Głośno było w ten weekend o kobietach. Kongres Kobiet, który odbył się w Warszawie jeszcze dziś, jak właśnie słyszę w audycjach radiowych, niesie się głośnym echem.
Gdy się słucha wypowiedzi różnych feministek - niefeministek, można by odnieść wrażenie, że kobiety we współczesnej Polsce mają się tylko trochę lepiej niż niewolnicy w starożytnym Egipcie albo chłopi pańszczyźniani za panowania Wettinów.
Jednym z haseł ruchu kobiet jest "Równa płaca, za równą pracę" i podkreślana przy każdej okazji nierówność zarobków która biedne niewiasty spotyka. Padają liczby: przeciętnie kobieta na takim samym stanowisku zarabia o 23% mniej niż mężczyzna. Jest to niestety zakłamanie. Jeśli nawet kobiety otrzymują w istocie mniej o prawie jedną czwartą pieniędzy na przelewie bankowym - odpowiada to ich wkładowi poświęconego czasu w rozwój przedsiębiorstwa.
Dotarłem do zestawienia "Zdrowy jak Polak" pani Gabrieli Jabłońskiej, zamieszczonego dwa lata temu w "Gazecie Praca". Kilkanaście tabel i wykresów (liczby wzięte z ZUS) stanowią bardzo interesujący materiał do analizy. Wnioski, które podam na koniec, zdają się natomiast być kolejnym dowodem na nieomylność działania "niewidzialnej ręki rynku".
Mężczyzna pracując od 23 do 65 roku życia spędza w pracy 2184 tygodnie (nie licząc urlopów) chorując średnio 73 tygodnie - co daje 2111 tygodni aktywności zawodowej.
Kobieta pracująca od 23 do 60 roku życia spędza w pracy 1924 tygodnie (bez urlopów), na l4 przebywa średnio 86 tygodni - czyli w pracy przebywa 1838 tygodni w życiu. Od tego trzeba odjąć jeszcze około 220 tygodni poświęconych na wychowanie dziecka, bądź dzieci (urlopy macierzyński, wychowawczy, plus dni opieki nad dzieckiem do 14 roku życia) zostaje 1618 tygodni efektywnej pracy.
Jeśli wyrazimy jeden rezultat jako procent drugiego wychodzi nam, że kobieta w ciągu swojego życia spędza w pracy 76,65% czasu spędzanego w niej przez mężczyznę. Jak łatwo obliczyć - na pracę zawodową poświęca o 23,35% czasu mniej od mężczyzny. I o tyle też mniejsze otrzymuje wynagrodzenie... Liczby te zbliżone są również z procentowo wyrażonym czasem życia spędzonym w pracy przez przedstawicieli obojga płci: przeciętny mężczyzna urodzony w 2011 roku (jeśli nie zajdą zmiany w wieku emerytalnym) spędzi w pracy 58,33% swojego życia, kobieta tylko 46,1%. Kobiety pracują krócej - żyją dłużej.
Wniosek jest taki, drogie walczące o prawa kobiet: pracodawcy nikogo nie dyskryminują - niewidzialna ręka rynku sama ocenia wkład pracy i wycenia go - zadziwiająco akuratnie.
Czy naprawdę chcecie, Drogie Panie, równych praw?
Chory urzędnik
Nie byłbym sobą gdybym nie dokopał przy okazji urzędasom, których jak przypominam, jest w Polsce obecnie cztery razy więcej niż za stanu wojennego w 1981 (gdy istniały cenzura i centralne planowanie!), szczególnie, że zestawienie, z którego korzystałem by napisać powyższe akapity dostarcza po temu amunicji pierwszorzędnej.
Z jednej z tabel (źródło za ZUS z 2007 roku) wynika, że praca w urzędzie miejskim, czy skarbowym, jest dużo bardziej szkodliwa dla zdrowia niż na przykład na budowie (w słońcu, deszczu i śniegu), w górnictwie (w pyle, hałasie i gorącu), czy przemyśle! Pracownicy administracji publicznej, siedzący w zacisznych, ogrzewanych, nieraz klimatyzowanych biurach, oddzieleni od petentów płaszczyznami grubych szyb, których nie ma już nawet w aptekach, chorują częściej niż lekarze i pielęgniarki narażeni na nieustanny kontakt z grypą, katarami, przeziębieniami, żółtaczką i innymi choróbskami. Zadziwiająco wątłe jest urzędnicze zdrowie.
Poniższe liczby obrazują ilość dni spędzonych na L4 rocznie przez statystycznego pracownika poszczególnych sektorów:
- administracja publiczna i obrona narodowa 26,2 dni/rok
- górnictwo 18,9
- przetwórstwo przemysłowe 17,2
- budownictwo 15,2
- hotele i restauracje 14,5
- obsługa nieruchomości i B2B 13,8
- ochrona zdrowia 13,2
- handel i naprawy 12,1
- transport 11,6
- wytwarzanie i dostarczanie energii, wody 11,0
- pośrednictwo finansowe 10,9
- edukacja 9,0
Myślę, że można pozostawić powyższy ranking bez komentarza. Wnioski potrafi chyba wyciągnąć każdy sam.
Ze swojej strony sugerowałbym rozwiązać umowy o pracę przynajmniej z połową z nich. Nie może być, żeby opiekuńcze państwo narażało swoich obywateli na uszczerbek na zdrowiu, nawet jeśli pracują na rzecz jego potęgi.
ibsen82, poniedziałek, 19 września 2011; Bartosz Sowisło
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Recydywista
Dowiedziałem się, że jestem przestępcą. Recydywistą wręcz, bo proceder swój uprawiam od piętnastu lat. Pocieszające jest, iż nie jestem sam, wraz ze mną na ławie oskarżonych powinno zasiąść mniej więcej 95% mężczyzn. I to nie byle jakimś tam włamywaczem, złodziejem, czy kanciarzem. Jestem przestępcą seksualnym. Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie, to że działałem nieświadom popełnianego zła.
Taki wniosek nasunął mi się gdy przeczytałem artykuł opisujący badania pana dr. Dębskiego, przeprowadzone wśród maturzystów w jednym z gdańskich liceów. Zgodnie z tym co podaje pan doktor Dębski (a za nim GW, która upubliczniła raport 12 grudnia br.), jedną z form przemocy seksualnej (tzw. miękkiej) jest... natarczywe spoglądanie. Jak się okazuje, ofiarami takowego padła aż jedna czwarta badanych maturzystów.
Pomyślałem sobie najpierw szowinistycznie, że określenie przemocy w taki właśnie sposób musiało się narodzić w głowie kobiety. Zawistnej i brzydkiej. Brzydkiej, bo nikt nie chce na nią spoglądać i docenić jej głęboko ukrytych zalet i zawistnej, bo niby czemu ma cierpieć widząc, że za jej koleżankami to się oglądają, a za nią nie - więc lepiej zjawisko napiętnować wrzucając do jednego wora z: podglądactwem, klepaniem po tyłku, sprośnymi komentarzami i gwałtem. Ale tu niespodzianka: badania prowadził mężczyzna.
Wziąwszy pod uwagę, że jeśliby za spojrzenia można pozywać do sądu, to miałbym w tym roku u siebie takich pozwów około tysiąca. Zacząłem się więc zastanawiać jakby tu, w razie czego, od oskarżenia się wywinąć. Jak dowieść, że nie patrzyło się wcale nachalnie, a tylko tak po prostu, w najuczciwszych zamiarach kontemplacji uniwersalnego piękna ludzkiej urody? Czy natarczywe spoglądanie to dłuższe niż dziesięć sekund? Pół minuty? Minuta? A może chodzi o spoglądanie na określone części ciała? Poniżej linii szyi to już natarczywie? A nogi? A pupa? No, jeśli tak, to kamień z serca, bo żadna z dziewczyn, które obcinałem spojrzeniem z tyłu, szczęśliwie nie miała oczu na plecach, więc trudno byłoby im dostrzec moje zachwyty.
Jest w tym wszystkim jakiś dziwny, typowy dla społeczeństwa żyjącego w 21 wieku paradoks. Jeśli spojrzeć na zdjęcia kobiet, z dajmy na to, dziewiętnastego stulecia, to widzimy je zakutane w plisowane kiece: od szyi po nadgarstki i niżej kostek. Ot, starczy przypomnieć sobie fotkę M. Konopnickiej z podręcznika do języka polskiego. W takim stroju, gdy dama raczyła była unieść rąbek sukni do połowy łydki, okoliczni mężczyźni dostawali nagle spazmów i mieli poważne problemy z normalnym funkcjonowaniem i koncentracją. Dziś, znajome moje, umieszczają na facebooku swoje cyfrowe podobizny. Szczegółów ich budowy anatomicznej nie trzeba się nawet za bardzo domyślać, bo wyłożone są niczym przysłowiowa kawa na ławę. Wynika z tego niezbicie, że pewne normy obyczajowe tyczące się skromności stroju z lekka się rozluźniły, by w tym samym czasie zaostrzyły się te, które tyczą się możliwości, jakbym to nazwał: wizualnego korzystania z nagle uwolnionego z oków odzieży pięknego kobiecego ciała. Innymi słowy, staliśmy się bardzo wyzwoleni, a w tej samej chwili pruderyjni - czego dowodzi kwalifikowanie zwykłego, odwiecznego gapienia się facetów na babki, jako przemocy seksualnej.
Słyszałem kiedyś pogląd (nie wiem czy potwierdzony naukowo), że kobiety mają szersze pole widzenia niż mężczyźni. Implikuje to fakt, że facet, chcąc dziewczynę dokładnie obejrzeć - nadwyręża kark oglądając się za nią - kobieta tego robić nie musi, bo jednym spojrzeniem ogarnia wszystkie interesujące ją cechy.
Zastanawia mnie też ilu mężczyzn kiedykolwiek poczuło się ofiarami tego typu przemocy. Z własnego doświadczenia wiem, że jak patrzy na mnie kobieta, uśmiecha się i patrzy jeszcze dłużej, to najpierw odruchowo sprawdzam, czy mam zapięty rozporek, a potem nerwowo patrzę czy się nie uświniłem gdzieś musztardą. Jako facet, widzę też, że mężczyźni ubierają się znacznie skromniej od kobiet. A dekolty i mini spódniczki aż prowokują, do rzucenia okiem co też się w nich kryje.
Niedawno kupowałem wkład do długopisu. Pani w sklepie była młoda i miała bardzo głęboki dekolt, przyznam szczerze (starzeję się), że nie od razu to zauważyłem. Szukając wkładu musiała wykonać głęboki skłon. Oko, rzecz jasna, nie chciało słuchać i wylądowało nie tam gdzie powinno. Gdy wyprostowała się wreszcie, by zakomunikować mi, że szukanego przeze mnie wkładu, producenta, którego nazwę wymieniłem, nie ma, aż zaskoczyłem się swoim refleksem i nagłą znajomością marek wkładów do długopisów. Wymieniłem bowiem następny model i grzecznie poprosiłem ekspedientkę o sprawdzenie, czy przypadkiem takiego nie ma schowanego gdzieś pod ladą. Biedna dziewczyna znów musiała wykonać skłon. Można rzec, że świnia jestem, ale z drugiej strony - któż jej broni ubrać normalną bluzkę, a nie taką z wycięciem do pępka?
Do czego zmierzam? A do tego, że cała ta historia z natarczywymi spojrzeniami, to jakieś bicie piany i lanie wody. Jeśli ktoś ubiera się skromnie, to co najwyżej podumamy nad pięknem twarzy (a to jest społecznie akceptowalne, normalne i nie świadczy o erotomanii), a jak się ubiera eksponując inne wdzięki? No cóż: prosi się o to, by były one podziwiane, taki sygnał wysyła ("patrz na to co odsłaniam") i nie ma się co oburzać, jeśli następuje po nim sprowokowana reakcja.
Niepokojące jest jedynie, że podobne pomysły i interpretacje pewnych zachowań lubią podchwytywać, czytający przecież gazety, politycy. Nowelizacja Kodeksu Karnego to przecież bułka z masłem. Potem jedynie czekać, jak każdy nieuwieńczony sukcesem flirt, nieudana próba podrywu itp. kończyć się będzie na sądowej wokandzie, gdzie za "natarczywe spojrzenia" będzie się ludzi penalizować. Biada wtedy nam wszystkim, bo przyrost naturalny już mamy mały, a jak tu dzieciska robić, jak strach wyrazić spojrzeniem zainteresowanie inną osobą.
ibsen82, czwartek, 16 grudnia 2010;
Taki wniosek nasunął mi się gdy przeczytałem artykuł opisujący badania pana dr. Dębskiego, przeprowadzone wśród maturzystów w jednym z gdańskich liceów. Zgodnie z tym co podaje pan doktor Dębski (a za nim GW, która upubliczniła raport 12 grudnia br.), jedną z form przemocy seksualnej (tzw. miękkiej) jest... natarczywe spoglądanie. Jak się okazuje, ofiarami takowego padła aż jedna czwarta badanych maturzystów.
Pomyślałem sobie najpierw szowinistycznie, że określenie przemocy w taki właśnie sposób musiało się narodzić w głowie kobiety. Zawistnej i brzydkiej. Brzydkiej, bo nikt nie chce na nią spoglądać i docenić jej głęboko ukrytych zalet i zawistnej, bo niby czemu ma cierpieć widząc, że za jej koleżankami to się oglądają, a za nią nie - więc lepiej zjawisko napiętnować wrzucając do jednego wora z: podglądactwem, klepaniem po tyłku, sprośnymi komentarzami i gwałtem. Ale tu niespodzianka: badania prowadził mężczyzna.
Wziąwszy pod uwagę, że jeśliby za spojrzenia można pozywać do sądu, to miałbym w tym roku u siebie takich pozwów około tysiąca. Zacząłem się więc zastanawiać jakby tu, w razie czego, od oskarżenia się wywinąć. Jak dowieść, że nie patrzyło się wcale nachalnie, a tylko tak po prostu, w najuczciwszych zamiarach kontemplacji uniwersalnego piękna ludzkiej urody? Czy natarczywe spoglądanie to dłuższe niż dziesięć sekund? Pół minuty? Minuta? A może chodzi o spoglądanie na określone części ciała? Poniżej linii szyi to już natarczywie? A nogi? A pupa? No, jeśli tak, to kamień z serca, bo żadna z dziewczyn, które obcinałem spojrzeniem z tyłu, szczęśliwie nie miała oczu na plecach, więc trudno byłoby im dostrzec moje zachwyty.
Jest w tym wszystkim jakiś dziwny, typowy dla społeczeństwa żyjącego w 21 wieku paradoks. Jeśli spojrzeć na zdjęcia kobiet, z dajmy na to, dziewiętnastego stulecia, to widzimy je zakutane w plisowane kiece: od szyi po nadgarstki i niżej kostek. Ot, starczy przypomnieć sobie fotkę M. Konopnickiej z podręcznika do języka polskiego. W takim stroju, gdy dama raczyła była unieść rąbek sukni do połowy łydki, okoliczni mężczyźni dostawali nagle spazmów i mieli poważne problemy z normalnym funkcjonowaniem i koncentracją. Dziś, znajome moje, umieszczają na facebooku swoje cyfrowe podobizny. Szczegółów ich budowy anatomicznej nie trzeba się nawet za bardzo domyślać, bo wyłożone są niczym przysłowiowa kawa na ławę. Wynika z tego niezbicie, że pewne normy obyczajowe tyczące się skromności stroju z lekka się rozluźniły, by w tym samym czasie zaostrzyły się te, które tyczą się możliwości, jakbym to nazwał: wizualnego korzystania z nagle uwolnionego z oków odzieży pięknego kobiecego ciała. Innymi słowy, staliśmy się bardzo wyzwoleni, a w tej samej chwili pruderyjni - czego dowodzi kwalifikowanie zwykłego, odwiecznego gapienia się facetów na babki, jako przemocy seksualnej.
Słyszałem kiedyś pogląd (nie wiem czy potwierdzony naukowo), że kobiety mają szersze pole widzenia niż mężczyźni. Implikuje to fakt, że facet, chcąc dziewczynę dokładnie obejrzeć - nadwyręża kark oglądając się za nią - kobieta tego robić nie musi, bo jednym spojrzeniem ogarnia wszystkie interesujące ją cechy.
Zastanawia mnie też ilu mężczyzn kiedykolwiek poczuło się ofiarami tego typu przemocy. Z własnego doświadczenia wiem, że jak patrzy na mnie kobieta, uśmiecha się i patrzy jeszcze dłużej, to najpierw odruchowo sprawdzam, czy mam zapięty rozporek, a potem nerwowo patrzę czy się nie uświniłem gdzieś musztardą. Jako facet, widzę też, że mężczyźni ubierają się znacznie skromniej od kobiet. A dekolty i mini spódniczki aż prowokują, do rzucenia okiem co też się w nich kryje.
Niedawno kupowałem wkład do długopisu. Pani w sklepie była młoda i miała bardzo głęboki dekolt, przyznam szczerze (starzeję się), że nie od razu to zauważyłem. Szukając wkładu musiała wykonać głęboki skłon. Oko, rzecz jasna, nie chciało słuchać i wylądowało nie tam gdzie powinno. Gdy wyprostowała się wreszcie, by zakomunikować mi, że szukanego przeze mnie wkładu, producenta, którego nazwę wymieniłem, nie ma, aż zaskoczyłem się swoim refleksem i nagłą znajomością marek wkładów do długopisów. Wymieniłem bowiem następny model i grzecznie poprosiłem ekspedientkę o sprawdzenie, czy przypadkiem takiego nie ma schowanego gdzieś pod ladą. Biedna dziewczyna znów musiała wykonać skłon. Można rzec, że świnia jestem, ale z drugiej strony - któż jej broni ubrać normalną bluzkę, a nie taką z wycięciem do pępka?
Do czego zmierzam? A do tego, że cała ta historia z natarczywymi spojrzeniami, to jakieś bicie piany i lanie wody. Jeśli ktoś ubiera się skromnie, to co najwyżej podumamy nad pięknem twarzy (a to jest społecznie akceptowalne, normalne i nie świadczy o erotomanii), a jak się ubiera eksponując inne wdzięki? No cóż: prosi się o to, by były one podziwiane, taki sygnał wysyła ("patrz na to co odsłaniam") i nie ma się co oburzać, jeśli następuje po nim sprowokowana reakcja.
Niepokojące jest jedynie, że podobne pomysły i interpretacje pewnych zachowań lubią podchwytywać, czytający przecież gazety, politycy. Nowelizacja Kodeksu Karnego to przecież bułka z masłem. Potem jedynie czekać, jak każdy nieuwieńczony sukcesem flirt, nieudana próba podrywu itp. kończyć się będzie na sądowej wokandzie, gdzie za "natarczywe spojrzenia" będzie się ludzi penalizować. Biada wtedy nam wszystkim, bo przyrost naturalny już mamy mały, a jak tu dzieciska robić, jak strach wyrazić spojrzeniem zainteresowanie inną osobą.
ibsen82, czwartek, 16 grudnia 2010;
Seksistowskie biusty
Jestem brudną, seksistowską i szowinistyczną świnią.
Gapię się kobietom w dekolty i w myślach komentuję ich urodę, mówię do nich "pani doktor" zamiast "pani doktorko", puszczam przodem w drzwiach, a nawet (o zgrozo!) pozwalam sobie na niewinne flirty w pracy i (co już chyba najgorsze i w ogniu piekielnym będę się za to smażył) uważam, że nie nadają się do pracy we wszystkich zawodach. A nawet, w chwilach egzaltacji, pozwalam sobie mówić na kobiety (mniej lub bardziej pieszczotliwie) baby.
Eee tam - powie czytelnik - panie, co to za seksizm... A właśnie, że seksizm i to jeszcze jaki.
Wysłuchałem ostatnio wywiadu, jaki przeprowadził p. Piotr Pacewicz, z p. Agnieszką Graff w ramach cyklu "Pociąg osobowy". Kto to ta Graff? Też nie wiedziałem. Podpis na ekranie mówił, że feministka (przepraszam: Feministka) i pisarka (ale wolałem sprawdzić bo jak wywiad był z Ygą Kostrzewą to podpisana była jako lesbijka - to zawód jakiś?). Z artykułu w wikipedii dowiedziałem się, że p. Graff jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego, autorką (proszę zwracać uwagę na rodzaj) dwóch książek i przedstawicielką tzw. gender studies. Rozparłem się wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na niezłą drakę. I rzeczywistość przekroczyła najśmielsze oczekiwania.
Otóż p. Agnieszka, mimo w sumie przyjemnej powierzchowności, pomijając może pierwszą minutę, cały kwadrans spędziła z miną zwycięzcy plebiscytu na przedsiębiorcę pogrzebowego roku i z minuty na minutę opowiadała coraz większe bzdury. Nie wiem czy na Uniwersytecie Warszawskim jest wydział Pieprzenia Głodnych Kawałków, ale jeśli nie ma, Jego Magnificencja pownien p. Graff wywalić na zbity pysk za ośmieszanie uczelni.
Szkoda mi pieniędzy na kupowanie książek tej pani, toteż spróbuję skomentować pokrótce to co powiedziała Wicenaczelnemu Wyborczej.
Pierwszym co poszło na tapetę, był nasz ojczysty język, który jak się okazuje, jest seksistowski i wyklucza kobiety poza nawias społeczeństwa. Dlaczego? Ano dlatego, między innymi, że zwracając się do ogółu czytelników używa się zazwyczaj 2 os. l poj. rodzaju męskiego.Gdy Pacewicz, wyraził wątpliwość, jak w zasadzie to zapisywać, p. Feministka uznała, że najlepiej naprzemiennie. Czyli raz pisać: "byłeś czytelniku", a innym razem "byłaś czytelniczko", w tym samym tekście. Obawiam się - biorąc pod uwagę jakość obecnego polskiego dziennikarstwa - taka dychotomia mogłaby doprowadzić do poważnych ubytków szarych komórek czytelników, usiłujących dojść tego, o co właściwie podmiotowi lirycznemu chodzi. Ponadto, jak dowodzi Graff - a za nią rodzime feministki - nazwy zawodów też są seksistowskie. Podaje się je bowiem zwykle w rodzaju męskim. To samo ma miejsce zresztą z każdą płciowo nieokreśloną rzeczą czy istotą (nawet Bogu się dostało) klasyfikowaną przez nasz seksistowski język jako rodzaj męski. Aż dziw, że nie przyczepiła się do tego, że rodzaj który nie jest rodzajem męskim w liczbie mnogiej nazywa się niemęskoosobowym. Chociaż gdy padło stwierdzenie "rodzaj żeńskosobowy", przypomniało mi się, że w piątej klasie podstawówki za powiedzenie czegoś takiego dostałem od polonistki pałę (to dopiero seksizm - symbole falliczne w ocenach szkolnych!).
Zawsze wydawało mi się, że języka, kobiety używają od mniej więcej tak samo dawna jak mężczyźni. Język nie jest również sztucznym konstruktem wymyślonym przez męskie szowinistyczne świnie, żeby marginalizować znaczenie kobiet. Brały kobiety udział w jego tworzeniu w tak samo dużym stopniu jak i mężczyźni. Co więcej, kobiet w społeczeństwach jest na ogół więcej niż mężczyzn, więc statystycznie sprawę ujmując, język powinien być bardziej "kobiecy" niż "męski", choćby ze względu na częstość używania niektórych słów w określonym rodzaju. Według p. Graff jest dokładnie na odwrót. Co do nazw zawodów... "Wyborcza" już od dłuższego czasu lansuje modę na mówienie o kobietach wykonujących jakiś zawód bądź, posiadających jakieś określone wykształcenie w rodzaju żeńskim. Stąd budzące kpiny internautów (ale oni z Ciemnogrodu pewnie): psycholożki, literaturoznawczynie, dyrektorki, socjolożki... Proponuję, przeprowadzić plebiscyt na żeńskie odpowiedniki następujących zawodów: spawacz, marynarz, pilot, kierowca. Zabawnie będzie. Pani Graff w związku z tą obrzydliwie szowinistyczną polszczyzną proponuje rozpoczęcie wielkiego projektu kulturowego, który miałby ów stan rzeczy najpierw Ciemnogrodowi uświadomić, a następnie zmienić. No cóż, mam nadzieję, że jej wielki program kulturowy skończy podobnie jak Esperanto.
Jak się okazuje z wywiadu, dobry wygląd może być również traumą dla kobiety inteligentnej i dystyngowanej. Jak zwierza nam się rozmówczyni Pacewicza, poczuła się mocno dotknięta, gdy ktoś powiedział jej po obronie pracy doktorskiej, że ładnie wygląda. Bo na Uniwersytecie przecie, to ona jest "odcieleśnionym umysłem", a nie jakąś babeczką, która poza tym że ma coś w głowie to jeszcze robi wrażenie wyglądem. Kłamał ten ktoś, rzecz jasna, bo jeśli miała minę taką samą jak podczas nagrywania opisywanej rozmowy, to musiała to być czysta kurtuazja, ale proponuję przed habilitacją zrobić maseczkę z pokrzyw, peelling przy pomocy ostu i żwiru, a na koniec ubrać się we włosienicę. Na sto procent nikt nie będzie komplementował. Najwyżej zadzwoni po pogotowie.
Wygląd kobiet, to w ogóle ogromny problem. Szczególnie taka część jak ciała jak biust, który Pan Bóg (przepraszam Pan/Pani) stworzył tylko po to, żeby mężczyźni regularnie stawiali się przed sądem w sprawach o molestowanie. Jeśli więc spojrzenie na biust jest aż tak wielkim naruszeniem godności kobiety, to po co, nie kto inny jak kobiety, zaprojektowały coś takiego jak dekolt? Co więcej, jeśli natrętne męskie spojrzenia, są tak dokuczliwe, to po co je noszą? Ostatecznie mężczyźni świetnie sobie bez dekoltów radzą. Nawet, uprzedzając krytykę, w gorące lipcowe dni.
Największym jednak przestępstwem jakiego może się dopuścić męski szowinista w stosunku do Feministki, to przepuścić ją w drzwiach, bo jak się dowiadujemy, p. Graff uważa to za akt agresji. Obiecuję Pani, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam się spotkać w jakichkolwiek drzwiach, będzie je Pani miała (bez jakiejkolwiek agresji) na twarzy.
Za jednym internautą, chciałbym zaapelować do Pań Feministek: wyluzujcie trochę dziewczyny, i Wam może się zepsuć samochód na drodze (choćby trzeba było wymienić tylko koło) i Was może ktoś kiedyś napaść, a wtedy dobrze będzie przyjąć wyciągniętą, męską, pomocną dłoń choćby motywacją do pomocy miał być tylko Wasz kształtny tyłek, na którym ów pomocny mężczyzna ma ochotę zawiesić oko. A póki co, kończąc rozważania lingwistyczno - światopoglądowe, nie dziwi, że rzeczownik żmija w języku polskim jest rodzaju żeńskiego.
ibsen82, czwartek, 26 listopada 2009; Bartosz Sowisło
Gapię się kobietom w dekolty i w myślach komentuję ich urodę, mówię do nich "pani doktor" zamiast "pani doktorko", puszczam przodem w drzwiach, a nawet (o zgrozo!) pozwalam sobie na niewinne flirty w pracy i (co już chyba najgorsze i w ogniu piekielnym będę się za to smażył) uważam, że nie nadają się do pracy we wszystkich zawodach. A nawet, w chwilach egzaltacji, pozwalam sobie mówić na kobiety (mniej lub bardziej pieszczotliwie) baby.
Eee tam - powie czytelnik - panie, co to za seksizm... A właśnie, że seksizm i to jeszcze jaki.
Wysłuchałem ostatnio wywiadu, jaki przeprowadził p. Piotr Pacewicz, z p. Agnieszką Graff w ramach cyklu "Pociąg osobowy". Kto to ta Graff? Też nie wiedziałem. Podpis na ekranie mówił, że feministka (przepraszam: Feministka) i pisarka (ale wolałem sprawdzić bo jak wywiad był z Ygą Kostrzewą to podpisana była jako lesbijka - to zawód jakiś?). Z artykułu w wikipedii dowiedziałem się, że p. Graff jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego, autorką (proszę zwracać uwagę na rodzaj) dwóch książek i przedstawicielką tzw. gender studies. Rozparłem się wygodnie w fotelu w oczekiwaniu na niezłą drakę. I rzeczywistość przekroczyła najśmielsze oczekiwania.
Otóż p. Agnieszka, mimo w sumie przyjemnej powierzchowności, pomijając może pierwszą minutę, cały kwadrans spędziła z miną zwycięzcy plebiscytu na przedsiębiorcę pogrzebowego roku i z minuty na minutę opowiadała coraz większe bzdury. Nie wiem czy na Uniwersytecie Warszawskim jest wydział Pieprzenia Głodnych Kawałków, ale jeśli nie ma, Jego Magnificencja pownien p. Graff wywalić na zbity pysk za ośmieszanie uczelni.
Szkoda mi pieniędzy na kupowanie książek tej pani, toteż spróbuję skomentować pokrótce to co powiedziała Wicenaczelnemu Wyborczej.
Pierwszym co poszło na tapetę, był nasz ojczysty język, który jak się okazuje, jest seksistowski i wyklucza kobiety poza nawias społeczeństwa. Dlaczego? Ano dlatego, między innymi, że zwracając się do ogółu czytelników używa się zazwyczaj 2 os. l poj. rodzaju męskiego.Gdy Pacewicz, wyraził wątpliwość, jak w zasadzie to zapisywać, p. Feministka uznała, że najlepiej naprzemiennie. Czyli raz pisać: "byłeś czytelniku", a innym razem "byłaś czytelniczko", w tym samym tekście. Obawiam się - biorąc pod uwagę jakość obecnego polskiego dziennikarstwa - taka dychotomia mogłaby doprowadzić do poważnych ubytków szarych komórek czytelników, usiłujących dojść tego, o co właściwie podmiotowi lirycznemu chodzi. Ponadto, jak dowodzi Graff - a za nią rodzime feministki - nazwy zawodów też są seksistowskie. Podaje się je bowiem zwykle w rodzaju męskim. To samo ma miejsce zresztą z każdą płciowo nieokreśloną rzeczą czy istotą (nawet Bogu się dostało) klasyfikowaną przez nasz seksistowski język jako rodzaj męski. Aż dziw, że nie przyczepiła się do tego, że rodzaj który nie jest rodzajem męskim w liczbie mnogiej nazywa się niemęskoosobowym. Chociaż gdy padło stwierdzenie "rodzaj żeńskosobowy", przypomniało mi się, że w piątej klasie podstawówki za powiedzenie czegoś takiego dostałem od polonistki pałę (to dopiero seksizm - symbole falliczne w ocenach szkolnych!).
Zawsze wydawało mi się, że języka, kobiety używają od mniej więcej tak samo dawna jak mężczyźni. Język nie jest również sztucznym konstruktem wymyślonym przez męskie szowinistyczne świnie, żeby marginalizować znaczenie kobiet. Brały kobiety udział w jego tworzeniu w tak samo dużym stopniu jak i mężczyźni. Co więcej, kobiet w społeczeństwach jest na ogół więcej niż mężczyzn, więc statystycznie sprawę ujmując, język powinien być bardziej "kobiecy" niż "męski", choćby ze względu na częstość używania niektórych słów w określonym rodzaju. Według p. Graff jest dokładnie na odwrót. Co do nazw zawodów... "Wyborcza" już od dłuższego czasu lansuje modę na mówienie o kobietach wykonujących jakiś zawód bądź, posiadających jakieś określone wykształcenie w rodzaju żeńskim. Stąd budzące kpiny internautów (ale oni z Ciemnogrodu pewnie): psycholożki, literaturoznawczynie, dyrektorki, socjolożki... Proponuję, przeprowadzić plebiscyt na żeńskie odpowiedniki następujących zawodów: spawacz, marynarz, pilot, kierowca. Zabawnie będzie. Pani Graff w związku z tą obrzydliwie szowinistyczną polszczyzną proponuje rozpoczęcie wielkiego projektu kulturowego, który miałby ów stan rzeczy najpierw Ciemnogrodowi uświadomić, a następnie zmienić. No cóż, mam nadzieję, że jej wielki program kulturowy skończy podobnie jak Esperanto.
Jak się okazuje z wywiadu, dobry wygląd może być również traumą dla kobiety inteligentnej i dystyngowanej. Jak zwierza nam się rozmówczyni Pacewicza, poczuła się mocno dotknięta, gdy ktoś powiedział jej po obronie pracy doktorskiej, że ładnie wygląda. Bo na Uniwersytecie przecie, to ona jest "odcieleśnionym umysłem", a nie jakąś babeczką, która poza tym że ma coś w głowie to jeszcze robi wrażenie wyglądem. Kłamał ten ktoś, rzecz jasna, bo jeśli miała minę taką samą jak podczas nagrywania opisywanej rozmowy, to musiała to być czysta kurtuazja, ale proponuję przed habilitacją zrobić maseczkę z pokrzyw, peelling przy pomocy ostu i żwiru, a na koniec ubrać się we włosienicę. Na sto procent nikt nie będzie komplementował. Najwyżej zadzwoni po pogotowie.
Wygląd kobiet, to w ogóle ogromny problem. Szczególnie taka część jak ciała jak biust, który Pan Bóg (przepraszam Pan/Pani) stworzył tylko po to, żeby mężczyźni regularnie stawiali się przed sądem w sprawach o molestowanie. Jeśli więc spojrzenie na biust jest aż tak wielkim naruszeniem godności kobiety, to po co, nie kto inny jak kobiety, zaprojektowały coś takiego jak dekolt? Co więcej, jeśli natrętne męskie spojrzenia, są tak dokuczliwe, to po co je noszą? Ostatecznie mężczyźni świetnie sobie bez dekoltów radzą. Nawet, uprzedzając krytykę, w gorące lipcowe dni.
Największym jednak przestępstwem jakiego może się dopuścić męski szowinista w stosunku do Feministki, to przepuścić ją w drzwiach, bo jak się dowiadujemy, p. Graff uważa to za akt agresji. Obiecuję Pani, że jeśli kiedykolwiek przyjdzie nam się spotkać w jakichkolwiek drzwiach, będzie je Pani miała (bez jakiejkolwiek agresji) na twarzy.
Za jednym internautą, chciałbym zaapelować do Pań Feministek: wyluzujcie trochę dziewczyny, i Wam może się zepsuć samochód na drodze (choćby trzeba było wymienić tylko koło) i Was może ktoś kiedyś napaść, a wtedy dobrze będzie przyjąć wyciągniętą, męską, pomocną dłoń choćby motywacją do pomocy miał być tylko Wasz kształtny tyłek, na którym ów pomocny mężczyzna ma ochotę zawiesić oko. A póki co, kończąc rozważania lingwistyczno - światopoglądowe, nie dziwi, że rzeczownik żmija w języku polskim jest rodzaju żeńskiego.
ibsen82, czwartek, 26 listopada 2009; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)