - to pałą.
Najgorsze, że władza demokratycznie wybrana - obalić taką ad hoc nie tak łatwo.

PS. Strasznie żałuję, że nie ma mnie w Polsce. Móc wziąć udział w być może jedynym masowym zrywie "przeciw" zainicjowanym przez ludzi mojego pokolenia - bezcenne!

niedziela, 11 grudnia 2011

Lektury nie - nacjonalistyczne

Krótko przed wyjazdem z Polski, jednym okiem, jednym uchem, obserwowałem toczącą się na łamach „GW" dyskusję o liście lektur szkolnych. Nazwisk stron nie pamiętam, ale też nie sądzę by były nadzwyczajnie dla sprawy istotne - w przeciwieństwie do poglądów przez nie głoszonych. Podobnie jak w większości bieżących światopoglądowych polemik w Polsce starły się ze sobą dwa przeciwstawne stanowiska, to które określam zwykle mianem „postępowego" i drugie: „konserwatywne". Jak łatwo się domyślić, postępowcy chcieliby głębokiej rewizji kanonu lektur, co pociągnęłoby za sobą przypuszczalnie wymiecenie pozycji „bogoojczyźnianych" i „martyrologicznych", a wprowadzenie w jego miejsce książek nowych i niosących „nowe" wartości: tolerancję dla odmienności, postmodernistyczną niepewność, multikulturowość i według obrońcy powyższego stanowiska: „zmuszające do myślenia".

Faktem jest, że szkoła powinna ewoluować, bo w ciągu piętnastu lat w trakcie których rozhulała się informatyczna rewolucja – szkolnictwo jakoś zasadniczo się nie zmieniło, ale nie w tym rzecz. Zmiana kanonu lektur jest zmianą jakościową w bardzo ograniczonym zakresie – zamianą rogalika z czekoladą na rogalik z dżemem. Zastanowić się tylko należy czy zmiana nadzienia rzeczywiście wyjdzie młodzieży na dobre.

Jeśliby propozycja się przyjęła należy przypuszczać, że wszystkie dotychczasowe nakłady „Pana Tadeusza", „Ogniem i Mieczem", poezje Baczyńskiego, Norwida, dramaty Wyspiańskiego, proza Reymonta czy Żeromskiego posłużyłyby do podpierania przewracających się bibliotecznych szaf wypełnionych... No właśnie – czym?

Pech chciał, że historia naszego kraju, na przestrzeni minionych trzystu lat to jedno pasmo: zmian granic, wojen, powstań, najazdów, konfederacji, upadków i powstawania od nowa państwowości, spisków, zdrad, uderzeń w pysk na odlew od sąsiadów, przemieszanych z kopniakami w tyłek od tychże, wypinania się sojuszników, rządów sprzedawczyków i może 40 lat jako takiej niepodległości (dwudziestolecie międzywojenne i lata nam współczesne – chociaż obecne umiejscowienie Polski w systemie prawnym UE stawia faktyczną niepodległość pod poważnym znakiem zapytania). Skoro tak dużo się na terenie tego kraju działo – trudno żeby pisarze i poeci roztkliwiali się nad egzystencjalnym bólem istnienia (choć i takich mieliśmy), w chwilach gdy samo istnienie jest zagrożone – pisali o tym co było im najbliższe i najbardziej rzucające się w oczy: o kraju i tym co się z nim wyprawia. Nie zmieni tego żaden nowoczesny, kosmopolityczny intelektualista: większość polskiego piśmiennictwa – jest o Polsce – zgodnie z zasadą, że bliższa koszula ciału. Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy warto babrać się w brudach przeszłości, jątrzyć rany i zmuszać dzieciaki do brnięcia po strofach trzynastozgłoskowca odpowiem: warto. Szkoła nie służy do uczenia wyłącznie rzeczy łatwych, lekkich i przyjemnych (bo nie byłoby w niej na przykład matematyki), a nasza historia i jej obraz w literaturze ani łatwe, ani lekkie, ani przyjemne nie były.

Lewicowi intelektualiści zadaliby pytanie: po co? Po co w ogóle odnosić się czasach globalizacji i światowego społeczeństwa do kategorii narodu, po co wspominać, że kiedyś nas najechali Rosjanie innym razem Niemcy, a jeszcze innym Szwedzi? Może właśnie lepiej byłoby o wszystkim zapomnieć, zostawić za sobą i poczekać aż w melting pot roztopią się kultury narodowe i narodzi się kultura globalna? Cóż, chyba jeszcze długo, długo nie. Wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy nacjonalistami – podobnie reagujemy na flagę, dźwięki hymnu, zwykle staramy się mówić dobrze o naszym kraju, gdy przebywamy za granicami. Ponadto, aby doprowadzić do powstania prawdziwego globalnego społeczeństwa, najlepiej jednolicie zarządzanego trzeba by wyeliminować wpierw różnice w poziomie rozwoju (tak gospodarczego, jak i mentalnościowego) poszczególnych społeczeństw, a na to trzeba jeszcze dziesiątków jeśli nie setek lat (choćby cała Afryka, gdzie pojęcie tożsamości narodowej jeszcze się nawet nie narodziło). Trudno powiedzieć czy dojdzie do tego kiedykolwiek – kraje rozwinięte, wbrew użyciu czasownika w formie dokonanej, są w gruncie rzeczy krajami rozwijającymi się i nie czekają na to aż inne kraje ich dogonią. Jakie są skutki integrowania się w sferze ekonomicznej państw o różnym poziomie rozwoju, obserwujemy właśnie na przykładzie greckiej awantury.

Do tego dochodzi czynnik chyba jeszcze ważniejszy: tak długo, jak przedstawiciele poszczególnych grup etnicznych będą się posługiwać różnymi językami, tak długo nie dojdzie do pełnej integracji – chyba, że ktoś zdecyduje się narzucić jeden język dla całego świata, który zostanie potraktowany gremialnie jako „wspólna mowa" i będzie uczona od de facto urodzenia nowej jednostki. Tak długo więc jak te bariery nie zostaną zlikwidowane – pojecie narodu będzie aktualne, a skoro tak – to należy o nie dbać i pielęgnować – a dzieje się to przez choćby czytanie odpowiednich lektur.

Obejrzałem dziś, po raz trzeci i na pewno nie ostatni, film Ryszarda Bugajskiego „Generał Nil". Nie wiem czy polskie szkolnictwo zabrnęło już na tyle daleko, by umieszczać na liście obowiązkowych lektur filmy – jeśli nie, to ten powinien być pierwszy. Nazwać go wzruszającym, to powiedzieć tyle co nic. Jest wstrząsający. Będąc nauczycielem - wciągnąłbym go do programu nauczania przynajmniej trzech przedmiotów: historii, wiedzy o społeczeństwie i psychologii. Dwugodzinny seans pozwala zrozumieć więcej niż dziesięć przeczytanych książek.

Film pokazuje tak samo dobrze mafijną i bandycką istotę systemu komunistycznego w wydaniu stalinowskim, gdzie na sądowej sali znudzona sędzina mająca zadecydować o życiu oskarżonego, uchyla po kolei każde pytanie jego obrońcy, gdzie Sędzia Sądu Najwyższego boi się umieścić votum separatum w decyzji podtrzymującej wyrok śmierci, gdzie wyrok na Nila zapada w istocie podczas alkoholowej libacji między Różańskim, a radzieckim oficerem, gdzie poczucie niesprawiedliwości i bezradności maluje się nawet na twarzy kata odczytującego postanowienie sądu o powieszeniu skazanego na minutę przed egzekucją, gdzie w końcu używa się całej machiny państwowej do zamordowania człowieka, który wykonywał swoją pracę – w służbie ojczyzny.

Systemu, co trzeba dodać, opierającemu się na hasłach kosmopolitycznej współpracy proletariuszy wszystkich krajów, obiecującym stworzenie „nowego" człowieka, „nowych" systemów wartości, odcięcie się od przeszłości, zerwanie z tradycją itp. (brzmi znajomo?), w którym promowało się i dawało władzę niedouczonym miernotom i drobnym cwaniaczkom. Wiedzieć trzeba też, że mafijna struktura totalnego komunizmu powodowała równanie do poziomu intelektualnego najpotężniejszego, znajdującego się u szczytu piramidy – gangstera wywodzącego się najczęściej z podejrzanego motłochu.

Bierut, którego biografię kiedyś czytałem, i o ile sobie dobrze przypominam, skończył siedem klas. Stalin cztery. Wątpię, żeby w tym czasie zdążyli przeczytać jakiekolwiek lektury i obaj są dowodem, na to co dzieje się z najpiękniejszymi nawet ideami interpretowanymi przez niewyrobione – choćby tradycyjną lekturą – umysły.

A o Fieldorfie i innych wymordowanych bez powodu przez bezkarną (nikt, nigdy nie poniósł odpowiedzialności za śmierć generała) czerwoną swołocz nie wolno nam zapomnieć, tak samo jak nie wolno zapomnieć nam, że ludzie którzy się tego dopuścili, byli takimi samymi jak my Polakami, którym się przytrafiło zapomnieć co znaczy naród.

Bartosz Sowisło

Korzystając z okazji, chciałbym przeprosić za dość długą przerwę w pisaniu i publikowaniu tekstów. Wiele się w moim życiu zawodowym obecnie zmienia - mam bardzo mało czasu.


ibsen82, sobota, 19 listopada 2011

Wolontariusz niewolnik

Widmo krąży po Europie. Widmo wolontariatu.

Jak się okazuje, jesteśmy na przedostatnim w Unii Europejskiej miejscu jeśli idzie o działalność: "dobrowolną, świadomą i bezpłatną na rzecz innych lub całego społeczeństwa, wykraczającą poza związki rodzinno - koleżeńsko - przyjacielskie" - jak opisuje wolontariat polska Wikipedia opierając się na ustawowej definicji z "Ustawy o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie".

Jest fatalnie. Raptem 11,3% naszego społeczeństwa było lub bywało w 2008 roku wolontariuszami (źr. wg. Stowarzyszenia Klon/Jawor), a tymczasem w Wielkiej Brytanii aż 43% mieszkańców bez wynagrodzenia poświęciło swój czas przynajmniej raz w roku, a 28% poświęca go raz miesięcznie.

Różne wolontariackie stowarzyszenia, fundacje czy organizacje rozdzierają szaty i wylewają gorzkie łzy nad naszym wstrętnym narodem, który zobojętniale domaga się zapłaty za każde kiwnięcie palcem. Podają też przyczyny tej znieczulicy: nie dość struktur i organizacji (strona bazy.ngo.pl podaje nieco ponad 8 tys wyników, czyli około 4 na gminę i ponad 25 na powiat), brak tradycji, niska świadomość i dążenie do materialnej (a fe!) poprawy własnego w pierwszej kolejności losu.

Widać z powyższego, że jako neofici quasi - kapitalizmu w jakim przyszło nam funkcjonować odrobiliśmy zadanie domowe na celujący. Po dziesiątkach lat zasuwania w soboty w czynach społecznych za bezdurno, a do tego widząc teraz jak efekty tej harówki zostały sprywatyzowane i ktoś robi na nich sporą kasę - logicznie wywodząc mamy wszelkie podobnej maści działania w głębokim poważaniu.

I bardzo dobrze.

Praca - miara wysiłku człowieka w wytwarzanie danego dobra, czynności umysłowe i fizyczne podejmowane do realizacji danego celu. Poprzez działalność człowiek generuje wartość ekonomiczną w postaci towarów i usług.

To definicja wikipedystyczna pracy. Jak się okazało, w miejscu gdzie sądziłem, że na stronie startowej znajdę czego potrzebuję, czyli portalu Międzynarodowej Organizacji Pracy - definicji nie ma. W żadnym z dokumentów wydanych przez tą organizację od 1919 roku, które udało mi się przeczytać nie istnieje podana expressis verbis definicja pracy jako takiej. Pojawiają się określenia czym praca nie jest, jaka powinna być i jakiego rodzaju warunki powinny być spełniane przy wykonywaniu poszczególnych zawodów. Mimochodem przebąkują też coś o wynagrodzeniu, równoważnym rozwoju i prawach do rokowań. Szukałem przede wszystkim akapitu, gdzie czarno na białym stałoby namazane, że nie ma czegoś takiego jak praca bez wynagrodzenia - nie znalazłem.

Doszukałem się za to poniżej cytowanej z Wikipedii definicji pracy. Autor artykułu pisze: każdej osobie wykonującej pracę należy się wynagrodzenie. Nie wiem na ile podyktował mu to twierdzenie zdrowy rozsądek, a na ile oparł się na źródłach (przypisu brak) - ale jest logiczne. Pracuje się - zarabia się.

Oczywiście wynagrodzenie niekoniecznie musi być materialne (w naturze, czy gotówce) i na tym opiera się idea pracy woluntarnej, gdzie wynagrodzeniem osoby pracującej (czyli: generującej wartość ekonomiczną w postaci towarów lub usług), a wykonywanej dobrowolnie i bezpłatnie jest: satysfakcja, samorealizacja, zaspokojenie własnego ego, zdobycie doświadczenia czy co tam jeszcze, poza pieniędzmi można z pracy wynieść w sensie metaforycznym.

Szczerze - po zredukowaniu wszystkiego w powyższym akapicie do absurdu - mamy mokry sen kapitalisty. Pracownicy nań robią i nie chcą w zamian nic. Pokolenia związkowców i bojowników robotniczych przewracają się właśnie w grobach, a my zbliżamy się niebezpiecznie blisko granicy słownikowej definicji niewolnictwa. Pech chce, że podobne sny na jawie nie są wyłącznie moimi konstrukcjami myślowymi i abstrakcyjnymi bytami. Dzieją dookoła nas.

O ile chyba każdy zgodzi się, że wykonywanie pracy na rzecz staruszków czy upośledzonych dzieci, albo ochrony środowiska naturalnego ma na celu nie tyle zysk, a wytworzenie jakiejś "moralnej/etycznej wartości dodanej". Nie można tego samego powiedzieć o pracy u kogoś, kto osiąga materialną korzyść nie płacąc pracownikom. A jeśli do tego dokłada czynnik przymusu i szantaż - przekraczamy wzmiankowaną wyżej granicę i wkraczamy na grząski i smrodliwy grunt pracy niewolniczej.

Przykład.

Niedawno w Katowicach odbył się wielki festiwal muzyczny, mający za sponsora jeden z największych koncernów energetycznych w Polsce, którego zresztą logo i nazwa znalazły się w nazwie samego festiwalu. Z tej okazji nocowały u mnie dwie gdańskie studentki - jedna kupiła normalnie bilet i brała udział w koncertach, druga zaangażowała się w obsługę jako wolontariuszka.

Dziewczyna przepracowała dwie noce (do piątej rano, w najgorętszy chyba weekend minionego lata) nie otrzymując nawet grosza wynagrodzenia. Nie wiem czy miała przynajmniej okazję obejrzeć jakiś koncert, bo z opowieści wynikało, że siedzi w czymś w rodzaju punktu obsługi klienta i przyjmuje zgłoszenia o zagubionych przedmiotach, rzeczy do depozytu itp.

Drugiego dnia - wdzięczne, że użyczyłem im dachu nad głową - zaprosiły mnie na kolację. Spóźniłem się niestety i kolacja ograniczona została do mniej więcej godzinnego oczekiwania na naleśniki i skonsumowania ich w ekspresowym tempie sześciu minut, a tylko dlatego, że sympatyczna wolontariuszka koniecznie musiała znaleźć się w Katowicach o 20.00. Zasugerowałem, że skoro i tak jej nie płacą - z roboty nie wyleci, więc może się spóźnić, a jeśli wolontariat jest pracą dobrowolną - to się robi go albo i nie. Nie chciała słuchać. Mruknęła coś o rekomendacji, którą mają jej napisać i zaczęła obmyślać wymówkę do sprzedania przełożonym - na bramie miał być tłok. Nam za to wskakuje ostatni element układanki: przymus wykonania zadania w określonym przez zleceniodawcę miejscu i czasie oraz domyślny szantaż: strach o niekorzystny list referencyjny, bądź jego brak - czyli brak wynagrodzenia...

Zdumiewa mnie takie nastawienie. Wg. Gazety Wyborczej bawiło się na tym festiwalu nawet 17 tys. osób, z których każda zapłaciła pewnie średnio około 100 złotych za bilet. Czyli przychód z imrezy, licząc same tylko bilety wyniósł 1,7 mln złotych. Pomijając reklamę za darmo jaką miał sponsor, bo trąbiły o festiwalu media w całej Polsce i przypuszczalną tłustą kwotę, którą zaksięgował po stronie kosztów. W takiej sytuacji, gdy na koncertach zarobili wszyscy: artyści, organizator, sponsor - biedna gdańska studentka boi się spóźnić na posterunek, bo nie dostanie ładnego listu referencyjnego. Ciekawe czy "zatrudniający" ją również robił to za darmo?

Wolontariat w takiej wypaczonej postaci - szkodzi. I to bardzo. Młodzi ludzie, kończący studia, którzy w dobrze pojętym interesie całego kraju powinni szukać godziwie płatnej pracy, zakładać rodziny i rodzić dzieci - pakują się w podobne zlecenia, marnując tak czas jak i energię, karmieni złudzeniami o "doświadczeniu", "wpisie w CV" itp. przez rozmaitych cwaniaków popisujących się potem przed przełożonymi lepszą efektywnością. Bo tak Bogiem a Prawdą - czy koszt festiwalu byłby naprawdę dużo większy, gdyby dać dziewczynie zarobić choćby sto złotych, by zwrócił jej się bilet do domu? Czy podniesienie średniej ceny biletu o dwa złote, co dałoby dodatkowe 34 tys. przychodu, którym możnaby zapłacić za ciężką pracę tzw. wolontariuszy ograniczyłoby liczbę uczestników? Wątpię.

Wolontariat, jeśli już, powinni wykonywać ludzie stabilni finansowo, zarabiający, którzy uważają, że mają jeszcze trochę zbędnej energii i czasu. Studenci czy bezrobotni - w swoim własnym interesie - powinni podobnych akcji unikać jak ognia.

Gdy słuchałem kiedyś audycji (nie pamiętam jaka stacja to była) o wolontariacie jeden ze słuchaczy świetnie spointował całą dyskusję: "Wolontariat? Ja się tak czuję co miesiąc, gdy dostaję przelew na konto"








 ibsen82, poniedziałek, 05 września 2011; Bartosz Sowisło

Marudź narodzie

Gdy dwóch Anglików lub Amerykanów spotyka się w pracy, zaraz po powiedzeniu "Hallo", czy "Hi", pada sakramentalne: "How are you", na które kod kulturowy w zasadzie nie pozwala odpowiedzieć inaczej niż "Fine", "Well", czy "Good". Podobnie jest zresztą u Francuzów, gdzie "Bien" albo "Tres bien" jest jedyną dopuszczalną odpowiedzią na "Comment ca va" czy "Comment va la vie". Nieco inaczej jest w Polsce.

"Jak się masz" - powiedziane niewłaściwej osobie w naszym kraju niesie ze sobą pewne, całkiem spore ryzyko. Nigdy nie wiadomo, czy interlokutorowi nie przyjdzie do głowy podzielić się spostrzeżeniami na temat niewierności własnej żony ("a bo każdemu daje ino nie mi"), zdrowia teściowej ("mamusi się obumarło, jak się była na nóż siedemnaście razy potknęła"), zarobków ("gdzie ta, panie, wyżyć za te marne 10 tysięcy") tudzież rozmaitych variów, choćby na tematy związane z sytuacją polityczną ("te złodzieje, panie"). Wśród młodszej część społeczeństwa sytuacja nieco się wprawdzie poprawia: w ten jednak sposób, że najpierw mówią "w porządku", a na następnym wydechu dorzucają powyższą litanię - niekoniecznie dokładnie taką i nie w powyższym porządku, ale zwykle coś na rzeczy, czym można by się z kimś podzielić - się znajdzie. Zjawisko na tyle powszechne, że gdy ktoś zapytany o stan swojego samopoczucia i zadowolenia życiowego odpowie po prostu: "nieźle" można go zacząć podjerzewać o niedawną wygraną w toto lotka.

Polskie ponuractwo i maruderstwo, z czego wynika - nie będę dziś dochodził (choć pokrótce można chyba powiedzieć, że my taki biedny naród od wieków tępiony...), ale w świetle tego com ostatnio wyczytał stanowczo muszę dać odpór wszelkim głosom względem wymienionych wyżej cech - krytycznym. Powiem więcej: marudzenie gwarancją bytu biologicznego naszego społeczeństwa!

Jak podaje czerwcowa "Wiedza i życie": W społeczeństwach, w których duża liczba obywateli deklaruje zadowolnie życiem, dochodzi do zadziwiająco wielu samobójstw - taki wniosek wyciągnęli naukowcy z University of Warwick z Wielkiej Brytanii oraz Hamilton College z NYC. (...) Przykładem mogą być Hawaje, zajmujące drugie miejsce na liście "najszczęśliwszych" stanów i jednocześnie piąte pod względem liczby targnięć się jego mieszkańców na własne życie (...) Nowy Jork, który znalazł się na 45 miejscu pod względem zadowolenia z życia, ma najmnieszy wskaźnik samobójstw w USA.

Wnioski z badań, przyznać trzeba, rzeczywiście dość zaskakujące. Bo niby jaką racjonalną prawidłowość wyciągnąć ze sprzecznych danych? Czy nowojorczycy uważają swoją sytuację, za tak beznadziejną, że nie próbują się już nawet zabijać, a mieszkańcy Honolulu popełniają samobójstwa, w ekstatycznym transie?

Wiedza i Życie: Zdaniem naukowców decyduje samoocena. Większość ludzi dokonuje jej przez pryzmat otoczenia. Tak np. osoby mieszkające w otoczeniu bogatych sąsiadów czują się wyjątkowo nieszczęśliwe. Porównywanie się z bogatymi znajomymi nasila depresję i przyspiesza decyzję o targnięciu się na własne życie.

Może i jest to jakieś wytłumaczenie. Ja dodałbym jeszcze swoją interpretację, chyba prostszą: ocena własnej szczęśliwości, jest oceną subiektywną - ci, którzy oceniają się jako nieszczęśliwi - marudząc i narzekając uwalniają negatywne emocje, które inaczej dusiliby w sobie i które skumulowane mogłyby prowadzić do dramatycznych decyzji. Ot taki wentyl bezpieczeństwa - wygadam się, lżej mi się na sercu zrobi.

Marudź więc narodzie, bo jeszcze Polska nie umarła póki narzekamy!


 ibsen82, sobota, 09 lipca 2011; Bartosz Sowisło

Marudzenie zgreda

Powiedzieć, że obyczaje Polaków na przestrzeni ostatnich dwudziestu – trzydziestu lat się zmieniły, to jak odkrywczo stwierdzić, że słońce świeci, ogień parzy, a pies ma cztery nogi i szczeka. Czy zmieniają się na lepsze, czy gorsze – stwierdzić już trudniej, gdyż w sferze kultury każde oceniające twierdzenia, siłą rzeczy, są zawsze mocno subiektywne.

Niemniej jednak: z sondaży przeprowadzanych w połowie lat dziewięćdziesiątych wynikało niezbicie, że przeciętny mężczyzna – Polak bierze pół prysznica tygodniowo. Najnowszych danych statystycznych nie mam, ale z racji wykonywanego zawodu przebywam bardzo często w towarzystwie wielu różnych, przypadkowych osób i jeśli uznać nos za przyrząd badawczy – sytuacja bardzo się poprawiła. Podobnie jak nie widzi się już Pań z nieogolonymi nogami i niedepilowanymi pachami (choć to kwestia gustu). Polacy nie palą już na ogół gdzie popadnie, ubierają się raczej dobrze, nie plują na ulicach i w ogóle jakby się nieco ucywilizowali. W restauracjach i sklepach obsługa na ogół miła i kompetentna, nawet na drogach mniej chamstwa i kozactwa (jakkolwiek w tym punkcie byłbym ostrożny – stety niestety – ale jest to w dużej mierze zasługą tego, że po naszym pięknym kraju nie ma po czym jeździć i wszyscy, sprawiedliwie, sterczą w korkach). Zapadnaja Jewropa zastukała do naszych drzwi i bez wahania je uchyliliśmy.

Różowo jednak nie jest i to mimo, iż acan Ziutek, swojsko pachnący potem i skarpetami i imć. Zdzichu z sarmackim wąsem i takimże brzuszkiem przechodzą zwolna do lamusa, zastępowani, przez wygolonych, wypachnionych i wysportowanych Józefów i Zdzisławów. Żyjemy w kraju rozwijającym się, obiema garściami biorącym ze skarbnicy cudów techniczno – marketingowych. Takich choćby jak quad i telefon komórkowy. Z których nauczyliśmy się już korzystać – w sensie ich obsługi, ale jeszcze nie dotarło do nas jak używać ich – i nie być przy tym uciążliwym dla bliźnich.

O quadach i generowanych przez, a w zasadzie ich właścicieli problemów przeczytałem w bielskim dodatku „Wybiórczej” w tekście cokolwiek egzaltowanym acz dotykającym sedna sprawy. Bo niestety jest jak autorka pisze: quady i crossy jeżdżą po Beskidach i nie tylko, po terenach Lasów Państwowych i prywatnych polach, niszczą ścieżki, płoszą zwierzynę, hałasują i smrodzą. I w rurze wydechowej mają kary za wjeżdżanie pojazdami mechanicznymi na teren lasu, bo dla osoby którą stać na zabawkę za kilka tysięcy pięćdziesięciozłotowy mandat jest przysłowiowym śmiechem na sali.

Najciekawszą częścią artykułu były jak zwykle komentarze. Vox populi podzielił się na trzy frakcje.

W skład pierwszej wchodzili zwolennicy prywatnej inicjatywy i, pomijając jego radykalizm, zaprezentowali chyba najskuteczniejsze rozwiązanie problemu, które streścić można francuskim stwierdzeniem perdre la tete, którego praktycznym zastosowaniem miałoby być rozwieszanie stalowych linek na wysokości szyi potencjalnego zakłócacza spokoju i ciszy.

Drugą grupą byli sami quadowcy, którzy uważali, że przecież nic takiego się nie dzieje i nikomu nie szkodzą. Co bardziej porywczy odgrażali się „prywaciarzom”, a bardziej racjonalni domagali się tworzenia torów, gdzie mogliby kultywować swoje hobby.

Trzecia grupa, legaliści, twierdziła, że trzeba po prostu zwiększyć karę za naruszanie zakazu jeżdżenia po lesie, a pozyskanymi w ten sposób środkami zasilić budżety gmin.

Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pośrednie: legalno – prywatne. Poustawiać tablice na drogach wjazdowych do lasów i napisać na nich: „Zakaz wjazdu – stalowe linki rozwieszone w poprzek drogi”. I jak ktoś chce jechać – niech jedzie.

Drugi z wynalazków, podbijającym serca Polaków, a używanym w dość dziwaczny sposób, jest komórka. Nie mam zamiaru się czepiać telefonicznych pogaduch w środkach transportu, ani rozmów przy stoliku restauracyjnym. Ostatecznie telefon jest po to, żeby przezeń rozmawiać. Ale...

Przejechałem się ostatnio autobusem PKM Jaworzno. W Mysłowicach wsiadła jakaś dziewczyna w wieku gimnazjalnym. Poza komórką przylepioną do ucha nie miała chyba nic. Rozmowa, którą prowadziła, należała do nadzwyczaj rozbudowanych. Z piętnastoletnich ust padło kilkakrotnie: „no óię ci” i „no yam am”, co jak się domyśliłem miało znaczyć: „Mówię ci” i „Byłam tam” (że młodzież traci zdolność artykułowanego wypowiadania swoich myśli, jest tematem na inny raz). Dziewczę dokończyło konwersacji i odtworzyło na komórce jakiś polski hip – hop. Nie wytrzymałem i wyszedłem na zgreda - mówiąc jej, że nie mam ochoty słuchać tej muzyki i w związku z czym proponuję użycie słuchawek bądź wyłączenie urządzenia. Wywróciła oczy, że ujrzałem drugą stronę gałki ocznej i odwróciła głowę – poza tym nie reagując. Dopiero gdy nieco ostrzej powtórzyłem prośbę – usłuchała.

Babski bokser ze mnie, bo gdyby był to dwumetrowy wyrostek – pewnie bym nie zareagował ze strachu o integralność twarzy. I tu docieram do clou.

Przemiany obyczajowe, które zaszły w polskim społeczeństwie nie zmieniły drzemiącego w nas buractwa. Nadal guzik nas obchodzi, czy komuś przeszkadzamy, czy nie robimy czegoś uciążliwego. Chłopa ze wsi można wygonić – wsi z chłopa, nigdy.

Burakami jesteśmy nadal, ale zmieniliśmy się w buraków świadomych. Z jednej strony – nie pozwolimy sobie zwrócić uwagi, a jeśli już, reagujemy najczęściej mówiąc: a gdzie to jest napisane, albo wywracając oczy. Z drugiej strony – boimy się innym zwracać uwagę: czy to w trosce o własne zdrowie, czy to sądząc, że to inni, a najlepiej uprawnione służby, są od pilnowania porządku. Nie żyje już moja babcia (rocznik 1925), która wsiadając do zatłoczonego tramwaju potrafiła powiedzieć na głos do siedzących młodzików: „Siedźcie, siedźcie, na starość sobie postoicie”.

Bo niezależnie od faktu, czy jestem zapalonym quadziarzem, czy psychofanem dowolnego gatunku muzyki – powinienem pamiętać, że może jeżdżąc moją hałaśliwą maszyną po czyimś gruncie, albo po wspólnym lesie i psuję innym wypoczynek, jak i powinienem mieć na względzie, że inni niekoniecznie muszą dzielić moje muzyczne pasje.

Jeśli chcemy budować społeczeństwo obywatelskie – musimy uczyć się wzajemnie szanować, dbać byśmy potrafili sami między sobą załatwiać sporne sprawy i nie mieszać do tego Państwa. Ono co najwyżej wszystko spartoli.

Zacznijmy znów ze sobą rozmawiać. Twarzą w twarz, odważnie. Choćbyśmy się mieli przy tym kłócić.


 ibsen82, środa, 11 maja 2011; Bartosz Sowisło

Ofiara political corectness

Poprawność polityczna, czy jak chcą anglosasi political corectness krok po kroczku wchodzi i w naszą przestrzeń publiczną.

Przypadek posła Węgrzyna z PO jest tutaj świetnym przykładem jak najnowsza wersja cenzury potrafi łamać kariery i kręgosłupy ludzkie.

Dwa miesiące temu, pan poseł Węgrzyn zapytany przez dziennikarza TVN 24 o ewentualne rozbieżności światopoglądowe przy budowaniu hipotetycznej koalicji między PO a SLD, a konkretniej gdy reporter spytał o pomysły legalizacji małżeństw homoseksualnych, nonszalancko, po męsku odparł: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami... chętnie bym popatrzył". Co działo się potem - mniej więcej wiemy. Węgrzyna publicznie zlinczowano, nazwano homofobem, a na koniec wylano z partii.

Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, jeśli spojrzy na opisaną wyżej sytuację, spokojnie i ignorując histeryczny wrzask mediów gardłujących w koło Macieju o nietolerancji, musi w ogólnym rozrachunku przyznać, że całość to szekspirowskie "wiele hałasu o nic". Czy Węgrzyn rzeczywiście powiedział coś, co można by uznać za obrzydliwe, nienawistne albo homofobiczne? Nie: powiedział to co myśli sobie w swoich brudnych móżdżkach przynajmniej osiemdziesiąt procent facetów. Jeśli ktoś ma wątpliwości - niech odpowie sobie na pytanie: kto inny jak nie mężczyźni wymyślił walki roznegliżowanych babek w kisielu? Kto pisze scenariusze filmów porno?

Poprawność polityczna ma swoje dobre strony. Że nazywa się jak się nazywa - wymyślili Amerykanie, ale i my Europejczycy czy nawet Polacy mamy swoje określenia na podobne zachowania. Otóż drzewiej mówiło się o "dyplomatyczności", "subtelności", czy "delikatności" stwierdzeń, fachowo: "eufemizowaniu". I jasna sprawa: czasami wręcz wypada poowijać w bawełnę, nie mówiąc już o tym jak bardzo dzięki temu wzbogaca się nasze słownictwo.

Niestety, ale rozwój leksykalny i umiejętność powiedzenia czegoś w ładny, uprzejmy sposób w niewielkim tylko stopniu równoważy szkody, jakie tego rodzaju wyrażanie myśli ze sobą niesie. Z dwóch wprawdzie, ale ważkich, powodów. Poprawność polityczna jest: primo - niesymetryczna, secundo - fałszująca rzeczywistość.

Niesymetryczność poprawności politycznej polega na tym, że jednej osobie w określonej sytuacji wypada/wolno użyć jakiegoś ciężkiego stwierdzenia, natomiast drugiej osobie w podobnej (lub innej) sytuacji dokładnie tego samego zwrotu - użyć już nie wolno. Przykładowo: w USA na pogardliwe określenie murzyna (które to w j. polskim zdążyło zresztą nabrać pejoratywnego znaczenia - o tym na koniec) zwykło się mówić nigger, co znaczy mniej więcej - czarnuch. Gdyby tego słowa użył biały - dramat i ciemna mogiła - rozruchy pewne jak amen w pacierzu, krzyk w telewizji i prasie, a autor na suchej gałęzi. Tymczasem niggers, zwracają się tak do siebie na zasadzie koleżeńskiego "stary" i póki co jeszcze się nie wymordowali. Inny przykład: jakoś rok temu w Szczecinie homoseksualna para wygrała proces sądowy, który wytoczyła sąsiadowi dość głośno mówiącemu, że dom obok niego zajmują "pedały". Co oznacza to stwierdzenie nie muszę chyba tłumaczyć. Przy czym: jeśli ów sąsiad sam byłby "pedałem" prawdopodobnie nie doszłoby do żadnego procesu, a i pokrzywdzeni wiedząc, że gościu jest w analogicznej sytuacji nie poczuliby się urażeni. Na własne uszy słyszałem gejów mówiących o innych gejach "pedał" czy "ciota" i brzmiało to dla mnie raczej jak pieszczotliwe "kotku", "myszko". Choć gdybym ja (hetero) użył podobnego stwierdzenia - dostałbym w zęby, albo pozew. Wniosek? Mniejszościom w świecie poprawności politycznej wolno więcej niż większości - a cackanie się ze zgniłym jajkiem na dłuższą metę męczy i w pewnym momencie się go po prostu pozbywa. Próbując "ugłaskać" społeczeństwo - dokłada się tylko do pieca. A jak wiadomo każdy kocioł parowy musi mieć zawór bezpieczeństwa, bo inaczej wybucha. Innymi słowy: lepiej chyba dać ksenofobii i niezrozumieniu ujście w słowach - niż nakręcić atmosferę i doprowadzić do pogromu.

Poprawność polityczna fałszuje rzeczywistość. Szkoliłem się kiedyś z pierwszej pomocy. Jeden z tematów: epilepsja, czasami zwana też padaczką. Instruktor puścił nam film nagrany przez Amerykanów, gdzie w jednym z pierwszych zdań padło słowo seizures (ataki) i wytłumaczenie, że lepiej na opisanie osoby cierpiących na tę tajemniczą chorobę używać stwierdzenia: person with seizures zamiast epyleptic gdyż rzekomo epilepsja źle się kojarzy i określenie kogoś jako epileptyka może sprowadzić nań społeczny ostracyzm. Trudno chyba o bardziej dobitny przykład próby fałszowania rzeczywistości. Czy to, że nazwiemy kogoś "osobą z atakami" zmieni fakt, że jest po prostu epileptykiem? Czy będzie dostawał rzadziej drgawek? Co więcej - tego rodzaju owijanie w bawełnę może prowadzić do nieporozumień. Ataków różnych dolegliwości jest wiele. Choćby wilkołactwa, włażenia na dachy i wycia do księżyca.

Spooro wypowiadanych przez nas słów (szczególnie w kwestiach światopoglądowych) niesie ze sobą pewien emocjonalny ładunek. Określenia: gej, pedał, ciota, homoseksualista, kochający inaczej - nie są sobie równoważne. Po tym którego z nich użyjemy - umieszczamy się na osi: akceptacja - neutralność - brak akceptacji. Polityczna poprawność, kastrując nas z używania pewnych słów - uniemożliwia szybkie określenie się.

Tytuł filmu Polańskiego "Ghost writer" przetłumaczono na język polski jako "Pisarz widmo". Co najciekawsze, jest to zwykła kalka (może i lepiej brzmiąca) nie uwzględniająca faktu, że w naszej rodzimej mowie istnieje już od kilkudziesięciu przynajmniej lat słowo opisujące pisarza, który użycza swego talentu by stworzyć dzieło, pod którym ktoś inny ma się podpisać. Tym słowem jest "murzyn" (zainteresowanych odsyłam do książki Melchiora Wańkowicza "Karafka La Fontaine'a"). Źródłosłów dość prosty do odgadnięcia - murzyn zwykle był kimś kto odwalał brudną robotę, synonimem niewolnika - tak samo jak "pisarz - widmo". Tak się śmiesznie złożyło, że i w polszczyźnie "murzyn" na przestrzeni ostatnich lat stał się słówkiem nie do końca poprawnym i coraz częściej zastępuje się go "czarnym", bądź "czarnoskórym", przy czym "murzyn" w znaczeniu pisarza nadal ma się dobrze i funkcjonuje w fachowym (literaturoznawczym) słowniku - o czym przekonałem się słuchając wywiadu z autorką biografii Jerzego Kosińskiego. Ciekaw jestem, czy tłumacz tytułu dał się uwieść political corectness, czy może powodowały nim jakieś inne względy.

Polityczną poprawność, zostawmy może gdzie jej miejsce - w polityce. I to najlepiej międzynarodowej.


 ibsen82, sobota, 16 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło

Mózgu degeneracja

Trudno o coś bardziej psującego się niż pamięć. Nie mam na myśli pendrive, twardego dysku, czy pamięci komputerowej, tylko tą naszą zwykłą, ludzką pamięć przechowywaną na ogół w głowie. Obrazy z dzieciństwa, nazwiska znajomych, daty, numery telefonów, wspomnienia wakacyjne, znaczenia słów, bądź też słowa z niegdyś znanych języków obcych, wzory matematyczne i fizyczne, symbole chemiczne, tytuły przeczytanych książek, obejrzanych filmów, pojemności silników ulubionych samochodów... Wszystko to ( i jeszcze więcej) ma tendencję do wyparowywania z naszej głowy w tempie nie ustępującym rychłości z jaką paruje kropla wody rzucona na rozgrzaną patelnię.

Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie to diablo frustrujące. Gdy kończyłem liceum, byłem w stanie bez większego wysiłku wymienić z pamięci cały poczet królów i książąt polskich łącznie z datami ich panowania, wyrecytować z pamięci kilka wierszy, podać wzór na punkty przecięcia paraboli z osią x. Dziś, ledwo kołacze mi, że Polska kiedykolwiek była monarchią, a żeby przypomnieć sobie jak nazywało się to wygięte coś, co przecinało się z układem współrzędnych musiałem rzucić okiem do wikipedii.

Wczoraj czytałem "Rasę drapieżców" - ostatnie teksty Lema. W jednym z felietonów pisze: "Po osiemdziesiątce mózg ludzki bezpowrotnie obumiera, objawia się to tak, że nie potrafi sobie przypomnieć pewnych prostych faktów - uciekają nazwiska, zapomina się całych systemów filozoficznych". Dobre nieba - chciałem krzyknąć, gdy to przeczytałem - a ja nawet nie mam trzydziestki!

Powyższy fragment może i byłby zabawny, gdyby nie to, że jest boleśnie prawdziwy. Lemowi zapomniało się po osiemdziesiątce, o czym pisał Hegel, a ja mylę to nazwisko z producentem środków czystości. Gdzie i co jest nie tak, że mimo iż jestem człowiekiem wykształconym - jestem tak strasznym głupcem? Dlaczego zapominam tak szybko, tak wiele? Dotarło do mnie w końcu rozwiązanie. Spieszę je wyartykułować - nim go, cholera, zapomnę.

Z wrodzonego lenistwa zacząłem się oczywiście najpierw głaskać po główce: "nie jest tak źle, przecież pamiętasz w pracy o wszystkim, o czym powinieneś pamiętać, pamiętasz nazwiska ludzi z którymi masz na co dzień do czynienia. Łeb nie biblioteka, nie archiwum i nie HDD o pojemności 1,2 terabajta". Nagle olśniło mnie, że to przecież HDD i jemu pokrewne zrobiły nam nieładny kawał.

Nie jestem ani neurologiem, ani psychiatrą, ani nawet psychologiem. Nie wiem literalnie nic o tym jak nam tam działają jakieś synapsy pod czaszką, nie wiem gdzie się co gromadzi w głowie. Nie wiem jak to się dzieje, że coś zapamiętujemy w sensie fizycznym, biologicznym, czy chemicznym. Mogę sobie to jednak jakoś tam wyobrażać i wiem, że ludzie od kiedy wymyślili, że za pomocą fizycznego znaku można przedstawić informację - robią to, piszą, archiwizują, składują. Komputery nam to ułatwiają i choć przykro to pisać - ułatwiają za bardzo. Jeśli bowiem zapiszemy jakąś informację na dysku twardym - przykładowo: "Moja dziewczyna urodziła się 4 sierpnia", to będzie ona tam leżeć, póki dysku korozja nie pożre, albo się nie rozmagnesuje. Co więcej, mogę użyć komputera, aby mi przypomniał trzeciego sierpnia, że następnego dnia mam złożyć życzenia. Gdybym chciał przypomnieć sobie kiedy indziej niż w jej wigilię jaka to data, a przypadkiem nie pamiętam gdzie umieściłem tą informację wklepuję w wyszukiwarkę frazę: "urodziny mojej dziewczyny", a komputer po chwili szyderczego grzechotania swoimi elektronicznymi flakami wypluje mi datę. Wyobraźmy sobie cały zabieg bez komputera. Biorę kartkę papieru i notuję na niej: "4 sierpnia - urodziny mojej dziewczyny". Wymaga to pewnego wysiłku (najpierw muszę skołować długopis i kartkę - bo w 2010 roku niekoniecznie musi to być sprzęt leżący w każdym domu), następnie kartkę trzeba gdzieś schować, mając świadomość, że jeśli zapomnę gdzie, to tylko Harry Potter z zaklęciem "Accio" może mi przyjść z pomocą w potrzebie. Gdy już tak się namęczę tym świadomym zapamiętywaniem - prawdopodobnie obejdę się i bez kartki, gdybym jednak zapomniał, to czeka mnie kolejny "task" - kradzież dowodu osobistego oblubienicy, bądź powtórne zapytanie się jej o dzień, w którym zaszczyciła świat swoją obecnością. Jedno i drugie dość karkołomne (drugie szczególnie, gdy dziewczę postanowi wybić datę alfabetem Morse'a dowolnym ciężkim przedmiotem na mojej pustej pale) wymagające działania świadomego i mozolnego, wtedy by nie narażać się na kolejne nieprzyjemności uznajemy, że łatwiej po prostu zapamiętać.

Jak z powyższego może wynika (a może nie), kluczową kategorią zapamiętywania, jest wysiłek włożony w zdobycie informacji, czas jaki poświęcimy na jej zdobycie i ewentualny ból oraz wyrzeczenia, które musieliśmy znieść by informację zdobyć. Pokusić możnaby się o stwierdzenie, że im trudniej nam się czegoś nauczyć (coś znaleźć), tym dłużej to zapamiętamy. W tym przypadku zapamiętywanie jest funkcją lenistwa i może zostać opisane w kategoriach ekonomicznych: "nie chce mi się (lenistwo) tracić raz jeszcze tyle czasu (ekonomia) na zdobycie tej informacji". Co bardziej cenimy i co wyrzucimy z mniejszym żalem? Jabłko za 75 groszy, które kupiliśmy sami nie wiedząc po co, a które się zepsuje, czy nowego iPoda za 1000 złotych?

Wikipedia, Google, przypominajki o datach urodzin na portalach społecznościowych - ułatwiają korzystanie z dorobku naukowego, pseudonaukowego i nienaukowego ludzkości z przyległościami. Owszem, ale dla naszej pamięci, jeśli chcemy ją traktować jako platformę startową dla erudycji, wiedzy ogólnej itp. robią krecią robotę - łatwością dostępu do wiedzy nakłaniając nas do pamięciowego nieróbstwa i niedbalstwa. Wiemy, że ta informacja gdzieś tam sobie leży, wiemy, że wstukując na klawiaturze odpowiedni układ znaków do niej dotrzemy, wiemy również, znając o tyle o ile logikę systemu - jak do tej informacji ponownie dotrzeć. Nie musimy się nawet kłopotać o pamiętanie informacji, konkretów choćby najbardziej płytkich i ogólnych. Przykład? Bardzo proszę: Zadanie: Jak nazywał się brat jednego z głównodowodzących w bitwie pod Grunwaldem? podpowiedź: "rycerze w białych płaszczach z czarnymi krzyżami". Dotarcie do odpowiedzi (Konrad) zajmuje dokładnie jedno "kopiuj - wklej" i trzy kliknięcia. O czym muszę pamiętać? Jaki jest adres google i co to jest wikipedia. Gwarantruję, że jutro nie będę już pamiętał o Konradzie von Jungingen, ani tym bardziej o tym o co chodziło w bitwie pod Grunwaldem. Gdybym miał zdobyć tę informację środkami tradycyjnymi zajęłoby mi to pewnie więcej czasu - musiałbym przekopać się przez historię średniowiecza, encyklopedię, a może nawet obejrzeć jakiś obraz.

Gdy zastanawiam się nad pamięcią, muszę (trawestując Woltera i ubierając się nieco w piórka) wepchnąć palec do cudzego kompotu. Nie bez winy jest niestety współczesna pedagogika, która nieco przesadnie stawia dziecko jako zarówno przedmiot i podmiot kształcenia. Dzieciakom pozostawiono swobodę do zbyt wczesnego decydowania, co będzie dla nich ważne i przydatne w przyszłym życiu. Jest to w moim mniemaniu pogląd błędny i szkodliwy, a konsekwencje pozostwienia łebka samemu sobie pokutują przez całe jego życie - szczególnie gdy łebkiem przestanie już być.

Usłyszałem niedawno pogląd (z którym się zgadzam), że zapamiętywanie dzieci różni się tym od zapamiętywania dorosłych w taki sposób, że dzieci po prostu zapamiętują wszystko, a dorośli kojarzą z tym co już wiedzą. Różnica, o ile dobrze to rozumiem, mniej więcej taka jak między pozbieraniem paciorków z zerwanych korali przy użyciu odkurzacza, a podnoszeniem ich pojedynczo z posadzki i nanizaniu na nitkę. Dziecko zapamiętuje wszystko, nie ważne czy ma to sens, czy nie. Dorosły ma tendencję do puszczania mimo uszu wielu informacji (po części w ramach mechanizmu obronnego, przeciw gigantycznym ich ilościom, po części z lenistwa) i zapamiętuje albo coś niezmiernie oryginalnego, albo coś co mu się jakoś już tam kojarzy, dorosły ma zdecydowanie większą, trenowaną przez lata zdolność tworzenia ciągów przyczynowo skutkowych, do których po prostu dokłada się kolejny skutek/przyczynę (paciorek na nitkę), dorosły kategoryzuje. Dziecko wsysa wszystko jak leci, powtarza jak papuga i tworzy przedziwny zlepek, który dopiero dalsze życie i doświadczenie będzie porządkować, układać i wiązać w relacje.

Trzymając się odkurzaczowej metafory: im więcej paciorków dostanie się do worka na śmieci, tym więcej możemy z niego wyjąć i nanizać na nitkę (można to nazwać: "wstępną akumulacją kapitału"). Im więcej informacji wchłoniemy jako szczenię, tym łatwiej będzie nam ułożyć w przyszłości związki przyczynowo skutkowe, teorie, czy dokładać do zdobytej już wiedzy skojarzenia. Im więcej informacji przyswojonej a priori, tym więcej tych, które można dołączyć a posteriori.

Stąd też, pozwalanie dzieciom na całkowicie dowolny wybór tego czym chcą się zajmować, jaką wiedzę chcą posiąść, jest działaniem nie tyle przeciw nim (bo jak łebek interesuje się tylko wojnami morskimi średniowiecza, to będzie z pewnością zachwycony, gdy zwolnimy go z języków obcych), co przeciw dorosłemu człowiekowi, który z tego dziecka wyrośnie. Gdyby bowiem młodzieńcza pasja ku zmaganiom kog i karak na Bałtyku miała się przerodzić w dojrzałą pasję naukową, nagle okaże się, że badacza, któremu za młodu odpuszczono naukę języków obcych limituje ich nieznajomość i przykładowo nie może skorzystać z obcojęzycznych źródeł.

Przypomina mi się w tym momencie książka W. Gomulickiego pt. "Wspomnienia niebieskiego mundurka". Bohaterowie tej powieści, uczniowie gimnazjum w zaborze rosyjskim uczyli się następujących języków: polski, rosyjski, łacina, niemiecki i francuski. Proszę pokazać mi w dzisiejszych czasach liceum w którym jest taki program? Żeby było śmieszniej, znajomość słówek, deklinacji, składni i wymowy była wymuszana trzciną i surowymi karami. Nie było nagranych konwersacji, metodyk, mnemotechnik. Uczeń miał umieć. Jak nie umiał brał po łapach, jak nie umiał w dalszym ciągu, wylatywał ze szkoły. Czy wyrośli na złych ludzi? Na głupich? Odpowiem pytaniem na pytanie: w ilu językach potrafi się przeciętnie porozumiewać dziś absolwent szkoły średnie? Komunikatywny polski i podstawowy angielski. Faktem jest, że wiedzy, od XIX wieku, przybyło, uogólniać jakoś trzeba, ale czy rzeczywiście trzeba to robić kosztem tego co zostaje w pamięci? Kosztem tej wiedzy, która ma być kośćcem wszystkiego, co jeszcze nam do głowy wpadnie po opuszczeniu szkolnych (uniwersyteckich) murów?

Inforamację i wiedzę traktujemy coraz bardziej przedmiotowo i utylitarnie. Na zasadzie: po co mi to wiedzieć, jak będę potrzebował to sobie wygoogluję. A to chyba nie jest tak. Im więcej wiemy, tym trudniej nami sterować, tym łatwiej radzimy sobie w sytuacjach nieprzewidzianych im więcej się wie tym większe prawdopodobieństwo, że może nam się to przydać. Choćby po to by w internetowej mrowiskowej świadomości i zbiorowej pamięci umieć podkreślić i wyeksponować swoją indywidualność i jednostkowość i by w książkach w przyszłości dialogi nie wyglądały tak (nie klikajcie w linki bo to bez sensu):

"- http://zadane.pl/zadanie/777153 - powiedział ze złością Jerzy. W pokoju zapanował cisza, wswzyscy szybko przyglądali się temu argumentowi. Przez moment nikt nie wiedział co na to powiedzieć. Ogólna konsternacja. W końcu Marek, głosem dobitnym, naznaczonym pewnością siebie odparł:


- http://pl.wikipedia.org/wiki/Ulrich_von_Jungingen - powiódł okiem triumfująco po zebranych


- a właśnie, że http://www.edwardkrzyzak.pl/


- naprawdę? - zacietrzewił się, gdy takie wyzwanie mu rzucono - no to masz: http://www.free-nature-photos.org/pl/Pajaki/Pajak_Krzyzak_ogrodowy/


- czy ty http://pl.wikiquote.org/wiki/Wariat? Przecież mam http://pl.wikipedia.org/wiki/Arachnofobia"

I pozostaje to oczywiście bez związku z tym, że głos w dyskusjach na różnych forach zabieram często tak:

http://palecwkompocie.blox.pl/html




 ibsen82, niedziela, 26 września 2010; Bartosz Sowisło

Ja, (nie) robot (?)

Na początku była maszyna tkacka z ruchomym czółenkiem. Ustalając na maszynie odpowiednie wartości uzyskiwało się pożądany splot. Był to początek informatyki. Poźniej, na przestrzeni dwustu lat od jej powstania, nauka o przenoszeniu informacji i programowaniu określonych urządzeń rozwinęła się do tego stopnia, że trzymam teraz na kolanach komputer o takiej mocy obliczeniowej, że gdyby w jego posiadaniu znalazł się dajmy na to Hitler w 1943 roku, to historia potoczyłaby się zapewne na manowce, o których dziś wypowiadają się tylko autorzy gatunku political fiction.

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy maszyną tkacką a dwurdzeniowym procesorem, mózgiem mojego laptopa, na początku dwudziestego wieku, ktoś wymyślił, że naukę o programowaniu można zastosować do zbiorowisk ludzkich wykonujących wspólnie określone zadanie. Fryderyk Taylor, bo to o nim mowa, dał podwaliny pod naukę zwaną obecnie zarządzaniem - najpopularniejszym zresztą przez lata dziewięćdziesiąte kierunkiem studiów w Polsce. Taylor, opracował na przykład optymalny dla robotnika kształt i rozmiar łopaty, którym tenże ładował dajmy na to węgiel. Był bardzo skuteczny - wydajność ładowaczy udało się dzięki temu zwiększyć prawie czterokrotnie. W jego ślady poszedł jeden z pionierów motoryzacji Henry Ford. Obydwaj panowie zasłużyli się teorii zarządzania na tyle, że kierunki przez nich wytyczone nazwano od ich nazwisk: "tayloryzm" i "fordyzm"

Nauka o programowaniu ludzi, nadal się rozwijała. Gdzieś na strychu w moim domu, znalazłem starą książkę pt. "Cybernetyka społeczna". Miałem wtedy jakieś czternaście lat więc siłą rzeczy nic z niej nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko wzory o liczbie pięter porównywalnych z Empire State Building, które opisywały choćby oddziaływanie propagandy na określoną grupę społeczną.

Obecnie jesteśmy programowani w sposób skrajny, a dowodem na to jest kariera słówka "procedura".

Pierwszy raz usłyszałem je gdy oglądałem w telewizji film "Apollo 13" z Tomem Hanksem. Historia nieudanej wyprawy na Księżyc. W jednej ze scen Ed Harris, który gra tam postać głównego dyspozytora w Houston, gdy nastąpiła już awaria statku kosmicznego i trzeba szybko ratować znajdujących się w niebezpieczeństwie lunonautów wykrzykuje do swoich, ogarniętych paniką współpracowników: "Nie chcę ocen, chcę procedur!"

Czym jest procedura? To pewien schemat, czy też wzór postępowania w określonej sytuacji. Mówiąc inaczej, jest to język programowania według którego w określonym momencie człowiek powinien, czy też raczej musi postępować. Mówiąc jeszcze krócej, to skoro nasze ciało, ręce, zdolności manualne, czy też intelektualne są swoistym hardware, procedura jest software - programem do wykonania.

Wolnych od procedur profesji jest coraz mniej. Swoje procedury mają wspomniani już kosmonauci, marynarze, policjanci, prawnicy, lekarze, piloci, pracownicy banków, kolejarze, nauczyciele, inżynierowie, handlowcy, nawet stewardessy i kucharze. Tak, tak - przebywałem kiedyś w kuchni w czterogwiazdkowym hotelu - pierwsze co rzucało się w oczy to olbrzymia kartka z napisem: "Proszę bezwzględnie przestrzegać receptur", a obok wisiała zalaminowana książeczka z dokładnymi przepisami i zdjęciami - jak ma wyglądać podawana potrawa. Stacje benzynowe, restauracje typu fast food, czy sieciowe hotele określonego koncernu wyglądają w identyczny sposób na całym świecie. Te same, w taki sam sposób ułożone ręczniki na wannie, prospekty informacyjne na stoliku w pokoju hotelowym, nawet identycznie ułożone trunki w minibarku.

Procedury są wymyślane przez różnorakiego autoramentu, zależnego od branży grupy ekspertów, którzy siadają i kombinują w jaki sposób najskuteczniej z punktu x przemieścić się do punktu y. Przemieszczanie się, proszę oczywiście rozumieć w sensie przenośnym. Nazwijmy ich grupą programistów.

Jeśli komuś wydaje się, że jest od procedur wolny i niezależny, to tkwi w bardzo głębokim błędzie, graniczącym z ignorancją. Nawet jeśli jest ta osoba malarzem - artystą, wykonującym swój zawód w ciszy i odosobnieniu. Największym bowiem zbiorem procedur, obecnie regulujących życie niemalże każdego człowieka na ziemi jest - prawo. Nie tylko reguluje ono czyny zabronione i pożądane, formułując zakazy i nakazy, ale i sposób postępowania w stosunkach międzyludzkich, międzypaństwowych, czy międzyinstytucjonalnych. Przykład? Każdy dział prawa ma swoje przepisy dotyczące procedowania - Kodeks Karny - Kodeks Postępowania Karnego, Kodeks Cywilny - Kodeks Postępowania Cywilnego, przepisy administracyjne - Kodeks Postępowania Administracyjnego. I spróbuj tu człecze, wolny i niezależny przecież, nie podpisać własnoręcznie dokumentu kierowanego do urzędu w najbłahszej sprawie - dokument jest wtedy wart tyle, co papier na którym został wydrukowany.

Czytelnik może odnieść wrażenie, że cały mój wywód zmierza w kierunku potępienia w czambuł wszelkich procedur. I będzie miał rację - z małym wszakże zastrzeżeniem. Są takie obszary ludzkiej działalności, gdzie bez procedur ani rusz. Pilotowi z całą pewnością łatwiej posługiwać się określoną checklistą, niż za każdym razem wymyślać od nowa jak wykonać podejście do lądowania. Faktem jednak niezbitym jest, że procedury zabijają kreatywność. Przynajmniej pośród tych, którzy zaliczają się do "wykonawców", a nie "programistów".Łatwo się domyślić, że nie jest możliwe a priori przewidzenie wszystkich zdarzeń, które mogą mieć miejsce w przyszłości i opisać je za pomocą nie budzących wątpliwości ani sprzeciwu zdań oznajmujących. Wtedy trzeba zdać się na coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem - najlepiej opartym na doświadczeniu. Z drugiej strony teoria ewolucji mówi, że organy nieużywane zanikają po jakimś czasie. Nie wiem na ile, z punktu widzenia biologii, jest to możliwe w przypadku mózgu. Odnoszę wrażenie jednak, że dalsze systemowe wtłaczanie ludzkości, w sztywne ramy przepisów opisujących możliwie najszerszy wycinek rzeczywistości i ustalonych arbitralnych i optymalnych wzorów postępowania względem fenomenów - nie tyle może, co już nas odmóżdża. Popełenianie błędów - jest nabywaniem doświadczenia. Jeśli ktoś nigdy nie popełnił żadnego błędu, bo zawsze postępował w zgodzie ze schematem to w sytuacji gdy schemat zawiedzie, nie ma się na czym oprzeć. Nie ma odruchów postępowania w sytuacjach ekstremalnych, stresujących, nieprzewidywalnych. Jeśli nie używa na codzień myślenia, to jak ma nagle zacząć myśleć?

Nasza cywilizacja, staje się coraz bardziej stechnicyzowana. Coraz większy nacisk kładzie się na rozwój technologii, nowych metod przekazywania i przechowywania informacji, implementację nowinek technologicznych w każdej dziedzinie życia. Zwiększamy wydajność i zmniejszamy koszty. Nasuwa mi się tu kilka pytań: co z ludźmi, którzy z jakichś powodów nie są programowalni (umysł ludzki, warunkowany doświadczeniami, nawykami czy cechami osobowosciowymi, ma ogromną inercję, jest w pewnym sensie nieruchawy - nie da się z dnia na dzień zrobić z kelnera profesora uniwersyteckiego, a z profesora botaniki, profesora matematyki)? Co z ludźmi, którzy zostaną bez środków do życia, bo ich dotychczasowe zajęcia zostaną wyparte przez technologię? W jaki sposób producenci dóbr utrzymają swoje dochody na tym samym poziomie (chociaż powinni je zwiększać - bo to wolnorynkowa nagroda za trud), skoro ludzie nie znajdą możliwości zarobkowania i zostaną jako konsumenci wykluczeni z rynku?

Boję się trochę, że cywilizacja w której żyjemy, jeszcze za mojego życia będzie musiała sobie odpowiedzieć na przynajmniej część tych pytań. Historia pokazuje, niestety, że rozwiązaniem większości problemów była wojna - w trakcie ginie nadwyżka ludności, po niej trzeba naprawiać zniszczenia i wszystko kręci się od nowa, ze świeżym impetem.

Boję się jeszcze jednej rzeczy. Biorąc pod uwagę prace nad sztuczną inteligencją, zastanawiam się, kiedy mój komputer będzie mądrzejszy ode mnie. Już teraz szybciej i dokładniej liczy i wymusza na mnie pewne zachowania logiką zaprogramowanego systemu. I kiedy to ja stanę się hardware, który on będzie programował, bo będzie znacznie doskonalszym programistą mojego software'u (czyli wszelkich moich działań) niż jestem nim ja. Logika, ze wszech miar pożyteczna i będąca fundamentem ludzkości, kryje w sobie potężne zagrożenie.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: komputer, nadzorujący moje życie widzi, że palę papierosy. W bazie danych wyszukuje informację, że mogę zachorować z tego powodu na raka płuc. Dowiaduje się również, że agonia moja w wielkich cierpieniach będzie trwała wtedy przypuszczalnie kilka miesięcy. Znajduje również informację, że śmierć od porażenia prądem jest stosunkowo bezbolesna i krótkotrwała. Kierując się logiką, a nawet jakimś maszynowym miłosierdziem postanawia oszczędzić mi cierpień i organizuje przebicie prądu do wanny, w której właśnie się kąpię. Żeby było śmieszniej, mógłby to zrobić, nawet gdyby zainstalować mu I prawo robotyki Asimova - "robot nie może szkodzić istocie ludzkiej".

Ludzie odkryli logikę, ale nie są logiczni, ludzie skonstruowali roboty, ale nimi nie są. Ludzie opracowali sztukę programowania, ale ich programować nie należy. Powinniśmy o tym pamiętać i dbać o to byśmy sami z siebie nie robili robotów, nawet za cenę konsekwencji popełnianych błędów.

Na koniec jeszcze chciałbym polecić jednego bloga - znanej osoby bo Janusza Korwina Mikke - gorąco zachęcam do lektury, chociaż on akurat jest zaprzysięgłym, jak mi się wydaje po lekturze jego tekstów, logikiem.

http://korwin-mikke.pl/blog

No i założyłem jeszcze fotobloga. Chwilowo tylko kilka fotek, ale będzie ich z pewnością przybywało. Zapraszam!

http://ibsen82.flog.pl/


 ibsen82, czwartek, 06 maja 2010; Bartosz Sowisło

Niewolnik Adama Smitha

To nie będzie wpis zgodny z nauką ekonomii, nie będzie analizował rynku, ani opowiadał się po stronie którejkolwiek ze szkół myśli ekonmicznej. To raczej to co czuję i co pewnie czuje wielu ludzi w podobnej do mojej sytuacji. Nie będzie miał nic wspólnego z racjonalizmem.

Niewolnictwo definiuje się jako przeniesienie praw rzeczowych do człowieka na innego człowieka bądź instytucję. Innymi słowy, niewolnictwo to sprowadzenie człowieka do roli narzędzia.

Formalna likwidacja niewolnictwa nastąpiła przede wszystkim w XIX wieku - głównie z inicjatywy państw europejskich, które do tamtej pory czerpały z handlu ludźmi największe profity. Liga Narodów oficjalnie zakazała go w 1926 roku.

Ma się jednak bardzo dobrze.

Gdy rzuciłem okiem na dane dotyczące niewolnictwa obecnie okazuje się, że ludzi pozbawionych wolności zgodnie z definicją klasyczną jest na świecie 27 mln. To więcej niż przez 500 lat przewieziono przez Atlantyk z Afryki do obu Ameryk (szacunki 12 - 25 mln).

Niewolników, tak naprawdę jest jeszcze więcej. Być może nawet Ty nim jesteś. Nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. To co niegdyś załatwiały bat nadzorcy i kajdany, teraz sprowadzamy na siebie dobrowolnie - przyjmując zobowiązania na okres trwania całego życia, a czasem i dłużej.

Przed tzw. kryzysem z roku 2008 banki bardzo chętnie udzielały kredytów pokoleniowych. Bierzesz teraz, spłacasz przez pięćdziesiąt lat, a jak nie to spłacają go twoje dzieci. Wspaniale, ale czy można obarczyć kogoś zobowiązaniem, którego ten ktoś być może sam by nie podjął? Dziedziczenie długów wynika z przeświadczenia, że skoro ktoś może przejąć w spadku aktywa, to czemu nie ma przejąć również pasywów. Z punktu widzenia ekonomii sprawiedliwe, z punktu widzenia dziecka, które miało tatusia hulakę, bądź mamusię, która koniecznie chciała mieć wystawny dom - niekoniecznie.

Jak wielu moich rówieśników chciałem mieć własny kąt. Kupiłem więc mieszkanie - oczywiście na kredyt. Przez najbliższe jeszcze 29 lat z każdej wypłaty będę musiał potrącać pewną kwotę na spłatę długu. Czy jestem wolny? Formalnie owszem. Czy miałem wybór? Formalnie tak - mogłem mieszkanie wynająć i spłacać czyjś kredyt, mogłem mieszkać nadal z rodzicami. Tyle teorii. Dlaczego to robimy? Bardzo paradoksalnie, w imię wolności - żeby mama nie truła, albo żeby właściciel mieszkania nie wywalił nas na pysk, kiedy znajdzie lepszą ofertę.

W praktyce, jeśli jutro nie wstanę rano z łóżka i nie stawię się do pracy i nie podam jakiegoś wiarygodnego powodu mojej nieobecności, mogę sobie szukać jakiegoś innego zajęcia i innego sposobu oddania długu. Jeśli przestanę go spłacać, podpisałem już weksel in blanco i tytuł egzekucyjny, który leży gdzieś w sejfie w banku. Jeśli przestanę go spłacać, nawet bez wyroku sądu bank może przysłać komornika, który wyprowadzi mnie na bruk.

Jest jeszcze jeden drobiazg. Suma wpłat, które znajdą się na koncie banku w dniu, kiedy będę spłacał ostatnią ratę, będzie większa dwukrotnie, od tego co pożyczyłem. I pomyśleć, że w średniowieczu jeśli ktoś chciał więcej niż 10% uważany był za lichwiarza.

Czy nadal ktoś uważa, że jestem wolny? A może niewolnictwo XXI wieku należałoby przedefiniować. Na przykład tak: "Przybierające różne postacie zjawisko, częściowego, bądź całkowitego uzależnienia jednostki od procesów zachodzących na wolnym rynku".


ibsen82, środa, 10 lutego 2010; Bartosz Sowisło

Niezdrowa Komisja Zdrowia

W latach 1982 - 1989 przyszło mi pędzić żywot w kraju, który był niesuwerenny, niedemokratyczny, autorytarny i do tego wszystkiego jeszcze niewydolny ekonomicznie. Za krytykę systemu można było trafić do pudła, podobnie jak za nawrzucanie któremuś z ówczesnych prominentów. Na malucha czekało się pięć lat, świerszczyki trzeba było przemycać ze Szwecji, a po kilo kotleta czekało się w kolejce kilka godzin.

Od 1990 żyję w III RP. Jest suwerenna, demokratyczna i pluralistyczna. Ekonomicznie ponoć sprawna jak ChRL. Krytykować system można do woli, choć i tak to nikogo nie obchodzi, a jak nawrzucam jakiemuś prominentowi, to w najgorszym wypadku zapłacę grzywnę. Maluchy przeszły do historii, ale gdybym chciał Mercedesa, to mogę go kupić w ciągu minuty na allegro.pl, kotlety na telefon można zamówić do domu, a pornola obejrzeć w necie za frajer.

Prawie super, tylko, że przed 1989 rokiem władza wcinała się, gdy ktoś próbował ją obalić lub nastąpił jej na odcisk. Teraz nikt nie następuje władzy na odciski, ani nikt nie próbuje jej obalać, a zaczyna się wcinać się w takie rzeczy, że Gierek, gdziekolwiek teraz jest, uważa się pewnie za wolnościowego liberała - demokratę, bo ani jemu, ani Jaruzelskiemu, a tym bardziej Bierutowi nie przyszłoby do głowy to, na co wpadła nasza sejmowa Komisja Zdrowia.

Otóż od pewnego czasu opracowuje ona projekt ustawy antynikotynowej. Opierając się na doniesieniach prasowych, relacjonujących jej prace, można stwierdzić, że będzie to legislacyjny knot, który biorąc pod uwagę twardość papieru na jakim drukowany jest Dziennik Ustaw - nie będzie się nadawał nawet do użycia w toalecie.

Komisja Zdrowia wymyśliła bowiem, że wprowadzi zakaz palenia wszędzie, z drobnymi wyjątkami. Wszędzie to znaczy: na plażach, w parkach, na przystankach autobusowych lotniskach, dworcach kolejowych, w budynkach użyteczności publicznej, samochodach służbowych, na klatkach schodowych, obiektach sportowych, a także w restauracjach, kawiarniach i dyskotekach. We wszystkich tych miejscach, nie będzie wolno tworzyć pomieszczeń, gdzie palacze będą mogli oddawać się swojemu zgubnemu nałogowi. Żeby było śmieszniej, palarnie można będzie za to tworzyć na uniwersytetach, które tym samym zostały zrównane w prawach z: zakładami opieki, szpitalami psychiatrycznymi i hospicjami. Palarnie będą mogły powstawać także w zakładach pracy. Ciekaw jestem jeszcze definicji palarni, pewnie będzie brzmiała jakoś tak: "Hermetycznie zamykane pomieszczenie ze śluzą powietrzną, zaopatrzone w wydajny system wentylacji i wyposażone w niezależny komin z filtrem przeciwwęglowym, a także zestawem do resuscytacji i gorącą linią łączącą z agencją ds. rozwiązywania problemów nikotynowych".

Pomijam już to, że w ogóle nie rozumiem, na cholerę taki dokument w randze aż ustawy (czyli po Konstytucji i ratyfikowanych umowach międzynarodowych trzeci co do ważności w naszym systemie prawnym akt), skoro mogliby załatwiać to na bieżąco zarządcy budynków (jedno zdanie w ustawie o ochronie zdrowia:"za utworzenie miejsc przeznaczonych do palenia tytoniu, jeżeli takie są przewidziane odpowiedzialny jest zarządca budynku, w razie braku przeznaczonego miejsca do palenia, w budynkach obowiązuje zakaz"). Zadziwiające jest to, że będzie wewnętrznie niespójny - wzmiankowany już zakaz utworzenia palarni w budynku użyteczności publicznej - który to budynek jest równocześnie zakładem pracy, podobnie sprawa ma się z knajpkami - przecież to również zakład pracy dla barmana, czy kelnerki. A w zakładach pracy palarnie tworzyć wolno. No i istne curiosum - przyzwolenie na palarnie na uniwersytetach - z przezabawnym, w skutkach które ze sobą niesie, uzasadnieniem, autorstwa p. poseł Agnieszki Kozłowskiej - Ratajczak (PO): "Studenci to ludzie dorośli. Jeśli palą, powinni mieć możliwość skorzystania z palarni (...)". Ergo: z restauracji, dyskotek, kawiarni, plaż, parków, lotnisk i budynków użyteczności publicznej korzystają wyłącznie niepalące małolaty. Albo, że tylko studenci są ludźmi dorosłymi.

Najbardziej walnie oczywiście w tych, którzy żyją z niezdrowego trybu życia - restauratorów, knajpiarzy i właścicieli dyskotek. Powiedzmy sobie szczerze, ani pub ani dyskoteka, to nie są miejsca gdzie chodzą miłośnicy zdrowego trybu życia - unikający alkoholu, którym dym z papierosa straszny. Dyskoteki, to nie jest miejsce gdzie chodzi się pouprawiać inteligentą konwersację o sztuce i filozofii, a takie gdzie idzie się wyszaleć. Znam wielu na codzień nie palących ludzi, którzy palą papierosy wyłącznie na imprezach, albo przy piwie. A poza tym jest mnóstwo knajp dla niepalących - czemu ustawodawca nie chce pozostawić ludziom prawa wyboru? Ponadto - w jaki sposób chcą egzekwować ten zakaz? Każdy właściciel dyskoteki, jeśli będzie miał dość jaj i trochę oleju w głowie, po prostu zlikwiduje popielniczki, powiesi zakazy palenia i pozwoli rzucać niedopałki na podłogę. Jak przyjdzie kontrola policji powie, że przecież nie będzie donosił na swoich klientów, bo jeżeli tak postąpi to do niego nie wrócą. I będzie miał rację.

Rząd, który uważa się za liberalny powinien takie pierdoły jak palenie papierosów pozwolić załatwiać samym obywatelom. Zgodnie z liberalną doktryną: rynek sam zadecyduje. Jeśli przedsiębiorca uzna, że nie opłaca mu się marnować miejsca na palarnię, bo będzie tam mógł postawić trzy stoliki więcej, to ją zlikwiduje i zakaże palenia w całym lokalu. A tak wygląda to jakby producenci tzw. "słoneczek" (nagrzewnic zasilanych LPG - w kształcie parasoli, do ogrzewania ogródków zimowych), ostro lobbowali za takim zakazem, bo im towar na polskim rynku słabo idzie ("słoneczka" zrobiły furorę w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Niemczech - gdzie zakazano palenia wewnątrz knajpek).

Zresztą, na koniec należy zadać sakramentalne pytanie. Jaki jest powód, dla którego nasi rządzący nie zakażą w ogóle sprzedaży papierosów na terenie kraju? Dlaczego, skoro chcą zbawiać rodaków od zgubnych następstw nałogu tytoniowego, po prostu nie zdelegalizują wyrobów tytoniowych? Powodów jest piętnaście miliardów, wystarczająco dobrych, żeby każdy kolejny rząd mógł sobie pozwolić na taką hipokryzję. Piętnaście miliardów złotych, które zasiliły budżet tylko w 2009 roku i które do tego budżetu będą musiały rokrocznie wpływać. Palacze! Kupujcie ziemię uprawną i zaczynajcie uprawiać tytoń - im mniej Was bowiem pali, tym droższe muszą być papierosy.
ibsen82, wtorek, 19 stycznia 2010; Bartosz Sowisło

Seksistowskie biusty

Jestem brudną, seksistowską i szowinistyczną świnią.

Gapię się kobietom w dekolty i w myślach komentuję ich urodę, mówię do nich "pani doktor" zamiast "pani doktorko", puszczam przodem w drzwiach, a nawet (o zgrozo!) pozwalam sobie na niewinne flirty w pracy i (co już chyba najgorsze i w ogniu piekielnym będę się za to smażył) uważam, że nie nadają się do pracy we wszystkich zawodach. A nawet, w chwilach egzaltacji, pozwalam sobie mówić na kobiety (mniej lub bardziej pieszczotliwie) baby.

Eee tam - powie czytelnik - panie, co to za seksizm... A właśnie, że seksizm i to jeszcze jaki.

Wysłuchałem ostatnio wywiadu, jaki przeprowadził p. Piotr Pacewicz, z p. Agnieszką Graff w ramach cyklu "Pociąg osobowy". Kto to ta Graff? Też nie wiedziałem. Podpis na ekranie mówił, że feministka (przepraszam: Feministka) i pisarka (ale wolałem sprawdzić bo jak wywiad był z Ygą Kostrzewą to podpisana była jako lesbijka - to zawód jakiś?). Z artykułu w wikipedii dowiedziałem się, że p. Graff jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego, autorką (proszę zwracać uwagę na rodzaj) dwóch książek i przedstawicielką tzw. gender studies. Rozparłem się wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na niezłą drakę. I rzeczywistość przekroczyła najśmielsze oczekiwania.

Otóż p. Agnieszka, mimo w sumie przyjemnej powierzchowności, pomijając może pierwszą minutę, cały kwadrans spędziła z miną zwycięzcy plebiscytu na przedsiębiorcę pogrzebowego roku i z minuty na minutę opowiadała coraz większe bzdury. Nie wiem czy na Uniwersytecie Warszawskim jest wydział Pieprzenia Głodnych Kawałków, ale jeśli nie ma, Jego Magnificencja pownien p. Graff wywalić na zbity pysk za ośmieszanie uczelni.

Szkoda mi pieniędzy na kupowanie książek tej pani, toteż spróbuję skomentować pokrótce to co powiedziała Wicenaczelnemu Wyborczej.

Pierwszym co poszło na tapetę, był nasz ojczysty język, który jak się okazuje, jest seksistowski i wyklucza kobiety poza nawias społeczeństwa. Dlaczego? Ano dlatego, między innymi, że zwracając się do ogółu czytelników używa się zazwyczaj 2 os. l poj. rodzaju męskiego.Gdy Pacewicz, wyraził wątpliwość, jak w zasadzie to zapisywać, p. Feministka uznała, że najlepiej naprzemiennie. Czyli raz pisać: "byłeś czytelniku", a innym razem "byłaś czytelniczko", w tym samym tekście. Obawiam się - biorąc pod uwagę jakość obecnego polskiego dziennikarstwa - taka dychotomia mogłaby doprowadzić do poważnych ubytków szarych komórek czytelników, usiłujących dojść tego, o co właściwie podmiotowi lirycznemu chodzi. Ponadto, jak dowodzi Graff - a za nią rodzime feministki - nazwy zawodów też są seksistowskie. Podaje się je bowiem zwykle w rodzaju męskim. To samo ma miejsce zresztą z każdą płciowo nieokreśloną rzeczą czy istotą (nawet Bogu się dostało) klasyfikowaną przez nasz seksistowski język jako rodzaj męski. Aż dziw, że nie przyczepiła się do tego, że rodzaj który nie jest rodzajem męskim w liczbie mnogiej nazywa się niemęskoosobowym. Chociaż gdy padło stwierdzenie "rodzaj żeńskosobowy", przypomniało mi się, że w piątej klasie podstawówki za powiedzenie czegoś takiego dostałem od polonistki pałę (to dopiero seksizm - symbole falliczne w ocenach szkolnych!).

Zawsze wydawało mi się, że języka, kobiety używają od mniej więcej tak samo dawna jak mężczyźni. Język nie jest również sztucznym konstruktem wymyślonym przez męskie szowinistyczne świnie, żeby marginalizować znaczenie kobiet. Brały kobiety udział w jego tworzeniu w tak samo dużym stopniu jak i mężczyźni. Co więcej, kobiet w społeczeństwach jest na ogół więcej niż mężczyzn, więc statystycznie sprawę ujmując, język powinien być bardziej "kobiecy" niż "męski", choćby ze względu na częstość używania niektórych słów w określonym rodzaju. Według p. Graff jest dokładnie na odwrót. Co do nazw zawodów... "Wyborcza" już od dłuższego czasu lansuje modę na mówienie o kobietach wykonujących jakiś zawód bądź, posiadających jakieś określone wykształcenie w rodzaju żeńskim. Stąd budzące kpiny internautów (ale oni z Ciemnogrodu pewnie): psycholożki, literaturoznawczynie, dyrektorki, socjolożki... Proponuję, przeprowadzić plebiscyt na żeńskie odpowiedniki następujących zawodów: spawacz, marynarz, pilot, kierowca. Zabawnie będzie. Pani Graff w związku z tą obrzydliwie szowinistyczną polszczyzną proponuje rozpoczęcie wielkiego projektu kulturowego, który miałby ów stan rzeczy najpierw Ciemnogrodowi uświadomić, a następnie zmienić. No cóż, mam nadzieję, że jej wielki program kulturowy skończy podobnie jak Esperanto.

Jak się okazuje z wywiadu, dobry wygląd może być również traumą dla kobiety inteligentnej i dystyngowanej. Jak zwierza nam się rozmówczyni Pacewicza, poczuła się mocno dotknięta, gdy ktoś powiedział jej po obronie pracy doktorskiej, że ładnie wygląda. Bo na Uniwersytecie przecie, to ona jest "odcieleśnionym umysłem", a nie jakąś babeczką, która poza tym że ma coś w głowie to jeszcze robi wrażenie wyglądem. Kłamał ten ktoś, rzecz jasna, bo jeśli miała minę taką samą jak podczas nagrywania opisywanej rozmowy, to musiała to być czysta kurtuazja, ale proponuję przed habilitacją zrobić maseczkę z pokrzyw, peelling przy pomocy ostu i żwiru, a na koniec ubrać się we włosienicę. Na sto procent nikt nie będzie komplementował. Najwyżej zadzwoni po pogotowie.

Wygląd kobiet, to w ogóle ogromny problem. Szczególnie taka część jak ciała jak biust, który Pan Bóg (przepraszam Pan/Pani) stworzył tylko po to, żeby mężczyźni regularnie stawiali się przed sądem w sprawach o molestowanie. Jeśli więc spojrzenie na biust jest aż tak wielkim naruszeniem godności kobiety, to po co, nie kto inny jak kobiety, zaprojektowały coś takiego jak dekolt? Co więcej, jeśli natrętne męskie spojrzenia, są tak dokuczliwe, to po co je noszą? Ostatecznie mężczyźni świetnie sobie bez dekoltów radzą. Nawet, uprzedzając krytykę, w gorące lipcowe dni.

Największym jednak przestępstwem jakiego może się dopuścić męski szowinista w stosunku do Feministki, to przepuścić ją w drzwiach, bo jak się dowiadujemy, p. Graff uważa to za akt agresji. Obiecuję Pani, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam się spotkać w jakichkolwiek drzwiach, będzie je Pani miała (bez jakiejkolwiek agresji) na twarzy.

Za jednym internautą, chciałbym zaapelować do Pań Feministek: wyluzujcie trochę dziewczyny, i Wam może się zepsuć samochód na drodze (choćby trzeba było wymienić tylko koło) i Was może ktoś kiedyś napaść, a wtedy dobrze będzie przyjąć wyciągniętą, męską, pomocną dłoń choćby motywacją do pomocy miał być tylko Wasz kształtny tyłek, na którym ów pomocny mężczyzna ma ochotę zawiesić oko. A póki co, kończąc rozważania lingwistyczno - światopoglądowe, nie dziwi, że rzeczownik żmija w języku polskim jest rodzaju żeńskiego.


 ibsen82, czwartek, 26 listopada 2009; Bartosz Sowisło

Polskie mordy i upublicznione gacie

Większość z czytających kojarzy pewnie film reżyserowany przez Janusza Zaorskiego "Szczęśliwego Nowego Jorku". Gdzieś w połowie tego pouczającego dzieła, główny bohater grany przez Lindę tłumaczy współlokatorom, dlaczego nie odniosą w Ameryce sukcesu. Główną podawaną przez niego przeszkodą jest posiadanie tzw. "polskiej mordy", charakteryzującej się według niego, końską szczerością, głupotą i brakiem uśmiechu. No i faktycznie, fizjonomie owe nie są zbyt interesujące. Mamy tam i zapijaczonego inteligenta, i biznesmena złomiarza stylizującego się na kowboja, i typowego Polaka - katolika z zapadłej wsi, zasuwającego na trzech etatach, jak również hojnie obdarzoną przez naturę tzw. "tępą strzałę", która to cycki może i pokaże, ale po ślubie. Co ciekawe, jeden z bohaterów (grany przez Zamachowskiego), usiłuje tłumaczyć, skąd to ponuractwo powołując się, jak zresztą nietrudno się domyślić, na narodową martyrologię.

W 2002 (chyba) Rafał Ziemkiewicz, wydał książkę pt. "Polactwo". Abstrahując od prawicowo - konserwatywnych poglądów autora i nieco już w tej chwili nieaktualnego tła (realia roku 2001/2002 Samoobrona w Sejmie, Rywin proponujący zakup ustawy itp.) główna myśl jego pracy zdaje się być nadal aktualna. Polską rządzi chamuś - cwaniaczek. I nie mam tu na myśli nikogo konkretnego, tylko pewien rodzaj postaw wśród ludzi mieszkających między Bałtykiem a Beskidami.

Nie chciałbym tu wymieniać ponownie wszystkiego tego o czym Ziemkiewicz napisał, chciałbym tylko wspomnieć o kilku swoich, uzupełniających być może ziemkiewiczowskie, spostrzeżeniach.

Chamstwa w kręgach władzy się już pozbyliśmy (albo o nim nie wiemy). To, że w chwili obecnej mamy bezpłciowego, pozbawionego kręgosłupa, lubującego się w okrągłych słówkach, ale za to proeuropejskiego premiera, rząd który, de facto, drugi rok szykuje się do reform, ministrów mielących w ustach miałkie nic nie znaczące słowa, jest tematem na inne rozważania. Nagrane w ramach dekonspirowania tzw. afery hazardowej rozmowy odłóżmy chwilowo na bok, uznając je za wizerunkową wpadkę i umówmy się, choćby na potrzeby tych tylko rozważań, że co by nie było to jednak Tusk (choć pewnie na boisku jak go kto sfauluje nie mówi: "motyla noga") prezentuje wyższy poziom kultury osobistej niż dajmy na to Lepper. Po Kaczyńskim nie będę jeździł, bo wielu już to zrobiło za mnie.

Chamstwo siedzi jednak dalej w nas. Przykład? Polaka prędzej poskręca, niż powie choćby "dzień dobry" osobie, której nie zna.

Moja praca polega między innymi na tym, że mówię od dwustu do sześciuset razy dziennie: "Dzień Dobry". Jak myślicie ile osób odpowiada? Z moich obserwacji około 30 procent. I to na "dzień dobry" powiedziane przeze mnie, w momencie kiedy to oni wchodzą w miejsce gdzie ja jestem gospodarzem. Zostałem tak wychowany, że w chwili gdy wchodzę do jakiegoś pomieszczenia, urzędu, sklepu, gdzie przebywają inni ludzie to się kłaniam. Nie wyobrażam sobie inaczej, chyba że się zagapię, zamyślę, lub coś rozproszy moją uwagę.

Swego czasu kolega z Bułgarii zapytał mnie, co jest nie tak z polskimi dziewczynami. Trafił w jakimś celu do Polski i spodobała mu się jakaś dziewczyna. Zagadnął ją więc przyjaźnie i jak sam to nazwał, walnął o jakąś niewidzialną ścianę, którą ta miała wokół siebie. Został zmierzony lodowatym spojrzeniem i skwitowany pogardliwym prychnięciem. I jak mu tu teraz wytłumaczyć, że w Polsce mieszka kilka milionów sztuk żeńskiej arystokracji? A wystarczy wyjść na zakupy: hrabianki w mięsnym, królewny fryzjerki, księżne kioskarki, baronowe kelnerki, markizy urzędniczki... Nie, panie, nie ma lekko, one nie siedzą tam gdzie siedzą po to, żeby świadczyć jakieś usługi, wykonywać zawód, handlować czymś, broń Boże! One tkwią w tych miejscach w oczekiwaniu na księcia (przyszłego, lub obecnego, który po pracy zawiezie je do domu), a Ty się kmiocie ciesz, że dostąpiłeś łaski: możliwości zakupienia pudełka zapałek i paczki "Popularnych". Zrobiłem kiedyś eksperyment. Wchodziłem do sklepu i mówiłem głośno "dzień dobry", jeśli w ciągu 10 sekund nikt nie reagował, wychodziłem. Myślicie, że ktoś zwrócił na to uwagę? Wolne żarty.

Nie dalej jak wczoraj, taka właśnie 55 letnia (na oko) dama, zablokowała swoją karetą marki seicento mój - dodam, że prawidłowo zaprakowany - samochód. Do tego stopnia, iż nie byłem w stanie ruszyć się o więcej niż 10 cm. Przejście po okolicznych sklepach w poszukiwaniu właściciela nie przyniosło pozytywnego rezultatu. Trąbienie (takie, że mieszkańcy dwóch okolicznych bloków stali w oknach) zaskutkowało po mniej więcej kwadransie. Myślicie, że chociaż mnie przeprosiła? No właśnie. Tak była zajęta rozmową przez telefon, że nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Natomiast jej koleżanka (bo okazało się że obie damy są pracownicami hurtowni wędlin... tzn. przepraszam: robią łaskę pracodawcy i klientom w hurtowni wędlin) zjebała mnie (bo inaczej wyrazić się tego nie da) jak psa, że to parking hurtowni, chociaż jako żywo, ani znaku, ani bramy na nim nie ma.

Powiecie, dlaczego nie zadzwoniłem po policję? Tak, tak. Zanim policja pojawiłaby się na miejscu zdarzenia, miałbym już naganę z wpisem do akt za spóźnienie się do pracy o pięć godzin. Oczywiście jako rasowy przedstawiciel swojego narodu wymyśliłem już jak będzie wyglądać wendeta (bo oczywiście chłop żywemu nie przepuści...). Postanowiłem, że następnym razem, zaparkuję nie dalej niż trzy centymetry od drzwi kierowcy jej karety. Tak żeby formalnie nie była zablokowana, ale żeby musiała swój hrabiowski zadek przecisnąć po siedzeniu pasażera. Biorąc pod uwagę jej masę w granicach 105 kg (z/k), objętość i przestrzeń w fiacie seciento powinna to być interesująca scena.

Z mężczyznami w usługach nie jest zresztą w naszym pięknym kraju wiele lepiej. Każdy kto był u mechanika wie co mam na myśli. Najtrudniejszą rzeczą w zakładzie naprawy pojazdów jest... zostać zauważonym. No chyba, że się przyjedzie Mercedesem S klasse. Bo w przeciwnym wypadku można sobie wejść do zakładu, ryknąć "dzień dobry", czy jak kto woli "szczęść boże" (można i cokolwiek innego, klienta i tak nikt nie zauważy). Aby potem postać z pół godziny zanim ktokolwiek się Tobą zainteresuje. Miesiąc temu, gdy odbierałem swoje pudło z naprawy, tak to mniej więcej wyglądało. Jeszcze ciekawsze jest samo wykrycie usterki. Jak nie wiesz co konkretnie dolega Twojemu samochodowi, nie ma nawet sensu wybierać się do mechanika, bo on przecież nie jest od tego żeby wiedzieć, ale żeby naprawić ( w zasadzie wymienić, bo dawno nie zadarzyło się żeby ktokolwiek mi coś naprawił), pomądrzyć się chwilę i skasować. Moje doświadczenia z warsztatami samochodowymi u nas w kraju są takie, że: po a) trzeba wiedzieć co Twojemu samochodowi dolega; po b) powiedzieć o tym mechanikowi; po c) przynieść część do wymiany; d) powiedzieć jak należy ją wymienić; e) nie marudzić z ceną; f) zostawić auto na dowolnie długi czas bez gwarancji, że cokolwiek w ogóle zostanie zrobione.

Niedawno dałem auto do elektryka. Umówiliśmy się na konkretny dzień, że przywożę auto rano przychodzę po nie wieczorem, po jego telefonie do mnie. Nauczony doświadczeniem wypisałem elegancko na kartce co i jak. Czekałem na telefon i czekałem i guzik z pętelką. W końcu polazłem do niego pod wieczór i pytam co z moim autem. A ten, że nie miał czasu, żebym jutro po niego przyszedł. Na mój nieśmiały protest, że przecież się umawialiśmy, powiedział mi, że owszem ale co chwilę ktoś do niego przychodził z ważniejszymi rzeczami...

Znowu zapędziłem się w dygresje, przykłady, scenki rodzajowe, historie życiowe i tym podobne, a czytelnik pewno spragniony jest jakiś konkretnych wniosków.

O cwaniactwie w naszym wykonaniu pewnie jeszcze kiedyś napiszę, chciałbym skonkludować, póki co, chamstwo i ponuractwo.

Nie uważam tego dziełka polskiej kinematografii, które przywołałem na początku, za arcydzieło, mogę wręcz - z czystym sumieniem - powiedzieć, że fabularnie było takie sobie. Sądzę jednak, że cenne w nim jest pokazanie w takim właśnie skrzywionym zwierciadle tego kim, w zasadzie, nadal jesteśmy. O ile dwanaście lat temu, można było jeszcze przyjąć tłumaczenia Potejta (to ten właśnie grany przez Zamachowskiego bohater) za o tyle o ile słuszne, to teraz? Jakiż to konflikt wydarzył się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, jaki kataklizm, mógłby tłumaczyć to jak się wzajemnie do siebie odnosimy? A żaden.

Próbowałem ten fenomen polskiego chamusiostwa wytłumaczyć sobie na różne sposoby: Ekonomiczy, ktoś kto słabo zarabia, wyżywa się na klientach, ale ten pada na takich choćby zawodach jak właśnie mechanik samochodowy (który zarabia pewnie dwa, trzy, razy więcej niż nauczyciel), ale gdzie ja się tam mechaników czepiam, stewardessa, której zawodowym obowiązkiem jest uprzejmość, a i pewnie za mało nie zarabia, potrafi niejednokrotnie przenicować pasażera na drugą stronę. Dokonałem analizy czynników geograficznych i prawie pasowało. Mieszkańcy Skandynawii (mniej słońca mają) rzeczywiście, w moim odbiorze, są jeszcze bardziej ponurzy niż Polacy, ale chamskimi nie można ich żadną miarą nazwać. Potem na tapetę wziąłem tą komunę nieszczęśliwie nam przez 45 lat panującą, która mogła tak bardzo serca rodaków moich zatruć, ale chamstwo, księżniczkowanie i ponuractwo wyziera również osób, które żadną miarą PRL (z jego dyktatem chłoporobotnika i pani sklepowej) pamiętać nie mogą. Jedyne co mi pozostaje to hipoteza genetyczna, czyli tak po prostu mamy, bo tak zostaliśmy stworzeni przez siłę wyższą bądź naturę.

Zdaję sobie sprawę, że pewnie niełatwo będzie to zmienić, jak mówi stare przysłowie "chłopa ze wsi wygonić można, wsi z chłopa nigdy". A jeśli, to dojdzie do przegięcia w drugą stronę, obecnego już w naszych dziejach - wystarczy choćby prześledzić modę z końca XVIII wieku. Wśród najmłodszego pokolenia, również pełno tych, którzy absolutnie bezkrytycznie akceptują sieczkę serwowaną przez kulturę masową, którzy wstydzą się tego, że są członkami tego narodu i popadają w jakiś absurdalny, skrajny kosmopolityzm. A wystarczy zachować odrobinę zdrowego rozsądku.

Nie byłbym sobą gdybym nie poczynił jakiejś antypaństwowej uwagi. Tym razem niech będzie to: ludzie ucywilizujcie się sami, szanujcie drugiego człowieka, a państwo nie będzie Was do tego zmuszało i przy okazji zarabiało na Waszym cywilizacyjnym nieokrzesaniu. Przykład? Proszę bardzo: okazuje się że można dostać mandat za wieszanie prania powyżej barierek na balkonie. Upublicznianie gaci (będących nieraz w kiepskiej kondycji) jest ewidentnym brakiem szacunku dla innych, tylko że to co kiedyś robiły baby we wsi biorąc na języki gospodynię, która wieszała swoje pranie od strony miedzy, teraz musi robić straż miejska, przy okazji radując ministra finansów dodatkowymi wpływami do budżetu. Wniosek jest prosty, każdy człowiek powinien wypracować w samym sobie na tyle przyzwoitości, by nie razić innych swoim zachowaniem. Tym prostym zachowaniem robi aż trzy rzeczy na raz: nie utrudnia życia innym, nie daje zarobić rządowi i pomaga innym być przyzwoitymi, bo nie mają powodu do obgadywania go, co zresztą również świadczy o braku szacunku. W imię przyzwoitości właśnie nie zaparkuję swojego auta obok srebrnego seicento, i nie uraduję się widokiem upokorzenia, jakiejś durnej baby, chociaż mam na to ogromną ochotę i choćby ktoś miał mi powiedzieć, że w jej imię dam sobie, za przeproszeniem, nasrać na łeb.

I tej przyzwoitości i wzajemnego szacunku i sobie i wszystkim życzę.




 ibsen82, czwartek, 19 listopada 2009; Bartosz Sowisło

Analne państwa zapędy

Po wysłuchaniu dzisiejszej audycji pana Kuby Strzyczkowskiego ("Za a nawet przeciw" PR 3 jakby kto nie wiedział od poniedziałku do piątku w samo południe) miałem ochotę na napisanie notki na temat tolerancji, bowiem przedmiotem radiowej dyskusji, była zasadność lub jej brak, wieszania/usuwania krzyży w szkołach. Temat stary jak świat, a i dyskusja odgrzana przez EUroposłankę Senyszyn, chyba tylko po to by przypomnieć elektoratowi o swoim istnieniu. Kiedy jednak otworzyłem przeglądarkę na stronie Wyborczej, żeby rzucić okiem na to co się przytrafiło w ciągu ostatnich kilku minut (taki newsbox tam mają fikuśny z naliczaniem minutowym) w oczy rzucił mi się nagłówek "Trzy mandaty i odbiorą prawo jazdy"(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,7262401,Trzy_mandaty_i_pozegnanie_z_prawem_jazdy.html).

Powiem szczerze przeraziłem się. To żeby serce stanęło mi w gardle to może nie, ale lekki niepokój się pojawił, szczególnie, że ostatnio jestem regularnym gościem Urzędu Skarbowego, notorycznie zresztą straszonym komornikiem, ze względu na niepłacone mandaty. Gdzieś w głębi duszy wierzę w polski burdelik, który pozwoli mandatowi zaginąć w drodze z Komendy Miejskiej do Urzędu Marszałkowskiego, a potem do Skarbówki. Nic z tego. Czego jak czego, ale kabzy nasze państwo pilnuje bardzo dobrze.

Wracając jednak do wzmiankowanego nagłówka. Otóż okazuje się, że Rząd RP zaakceptował właśnie główne założenia nowej ustawy o kierujących pojazdami według których, niedoświadczony kierowca, który dostanie aż trzy mandaty będzie się musiał przesiąść na tramwaj, poza tym uwaga, uwaga po aż dwóch mandatach będzie wysyłany na kurs reedukacyjny. Na końcu artykułu pojawia się także informacja, że prawo jazdy większości kategorii będzie przyznawane na 15 lat maksymalnie.

Powiem szczerze, że gdyby nie dotyczyłoby mnie to wszystko o tyle o ile osobiście i gdybym nie wiedział jak bardzo trudno jest zrobić w tym kraju prawo jazdy, mimo posiadania wszelkich umiejętności, to zdrowo bym się uśmiał.

W roku bieżącym dostałem trzy mandaty. Wszystkie za bardzo groźne dla życia i bezpieczeństwa na drogach przewinienia: jazdę bez zapiętych pasów 300 metrów od domu, jazdę bez załączonych świateł w piękny dzień 7 lipca o godzinie 12.06, żeby było jeszcze śmieszniej na jednokierunkowej drodze, bez przejść dla pieszych, a trzeci za przepaloną żarówkę. W sumie kosztowały mnie te mandaty jakieś 400 złotych, a każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek stwierdzi, że nie są to jakieś niewiarygodne wykroczenia. Bogiem a prawdą, jestem bardzo nudnym kierowcą, ani nie wyprzedzam na trzeciego, ani nie przejeżdżam na czerwonym, prędkości też raczej nie przekraczam (przynajmniej w mieście) i to nie dlatego, że bym nie chciał, ale dlatego, że jazda po Śląsku to wieczne stanie na światłach, albo w korkach. Jednakże w myśl nowych przepisów, będąc młodym kierowcą, mógłbym już stracić prawo do jazdy, a przynajmniej trafić na kurs reedukacyjny, za który zresztą w taki (bezpośredni), czy inny (z podatków moich i innych ludzi) musiałbym zapłacić.

Jeśli komuś moje przewinienia mrożą krew w żyłach, sugeruję lekturę taryfikatora mandatowego. Swego czasu próbując się wykręcić od płacenia, musiałem się z nim zapoznać. Otóż daninę na rzecz państwa można również złożyć za przestępstwa takie jak: wyjście z samochodu w którym uruchomiony jest silnik (art.97 KW), nadużywanie sygnałów świetlnych i dźwiękowych (również 97 KW, wszystkie wesela powinny odpowiadać z tego tytułu), naruszenie zakazu palenia tytoniu lub jedzenia w trakcie przewozu osób (drżyjcie tatusiowie jadący z dziećmi na piknik, gdy przyjdzie Wam do głowy zjeść drożdżówkę). Wszystkie wyżej wymienione występki są z całą pewnością gigantycznym zagrożeniem dla bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze (żeby zakończyć truizmem). Kolejnym dowodem na to, jest konieczność zdawania egzaminu na prawo jazdy jeszcze raz po 15 latach od jego otrzymania. Z moich całkowicie nieoficjalnych i nie przeprowadzanych jakąkolwiek naukową metodą obserwacji wynika, że średnio egzamin na prawo jazdy zaliczany jest po trzech próbach. Jednego z moich znajomych najpierw oblano, za nie zastosowanie się do zasady ograniczonego zaufania, a następnie za nieznajomość pierszeństwa, gdy do powyższej zasady usiłował się zastosować. Każde podejście kosztuje 134 złote...

Państwo, próbując łatać budżet, nie będzie się cofać przed niczym, maskując kolejne nakładane podatki względami bezpieczeństwa, ekologią, czy innym wymyślonym na poczekaniu bzdetem. Będzie żerować na tych, którzy najprędzej się potkną ( w tym przypadku niedoświadczonych kierowcach), ciekawe jak się to ma do wszystkich teorii pedagogicznych tak bardzo teraz promowanych, mówiących o bezstresowych metodach nauczania tudzież pozytywnych bodźcach jako elemencie stymulującym rozwój? Może pan/pani policjant powinien szczególnie w przypadku niedoświadczonych kierowców, korzystać z prawa do udzielenia pouczenia, a nie od razu sięgać po bloczek mandatowy?

Nie, moi drodzy. Nasze państwo z chęci zawłaszczenia Waszych ciężko zarabianych pieniędzy, będzie naciskało na swoich funkcjonariuszy, by nakładali jak najwięcej mandatów, by egzekwowali nawet najbardziej bzdurne przepisy. Będzie wymyślało coraz to nowe formy ukrytych podatków, po to by móc realizować swoje cele, by zapewnić samemu sobie przetrwanie. Mówiąc brzydko, dobiera się nam wszystkim do dup, by usprawiedliwić swoje istnienie.

I stąd też tytuł tej notki.


 ibsen82, wtorek, 17 listopada 2009 Bartosz Sowisło