Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

Warkocze kometom pleść

Nazwisko Michała Kusiaka większości pewnie nic nie mówi. Pierwszy (i ostatni jak do tej pory) raz obiło mi się o uszy kilkanaście dni temu, gdy trafiłem w Dzienniku Polskim na artykuł, z którego wynikało, że ów młody student - pasjonat astronomii odkrył dwie komety pod rząd. Zrobił to, analizując zdjęcia wysyłane w ramach programu SOHO.

Lubię sobie poczytać komentarze pod różnymi artykułami. Czasem pełno w nich śmiecia, czasem upolityczanianie na siłę - nawet w tym przypadku: ktoś bez związku przylutował Tuskowi, ktoś inny dla odmiany kopnął Kaczora. To wszystko jednak jest normalką nawet pod dysertacjami dowodzącymi przewagi pieluch tetrowych nad pampersami. Najbardziej zdziwiła mnie spora ilość komentarzy w stylu: "no i co z tego", "nie mógłby się czymś poważnym zająć" czy napisane, z przekąsem: "łaaaał ale sukces". Dziwne, bo odkrycie czegoś, choćby miał to być tylko kawałek skały podróżujący w te i nazad po Układzie Słonecznym, jest mimo wszystko odkryciem - dołożeniem nowego klejnociku do skarbnicy wiedzy ludzkiej i zasługuje jeśli nie na docenienie, to przynajmniej na brak krytyki. Krytyki i kąśliwej ironii skierowanej ku komuś komu się chce, przez osoby pasjonujące się życiem erotycznym Dody Elektrody.

Trudno wyciągać z tego faktu daleko idące wnioski, tyczące się charakteru narodowego Polaków, ale jakoś dziwnie przypomina mi się frazes o "polskim piekiełku" i usłyszana gdzieś opowieść o potępieńcach gotujących się w kotle ze smołą, a wciągających z powrotem tych, którzy próbują zeń wyjść.

Problem jest jednak nieco szerszy. Gdy wziąć do ręki dowolną gazetę, z tych bardziej ogólnych, sporo ponad połowę treści zajmują problemy, które może i dla nas w tej chwili są istotne: a to Schetyna złajał Tuska, a to MAK opublikował raport o katastrofie Smoleńskiej, to Kaczyński obiecuje, że kazałby służbom specjalnym inwigilować ekspertów ds. wypadków lotniczych, a to właśnie Doda pobiła się i zwyzywała kogoś podczas otwarcia jakiejś durnej tancbudy w Warszawce. Może kogoś będzie to interesowało jeszcze z tydzień, z rok, może nawet dziesięć lat? Ale za pięćset? Kto potrafi wymienić choćby jedynie nazwisko kanclerza króla Zygmunta Starego?

Komety, rozwój astronomii i badanie najbliższego otoczenia Ziemi, czy rozwój nauki w ogóle - to nie są pierdoły. To nasza przyszłość, bo czy się nam podoba, czy nie - kiedyś, jako gatunek (optymistycznie zakładając, że się do tej pory nie wyrżniemy, albo nie wykończy nas jakiś kataklizm) będziemy musieli się po naszym najbliższym pozaziemskim otoczeniu rozejrzeć. Póki co Wszechświat potrafimy się tylko oglądać z Ziemi i jej okolic: na Księżycu od 38 lat nikogo nie było, a na Marsie nikogo przez najbliższe dwadzieścia nie będzie. Skoro więc już nie latamy, i ograniczamy się do podglądactwa to dodanie do bazy danych komet dwóch rekordów - jest sprawą ważką i nawet nie wiadomo kiedy, a może się przydać. Tylko, żeby to rozumieć, trzeba mieć pod czaszką trochę oleju - i to nie zjełczałego na skutek oglądactwa TVN Style albo czytania Pomponika na przemian z Pudelkiem.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie warto naśmiewać się z odkrycia naszego młodego astronoma.

Słyszał ktoś o Kardaszewie? W latach 60, ten rosyjski astronom opracował ciekawą skalę: opisuje ona stan zaawansowania technologicznego cywilizacji, za kryterium biorąc źródło energii. Skala liczy trzy stopnie i od razu muszę zmartwić wszystkich, którzy lokują nas gdzieś na niej. Otóż nie osiągnęliśmy jeszcze nawet pierwszego. Te na pozór bezpodmiotowe (bo tyczące się przyszłości) rozważania podchwycone zostały przez naukowców - fizyków, futurystów, astronomów. Jeden z nich, Michio Kaku, dołożył do skali nawet linię czasu na której prognozuje kiedy wejdziemy na który ze stopni. Wynika z niej, że na pierwszy poziom wdrapiemy się z mozołem koło 2100 roku, na drugi w 2800, a na trzeci za jakieś 10000 lat.

Hipotezą konkurującą, czy może lepiej powiedzieć: uzupełniającą skalę Kardaszewa, jest Technologiczna Osobliwość (TO). Miałby to być punkt w przyszłości, gdy jakiekolwiek przewidywania w stosunku do dalszego rozwoju, będą już nietrafne, bo postęp będzie się dokonywał zbyt szybko. Ma wystąpić w chwili gdy człowiek stworzy sztuczną inteligencję przewyższającą intelektualnie wszystkich ludzi. Od tego momentu mamy się już znaleźć pod opieką (albo w niewoli) mądrzejszych od nas robotów, które diabli wiedzą co postanowią z nami zrobić. Bajka? Próbował ktoś z Was ostatnio wygrać w szachy z własnym telefonem komórkowym? No właśnie. Kasparow - najwybitniejszy chodzący po świecie szachista - już trzynaście lat temu przegrał z Deep Blue, a postęp i przyrost mocy obliczeniowej odbywa się w tej dziedzinie w tempie wykładniczym... Szachy, rzecz jasna, to nie całe życie, tylko nagle okazuje się, że specjalny odcinek Va Banque w USA wygrał gadający komputer, który doskonale poradził sobie nie tylko z szybkim przegrzebywaniem terabajtów informacji, a i nadążał z interpretowaniem danej frazy oraz formułowaniem pytania - czego wymaga konwencja programu; na stację kosmiczną NASA wysyła człekokształtnego robota, bo jest bardziej wydajny i bez problemu może wykonywać prace w przestrzeni...

Hipoteza TO - jak wyliczyli naukowcy badając częstość występowania przełomów technologicznych - miałaby się urzeczywistnić około 2040 roku, a więc przypuszczalnie za naszego życia. Co się będzie wtedy działo - zgodnie z podaną już definicją - trudno przewidzieć. Jedno jest pewne: jeśli miałaby nastąpić: nie będzie już ludzi - odkrywców, ani komet, ani planet, ani gwiazd. I może się okazać, że Michał Kusiak był jednym z ostatnich LUDZI, którzy zdążyli coś jeszcze do nauki astronomii wnieść.


 ibsen82, niedziela, 23 stycznia 2011; Bartosz Sowisło

Dysmózgowie

Zdarzyło się ostatnio, że słuchałem radia. Musiało to być w okolicach matur próbnych, albo innego istotnego wydarzenia szkolnego, bo trafiłem na wypowiedź pewnej roztrzęsionej matki gardłującej o nieczułości, niezrozumieniu i nie dawaniu równych szans jej dziecku, które cierpi na dyskalkulię. Nieznane mi słówko obudziło czujność. Uszy, które mam przecie niemałe przestawiły się na odbiór, w mózgu wcisnął się guziczek z napisem "Rec". Dowiedziałem się, że nie jestem matołem matematycznym, jak całe dotychczasowe życie sądziłem - a po prostu jestem chory.

Za czasów gdy chodziłem do liceum (w tym roku pierwsza poważniejsza rocznica matury - dziesiąta), w ostatniej klasie wielką popularność zdobywały różne "dys". Dysleksja, dysgrafia, dysortografia. Świstek, diagnozujący jeden z "dysów" można było kupić za sto kilkadziesiąt złotych, a dawał święty spokój na maturze z języka polskiego, gdyż nie trzeba było przejmować się wówczas ortografią. Ortografię mamy jaką mamy - bez znajomości historii języka, aż do praindoeurpoejskich korzeni - absolutnie nielogiczną i niestety ale z zasadami poprawnej pisowni trzeba się albo opatrzeć (czyli czytać), albo wykuć na pamięć wszystkie reguły i wszystkie od nich wyjątki. Potrafi to zrobić nawet zdiagnozowany, prawdziwy dyslektyk, przekonywałem się przez dobre siedem lat, gdy obserwowałem, jak z ludzi mylących "p" z "b", czy "c" z "dz", moja matka (polonistka) robiła mozolnymi ćwiczeniami i dyktandami zupełnie normalnie piszące osoby. Tylko, że sporo przy tym roboty - w porównaniu z umiarkowaną kwotą odsuwającą wszystkie te problemy w niebyt.

Przypuszczam, że łatwo byłoby dojść do tego, kto przedstawia lewe zaświadczenie o dysleksji, a kto nie. W wikipedii można znaleźć zbiór symptomów, które brane pod uwagę łącznie pozwalają zdiagnozować to schorzenie. Tylko, jeśli da się to zdiagnozować, a następnie,na co wskazuje praktyka, leczyć ciężką pracą - po jaką cholerę wystawiać zaświadczenia? Od chwili gdy człowiek uczy się czytać i pisać do momentu zdawania matury mija ponad dziesięć lat - wystarczająco dużo czasu by problem odkryć, ustalić przyczynę i usunąć, jeśli ktoś (bardziej rodzic niż dziecko) popełni grzech zaniechania, to już trudno.

Dziwnym trafem o dyskalkulii zrobiło się głośno, gdy wrócono do pomysłu obowiązkowej matury z matematyki. W którymś z artykułów wyczytałem, że to z kolei schorzenie objawia się między innymi tym, że uczeń rozumie zadanie, wie jak je wykonać, ale na przykład zamiast 101 pisze 1001. Niełatwo mi zrozumieć, jak może się taka rzecz dziać sama, ale nawet jeśli... O ile dobrze sobie przypominam, ze szkoły średniej, większość zadań skonstruowana była w taki sposób, że gdy popełniło się błąd rachunkowy, nagle zaczynały wychodzić dziwne liczby: ułamki z okresem w nieskończoności, zera w mianowniku itp. Dzięki temu łatwo było wychwycić miejsce pomyłki, wrócić do niego, skorygować i rozwiązywać sobie dalej skracając do jedynek, otrzymując ładne i okrągłe liczby. Poza tym, umówmy się, zeszłoroczna matura z matmy na poziomie podstawowym była kpiną z egzaminu dojrzałości. Nawet mi, mimo upływu dziesięciu lat od kiedy zmuszany byłem rozwiązywać zadania algebraiczne i geometryczne nie sprawiła problemu. A na moim świadectwie maturalnym, obok nazwy królowej nauk dumnie widnieje (tylko): dostateczny. I tak dany z łaski na uciechę, bo matematyk uznał, że dłuższe przetrzymywanie mnie w liceum i tak nie zmieni faktu, żem z jego przedmiotu tępy.

Dyskalkulików w populacji jest ponoć jeden procent. Ciekaw jestem do ilu wzrośnie ich liczba w nadchodzących latach.

Sporo przesadzone wydają mi się więc wszelkie genetyczne przyczyny niemożności, czy to poprawnego pisania czy liczenia. Przyczyna luk w wiedzy i umiejętnościach leży moim zdaniem w większości w: źle ułożonym programie nauczania, źle rozumianym egalitaryzmie i w zwykłych ludzkich ułomnościach czyli, nazwijmy po imieniu: lenistwie.

Historyjka, którą opiszę ma już parę lat. Sytuacja mogła się nieco zmienić od tej pory. Oglądałem kiedyś klasówki uczniów trzeciej klasy szkoły podstawowej. Zdumiony byłem jak bardzo trudnych rzeczy wymaga się od dzieci na tak wczesnym poziomie rozwoju osobniczego. Klasówki pełne były terminów takich jak: przydawka, dopełniacz, rodzaj męski, żeński, męskoosobowy, tryb dokonany, niedokonany, trzecia osoba liczby pojedynczej... A wszystko napisane w taki sposób, że miałem poważne wątpliwości, czy czytam łaciński alfabet. Litera "S" zawinięta nie w tą stronę, "E" będące swoim lustrzanym odbiciem... Logika zdaje się mówić, że nim się człowiek nauczy biegać, dobrze byłoby, żeby chociaż umiał stać na dwóch kończynach - ciągnąc tę analogię: około 80% uczniów piszących owe klasówki nie umiało nawet raczkować. Po co uczyć dzieci trudnych terminów gramatyki opisowej, gdy nie umieją się jeszcze posługiwać piórem czy długopisem? Czy nie lepiej poświęcić te trzy lata wstępnej nauki, na wyćwiczenie umiejętności kaligrafii (i przy okazji pisania na klawiaturze), poprawnego, szybkiego czytania? I dopiero na tym solidnym fundamencie budować dalej? Wiadomo, że część opanuje te umiejętności prędzej, a część wolniej, ale... I tu pora przejść do źle rozumianego egalitaryzmu.

Egalitaryzm, to od franc. egal, l'egalite - równość. Należy sobie przyswoić, raz i na zawsze, że ludzie nie są sobie równi, w żadnej dziedzinie życia. Nigdy nie byli i nigdy nie będą. A szkoły, muszą niestety wprowadzać brzydką i opłakaną w skutkach "urawniłowkę". Słabych uczniów próbuje się za wszelką cenę podciągać (co akurat chwalebne), ale tym samym inteligentniejsi równają w dół, albo stoją w miejscu. Efekt jest następujący: uczniowie słabi korzystają zwykle choćby i niewiele, ale frustrują się bo nie umieją aż tyle co ich koledzy, uczniowie mocni frustrują się - z nudy. Innym przejawem tego edukacyjnego egalitaryzmu jest, że wszyscy muszą nagle mieć maturę, a już najlepiej ukończone wyższe studia. Pytam: po co? Czy naprawdę elektryk, mechanik samochodowy, budowlaniec, malarz pokojowy, stolarz, metaloplastyk, sprzedawca w sklepie, żołnierz, operator wtryskarki albo rolnik musi mieć wykształcenie średnie? Czy nie wystarczy dobre przygotowanie zawodowe, a później w razie konieczności przekwalifikowanie? I nie jest to wartościowanie w kategoriach: lepszy - gorszy. Ludzie są z natury różnorodni i jak mówiła stara piosenka: "najważniejsze być artystą w swoim fachu". Zresztą ponoć decyduje rynek - proszę porównać zarobki spawacza z zarobkami dyrektora szkoły.

Prawdziwe bądź rzekome "dys - schorzenia" to tylko jeden ze wspólnych mianowników dla równania, gdzie po drugiej stronie stoi idea "równych szans". Pytanie brzmi: na ile fair względem wszystkich tych, którzy albo są zdrowi, albo podjęli wysiłek zniwelowania efektów schorzenia, jest akceptowanie zaświadczeń, bądź tworzenie odrębnych, łatwiejszych egzaminów, które później mają identyczną wartość, jak egzamin "zwykły"? Jeśli mimo podejmowanych wysiłków, schorzenie nie ustępuje - niestety ale trudno - tak jak z brzydkich kobiet nie robi się modelek, tak ktoś kto nie umie liczyć nie powinien zdać egzaminu z matematyki. Bo czy ktoś, że posłużę się ulubionym przykładem p. Janusza Korwina - Mikke, umieszcza niższy kosz dla koszykarzy o wzroście poniżej dwóch metrów, a potem punkty liczy tak samo? Czy może dla ułomnych koszykarzy organizuje się paraolimpiadę?

Zupełnie odrębną kwestią jest oczywiście sensowność ustalania jakichkolwiek przedmiotów obowiązkowych. Ale to na marginesie.

Ułatwianie zdawania matury młodym ludziom jest działaniem przeciwko nim. Wyobraźmy sobie dysortografa, który zdaje maturę, trafia na studia prawnicze, przechodzi przez nie, a potem szuka pracy w kancelarii prawniczej. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej ma na szybko, odręcznie, napisać opinię dotyczącą jakiegoś casusu. I co z tego, że opinia może i będzie sensowna, skoro przyszły pracodawca nie bardzo jest w stanie, ze względu na corridę ortograficznych byków pojąć jej przesłania i w efekcie młodemu prawnikowi dziękuje - kolejna frustracja gwarantowana. Tym bardziej przykra, że od niej już może zależeć byt materialny aspiranta na adwokata.

Czekam na dalsze zdobycze medycyny i ich praktyczne zastosowanie przez uczniów i rodziców na kanwie nauki szkolnej. Pewnie pojawi się wkrótce dyshistoryzm, jako nieumiejętność zapamiętywania dat, dysgeografizm jako nieumiejętność rozróżnienia półwyspu apenińskiego od iberyjskiego i dysbiologizm jako brak zdolności odróżnienia żaby od konia. Najpraktyczniejsze byłoby jednak dysmózgowie, jako brak zdolności nauczenia się i zrozumienia czegokolwiek. Ze względu na to, że dyskryminować nie wolno - dysmózgowcom nie będzie w żaden sposób wolno ograniczać prawa do równego startu w dorosłość, w związku z czym świadectwo dojrzałości otrzymywać będą zaocznie w szóstym roku życia.


 ibsen82, środa, 12 stycznia 2011; Bartosz Sowisło

Mózgu degeneracja

Trudno o coś bardziej psującego się niż pamięć. Nie mam na myśli pendrive, twardego dysku, czy pamięci komputerowej, tylko tą naszą zwykłą, ludzką pamięć przechowywaną na ogół w głowie. Obrazy z dzieciństwa, nazwiska znajomych, daty, numery telefonów, wspomnienia wakacyjne, znaczenia słów, bądź też słowa z niegdyś znanych języków obcych, wzory matematyczne i fizyczne, symbole chemiczne, tytuły przeczytanych książek, obejrzanych filmów, pojemności silników ulubionych samochodów... Wszystko to ( i jeszcze więcej) ma tendencję do wyparowywania z naszej głowy w tempie nie ustępującym rychłości z jaką paruje kropla wody rzucona na rozgrzaną patelnię.

Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie to diablo frustrujące. Gdy kończyłem liceum, byłem w stanie bez większego wysiłku wymienić z pamięci cały poczet królów i książąt polskich łącznie z datami ich panowania, wyrecytować z pamięci kilka wierszy, podać wzór na punkty przecięcia paraboli z osią x. Dziś, ledwo kołacze mi, że Polska kiedykolwiek była monarchią, a żeby przypomnieć sobie jak nazywało się to wygięte coś, co przecinało się z układem współrzędnych musiałem rzucić okiem do wikipedii.

Wczoraj czytałem "Rasę drapieżców" - ostatnie teksty Lema. W jednym z felietonów pisze: "Po osiemdziesiątce mózg ludzki bezpowrotnie obumiera, objawia się to tak, że nie potrafi sobie przypomnieć pewnych prostych faktów - uciekają nazwiska, zapomina się całych systemów filozoficznych". Dobre nieba - chciałem krzyknąć, gdy to przeczytałem - a ja nawet nie mam trzydziestki!

Powyższy fragment może i byłby zabawny, gdyby nie to, że jest boleśnie prawdziwy. Lemowi zapomniało się po osiemdziesiątce, o czym pisał Hegel, a ja mylę to nazwisko z producentem środków czystości. Gdzie i co jest nie tak, że mimo iż jestem człowiekiem wykształconym - jestem tak strasznym głupcem? Dlaczego zapominam tak szybko, tak wiele? Dotarło do mnie w końcu rozwiązanie. Spieszę je wyartykułować - nim go, cholera, zapomnę.

Z wrodzonego lenistwa zacząłem się oczywiście najpierw głaskać po główce: "nie jest tak źle, przecież pamiętasz w pracy o wszystkim, o czym powinieneś pamiętać, pamiętasz nazwiska ludzi z którymi masz na co dzień do czynienia. Łeb nie biblioteka, nie archiwum i nie HDD o pojemności 1,2 terabajta". Nagle olśniło mnie, że to przecież HDD i jemu pokrewne zrobiły nam nieładny kawał.

Nie jestem ani neurologiem, ani psychiatrą, ani nawet psychologiem. Nie wiem literalnie nic o tym jak nam tam działają jakieś synapsy pod czaszką, nie wiem gdzie się co gromadzi w głowie. Nie wiem jak to się dzieje, że coś zapamiętujemy w sensie fizycznym, biologicznym, czy chemicznym. Mogę sobie to jednak jakoś tam wyobrażać i wiem, że ludzie od kiedy wymyślili, że za pomocą fizycznego znaku można przedstawić informację - robią to, piszą, archiwizują, składują. Komputery nam to ułatwiają i choć przykro to pisać - ułatwiają za bardzo. Jeśli bowiem zapiszemy jakąś informację na dysku twardym - przykładowo: "Moja dziewczyna urodziła się 4 sierpnia", to będzie ona tam leżeć, póki dysku korozja nie pożre, albo się nie rozmagnesuje. Co więcej, mogę użyć komputera, aby mi przypomniał trzeciego sierpnia, że następnego dnia mam złożyć życzenia. Gdybym chciał przypomnieć sobie kiedy indziej niż w jej wigilię jaka to data, a przypadkiem nie pamiętam gdzie umieściłem tą informację wklepuję w wyszukiwarkę frazę: "urodziny mojej dziewczyny", a komputer po chwili szyderczego grzechotania swoimi elektronicznymi flakami wypluje mi datę. Wyobraźmy sobie cały zabieg bez komputera. Biorę kartkę papieru i notuję na niej: "4 sierpnia - urodziny mojej dziewczyny". Wymaga to pewnego wysiłku (najpierw muszę skołować długopis i kartkę - bo w 2010 roku niekoniecznie musi to być sprzęt leżący w każdym domu), następnie kartkę trzeba gdzieś schować, mając świadomość, że jeśli zapomnę gdzie, to tylko Harry Potter z zaklęciem "Accio" może mi przyjść z pomocą w potrzebie. Gdy już tak się namęczę tym świadomym zapamiętywaniem - prawdopodobnie obejdę się i bez kartki, gdybym jednak zapomniał, to czeka mnie kolejny "task" - kradzież dowodu osobistego oblubienicy, bądź powtórne zapytanie się jej o dzień, w którym zaszczyciła świat swoją obecnością. Jedno i drugie dość karkołomne (drugie szczególnie, gdy dziewczę postanowi wybić datę alfabetem Morse'a dowolnym ciężkim przedmiotem na mojej pustej pale) wymagające działania świadomego i mozolnego, wtedy by nie narażać się na kolejne nieprzyjemności uznajemy, że łatwiej po prostu zapamiętać.

Jak z powyższego może wynika (a może nie), kluczową kategorią zapamiętywania, jest wysiłek włożony w zdobycie informacji, czas jaki poświęcimy na jej zdobycie i ewentualny ból oraz wyrzeczenia, które musieliśmy znieść by informację zdobyć. Pokusić możnaby się o stwierdzenie, że im trudniej nam się czegoś nauczyć (coś znaleźć), tym dłużej to zapamiętamy. W tym przypadku zapamiętywanie jest funkcją lenistwa i może zostać opisane w kategoriach ekonomicznych: "nie chce mi się (lenistwo) tracić raz jeszcze tyle czasu (ekonomia) na zdobycie tej informacji". Co bardziej cenimy i co wyrzucimy z mniejszym żalem? Jabłko za 75 groszy, które kupiliśmy sami nie wiedząc po co, a które się zepsuje, czy nowego iPoda za 1000 złotych?

Wikipedia, Google, przypominajki o datach urodzin na portalach społecznościowych - ułatwiają korzystanie z dorobku naukowego, pseudonaukowego i nienaukowego ludzkości z przyległościami. Owszem, ale dla naszej pamięci, jeśli chcemy ją traktować jako platformę startową dla erudycji, wiedzy ogólnej itp. robią krecią robotę - łatwością dostępu do wiedzy nakłaniając nas do pamięciowego nieróbstwa i niedbalstwa. Wiemy, że ta informacja gdzieś tam sobie leży, wiemy, że wstukując na klawiaturze odpowiedni układ znaków do niej dotrzemy, wiemy również, znając o tyle o ile logikę systemu - jak do tej informacji ponownie dotrzeć. Nie musimy się nawet kłopotać o pamiętanie informacji, konkretów choćby najbardziej płytkich i ogólnych. Przykład? Bardzo proszę: Zadanie: Jak nazywał się brat jednego z głównodowodzących w bitwie pod Grunwaldem? podpowiedź: "rycerze w białych płaszczach z czarnymi krzyżami". Dotarcie do odpowiedzi (Konrad) zajmuje dokładnie jedno "kopiuj - wklej" i trzy kliknięcia. O czym muszę pamiętać? Jaki jest adres google i co to jest wikipedia. Gwarantruję, że jutro nie będę już pamiętał o Konradzie von Jungingen, ani tym bardziej o tym o co chodziło w bitwie pod Grunwaldem. Gdybym miał zdobyć tę informację środkami tradycyjnymi zajęłoby mi to pewnie więcej czasu - musiałbym przekopać się przez historię średniowiecza, encyklopedię, a może nawet obejrzeć jakiś obraz.

Gdy zastanawiam się nad pamięcią, muszę (trawestując Woltera i ubierając się nieco w piórka) wepchnąć palec do cudzego kompotu. Nie bez winy jest niestety współczesna pedagogika, która nieco przesadnie stawia dziecko jako zarówno przedmiot i podmiot kształcenia. Dzieciakom pozostawiono swobodę do zbyt wczesnego decydowania, co będzie dla nich ważne i przydatne w przyszłym życiu. Jest to w moim mniemaniu pogląd błędny i szkodliwy, a konsekwencje pozostwienia łebka samemu sobie pokutują przez całe jego życie - szczególnie gdy łebkiem przestanie już być.

Usłyszałem niedawno pogląd (z którym się zgadzam), że zapamiętywanie dzieci różni się tym od zapamiętywania dorosłych w taki sposób, że dzieci po prostu zapamiętują wszystko, a dorośli kojarzą z tym co już wiedzą. Różnica, o ile dobrze to rozumiem, mniej więcej taka jak między pozbieraniem paciorków z zerwanych korali przy użyciu odkurzacza, a podnoszeniem ich pojedynczo z posadzki i nanizaniu na nitkę. Dziecko zapamiętuje wszystko, nie ważne czy ma to sens, czy nie. Dorosły ma tendencję do puszczania mimo uszu wielu informacji (po części w ramach mechanizmu obronnego, przeciw gigantycznym ich ilościom, po części z lenistwa) i zapamiętuje albo coś niezmiernie oryginalnego, albo coś co mu się jakoś już tam kojarzy, dorosły ma zdecydowanie większą, trenowaną przez lata zdolność tworzenia ciągów przyczynowo skutkowych, do których po prostu dokłada się kolejny skutek/przyczynę (paciorek na nitkę), dorosły kategoryzuje. Dziecko wsysa wszystko jak leci, powtarza jak papuga i tworzy przedziwny zlepek, który dopiero dalsze życie i doświadczenie będzie porządkować, układać i wiązać w relacje.

Trzymając się odkurzaczowej metafory: im więcej paciorków dostanie się do worka na śmieci, tym więcej możemy z niego wyjąć i nanizać na nitkę (można to nazwać: "wstępną akumulacją kapitału"). Im więcej informacji wchłoniemy jako szczenię, tym łatwiej będzie nam ułożyć w przyszłości związki przyczynowo skutkowe, teorie, czy dokładać do zdobytej już wiedzy skojarzenia. Im więcej informacji przyswojonej a priori, tym więcej tych, które można dołączyć a posteriori.

Stąd też, pozwalanie dzieciom na całkowicie dowolny wybór tego czym chcą się zajmować, jaką wiedzę chcą posiąść, jest działaniem nie tyle przeciw nim (bo jak łebek interesuje się tylko wojnami morskimi średniowiecza, to będzie z pewnością zachwycony, gdy zwolnimy go z języków obcych), co przeciw dorosłemu człowiekowi, który z tego dziecka wyrośnie. Gdyby bowiem młodzieńcza pasja ku zmaganiom kog i karak na Bałtyku miała się przerodzić w dojrzałą pasję naukową, nagle okaże się, że badacza, któremu za młodu odpuszczono naukę języków obcych limituje ich nieznajomość i przykładowo nie może skorzystać z obcojęzycznych źródeł.

Przypomina mi się w tym momencie książka W. Gomulickiego pt. "Wspomnienia niebieskiego mundurka". Bohaterowie tej powieści, uczniowie gimnazjum w zaborze rosyjskim uczyli się następujących języków: polski, rosyjski, łacina, niemiecki i francuski. Proszę pokazać mi w dzisiejszych czasach liceum w którym jest taki program? Żeby było śmieszniej, znajomość słówek, deklinacji, składni i wymowy była wymuszana trzciną i surowymi karami. Nie było nagranych konwersacji, metodyk, mnemotechnik. Uczeń miał umieć. Jak nie umiał brał po łapach, jak nie umiał w dalszym ciągu, wylatywał ze szkoły. Czy wyrośli na złych ludzi? Na głupich? Odpowiem pytaniem na pytanie: w ilu językach potrafi się przeciętnie porozumiewać dziś absolwent szkoły średnie? Komunikatywny polski i podstawowy angielski. Faktem jest, że wiedzy, od XIX wieku, przybyło, uogólniać jakoś trzeba, ale czy rzeczywiście trzeba to robić kosztem tego co zostaje w pamięci? Kosztem tej wiedzy, która ma być kośćcem wszystkiego, co jeszcze nam do głowy wpadnie po opuszczeniu szkolnych (uniwersyteckich) murów?

Inforamację i wiedzę traktujemy coraz bardziej przedmiotowo i utylitarnie. Na zasadzie: po co mi to wiedzieć, jak będę potrzebował to sobie wygoogluję. A to chyba nie jest tak. Im więcej wiemy, tym trudniej nami sterować, tym łatwiej radzimy sobie w sytuacjach nieprzewidzianych im więcej się wie tym większe prawdopodobieństwo, że może nam się to przydać. Choćby po to by w internetowej mrowiskowej świadomości i zbiorowej pamięci umieć podkreślić i wyeksponować swoją indywidualność i jednostkowość i by w książkach w przyszłości dialogi nie wyglądały tak (nie klikajcie w linki bo to bez sensu):

"- http://zadane.pl/zadanie/777153 - powiedział ze złością Jerzy. W pokoju zapanował cisza, wswzyscy szybko przyglądali się temu argumentowi. Przez moment nikt nie wiedział co na to powiedzieć. Ogólna konsternacja. W końcu Marek, głosem dobitnym, naznaczonym pewnością siebie odparł:


- http://pl.wikipedia.org/wiki/Ulrich_von_Jungingen - powiódł okiem triumfująco po zebranych


- a właśnie, że http://www.edwardkrzyzak.pl/


- naprawdę? - zacietrzewił się, gdy takie wyzwanie mu rzucono - no to masz: http://www.free-nature-photos.org/pl/Pajaki/Pajak_Krzyzak_ogrodowy/


- czy ty http://pl.wikiquote.org/wiki/Wariat? Przecież mam http://pl.wikipedia.org/wiki/Arachnofobia"

I pozostaje to oczywiście bez związku z tym, że głos w dyskusjach na różnych forach zabieram często tak:

http://palecwkompocie.blox.pl/html




 ibsen82, niedziela, 26 września 2010; Bartosz Sowisło

O praktycznych skutkach epistemologii

Wieczory spędzane w knajpach nie zawsze są zmarnowane i jałowe. I nie piszę tu o możliwości przyholowania do domu jakiejś nietrzeźwej persony płci przeciwnej (bądź tej samej - zależnie od upodobań) w tym celu tylko, by błyskawicznie nową znajomość skonsumować, a rankiem wstydzić się patrząc na własne w lustrze odbicie. I strawić dzień na walce z bezlitosnym kacem.

Zasiedliśmy wraz z dobrym kolegą, któregoś majowego wyjątkowo wstrętnego wieczoru w jedej z knajpek mojego rodzinnego miasta i poczęliśmy prawić. O rzeczach nader poważnych. Zbyt poważnych i zbyt ciężkich jak na czas i miejsce, za to na tyle lekkich by nie przeszkadzał w nich stan w jakim były nasze organizmy. Spieszę zapewnić, że w chwili gdy wklepuję te słowa, jest 11:36, od pamiętnego wieczoru minęły ze trzy tygodnie, a stężenie dowolnych substancji psychoaktywnych w moim organizmie wynosi 0. Niezależnie od skali jaką przyjmiemy.

Otóż dyskusja nasza rozpoczęła się wcale niewinnie. Rozmawialiśmy sobie na tak lekki temat jakim jest semantyka. Wariat - pomyślicie sobie. Poprzednie zdanie jest oczywiście zamierzoną prowokacją estetyczną. Semantyka, to nic innego jak znaczenie pewnych słów w określonym języku. Język, który stał się tematem naszej rozmowy nazywa się html. Zachwycaliśmy się oboje nad jego prostotą i logicznością. Zachwycałem się nawet ja, mimo żem w życiu żadnej internetowej strony nie popełnił. Jak się bowiem okazuje, html jest na tyle "user friendly", że gdy tylko zna się angielski można bez większego problemu zinterpretować kod w którym powstała jakaś strona. Przy odrobinie wyobraźni (i wprawy, której już z pewnością mi brak) możnaby pokusić się o wyobrażenie sobie strony widząc tylko stronę notatnika, na której aż roi się od cyferek i nawiasów oraz dziwacznych skrótów. Problem syntaktyki zostawiam na boku.

Taka interpretacja, jaką ją przedstawiłem powyżej, musi być uzupełniona o jeszcze jedno spostrzeżenie. Procesor komputera rozbija napisany kod na zera i jedynki po czym wydaje polecenia (w postaci zer i jedynek w dalszym ciągu) innym komponentom komputera, tak by wykonały zadania zapisane w kodzie. Piękna prostota prawda?

Wszystko co napisałem powyżej, do kupy wzięte dało mi asumpt do wysnucia następującego wniosku, który dowolnego programistę wprawiłby w zakłopotanie, a Immanuela Kanta w niesamowitą pychę. Informatyka jest bytem transcendentalnym.

Do XVIII wieku w jednej z dziedzin filozofii - epistemologii (teorii poznania) dominowały dwa główne kierunki. Empiryczny i racjonalny. Empiryczny to taki, gdzie poznajmy świat widząc go, słysząc, liżąc, wąchając - słowem za pomocą zmysłów. Racjonalny - tłumaczymy za pomocą rozumu, usiłujemy pojąć związki przyczynowo - skutkowe jakie w świecie występują.

W XVIII wieku w Królewcu Kant wpadł na to, że świat poznajmy nieco inaczej. Obserwując i równocześnie próbując zrozumieć. Mówiąc jeszcze prościej, postrzegając świat od razu go kategoryzujemy. Klasycznym przykładem, podawanym na chyba wszystkich kursach filozofii, jest wejście do zagraconego różnymi meblami pomieszczenia. Widzimy plątaninę blatów, siedzisk, nóg, ornamentów i tapicerki, ale dzięki temu, że wiemy "a priori" jak wygląda dajmy na to stół czy krzesło - układamy je w poszczególne kategorie. Dzięki czemu zamiast bezkształtnej plątaniny (dla której musielibyśmy przynajmniej wynaleźć nową nazwę) widzimy stół z krzesłem tańczące tango, sekretarzyk obejmowany przez wolnostojącą lampę, czy łóżko dopełniające aktu miłosnego z wieszakiem na kapeusze.

Sądze, że filozofia informatyki, o ile można użyć takiego stwierdzenia jest niczym innym jak właśnie najbardziej rozpowszechnionym ucieleśnieniem idei transcendentalizmu. Z czego składa się program komputerowy? Z zer i jedynek, z impulsu elektrycznego i jego braku, z dziwnie wyglądającego kodu będącego językiem programowania ze swoją semantyką syntaktyką i logiką. Co widzimy? Grę komputerową, stronę internetową, program do robienia grafiki czy projektów architektonicznych. Tyle tylko, że w tym wypadku, wstępnej kategoryzacji i interpretacji dokonuje sam komputer, dopiero na poziomie nieco wyższym, selekcjonujemy sami.

Ciekawi mnie jeszcze, czy taki stan rzeczy był świadomą realizacją postulatów Kanta, (w mniejszym może stopniu Platona)? Czy może jest tylko praktycznym niezależnym dowodem wymyślonych przez nich teorii? Chyba powinienem siąść do książek i poczytać coś o początkach informatyki.


 ibsen82, sobota, 05 czerwca 2010; Bartosz Sowisło

Ja, (nie) robot (?)

Na początku była maszyna tkacka z ruchomym czółenkiem. Ustalając na maszynie odpowiednie wartości uzyskiwało się pożądany splot. Był to początek informatyki. Poźniej, na przestrzeni dwustu lat od jej powstania, nauka o przenoszeniu informacji i programowaniu określonych urządzeń rozwinęła się do tego stopnia, że trzymam teraz na kolanach komputer o takiej mocy obliczeniowej, że gdyby w jego posiadaniu znalazł się dajmy na to Hitler w 1943 roku, to historia potoczyłaby się zapewne na manowce, o których dziś wypowiadają się tylko autorzy gatunku political fiction.

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy maszyną tkacką a dwurdzeniowym procesorem, mózgiem mojego laptopa, na początku dwudziestego wieku, ktoś wymyślił, że naukę o programowaniu można zastosować do zbiorowisk ludzkich wykonujących wspólnie określone zadanie. Fryderyk Taylor, bo to o nim mowa, dał podwaliny pod naukę zwaną obecnie zarządzaniem - najpopularniejszym zresztą przez lata dziewięćdziesiąte kierunkiem studiów w Polsce. Taylor, opracował na przykład optymalny dla robotnika kształt i rozmiar łopaty, którym tenże ładował dajmy na to węgiel. Był bardzo skuteczny - wydajność ładowaczy udało się dzięki temu zwiększyć prawie czterokrotnie. W jego ślady poszedł jeden z pionierów motoryzacji Henry Ford. Obydwaj panowie zasłużyli się teorii zarządzania na tyle, że kierunki przez nich wytyczone nazwano od ich nazwisk: "tayloryzm" i "fordyzm"

Nauka o programowaniu ludzi, nadal się rozwijała. Gdzieś na strychu w moim domu, znalazłem starą książkę pt. "Cybernetyka społeczna". Miałem wtedy jakieś czternaście lat więc siłą rzeczy nic z niej nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko wzory o liczbie pięter porównywalnych z Empire State Building, które opisywały choćby oddziaływanie propagandy na określoną grupę społeczną.

Obecnie jesteśmy programowani w sposób skrajny, a dowodem na to jest kariera słówka "procedura".

Pierwszy raz usłyszałem je gdy oglądałem w telewizji film "Apollo 13" z Tomem Hanksem. Historia nieudanej wyprawy na Księżyc. W jednej ze scen Ed Harris, który gra tam postać głównego dyspozytora w Houston, gdy nastąpiła już awaria statku kosmicznego i trzeba szybko ratować znajdujących się w niebezpieczeństwie lunonautów wykrzykuje do swoich, ogarniętych paniką współpracowników: "Nie chcę ocen, chcę procedur!"

Czym jest procedura? To pewien schemat, czy też wzór postępowania w określonej sytuacji. Mówiąc inaczej, jest to język programowania według którego w określonym momencie człowiek powinien, czy też raczej musi postępować. Mówiąc jeszcze krócej, to skoro nasze ciało, ręce, zdolności manualne, czy też intelektualne są swoistym hardware, procedura jest software - programem do wykonania.

Wolnych od procedur profesji jest coraz mniej. Swoje procedury mają wspomniani już kosmonauci, marynarze, policjanci, prawnicy, lekarze, piloci, pracownicy banków, kolejarze, nauczyciele, inżynierowie, handlowcy, nawet stewardessy i kucharze. Tak, tak - przebywałem kiedyś w kuchni w czterogwiazdkowym hotelu - pierwsze co rzucało się w oczy to olbrzymia kartka z napisem: "Proszę bezwzględnie przestrzegać receptur", a obok wisiała zalaminowana książeczka z dokładnymi przepisami i zdjęciami - jak ma wyglądać podawana potrawa. Stacje benzynowe, restauracje typu fast food, czy sieciowe hotele określonego koncernu wyglądają w identyczny sposób na całym świecie. Te same, w taki sam sposób ułożone ręczniki na wannie, prospekty informacyjne na stoliku w pokoju hotelowym, nawet identycznie ułożone trunki w minibarku.

Procedury są wymyślane przez różnorakiego autoramentu, zależnego od branży grupy ekspertów, którzy siadają i kombinują w jaki sposób najskuteczniej z punktu x przemieścić się do punktu y. Przemieszczanie się, proszę oczywiście rozumieć w sensie przenośnym. Nazwijmy ich grupą programistów.

Jeśli komuś wydaje się, że jest od procedur wolny i niezależny, to tkwi w bardzo głębokim błędzie, graniczącym z ignorancją. Nawet jeśli jest ta osoba malarzem - artystą, wykonującym swój zawód w ciszy i odosobnieniu. Największym bowiem zbiorem procedur, obecnie regulujących życie niemalże każdego człowieka na ziemi jest - prawo. Nie tylko reguluje ono czyny zabronione i pożądane, formułując zakazy i nakazy, ale i sposób postępowania w stosunkach międzyludzkich, międzypaństwowych, czy międzyinstytucjonalnych. Przykład? Każdy dział prawa ma swoje przepisy dotyczące procedowania - Kodeks Karny - Kodeks Postępowania Karnego, Kodeks Cywilny - Kodeks Postępowania Cywilnego, przepisy administracyjne - Kodeks Postępowania Administracyjnego. I spróbuj tu człecze, wolny i niezależny przecież, nie podpisać własnoręcznie dokumentu kierowanego do urzędu w najbłahszej sprawie - dokument jest wtedy wart tyle, co papier na którym został wydrukowany.

Czytelnik może odnieść wrażenie, że cały mój wywód zmierza w kierunku potępienia w czambuł wszelkich procedur. I będzie miał rację - z małym wszakże zastrzeżeniem. Są takie obszary ludzkiej działalności, gdzie bez procedur ani rusz. Pilotowi z całą pewnością łatwiej posługiwać się określoną checklistą, niż za każdym razem wymyślać od nowa jak wykonać podejście do lądowania. Faktem jednak niezbitym jest, że procedury zabijają kreatywność. Przynajmniej pośród tych, którzy zaliczają się do "wykonawców", a nie "programistów".Łatwo się domyślić, że nie jest możliwe a priori przewidzenie wszystkich zdarzeń, które mogą mieć miejsce w przyszłości i opisać je za pomocą nie budzących wątpliwości ani sprzeciwu zdań oznajmujących. Wtedy trzeba zdać się na coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem - najlepiej opartym na doświadczeniu. Z drugiej strony teoria ewolucji mówi, że organy nieużywane zanikają po jakimś czasie. Nie wiem na ile, z punktu widzenia biologii, jest to możliwe w przypadku mózgu. Odnoszę wrażenie jednak, że dalsze systemowe wtłaczanie ludzkości, w sztywne ramy przepisów opisujących możliwie najszerszy wycinek rzeczywistości i ustalonych arbitralnych i optymalnych wzorów postępowania względem fenomenów - nie tyle może, co już nas odmóżdża. Popełenianie błędów - jest nabywaniem doświadczenia. Jeśli ktoś nigdy nie popełnił żadnego błędu, bo zawsze postępował w zgodzie ze schematem to w sytuacji gdy schemat zawiedzie, nie ma się na czym oprzeć. Nie ma odruchów postępowania w sytuacjach ekstremalnych, stresujących, nieprzewidywalnych. Jeśli nie używa na codzień myślenia, to jak ma nagle zacząć myśleć?

Nasza cywilizacja, staje się coraz bardziej stechnicyzowana. Coraz większy nacisk kładzie się na rozwój technologii, nowych metod przekazywania i przechowywania informacji, implementację nowinek technologicznych w każdej dziedzinie życia. Zwiększamy wydajność i zmniejszamy koszty. Nasuwa mi się tu kilka pytań: co z ludźmi, którzy z jakichś powodów nie są programowalni (umysł ludzki, warunkowany doświadczeniami, nawykami czy cechami osobowosciowymi, ma ogromną inercję, jest w pewnym sensie nieruchawy - nie da się z dnia na dzień zrobić z kelnera profesora uniwersyteckiego, a z profesora botaniki, profesora matematyki)? Co z ludźmi, którzy zostaną bez środków do życia, bo ich dotychczasowe zajęcia zostaną wyparte przez technologię? W jaki sposób producenci dóbr utrzymają swoje dochody na tym samym poziomie (chociaż powinni je zwiększać - bo to wolnorynkowa nagroda za trud), skoro ludzie nie znajdą możliwości zarobkowania i zostaną jako konsumenci wykluczeni z rynku?

Boję się trochę, że cywilizacja w której żyjemy, jeszcze za mojego życia będzie musiała sobie odpowiedzieć na przynajmniej część tych pytań. Historia pokazuje, niestety, że rozwiązaniem większości problemów była wojna - w trakcie ginie nadwyżka ludności, po niej trzeba naprawiać zniszczenia i wszystko kręci się od nowa, ze świeżym impetem.

Boję się jeszcze jednej rzeczy. Biorąc pod uwagę prace nad sztuczną inteligencją, zastanawiam się, kiedy mój komputer będzie mądrzejszy ode mnie. Już teraz szybciej i dokładniej liczy i wymusza na mnie pewne zachowania logiką zaprogramowanego systemu. I kiedy to ja stanę się hardware, który on będzie programował, bo będzie znacznie doskonalszym programistą mojego software'u (czyli wszelkich moich działań) niż jestem nim ja. Logika, ze wszech miar pożyteczna i będąca fundamentem ludzkości, kryje w sobie potężne zagrożenie.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: komputer, nadzorujący moje życie widzi, że palę papierosy. W bazie danych wyszukuje informację, że mogę zachorować z tego powodu na raka płuc. Dowiaduje się również, że agonia moja w wielkich cierpieniach będzie trwała wtedy przypuszczalnie kilka miesięcy. Znajduje również informację, że śmierć od porażenia prądem jest stosunkowo bezbolesna i krótkotrwała. Kierując się logiką, a nawet jakimś maszynowym miłosierdziem postanawia oszczędzić mi cierpień i organizuje przebicie prądu do wanny, w której właśnie się kąpię. Żeby było śmieszniej, mógłby to zrobić, nawet gdyby zainstalować mu I prawo robotyki Asimova - "robot nie może szkodzić istocie ludzkiej".

Ludzie odkryli logikę, ale nie są logiczni, ludzie skonstruowali roboty, ale nimi nie są. Ludzie opracowali sztukę programowania, ale ich programować nie należy. Powinniśmy o tym pamiętać i dbać o to byśmy sami z siebie nie robili robotów, nawet za cenę konsekwencji popełnianych błędów.

Na koniec jeszcze chciałbym polecić jednego bloga - znanej osoby bo Janusza Korwina Mikke - gorąco zachęcam do lektury, chociaż on akurat jest zaprzysięgłym, jak mi się wydaje po lekturze jego tekstów, logikiem.

http://korwin-mikke.pl/blog

No i założyłem jeszcze fotobloga. Chwilowo tylko kilka fotek, ale będzie ich z pewnością przybywało. Zapraszam!

http://ibsen82.flog.pl/


 ibsen82, czwartek, 06 maja 2010; Bartosz Sowisło

Nauczycielu, barykaduj się w szkole!

Obejrzałem niedawno film "Galerianki". Jak wiadomo, jest to opowieść o smarkatych, którym do szczęścia potrzebne są: fajowe ciuchy, zajebista komóra, dobre perfumy i różne inne dobra materialne, na które starzy nie mają hajsu, a pomagają w lansie. Próbuję to pisać po młodzieżowemu, choć sądzę, że dla przeciętnego gimnazjalisty brzmi to jak: "Czuć afekt do panienki Krystyny" - dla mnie.

Wracając do filmu - problem dających dupy smarkul w ogóle mnie nie wzruszył - widać w takiej już żyjemy znieczulicy, że naprawdę guzik mnie obchodzi, jakiemu staremu capowi gimnazjalistka robi laskę. Jeżeli jest przekonana, że "mieć" - jest dla niej ważniejsze niż "być" i nie widzi innej możliwości ani nie czuje, że nie jest to do końca OK, to proszę bardzo. Poruszył mnie natomiast wątek poboczny: nauczycielka prowadząca zajęcia. Sceny z jej udziałem przewijają się kilkakrotnie w filmie - babka w wieku średniostarszym pojawia się w klasie i usiłuje, zwykle moralizując, nakłonić uczniów do nauki. Z miernym skutkiem.

Odsłona pierwsza: wchodzi do klasy i mówi: "napiszecie test ostatniej szansy, daję wam 100 pytań, z których 25 pojawi się w teście" - przesłanie dla kogoś o IQ wyższym niż tasiemiec jest następujące: "znajdźcie cymbały, odpowiedzi na te sto pytań, zapamiętajcie i napiszcie".

Odsłona druga: nauczycielka wchodzi do klasy, trzyma poprawione testy, minę ma nieszczególną. Rzuca zapisanymi kartkami o biurko i mówi: "wyrzucę te wszystkich nas kompromitujące dokumenty" - po czym odwraca się, odchodzi i mówi: "cała klasa zdała". Wiwaty i aplauz bezmózgowców, którym udało się na nauczycielce wymusić promocję do następnej klasy. Przegrała. Ale dlaczego uważa, że wypociny bandy matołów są jej porażką, czyżby podawała im niezgodne z prawdą fakty na lekcjach? Z pewnością nie.

W dwudziestoleciu międzywojennym moja babcia, gdy przyszła ze szkoły zapłakana, bo oberwała za coś od nauczyciela, nie spotkała się ze współczuciem. Matka wzięła pas i przyłożyła jej, nawet nie wnikając w to, co córka ma do powiedzenia. Autorytet nauczyciela był tak silny, że wśród rodziców istniało przekonanie - jeśli przyłożył dzieciakowi - to miał po temu powód.

Jaki jest teraz autorytet nauczyciela? Tak się składa, że mam matkę nauczycielkę, siostrę również uczącą, tyle że w Irlandii. Kilkoro z moich licealnych znajomych również wybrało tę ścieżkę rozwoju. Materiału do przemyśleń mam zatem aż nadto.

Opowiada mi matka o zebraniu rodziców. Jedna z nauczycielek, chyba historii, została postawiona przed rodzicami, którzy byli wściekli, bo ileś z ich pociech nie zaliczyło sprawdzianu. Jakie były ich argumenty? "Co pani zwariowała, takie pytania zadawać!?! Ja tego nawet nie wiem, to czego pani od dziecka wymaga!". Biorąc pod uwagę, że mówimy tu o poziomie maksimum klasa szósta szkoły podstawowej, nasuwa się wniosek: jak bardzo trzeba być ignoranckim matołem, żeby przyznać się, że w wieku trzydziestu kilku lat ma się nieopanowany materiał z podstawówki. Wydawałoby się - wstyd, a tu jednak nie - głupota i ignorancja nie są już przywarami.

O tym, że żyjemy w kulturze konsumpcyjnej, chyba nikomu nie trzeba mówić. Skoro dla dorosłych metodą "pokazania się" nie są walory umysłu, postawa obywatelska, kultura osobista czy chęć samokształcenia, a większe auto, wypasiona komóra, nowy elektroniczny gadżet, biżuteria, drogi ciuch albo wczasy w Egipcie, to jaki ma mieć autorytet nauczyciel, który na początku kariery zawodowej zarabia może tysiąc na rękę? A pod jej koniec, jeśli przebrnie przez cały proces awansu zawodowego (przyczyniając się w tym czasie do wycięcia kilku hektarów drzew i przerobienia ich na papier), dociągnie do dwóch tysięcy dwustu?

Podniesienie wynagrodzeń nauczycielom miałoby jeszcze jedną zaletę - napływ mężczyzn do tego zawodu. Czemu? Niech sobie spece od gender trują, co chcą, ale każdy, kto pracował kiedykolwiek w grupie, która składała się z samych kobiet albo samych mężczyzn, miał poczucie pewnej patologii - u bab: spiski, koterie, plotki, sączenie jadu, u chłopów: chora rywalizacja, napinanie mięśni, szpan i tępienie słabszych. Większa ilość mężczyzn uzdrowiłaby stosunki w gronach pedagogicznych, składających się głównie z pań. A w naszej kulturze, gdzie od faceta oczekuje się, żeby dobrze zarabiał, zawód nauczyciela z jego nędznymi wynagrodzeniami skazuje desperata (chyba, że się ożenił zapobiegliwie na studiach) na abstynencję seksualną i samotność do końca życia, chłopów więc w szkołach jest niewielu.

Chyba nie ma nikogo, kto nie zgodziłby się z tym, że osoba nauczyciela ma krytyczne znaczenie w procesie kształcenia. Jest to zgodne z tym, że słuchamy się autorytetów - jak Orłowski opowiada o ekonomii - wierzymy mu, jak Pascal albo Makłowicz naszykuje na ekranie TV jakieś żarcie - nie wahamy się wypróbować go w domu. Skoro nauczyciel ma najgorszy telefon w pomieszczeniu gdzie uczy, najmniej modne szmaty, to jakim on jest wzorcem dla durnej nastolatki, która gotowa jest - żeby tylko zdobyć te dobra, tyle że nowsze i droższe - posunąć się do obciągania zapleśniałych pięćdziesięcioletnich penisów? Mimo, że nastoletnie dziewczę to według podręczników psychologii tak wrażliwa istota, że strach przy niej kichnąć.

Wniosek pierwszy: nauczyciele powinni natychmiast zastrajkować. I domagać się podwyżek. Nie pięciu, dziesięciu czy nawet pięćdziesięciu procent, które zaraz zeżre inflacja. Uważam, że pedagodzy w naszym kraju powinni żądać podwyżek trzystuprocentowych. I zamknąć szkoły na tak długo, jak będzie trzeba. Ciekawe, ile czasu wytrzymają to rodzice, którzy będą zmuszeni do wynajęcia opiekunek, a ile czasu ministerstwo, które stanie przed wizją dziury w wykształceniu kilkunastu roczników? Że nie ma na to pieniędzy? A na wycieczki do Afganistanu są? Na dopłacanie kilkudziesięciu miliardów rocznie do ZUS-u też? Na durne kampanie promocyjne, prozdrowotne i antynarkotykowe, które byłyby zbędne, gdybyśmy mieli dobrze wyedukowane społeczeństwo, też są?

Jestem przekonany, że dobrze opłacani nauczyciele, nie tylko byliby autorytetem dla uczniów i przykładem, że uczyć się warto, bo dzięki temu można mieć fajny, ciekawy zawód i przy okazji godziwie żyć, ale też zwiększyliby swoją wydajność, zostawaliby na terenie szkoły dłużej, a nie uciekali do domu udzielać korepetycji i przy okazji powiększać tym samym szarą strefę.

Antypedagogika to taki postawiony na głowie kierunek, który mówi, że wychowanek wie lepiej, co dla niego dobre niż wychowawca. I niestety, święci triumfy na całym zachodnim świecie. Zgodnie z nim dziecku powinno dawać się maksimum swobody. Chce się porazić prądem? Nie ma sprawy, dzięki temu dowie się, że kopie. Chce skoczyć z dachu? Jasne, przynajmniej przekona się, że grawitacja "to nie je bajka". Dorosły jest tu niemal zbędny. Szkoda tylko, że stosuje się go niekonsekwentnie. Luz na maksa - nie ma problemu, tylko że w związku z tym, jasno i wyraźnie powinno się przedstawić wszelkie możliwe konsekwencje tego luzu. Nie chcesz chodzić na zajęcia do szkoły - nie idź, nie chcesz się uczyć, bo jesteś za głupi, za leniwy czy masz coś lepszego do roboty - nie ma sprawy. Wiedz tylko, że konsekwencją tego jest fakt, że nie uda ci się skończyć szkoły i nikt nie będzie płakał z tego powodu. Tu właśnie przegrała nauczycielka z filmu. Dlaczego nie oblała całej klasy?

Polski system edukacji, zawiera w sobie jedną błędną przesłankę - sukces wychowanka jest również sukcesem pedagoga, porażka wychowanka - jego porażką. A niby do cholery dlaczego?!? Czy to jakaś symbiotyczna hybryda, czy dwie niezależne jednostki? Jak się łeb nauczył - zapamiętał to, co mu nauczyciel podał, przeczytał książki, które polecił, to on sam zapchał czaszkę informacjami, nauczył się je stosować i wykorzystywać, a nie zrobił tego za niego nauczyciel. Jak dał ciała, bo nie wiedział, kto był pierwszym królem Polski, to nie wiedział on - nauczyciele historii zwykle takie fakty znają. Ale jednak, gdyby nauczycielka z filmu uwaliła połowę klasy, mogłaby się spodziewać kłopotów. Polski system edukacji działa tak, że za niepowodzenia wini nauczyciela - na zasadzie - dzieci nie wiedziały, bo pan/pani ich nie potrafił/a nauczyć. A ja uważam, że rola pedagoga powinna sprowadzać się do podania wiadomości, wyjaśniania ich, wytłumaczenia, podania źródeł i tłumaczenia raz jeszcze i raz jeszcze, i raz jeszcze, a na koniec sprawdzenia, czy w tych pustych łbach cokolwiek zostało.

Powiecie, że nie ma na to czasu. Jest. W szkołach poza zwykłymi lekcjami są również zajęcia wyrównawcze dla uczniów, którzy nie rozumieją. Można na nie łazić do woli, tylko komu się chce? Jeżeli to nie pomaga, to wynika ów fakt z jednej z trzech rzeczy: A) dzieciak jest debilem i jego iloraz inteligencji, poziom koncentracji czy co tam jeszcze, nie pozwalają na pojęcie materiału, B) nauczyciel jest debilem i faktycznie nie potrafi uczyć, C) dzieciak nie wykazuje dobrej woli, żeby się czegokolwiek nauczyć, czyli mówiąc krótko - ma to w dupie. W przypadku A i C dzieciak powinien powtórzyć klasę. W przypadku B nauczyciela powinno się wywalić z roboty. Czemu? Bo jeśli ma taki bat nad sobą, to przyłoży się porządnie do pracy i będzie się obawiał ją stracić - no chyba, że jest beztalenciem pedagogicznym, ale wtedy nie powinien ukończyć kursu pedagogicznego na studiach (co zresztą jest przyczynkiem do innej historii - jakości kształcenia uniwersyteckiego w Polsce).

Jak to poznać? Ano koło się zamyka i rozbija o kasę - proszę sobie wyobrazić, że pensja początkującego nauczyciela to trzy tysiące na rękę. Przypuszczam, że za takie pieniądze mnóstwo bardzo zdolnych i utalentowanych ludzi zabijałoby się, żeby się dostać do tego zawodu, co już podczas procesu rekrutacji prowadziłoby do wyselekcjonawania naprawdę najlepszych. Poza tym, przypadki, gdy to nauczyciel, jest rzeczywiście beznadziejny i jest to jedyna przyczyna uniemożliwiająca przyswojenie materiału przez uczniów uważam, za absolutny margines. Jak już mówiłem - to nie nauczyciel się uczy zamiast ucznia. On tylko w najlepszy możliwy sposób dostarcza wiedzy i kontroluje jej przyswajanie.

No i sprawa ostatnia - ilość godzin lekcyjnych i program. To gonienie z "programem" jest może nie tyle obsesją, co zmorą nauczycieli. Kiedyś obejrzałem sprawdziany dzieci z czwartej klasy. Co ciekawe, pisały o orzeczeniach, podmiotach i innych częściach zdania stawiając na przykład literę "e" w drugą stronę (odwróconą o 180 stopni). Jaki jest sens uczyć kogoś biegać, skoro na naukę chodzenia jest niewystraczająca ilość czasu? Czy nie lepiej nauczyć choćby tylko podstaw, ale porządnie, zamiast tworzyć lukę, która później powoduje frustrację? Jeśli jeden rok dla ośmiolatka to niewystarczający okres, żeby opanować tabliczkę mnożenia, to po kiego grzyba na siłę puszczać go do następnej klasy, gdzie ten brak będzie go tylko zniechęcał do dalszej nauki? Ludzie rozwijają się w różnym tempie to, na co potrzeba jednemu roku, drugiemu zajmie dwa lata i to jest i zrozumiałe, i nie powinno wywoływać wstydu. Warto byłoby zacząć ludziom uzmysławiać, że jeżeli pociecha poległa i musi spędzić jeszcze rok w tej samej klasie, nie ma w tym nic takiego tragicznego - daje się po prostu więcej czasu. Zresztą - umówmy się - wymagania na stopień dopuszczający ("2"), są takie, jakby ich wcale nie było.

Chyba, że państwo kreujące podobne warunki rozwoju edukacji zależy, by mieć nominalnie wykształconych obywateli, którzy i owszem mają papierki, a tak naprawdę są łatwosterowalnymi debilami. I tym chyba dotknąłem niechcący sedna problemu, a za kilkanaście lat świeże dziś galerianki obudzą się, będąc podstarzałymi i absolutnie nieświeżymi kurwami.






 ibsen82, wtorek, 23 marca 2010; Bartosz Sowisło

Wydrukuję se Pamelę A.

Przyszłość nas dopada proszę Szanownych Państwa.

Nie tak dawno wygrzebałem gdzieś artykuł o drukarkach 3D. Niezorientowanym wyjaśniam: wersja A (dla miłośników kreskówek sprzed kilkudziesięciu lat) - zaczarowany ołówek. Wersja B (dla bardziej dociekliwych) urządzenie będące połączeniem wtryskarki CNC i domowej drukarki. Póki co są dość drogie, chociaż w miarę prosty model (na którym można sobie wydrukować na przykład guziki albo dzbanuszki) można nabyć już od 750 USD.

Jak dla mnie zarazem rewelacja i rewolucja. Tym bardziej, że chłopaki (a może i dziewczyny) z Massachusetts Institute of Technology zbudowali drukarkę, która potrafi wydrukować się sama. To znaczy, drukuje elementy, które później należy tylko złożyć do kupy. Co więcej, pomijając doniczki i ogrodowe krasnale istnieją już urządenia, drukujące gotowe wyroby spożywcze i cukiernicze. Pod warunkiem, że się wie, jak taką drukarkę zaprogramować, ma się materiał, z którego drukować i gniazdko z prądem, żeby ustrojstwo doń podpiąć.

Oczywiście, na dzień dzisiejszy, to tylko gadżeciarstwo. Bajer, jakim licealista może próbować zaszpanować, gdy w jego głowie powstanie niecny zamiar zdeflorowania koleżanki z klasy. Jako, że zarówno wiek licealny, jak i inicjację seksualną mam już za sobą, pozwolę sobie rzucić okiem nieco dalej w przyszłość.

Ekonomia zaczyna się zmieniać. Na paradygmacie ludzkiej samolubności i chciwości (stanowiącym absolutną podstawę teorii wolnorynkowych), już pojawiają się coraz to głębsze rysy. Szczególnie jeśli idzie o dzielenie się wiedzą, bądź, szeroko rozpowszechnionymi w dobie rewolucji informatycznej tak zwanymi dobrami niematerialnymi. Otóż: na coraz większej ilości komputerów instaluje się bezpłatnego Linux'a (stworzony przez ludzi, a nie korporacje), do przeglądania internetu korzysta się z bezpłatnej Mozilli, a żeby napisać tekst taki jak ten, wcale nie trzeba zasilać i tak już obrzydliwie przepełnionych kont bankowych Microsoftu, bo WRITER Open Office'a poradzi sobie z tym zadaniem równie dobrze. Kody, umożliwiające zaprogramowanie drukarki 3D tak, żeby wypluła z siebie dajmy na to wibrator, zapewne już gdzieś po internecie krążą, a jeśli nie, to jest to tylko kwestia czasu.

Można powiedzieć, że stąd jeszcze daleka droga do prawdziwej freekonomii, bo przecież komputer trzeba na przykład jakoś zasilać. To nie jest wielki kłopot. Turbiny wiatrowe, albo ogniwa fotowoltaiczne są już w powszechnej sprzedaży. A jeśli moja wiara w wyżej opisane urządzenia nie jest na wyrost, to pewnie będzie je można wkrótce sobie wydrukować.

Do pełni szczęścia brak jeszcze tylko syntezatorów cząsteczek. Tak żeby porozbijały atomy na kawałki pobrały co im tam z nich potrzeba i swojsko mrucząc w garażu wyprodukowały wiaderko albo dwa niezbędnego nam akurat składnika.

Piękny to byłby świat, ale chyba nieprędko prawdziwy.

Wiecie czemu?

Kilka milionów Chińczyków straci pracę. Kilka tysięcy firm produkujących tandetne zabawki, płyty CD, obudowy do iPOD - ów, spławiki wędkarskie, piłki golfowe, czy dmuchane lale do dmuchania - padnie. A jak ludzie pójdą na bruk i firmy padną, to nagle okaże się, że Państwo w budżecie ma większą dziurę niż Saggitarius D w środku galaktyki. I musi ją łatać. Któregoś ranka obudzicie się, a po dachu, gdzie macie Wasze ogniwa słoneczne, będzie łaził smutny pracownik Urzędu Kontroli Skarbowej. Na grzeczne pytanie co u cholery tam wyprawia, odpowie żeby się nie wpieprzać, a potem objaśni iż oblicza podstawę do nałożenia podatku od pobieranej energii słonecznej. Na kablu od netu zamontuje Wam licznik, który ustali podstawę naliczania podatku od transferu danych.

Państwo musi mieć pieniądze, bo musi spełniać swoje zadania. I nie jest już wtedy ważne, czy potrafi im podołać (ochrona zdrowia, system emerytalny), albo czy w ogóle są one komukolwiek poza samym Państwem potrzebne (aparat urzędniczy). Nam maluczkim nie pozostaje nic innego, jak tylko ufnie spoglądać w przyszłość.


 ibsen82, czwartek, 11 lutego 2010; Bartosz Sowisło

O wykształceniu bezużytecznym

Gdzieś na szafie w mojej sypialni, w zielonym segregatorze, leży mój dyplom ukończenia studiów (stacjonarnych). Ładny jest, oprawny w jakąś imitację jasnej skóry, w środku jedno z bardziej udanych zdjęć jakie mi kiedykolwiek fotograf zrobił i dwie oceny bardzo dobre. Dyplom jest również satanistyczny, bo zdobyty po obronie która odbyła się 06.06.06 (szóstego czerwca 2006). I pomijając wszelkie jego walory estetyczne (a także to, że kryje się za nim pięć lat przesiadywania w palarni w budynku wydziału i niezliczone partie gry w karty) - całkowicie bezużyteczny. No chyba, że chciałbym go użyć do wypoziomowania stołu na nierównej podłodze, a i to tylko pod tym warunkiem, że szpara pod stołową nogą odpowiadałaby mu grubością.

Na dyplomie napisane jest, że taki to a taki, urodzony tego i tego, dnia wyżej już wymienionego złożył egzamin magisterski i ma prawo używać tytułu magistra nauk politycznych o specjalności samorządowej. I na tym w zasadzie mógłbym zakończyć cały wywód. Jeśli bowiem czytają go absolwenci kierunków technicznych, to mają na takich jak ja ukute określenie: "magister gier i zabaw" i z grubsza się pewnie domyślają do czego będę dalej pił. Zresztą, co bardziej autoironiczni studenci wydziału, na którym studiowałem również. Ostatecznie nie ja wymyśliłem rozwinięcie skrótowca WNS (Wydział Nauk Społecznych) jako Wydział Nauk Sporadycznych.

Po co tak sobie walę w mordę, ewentualnie samo się biczuję skoro do Wielkiego Postu jeszcze daleko?

Przeczytałem dziś, że Ministerstwo Nauki, postanowiło się przestać zajmować pierdołami, a wziąć się za stworzenie strategii. Strategia Rozwoju Szkolnictwa Wyższego do 2020 roku, żeby ironiczniej było, nie powstaje w żadnym z ośrodków uniwersyteckich, a w prywatnej firmie konsultingowej Ernst & Young i w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. Pomijając, że ma kosztować dwie duże bańki, to sam fakt zlecenia utworzenia takiego dokumentu firmie która nieźle na tym zarobi, dużo mówi o kondycji polskiego szkolnictwa wyższego i przy okazji powinna dać do myślenia wszystkim zwolennikom teorii J. M. Keynesa. Co ciekawe, wszystko to ma miejsce w kraju, gdzie politologia, socjologia, a przede wszystkim pedagogika to najbardziej oblegane kierunki. Na których zresztą promotorzy umierają z nudów czytając po raz setny prace magisterskie pod tytułem: "Pozycja radnego w świetle ustawy...", albo "Zrównoważony rozwój dzieci w wieku przedszkolnym, jako..." Myślę, że i studenci i promotorzy bardzo by się ucieszyli mogąc przewałkować temat szkolnictwa wyższego, zrobić na tym kilka magisterek czy doktoratów. Być może nawet coś by się udało z tego wykrzesać. A ministerstwo te parę złotych mogłoby przeznaczyć na zakup myszek do laboratorium, albo bimbru na juwenalia.

Niestety, żeby taką analizę mogli wykonać studenci, musieliby mieć choćby tę odrobinę uczciwości, którą wykazałem się na początku dzisiejszego wpisu, czyli przyznać, że ich wykształcenie jest równie pożądane jak biegunka na balu maturalnym. A uczelnie firmując takie badania, popełniłyby radosne finansowe harakiri.

Co dały mi studia? No mniej więcej tyle, że potrafię ze zrozumieniem przeczytać gazetę, wiem co znaczą słowa: relewantny, metafizyka, socjaldemokracja, ekonomia i semantyka (choć tego ostatniego nie jestem pewien), wiem czym się z grubsza różni PiS od PO i z jakich opcji wywodzą się ich czołowi politycy. Wiem nawet ile trwa kadencja prezydenta w Polsce, ile we Włoszech i dlaczego system polityczny Finlandii zwie się semiprezydenckim. Zaiste wiedza w życiu codziennym niezbędna. Wszystko to podane było w tak interesujący sposób (z małymi wyjątkami), że podczas wykładów wysypiałem się jak nigdy wcześniej ani później w życiu. Studia przestały mnie interesować po drugich zajęciach, gdy okazało się, że żeby dostać plusa za aktywność wystarczy przeczytać na głos akapit z książki.

Po co w takim razie studiowałem? W 2001 roku, kiedy na miękkich kolanach trafiłem na Bankową 13 w Katowicach, bezrobocie wynosiło jakieś 20 procent, a poza tym jako posiadacz kategorii zdrowia "A" byłem poborowym - do wojska mi się nie spieszyło. Oczywiście, że nie dorosłem do studiowania, podobnie zresztą jak 95% moich kolegów na kierunkach humanistycznych.

Być humanistą, moim zdaniem, to trochę jak z panienką lekkich obyczajów - to nie jest zawód a charakter, sposób bycia. Zawodu na szczeblu wyższym można się owszem uczyć, ale nie na studiach humanistycznych i to będzie zarówno konkluzja, jak i punkt wyjścia owej strategii za dwa miliony. Ktoś kto chce budować mosty trafia na politechnikę i tam go tego nauczą, tu przęsło tam legar, norma taka i taka.

Humanistyki się tak uczyć nie da, bo do niej trzeba po prostu dojrzeć. 19 letni łebek, który nie wie co ze sobą w życiu robić raczej nie wyrośnie na wybitnego politologa. Zawód politolog? Coś takiego po prostu nie istnieje. Owszem pewnie jest jakieś zapotrzebowanie na analityków i naukowców, ale ilu ich może potrzebować Polska rocznie? Dwustu? Po jaką cholerę więc u mnie na roku było 150 studentów dziennych i tyle samo zaocznych (proszę przemnożyć przez na przykład dziesięć roczników i piętnaście uczelni). Skoro predyspozycje prawdziwie humanistyczne, ludzi którzy naprawdę te studia czuli i się nimi interesowali było raptem kilkunastu, a z nich może jeden wymyśli coś co będzie w przyszłości pożyteczne, czy wniesie coś do ogólnie pojmowanej ludzkiej wiedzy (a to i tak optymistyczny szacunek). Cała reszta, patrząc z perspektywy tych kilku lat, robi rzeczy absolutnie niepowiązane z tym co sobie kładła do łbów przez cały okres trwania studiów. Teraz siedzi gdzieś mocno sfrustrowana patrząc jak kolega z podstawówki, który kończył wieczorowy kurs spawania, zarabia dwa razy tyle co dyrektor szkoły. Do tego wszystkiego pracują u szefa który mawia: "że spędził zajebisty wieczór z narzyczoną".

Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa z pedagogiką, którą ponoć studiuje największa proporcjonalnie liczba studentów. W kraju, gdzie przyrost naturalny jest niemal zerowy (pół promila jeśli się nie mylę). Ciekawe skąd nabiorą tych dzieci do wychowywania.

Rynek jest bezwzględny i ceni to na co jest popyt. Z tego zdały sobie sprawy uczelnie, działając jak bardzo sprawne przedsiębiorstwa. Przykład: Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, który przez lata całe przyjmował po 1000 studentów prawa i 1000 studentów administracji na pierwszy rok studiów zaocznych. Każdy z nich płacił 1000 złotych wpisowego i 1000 złotych za pierwszy semstr studiów. Rachunek jest prosty: co roku w lipcu na konto Wydziału wpływało około 4 mln złotych. Połowę studentów wywalało się, zgodnie ze wszystkimi regułami gry akademickiej po pierwszym semstrze, połowę pozostałych po drugim. Czysty zysk - wszystko zgodnie z prawem. Nic dziwnego, że Wydział przeniósł swoją siedzibę z walącej się rudery na rogu Bankowej i Warszawskiej w Katowicach do nowiutkiego futurystycznego budynku kilkaset metrów dalej.

Pora na wnioski (przy okazji proszę Ministra Nauki o gratyfikację, w końcu pewnie to samo wymyślą specjaliści z Ernst & Young - niekoniecznie dwa miliony - 20 tys. PLN starczy): liczbę studentów dziennych kierunków społeczno - humanistycznych zredukować do jednej dziesiątej. Wyłaniać ich egzaminami spośród tych, którzy naprawdę dobrze rokują, albo mają już jakieś naukowe osiągnięcia, dać im porządne stypendia i zapewnić super warunki do pracy. Studentów zaocznych (studiów humanistycznych) natomiast potraktować jako hobbystów, którzy uczą się dla własnej frajdy, zwiększyć ich liczbę i łupić bezwzględnie z forsy - bo i tak nic z tego nie mają a zwykle trafiają do pracy na stanowiska niewymagające wykształcenia uniwersyteckiego. Kasa przyda się też na finansowanie badań naukowych i stypendia dla studentów dziennych. Inżynierów się nie czepiam. Ostatecznie różnica między mgr a mgr inż. jest następująca: o ile mgr oznacza "możesz gówno robić", to mgr inż. znaczy dokładnie to samo tyle, że z dodatkiem "i nieźle żyć".


 ibsen82, piątek, 08 stycznia 2010; Bartosz Sowisło