Czasem nie warto się silić na wyważanie otwartych drzwi i oddać głos komuś, komu w zgrabniejszy sposób udało się dotknąć istoty rzeczy. Tak też i dziś postąpię umieszczając dość obszerny fragment tekstu p. Marka Łangalisa opublikowanego w tygodniku "Najwyższy Czas!" (nr 20 z 14.05.2011). Nie doszukałem się całości w internecie toteż nie mogę posłużyć się ulubioną metodą pracy twórczej większości magistrantów w Polsce, a nazywającą się obrazowo "control c, control v" i przyjdzie zabawić się w maszynistkę.
Oddaję głos p. Łangalisowi:
"(...) Warto w tym momencie przypomnieć 10 obietnic Donalda Tuska złożonych tuż przed wyborami w 2007, z których to obietnic - jak sam autor chciał - mieliśmy go rozliczyć:
1. Przyspieszymy i wykorzystamy wzrost gospodarczy - w 2007 roku wzrost PKB wyniósł 6,7%, rząd PO w żadnym roku nawet nie zbliżył się do tej wartości, a na 2012 rok zaplanował 4%.
2. Radykalnie podniesiemy płace dla budżetówki, zwiększymy emerytury i renty - "Dzisiaj problemem Polski numer jeden jest zapewnić środki na utrzymanie tym, którzy skazani są na państwowe pensje, a nie pracę w prywatnych firmach" - Donald Tusk (15.10.2007 rok PAP). I trzeba przyznać, że akurat tę obietnicę udało się Tuskowi spełnić. O ile w 2007 na państwowym zarabiało się średnio o ok. 20% więcej niż w sektorze prywatnym (3046 wobec 2564 złote miesięcznie), o tyle obecnie różnica ta wzrosła do 23% (3696 zł na państwowym wobec 3007 złotych w sektorze prywatnym). Różnica jest jeszcze większa jeżeli uwzględnić tylko administrację publiczną. W 2007 zarabiała ona ok. 30% więcej niż niż zarabiało się średnio w sektorze prywatnym. Obecnie ten "problem numer jeden dla Polski" został rozwiązany i w administracji publicznej zarabia się już o 35% więcej niż w sektorze prywatnym. Zatem ten najważniejszy dla Polski problem akurat Tuskowi udało się rozwiązać.
3. Wybudujemy nowoczesną sieć autostrad, dróg ekspresowych, mostów i obwodnic - planowano wybudować w trakcie całej kadencji 1529 km autostrad oraz m.in. dziewięć lotnisk. Na ten moment od 16 listopada 2007 oddano 201,7 km autostrad (...)
4. Zagwarantujemy bezpłatny dostęp do opieki medycznej i zlikwidujemy NFZ - miały być konkurujące ze sobą (nawet prywatne) fundusze, a został jeden państwowy NFZ i brak jakichkolwiek widoków na jego likwidację.
5. Uprościmy podatki - będzie podatek liniowy z ulgą prorodzinną, zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych - nie ma żadnego podatku liniowego, a jeśli będzie to na pewno w wyższej stawce niż progresywne; o likwidacji ponad 200 opłat urzędowych też nikt nie słyszał.
6. Przyspieszymy budowę stadionów na Euro 2012 - przyspieszenia raczej nie było, ale uczciwie trzeba stwierdzić, że specjalnych opóźnień również. Tylko po co budować stadiony, gdy potem (jak ten w Poznaniu) zamyka się przed publicznością. (...)
7. Szybko wypełnimy naszą misję w Iraku - obietnica spełniona.
8. Sprawimy, że Polacy z emigracji będą chcieli wracać do kraju i inwestować - na razie nie tylko nie wracją, ale nowi się pakują, by wyjechać do Niemiec.
9. Podniesiemy poziom edukacji i upowszechnimy internet - ten ostatni upowszechnił się sam, i to tak bardzo, że co rusz PO próbuje go cenzurować. Jeżeli chodzi o edukację - kierunek odwrotny od zamierzonego. Upowszechnia się edukację poprzez obniżenie wymagań.
10. Podejmiemy rzeczywistą walkę z korupcją - z tej walki najbardziej zostanie zapamiętany korupcyjny karp, powrót Krauzego do kraju oraz rekordowe wyniki PO w więzieniach(...)"
Skróty i wytłuszczenia moje - zamiast autorskich.
Mam nadzieję, że ironia autora w punkcie drugim była wystarczająco czytelna.
Używając terminologii bokserskiej: techniczny knock - out premiera Tuska.
Pozostawiam pod rozwagę wszystkim, którzy planują głosować jesienią.
ibsen82, niedziela, 15 maja 2011; Bartosz Sowisło
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politologia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Demokratyczny miraż
Wybory idą, Platformie poparcie to spada, to rośnie więc przez media przewijają się po raz kolejny informacje mające PiS i Kaczora demonizować albo ośmieszać. Abstrahując od faktu, że żadne dodatkowe ośmieszanie ani Partii ani jej Przywódcy nie są potrzebne, gdyż owe podmioty same robią to z podziwu godną sprawnością, warto spojrzeć nieco szerzej i zastanowić się, na ile w istocie straszenie autokratycznymi zakusami Prezesa i opisywanie go w kategoriach "największego zagrożenia dla polskiej demokracji" ma się do rzeczywistości. Pozwolę sobie bowiem postawić nieco ryzykowną, zawartą już w tytule tezę, że demokracja, w tej postaci w jakiej ją dziś znamy jest niczym innym jak tylko... ułudą, mirażem, fatamorganą i najzwyklejszą w świecie manipulacją.
Latający Holender - ktoś go podobno widział, ktoś o nim słyszał, legendę znają wszyscy, ale bez szczegółów. I dokładnie tak samo jest z demokracją w Polsce. Legendę znają wszyscy, wielu o niej mówi, ale jak to dokładnie działa - nie wiadomo, co więcej jeśliby o nią spytać dowolnego człowieka na ulicy to powie pewnie coś w stylu, że jest bardzo ważna, bo każdy powinien mieć wpływ na to w jakim kierunku zmierza Państwo. Diabeł jednakże tkwi w szczegółach, a konkretnie w tym, że demokracja polska nie jest po prostu demokracją w sensie ateńskim, tylko demokracją pośrednią. Wytłuszczam, bo dla dalszego wywodu to bardzo istotne. Pośredniość demokracji polega na tym, że naród sprawuje władzę za pośrednictwem swoich wybranych przedstawicieli. No i git: wybieramy 460 posłów i setkę senatorów. Sejm powołuje Rząd. Szkopuł w tym, że ordynacja wyborcza i sposób przeliczania głosów na mandaty skonstruowano tak, że głos oddaje się w zasadzie na komitet wyborczy, a nie poszczególnego osobnika, co do którego chcielibyśmy, żeby nas reprezentował. Ponadto, umieszczone w ordynacji wyborczej progi (5 i 8%) uniemożliwiają umieszczenie w sejmie choćby świetnego polityka, który zdobyłby w swoim odwodzie maksymalną ilość głosów, ale jego lista partyjna nie przekroczyła w skali kraju progu wyborczego.
W wyborach do Sejmu startuje Jan Kowalski. Jest burmistrzem rodzinnego miasta, wiele dobrego dlań uczynił, ma pełne poparcie mieszkańców. Rozwój jego rodzinnej miejscowości hamują jednak bzdurne, ogólnokrajowe prawa, stanowione przez parlament - postanawia więc spróbować wpłynąć na proces legislacyjny i wziąć udział w wyborach do Sejmu, aby tam, na szerszym forum zwrócić uwagę na krajowe paradoksy. Jan Kowalski ma jednak pewną, niemiłą w świecie wielkiej polityki przypadłość: uważa, że żadna z partii występujących na scenie politycznej nie jest godna, by zaszczycił ją swoim członkostwem. Jest politykiem lokalnym, więc nie ma takiej siły oddziaływania by stworzyć ogólnokrajowe zaplecze. Tworzy więc swój własny komitet i umieszcza siebie i kolegów na liście. Gdy dochodzi do wyborów zdobywa w okręgu ponad pięćdziesiąt procent ważnie oddanych głosów. Mandatu poselskiego jednak nie otrzyma, gdyż zgodnie z ordynacją wyborczą jego komitet wyborczy nie ma szans na przekroczenie 5 proc. (ogólnokrajowego) progu wyborczego. Miejsca w Sejmie zamiast niego zajmą zatem przedstawiciele wielkich partii, którzy w sumie, razem, zdobyli w okręgu Kowalskiego mniej głosów niż tylko on sam!
Interesujący scenariusz, prawda? System, który oparty jest na tak opisanych zasadach trudno nazwać demokracją. Wola ludzi, popierających hipotetycznego Kowalskiego i jego poglądy została w przedbiegach już zignorowana. Żyjemy więc nie tyle w demokracji pośredniej co w oligarchii partyjnej.
Dyscyplina. No dobrze, może ktoś powiedzieć, co z tego że nie mamy prawdziwej demokracji, a partie. Przecież partie składają się z ludzi ci ludzie też zostali w końcu przez kogoś wybrani i dzięki temu ścierające się w partii poglądy pozwolą na wykrystalizowanie stanowiska, które zostanie później przegłosowane w Sejmie.
Jest to niestety tylko częściowo prawda. Polskie partie, po różnych spektakularnych rozłamach lat 90 i początku obecnego stulecia boją się pokazywać na zewnątrz inaczej niż jako monolit. Praktycznie we wszystkich sejmowych głosowaniach obowiązuje dyscyplina partyjna tj. głosowanie wg. partyjnego klucza. Jakie są konsekwencje złamania jej? Nie wiem, ale sądzę, że gdyby poszło o poważne przegrane głosowanie, mogłoby się skończyć na wyrzuceniu z partii. Około 80% projektów ustaw - to projekty rządowe. Na czele Rządu i Partii mającej większość w Sejmie stoi zazwyczaj jedna i ta sama osoba.
Ergo: system w którym funkcjonujemy demokracją jest tylko z nazwy. Jeśli posłowie są maszynkami do głosowania, a projekty obowiązujących praw pochodzą od bardzo wąskiego grona osób, czy wręcz jednej osoby, to z czym mamy do czynienia?
"Nie zgadzam się by ktoś za mnie decydował. Wszyscy ludzie są równi". Tak powiedziała mi kiedyś jedna z moich koleżanek, gdy usiłowałem jej wyłozyć powyższe zależności i stwierdziłem, że dawanie każdej osobie po jednym takim samym głosie jest rażącą niesprawiedliwością.
Powszechna równość jest największą bujdą ideologiczną jaką tylko mógł wymyślić człowiek. Jakoś nijak nie czuję się równy ze stojącym pod sklepem spożywczym całymi dniami menelem. Podobnie Bill Gates, gdybym miał okazję powiedzieć mu, że jesteśmy sobie równi może z uprzejmości nie roześmiałby się, tylko wsiadł do swojego buisness jeta pozwalając mi kontemplować idee egalitaryzmu za kierownicą mojego siedemnastoletniego auta.
Nie tylko o pieniądze tu zresztą chodzi. Będę musiał pracować do 65 roku życia, zanim dostanę (lub nie) emeryturę. Kobiety pracują do 60, policjanci, jeśli wcześnie zaczną swoją karierę mają szansę na emeryturę około 35.
Jeden jest w stanie stworzyć coś ciekawego, nową teorię, odkryć jakąś fizyczną zależność, napisać książkę, wybudować dom, robić piękne fotografie, znać pięć języków obcych, drugi nauczy się po podstawówce układać cegły jedną na drugiej, siedzieć przed telewizorem i pić piwo, aby bez cienia jakiejkolwiek refleksji na temat otaczającego go świata przejść na drugą stronę.
Gdzie tu równość? Jednych szanujemy za to co robią, za to jaką mają wiedzę, a innych nie. Jedni robią coś wartościowego dla społeczeństwa inni jedynie na tym pasożytują, albo wręcz niszczą czyjś dorobek.
Skoro więc, jako gatunek, jesteśmy najbardziej hierarchiczną z form życia na ziemi, czemu mamy mieć jednakowy wpływ na rozwój wypadków? Czemu ktoś, kto nie ma żadnej świadomości świata w którym funkcjonuje, jak również nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić konsekwencji podejmowanych przez siebie wyborów, ma mieć takie samo prawo głosu jak osoba, która poświęciła czas i wysiłek, żeby wszystkie powyższe zgłębić?
A to właśnie jest demokracja, w postaci w jakiej ją mamy dziś w Polsce. Partie, które chcą utrzymać się przy władzy (albo ją zdobyć), będą starały się wyciągać owych bezmyślnych przeżuwaczy z domu, tworząc programy rodem z filmów science fiction, zamiast dbać o ich merytoryczną poprawność. Jak pieniądz nie śmierdzi - tak i głos nie śmierdzi.
Jeśli już musimy żyć w świecie, gdzie decyzje w głosowaniach podejmuje masa to niech już ten głos będzie właśnie taki jak ta masa - różnorodny. Dajmy tym, którzy mają większą świadomość funkcjonowania otaczającego ich świata, więcej głosów. Proporcjonalnie do tego jaki mają na rzeczywistość wpływ.
I nie ma się co obruszać, że ktoś podejmie za nas decyzje. Większości ludzi dobrze z tym, że ktoś za nich decyduje. Nawet w tych ograniczonej demokracji warunkach.
47,8% - tyle wyniosła średnia frekwencja w wyborach i referendach w Polsce między 1989 a 2010 rokiem.
52,2% ludzi uprawnionych do głosowania, chce żeby za nich podejmować decyzje. Likwidujemy demokrację. To i tak tylko miraż.
ibsen82, sobota, 30 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło
Latający Holender - ktoś go podobno widział, ktoś o nim słyszał, legendę znają wszyscy, ale bez szczegółów. I dokładnie tak samo jest z demokracją w Polsce. Legendę znają wszyscy, wielu o niej mówi, ale jak to dokładnie działa - nie wiadomo, co więcej jeśliby o nią spytać dowolnego człowieka na ulicy to powie pewnie coś w stylu, że jest bardzo ważna, bo każdy powinien mieć wpływ na to w jakim kierunku zmierza Państwo. Diabeł jednakże tkwi w szczegółach, a konkretnie w tym, że demokracja polska nie jest po prostu demokracją w sensie ateńskim, tylko demokracją pośrednią. Wytłuszczam, bo dla dalszego wywodu to bardzo istotne. Pośredniość demokracji polega na tym, że naród sprawuje władzę za pośrednictwem swoich wybranych przedstawicieli. No i git: wybieramy 460 posłów i setkę senatorów. Sejm powołuje Rząd. Szkopuł w tym, że ordynacja wyborcza i sposób przeliczania głosów na mandaty skonstruowano tak, że głos oddaje się w zasadzie na komitet wyborczy, a nie poszczególnego osobnika, co do którego chcielibyśmy, żeby nas reprezentował. Ponadto, umieszczone w ordynacji wyborczej progi (5 i 8%) uniemożliwiają umieszczenie w sejmie choćby świetnego polityka, który zdobyłby w swoim odwodzie maksymalną ilość głosów, ale jego lista partyjna nie przekroczyła w skali kraju progu wyborczego.
W wyborach do Sejmu startuje Jan Kowalski. Jest burmistrzem rodzinnego miasta, wiele dobrego dlań uczynił, ma pełne poparcie mieszkańców. Rozwój jego rodzinnej miejscowości hamują jednak bzdurne, ogólnokrajowe prawa, stanowione przez parlament - postanawia więc spróbować wpłynąć na proces legislacyjny i wziąć udział w wyborach do Sejmu, aby tam, na szerszym forum zwrócić uwagę na krajowe paradoksy. Jan Kowalski ma jednak pewną, niemiłą w świecie wielkiej polityki przypadłość: uważa, że żadna z partii występujących na scenie politycznej nie jest godna, by zaszczycił ją swoim członkostwem. Jest politykiem lokalnym, więc nie ma takiej siły oddziaływania by stworzyć ogólnokrajowe zaplecze. Tworzy więc swój własny komitet i umieszcza siebie i kolegów na liście. Gdy dochodzi do wyborów zdobywa w okręgu ponad pięćdziesiąt procent ważnie oddanych głosów. Mandatu poselskiego jednak nie otrzyma, gdyż zgodnie z ordynacją wyborczą jego komitet wyborczy nie ma szans na przekroczenie 5 proc. (ogólnokrajowego) progu wyborczego. Miejsca w Sejmie zamiast niego zajmą zatem przedstawiciele wielkich partii, którzy w sumie, razem, zdobyli w okręgu Kowalskiego mniej głosów niż tylko on sam!
Interesujący scenariusz, prawda? System, który oparty jest na tak opisanych zasadach trudno nazwać demokracją. Wola ludzi, popierających hipotetycznego Kowalskiego i jego poglądy została w przedbiegach już zignorowana. Żyjemy więc nie tyle w demokracji pośredniej co w oligarchii partyjnej.
Dyscyplina. No dobrze, może ktoś powiedzieć, co z tego że nie mamy prawdziwej demokracji, a partie. Przecież partie składają się z ludzi ci ludzie też zostali w końcu przez kogoś wybrani i dzięki temu ścierające się w partii poglądy pozwolą na wykrystalizowanie stanowiska, które zostanie później przegłosowane w Sejmie.
Jest to niestety tylko częściowo prawda. Polskie partie, po różnych spektakularnych rozłamach lat 90 i początku obecnego stulecia boją się pokazywać na zewnątrz inaczej niż jako monolit. Praktycznie we wszystkich sejmowych głosowaniach obowiązuje dyscyplina partyjna tj. głosowanie wg. partyjnego klucza. Jakie są konsekwencje złamania jej? Nie wiem, ale sądzę, że gdyby poszło o poważne przegrane głosowanie, mogłoby się skończyć na wyrzuceniu z partii. Około 80% projektów ustaw - to projekty rządowe. Na czele Rządu i Partii mającej większość w Sejmie stoi zazwyczaj jedna i ta sama osoba.
Ergo: system w którym funkcjonujemy demokracją jest tylko z nazwy. Jeśli posłowie są maszynkami do głosowania, a projekty obowiązujących praw pochodzą od bardzo wąskiego grona osób, czy wręcz jednej osoby, to z czym mamy do czynienia?
"Nie zgadzam się by ktoś za mnie decydował. Wszyscy ludzie są równi". Tak powiedziała mi kiedyś jedna z moich koleżanek, gdy usiłowałem jej wyłozyć powyższe zależności i stwierdziłem, że dawanie każdej osobie po jednym takim samym głosie jest rażącą niesprawiedliwością.
Powszechna równość jest największą bujdą ideologiczną jaką tylko mógł wymyślić człowiek. Jakoś nijak nie czuję się równy ze stojącym pod sklepem spożywczym całymi dniami menelem. Podobnie Bill Gates, gdybym miał okazję powiedzieć mu, że jesteśmy sobie równi może z uprzejmości nie roześmiałby się, tylko wsiadł do swojego buisness jeta pozwalając mi kontemplować idee egalitaryzmu za kierownicą mojego siedemnastoletniego auta.
Nie tylko o pieniądze tu zresztą chodzi. Będę musiał pracować do 65 roku życia, zanim dostanę (lub nie) emeryturę. Kobiety pracują do 60, policjanci, jeśli wcześnie zaczną swoją karierę mają szansę na emeryturę około 35.
Jeden jest w stanie stworzyć coś ciekawego, nową teorię, odkryć jakąś fizyczną zależność, napisać książkę, wybudować dom, robić piękne fotografie, znać pięć języków obcych, drugi nauczy się po podstawówce układać cegły jedną na drugiej, siedzieć przed telewizorem i pić piwo, aby bez cienia jakiejkolwiek refleksji na temat otaczającego go świata przejść na drugą stronę.
Gdzie tu równość? Jednych szanujemy za to co robią, za to jaką mają wiedzę, a innych nie. Jedni robią coś wartościowego dla społeczeństwa inni jedynie na tym pasożytują, albo wręcz niszczą czyjś dorobek.
Skoro więc, jako gatunek, jesteśmy najbardziej hierarchiczną z form życia na ziemi, czemu mamy mieć jednakowy wpływ na rozwój wypadków? Czemu ktoś, kto nie ma żadnej świadomości świata w którym funkcjonuje, jak również nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić konsekwencji podejmowanych przez siebie wyborów, ma mieć takie samo prawo głosu jak osoba, która poświęciła czas i wysiłek, żeby wszystkie powyższe zgłębić?
A to właśnie jest demokracja, w postaci w jakiej ją mamy dziś w Polsce. Partie, które chcą utrzymać się przy władzy (albo ją zdobyć), będą starały się wyciągać owych bezmyślnych przeżuwaczy z domu, tworząc programy rodem z filmów science fiction, zamiast dbać o ich merytoryczną poprawność. Jak pieniądz nie śmierdzi - tak i głos nie śmierdzi.
Jeśli już musimy żyć w świecie, gdzie decyzje w głosowaniach podejmuje masa to niech już ten głos będzie właśnie taki jak ta masa - różnorodny. Dajmy tym, którzy mają większą świadomość funkcjonowania otaczającego ich świata, więcej głosów. Proporcjonalnie do tego jaki mają na rzeczywistość wpływ.
I nie ma się co obruszać, że ktoś podejmie za nas decyzje. Większości ludzi dobrze z tym, że ktoś za nich decyduje. Nawet w tych ograniczonej demokracji warunkach.
47,8% - tyle wyniosła średnia frekwencja w wyborach i referendach w Polsce między 1989 a 2010 rokiem.
52,2% ludzi uprawnionych do głosowania, chce żeby za nich podejmować decyzje. Likwidujemy demokrację. To i tak tylko miraż.
ibsen82, sobota, 30 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło
Ja, (nie) robot (?)
Na początku była maszyna tkacka z ruchomym czółenkiem. Ustalając na maszynie odpowiednie wartości uzyskiwało się pożądany splot. Był to początek informatyki. Poźniej, na przestrzeni dwustu lat od jej powstania, nauka o przenoszeniu informacji i programowaniu określonych urządzeń rozwinęła się do tego stopnia, że trzymam teraz na kolanach komputer o takiej mocy obliczeniowej, że gdyby w jego posiadaniu znalazł się dajmy na to Hitler w 1943 roku, to historia potoczyłaby się zapewne na manowce, o których dziś wypowiadają się tylko autorzy gatunku political fiction.
Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy maszyną tkacką a dwurdzeniowym procesorem, mózgiem mojego laptopa, na początku dwudziestego wieku, ktoś wymyślił, że naukę o programowaniu można zastosować do zbiorowisk ludzkich wykonujących wspólnie określone zadanie. Fryderyk Taylor, bo to o nim mowa, dał podwaliny pod naukę zwaną obecnie zarządzaniem - najpopularniejszym zresztą przez lata dziewięćdziesiąte kierunkiem studiów w Polsce. Taylor, opracował na przykład optymalny dla robotnika kształt i rozmiar łopaty, którym tenże ładował dajmy na to węgiel. Był bardzo skuteczny - wydajność ładowaczy udało się dzięki temu zwiększyć prawie czterokrotnie. W jego ślady poszedł jeden z pionierów motoryzacji Henry Ford. Obydwaj panowie zasłużyli się teorii zarządzania na tyle, że kierunki przez nich wytyczone nazwano od ich nazwisk: "tayloryzm" i "fordyzm"
Nauka o programowaniu ludzi, nadal się rozwijała. Gdzieś na strychu w moim domu, znalazłem starą książkę pt. "Cybernetyka społeczna". Miałem wtedy jakieś czternaście lat więc siłą rzeczy nic z niej nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko wzory o liczbie pięter porównywalnych z Empire State Building, które opisywały choćby oddziaływanie propagandy na określoną grupę społeczną.
Obecnie jesteśmy programowani w sposób skrajny, a dowodem na to jest kariera słówka "procedura".
Pierwszy raz usłyszałem je gdy oglądałem w telewizji film "Apollo 13" z Tomem Hanksem. Historia nieudanej wyprawy na Księżyc. W jednej ze scen Ed Harris, który gra tam postać głównego dyspozytora w Houston, gdy nastąpiła już awaria statku kosmicznego i trzeba szybko ratować znajdujących się w niebezpieczeństwie lunonautów wykrzykuje do swoich, ogarniętych paniką współpracowników: "Nie chcę ocen, chcę procedur!"
Czym jest procedura? To pewien schemat, czy też wzór postępowania w określonej sytuacji. Mówiąc inaczej, jest to język programowania według którego w określonym momencie człowiek powinien, czy też raczej musi postępować. Mówiąc jeszcze krócej, to skoro nasze ciało, ręce, zdolności manualne, czy też intelektualne są swoistym hardware, procedura jest software - programem do wykonania.
Wolnych od procedur profesji jest coraz mniej. Swoje procedury mają wspomniani już kosmonauci, marynarze, policjanci, prawnicy, lekarze, piloci, pracownicy banków, kolejarze, nauczyciele, inżynierowie, handlowcy, nawet stewardessy i kucharze. Tak, tak - przebywałem kiedyś w kuchni w czterogwiazdkowym hotelu - pierwsze co rzucało się w oczy to olbrzymia kartka z napisem: "Proszę bezwzględnie przestrzegać receptur", a obok wisiała zalaminowana książeczka z dokładnymi przepisami i zdjęciami - jak ma wyglądać podawana potrawa. Stacje benzynowe, restauracje typu fast food, czy sieciowe hotele określonego koncernu wyglądają w identyczny sposób na całym świecie. Te same, w taki sam sposób ułożone ręczniki na wannie, prospekty informacyjne na stoliku w pokoju hotelowym, nawet identycznie ułożone trunki w minibarku.
Procedury są wymyślane przez różnorakiego autoramentu, zależnego od branży grupy ekspertów, którzy siadają i kombinują w jaki sposób najskuteczniej z punktu x przemieścić się do punktu y. Przemieszczanie się, proszę oczywiście rozumieć w sensie przenośnym. Nazwijmy ich grupą programistów.
Jeśli komuś wydaje się, że jest od procedur wolny i niezależny, to tkwi w bardzo głębokim błędzie, graniczącym z ignorancją. Nawet jeśli jest ta osoba malarzem - artystą, wykonującym swój zawód w ciszy i odosobnieniu. Największym bowiem zbiorem procedur, obecnie regulujących życie niemalże każdego człowieka na ziemi jest - prawo. Nie tylko reguluje ono czyny zabronione i pożądane, formułując zakazy i nakazy, ale i sposób postępowania w stosunkach międzyludzkich, międzypaństwowych, czy międzyinstytucjonalnych. Przykład? Każdy dział prawa ma swoje przepisy dotyczące procedowania - Kodeks Karny - Kodeks Postępowania Karnego, Kodeks Cywilny - Kodeks Postępowania Cywilnego, przepisy administracyjne - Kodeks Postępowania Administracyjnego. I spróbuj tu człecze, wolny i niezależny przecież, nie podpisać własnoręcznie dokumentu kierowanego do urzędu w najbłahszej sprawie - dokument jest wtedy wart tyle, co papier na którym został wydrukowany.
Czytelnik może odnieść wrażenie, że cały mój wywód zmierza w kierunku potępienia w czambuł wszelkich procedur. I będzie miał rację - z małym wszakże zastrzeżeniem. Są takie obszary ludzkiej działalności, gdzie bez procedur ani rusz. Pilotowi z całą pewnością łatwiej posługiwać się określoną checklistą, niż za każdym razem wymyślać od nowa jak wykonać podejście do lądowania. Faktem jednak niezbitym jest, że procedury zabijają kreatywność. Przynajmniej pośród tych, którzy zaliczają się do "wykonawców", a nie "programistów".Łatwo się domyślić, że nie jest możliwe a priori przewidzenie wszystkich zdarzeń, które mogą mieć miejsce w przyszłości i opisać je za pomocą nie budzących wątpliwości ani sprzeciwu zdań oznajmujących. Wtedy trzeba zdać się na coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem - najlepiej opartym na doświadczeniu. Z drugiej strony teoria ewolucji mówi, że organy nieużywane zanikają po jakimś czasie. Nie wiem na ile, z punktu widzenia biologii, jest to możliwe w przypadku mózgu. Odnoszę wrażenie jednak, że dalsze systemowe wtłaczanie ludzkości, w sztywne ramy przepisów opisujących możliwie najszerszy wycinek rzeczywistości i ustalonych arbitralnych i optymalnych wzorów postępowania względem fenomenów - nie tyle może, co już nas odmóżdża. Popełenianie błędów - jest nabywaniem doświadczenia. Jeśli ktoś nigdy nie popełnił żadnego błędu, bo zawsze postępował w zgodzie ze schematem to w sytuacji gdy schemat zawiedzie, nie ma się na czym oprzeć. Nie ma odruchów postępowania w sytuacjach ekstremalnych, stresujących, nieprzewidywalnych. Jeśli nie używa na codzień myślenia, to jak ma nagle zacząć myśleć?
Nasza cywilizacja, staje się coraz bardziej stechnicyzowana. Coraz większy nacisk kładzie się na rozwój technologii, nowych metod przekazywania i przechowywania informacji, implementację nowinek technologicznych w każdej dziedzinie życia. Zwiększamy wydajność i zmniejszamy koszty. Nasuwa mi się tu kilka pytań: co z ludźmi, którzy z jakichś powodów nie są programowalni (umysł ludzki, warunkowany doświadczeniami, nawykami czy cechami osobowosciowymi, ma ogromną inercję, jest w pewnym sensie nieruchawy - nie da się z dnia na dzień zrobić z kelnera profesora uniwersyteckiego, a z profesora botaniki, profesora matematyki)? Co z ludźmi, którzy zostaną bez środków do życia, bo ich dotychczasowe zajęcia zostaną wyparte przez technologię? W jaki sposób producenci dóbr utrzymają swoje dochody na tym samym poziomie (chociaż powinni je zwiększać - bo to wolnorynkowa nagroda za trud), skoro ludzie nie znajdą możliwości zarobkowania i zostaną jako konsumenci wykluczeni z rynku?
Boję się trochę, że cywilizacja w której żyjemy, jeszcze za mojego życia będzie musiała sobie odpowiedzieć na przynajmniej część tych pytań. Historia pokazuje, niestety, że rozwiązaniem większości problemów była wojna - w trakcie ginie nadwyżka ludności, po niej trzeba naprawiać zniszczenia i wszystko kręci się od nowa, ze świeżym impetem.
Boję się jeszcze jednej rzeczy. Biorąc pod uwagę prace nad sztuczną inteligencją, zastanawiam się, kiedy mój komputer będzie mądrzejszy ode mnie. Już teraz szybciej i dokładniej liczy i wymusza na mnie pewne zachowania logiką zaprogramowanego systemu. I kiedy to ja stanę się hardware, który on będzie programował, bo będzie znacznie doskonalszym programistą mojego software'u (czyli wszelkich moich działań) niż jestem nim ja. Logika, ze wszech miar pożyteczna i będąca fundamentem ludzkości, kryje w sobie potężne zagrożenie.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację: komputer, nadzorujący moje życie widzi, że palę papierosy. W bazie danych wyszukuje informację, że mogę zachorować z tego powodu na raka płuc. Dowiaduje się również, że agonia moja w wielkich cierpieniach będzie trwała wtedy przypuszczalnie kilka miesięcy. Znajduje również informację, że śmierć od porażenia prądem jest stosunkowo bezbolesna i krótkotrwała. Kierując się logiką, a nawet jakimś maszynowym miłosierdziem postanawia oszczędzić mi cierpień i organizuje przebicie prądu do wanny, w której właśnie się kąpię. Żeby było śmieszniej, mógłby to zrobić, nawet gdyby zainstalować mu I prawo robotyki Asimova - "robot nie może szkodzić istocie ludzkiej".
Ludzie odkryli logikę, ale nie są logiczni, ludzie skonstruowali roboty, ale nimi nie są. Ludzie opracowali sztukę programowania, ale ich programować nie należy. Powinniśmy o tym pamiętać i dbać o to byśmy sami z siebie nie robili robotów, nawet za cenę konsekwencji popełnianych błędów.
Na koniec jeszcze chciałbym polecić jednego bloga - znanej osoby bo Janusza Korwina Mikke - gorąco zachęcam do lektury, chociaż on akurat jest zaprzysięgłym, jak mi się wydaje po lekturze jego tekstów, logikiem.
http://korwin-mikke.pl/blog
No i założyłem jeszcze fotobloga. Chwilowo tylko kilka fotek, ale będzie ich z pewnością przybywało. Zapraszam!
http://ibsen82.flog.pl/
ibsen82, czwartek, 06 maja 2010; Bartosz Sowisło
Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy maszyną tkacką a dwurdzeniowym procesorem, mózgiem mojego laptopa, na początku dwudziestego wieku, ktoś wymyślił, że naukę o programowaniu można zastosować do zbiorowisk ludzkich wykonujących wspólnie określone zadanie. Fryderyk Taylor, bo to o nim mowa, dał podwaliny pod naukę zwaną obecnie zarządzaniem - najpopularniejszym zresztą przez lata dziewięćdziesiąte kierunkiem studiów w Polsce. Taylor, opracował na przykład optymalny dla robotnika kształt i rozmiar łopaty, którym tenże ładował dajmy na to węgiel. Był bardzo skuteczny - wydajność ładowaczy udało się dzięki temu zwiększyć prawie czterokrotnie. W jego ślady poszedł jeden z pionierów motoryzacji Henry Ford. Obydwaj panowie zasłużyli się teorii zarządzania na tyle, że kierunki przez nich wytyczone nazwano od ich nazwisk: "tayloryzm" i "fordyzm"
Nauka o programowaniu ludzi, nadal się rozwijała. Gdzieś na strychu w moim domu, znalazłem starą książkę pt. "Cybernetyka społeczna". Miałem wtedy jakieś czternaście lat więc siłą rzeczy nic z niej nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko wzory o liczbie pięter porównywalnych z Empire State Building, które opisywały choćby oddziaływanie propagandy na określoną grupę społeczną.
Obecnie jesteśmy programowani w sposób skrajny, a dowodem na to jest kariera słówka "procedura".
Pierwszy raz usłyszałem je gdy oglądałem w telewizji film "Apollo 13" z Tomem Hanksem. Historia nieudanej wyprawy na Księżyc. W jednej ze scen Ed Harris, który gra tam postać głównego dyspozytora w Houston, gdy nastąpiła już awaria statku kosmicznego i trzeba szybko ratować znajdujących się w niebezpieczeństwie lunonautów wykrzykuje do swoich, ogarniętych paniką współpracowników: "Nie chcę ocen, chcę procedur!"
Czym jest procedura? To pewien schemat, czy też wzór postępowania w określonej sytuacji. Mówiąc inaczej, jest to język programowania według którego w określonym momencie człowiek powinien, czy też raczej musi postępować. Mówiąc jeszcze krócej, to skoro nasze ciało, ręce, zdolności manualne, czy też intelektualne są swoistym hardware, procedura jest software - programem do wykonania.
Wolnych od procedur profesji jest coraz mniej. Swoje procedury mają wspomniani już kosmonauci, marynarze, policjanci, prawnicy, lekarze, piloci, pracownicy banków, kolejarze, nauczyciele, inżynierowie, handlowcy, nawet stewardessy i kucharze. Tak, tak - przebywałem kiedyś w kuchni w czterogwiazdkowym hotelu - pierwsze co rzucało się w oczy to olbrzymia kartka z napisem: "Proszę bezwzględnie przestrzegać receptur", a obok wisiała zalaminowana książeczka z dokładnymi przepisami i zdjęciami - jak ma wyglądać podawana potrawa. Stacje benzynowe, restauracje typu fast food, czy sieciowe hotele określonego koncernu wyglądają w identyczny sposób na całym świecie. Te same, w taki sam sposób ułożone ręczniki na wannie, prospekty informacyjne na stoliku w pokoju hotelowym, nawet identycznie ułożone trunki w minibarku.
Procedury są wymyślane przez różnorakiego autoramentu, zależnego od branży grupy ekspertów, którzy siadają i kombinują w jaki sposób najskuteczniej z punktu x przemieścić się do punktu y. Przemieszczanie się, proszę oczywiście rozumieć w sensie przenośnym. Nazwijmy ich grupą programistów.
Jeśli komuś wydaje się, że jest od procedur wolny i niezależny, to tkwi w bardzo głębokim błędzie, graniczącym z ignorancją. Nawet jeśli jest ta osoba malarzem - artystą, wykonującym swój zawód w ciszy i odosobnieniu. Największym bowiem zbiorem procedur, obecnie regulujących życie niemalże każdego człowieka na ziemi jest - prawo. Nie tylko reguluje ono czyny zabronione i pożądane, formułując zakazy i nakazy, ale i sposób postępowania w stosunkach międzyludzkich, międzypaństwowych, czy międzyinstytucjonalnych. Przykład? Każdy dział prawa ma swoje przepisy dotyczące procedowania - Kodeks Karny - Kodeks Postępowania Karnego, Kodeks Cywilny - Kodeks Postępowania Cywilnego, przepisy administracyjne - Kodeks Postępowania Administracyjnego. I spróbuj tu człecze, wolny i niezależny przecież, nie podpisać własnoręcznie dokumentu kierowanego do urzędu w najbłahszej sprawie - dokument jest wtedy wart tyle, co papier na którym został wydrukowany.
Czytelnik może odnieść wrażenie, że cały mój wywód zmierza w kierunku potępienia w czambuł wszelkich procedur. I będzie miał rację - z małym wszakże zastrzeżeniem. Są takie obszary ludzkiej działalności, gdzie bez procedur ani rusz. Pilotowi z całą pewnością łatwiej posługiwać się określoną checklistą, niż za każdym razem wymyślać od nowa jak wykonać podejście do lądowania. Faktem jednak niezbitym jest, że procedury zabijają kreatywność. Przynajmniej pośród tych, którzy zaliczają się do "wykonawców", a nie "programistów".Łatwo się domyślić, że nie jest możliwe a priori przewidzenie wszystkich zdarzeń, które mogą mieć miejsce w przyszłości i opisać je za pomocą nie budzących wątpliwości ani sprzeciwu zdań oznajmujących. Wtedy trzeba zdać się na coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem - najlepiej opartym na doświadczeniu. Z drugiej strony teoria ewolucji mówi, że organy nieużywane zanikają po jakimś czasie. Nie wiem na ile, z punktu widzenia biologii, jest to możliwe w przypadku mózgu. Odnoszę wrażenie jednak, że dalsze systemowe wtłaczanie ludzkości, w sztywne ramy przepisów opisujących możliwie najszerszy wycinek rzeczywistości i ustalonych arbitralnych i optymalnych wzorów postępowania względem fenomenów - nie tyle może, co już nas odmóżdża. Popełenianie błędów - jest nabywaniem doświadczenia. Jeśli ktoś nigdy nie popełnił żadnego błędu, bo zawsze postępował w zgodzie ze schematem to w sytuacji gdy schemat zawiedzie, nie ma się na czym oprzeć. Nie ma odruchów postępowania w sytuacjach ekstremalnych, stresujących, nieprzewidywalnych. Jeśli nie używa na codzień myślenia, to jak ma nagle zacząć myśleć?
Nasza cywilizacja, staje się coraz bardziej stechnicyzowana. Coraz większy nacisk kładzie się na rozwój technologii, nowych metod przekazywania i przechowywania informacji, implementację nowinek technologicznych w każdej dziedzinie życia. Zwiększamy wydajność i zmniejszamy koszty. Nasuwa mi się tu kilka pytań: co z ludźmi, którzy z jakichś powodów nie są programowalni (umysł ludzki, warunkowany doświadczeniami, nawykami czy cechami osobowosciowymi, ma ogromną inercję, jest w pewnym sensie nieruchawy - nie da się z dnia na dzień zrobić z kelnera profesora uniwersyteckiego, a z profesora botaniki, profesora matematyki)? Co z ludźmi, którzy zostaną bez środków do życia, bo ich dotychczasowe zajęcia zostaną wyparte przez technologię? W jaki sposób producenci dóbr utrzymają swoje dochody na tym samym poziomie (chociaż powinni je zwiększać - bo to wolnorynkowa nagroda za trud), skoro ludzie nie znajdą możliwości zarobkowania i zostaną jako konsumenci wykluczeni z rynku?
Boję się trochę, że cywilizacja w której żyjemy, jeszcze za mojego życia będzie musiała sobie odpowiedzieć na przynajmniej część tych pytań. Historia pokazuje, niestety, że rozwiązaniem większości problemów była wojna - w trakcie ginie nadwyżka ludności, po niej trzeba naprawiać zniszczenia i wszystko kręci się od nowa, ze świeżym impetem.
Boję się jeszcze jednej rzeczy. Biorąc pod uwagę prace nad sztuczną inteligencją, zastanawiam się, kiedy mój komputer będzie mądrzejszy ode mnie. Już teraz szybciej i dokładniej liczy i wymusza na mnie pewne zachowania logiką zaprogramowanego systemu. I kiedy to ja stanę się hardware, który on będzie programował, bo będzie znacznie doskonalszym programistą mojego software'u (czyli wszelkich moich działań) niż jestem nim ja. Logika, ze wszech miar pożyteczna i będąca fundamentem ludzkości, kryje w sobie potężne zagrożenie.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację: komputer, nadzorujący moje życie widzi, że palę papierosy. W bazie danych wyszukuje informację, że mogę zachorować z tego powodu na raka płuc. Dowiaduje się również, że agonia moja w wielkich cierpieniach będzie trwała wtedy przypuszczalnie kilka miesięcy. Znajduje również informację, że śmierć od porażenia prądem jest stosunkowo bezbolesna i krótkotrwała. Kierując się logiką, a nawet jakimś maszynowym miłosierdziem postanawia oszczędzić mi cierpień i organizuje przebicie prądu do wanny, w której właśnie się kąpię. Żeby było śmieszniej, mógłby to zrobić, nawet gdyby zainstalować mu I prawo robotyki Asimova - "robot nie może szkodzić istocie ludzkiej".
Ludzie odkryli logikę, ale nie są logiczni, ludzie skonstruowali roboty, ale nimi nie są. Ludzie opracowali sztukę programowania, ale ich programować nie należy. Powinniśmy o tym pamiętać i dbać o to byśmy sami z siebie nie robili robotów, nawet za cenę konsekwencji popełnianych błędów.
Na koniec jeszcze chciałbym polecić jednego bloga - znanej osoby bo Janusza Korwina Mikke - gorąco zachęcam do lektury, chociaż on akurat jest zaprzysięgłym, jak mi się wydaje po lekturze jego tekstów, logikiem.
http://korwin-mikke.pl/blog
No i założyłem jeszcze fotobloga. Chwilowo tylko kilka fotek, ale będzie ich z pewnością przybywało. Zapraszam!
http://ibsen82.flog.pl/
ibsen82, czwartek, 06 maja 2010; Bartosz Sowisło
O wykształceniu bezużytecznym
Gdzieś na szafie w mojej sypialni, w zielonym segregatorze, leży mój dyplom ukończenia studiów (stacjonarnych). Ładny jest, oprawny w jakąś imitację jasnej skóry, w środku jedno z bardziej udanych zdjęć jakie mi kiedykolwiek fotograf zrobił i dwie oceny bardzo dobre. Dyplom jest również satanistyczny, bo zdobyty po obronie która odbyła się 06.06.06 (szóstego czerwca 2006). I pomijając wszelkie jego walory estetyczne (a także to, że kryje się za nim pięć lat przesiadywania w palarni w budynku wydziału i niezliczone partie gry w karty) - całkowicie bezużyteczny. No chyba, że chciałbym go użyć do wypoziomowania stołu na nierównej podłodze, a i to tylko pod tym warunkiem, że szpara pod stołową nogą odpowiadałaby mu grubością.
Na dyplomie napisane jest, że taki to a taki, urodzony tego i tego, dnia wyżej już wymienionego złożył egzamin magisterski i ma prawo używać tytułu magistra nauk politycznych o specjalności samorządowej. I na tym w zasadzie mógłbym zakończyć cały wywód. Jeśli bowiem czytają go absolwenci kierunków technicznych, to mają na takich jak ja ukute określenie: "magister gier i zabaw" i z grubsza się pewnie domyślają do czego będę dalej pił. Zresztą, co bardziej autoironiczni studenci wydziału, na którym studiowałem również. Ostatecznie nie ja wymyśliłem rozwinięcie skrótowca WNS (Wydział Nauk Społecznych) jako Wydział Nauk Sporadycznych.
Po co tak sobie walę w mordę, ewentualnie samo się biczuję skoro do Wielkiego Postu jeszcze daleko?
Przeczytałem dziś, że Ministerstwo Nauki, postanowiło się przestać zajmować pierdołami, a wziąć się za stworzenie strategii. Strategia Rozwoju Szkolnictwa Wyższego do 2020 roku, żeby ironiczniej było, nie powstaje w żadnym z ośrodków uniwersyteckich, a w prywatnej firmie konsultingowej Ernst & Young i w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. Pomijając, że ma kosztować dwie duże bańki, to sam fakt zlecenia utworzenia takiego dokumentu firmie która nieźle na tym zarobi, dużo mówi o kondycji polskiego szkolnictwa wyższego i przy okazji powinna dać do myślenia wszystkim zwolennikom teorii J. M. Keynesa. Co ciekawe, wszystko to ma miejsce w kraju, gdzie politologia, socjologia, a przede wszystkim pedagogika to najbardziej oblegane kierunki. Na których zresztą promotorzy umierają z nudów czytając po raz setny prace magisterskie pod tytułem: "Pozycja radnego w świetle ustawy...", albo "Zrównoważony rozwój dzieci w wieku przedszkolnym, jako..." Myślę, że i studenci i promotorzy bardzo by się ucieszyli mogąc przewałkować temat szkolnictwa wyższego, zrobić na tym kilka magisterek czy doktoratów. Być może nawet coś by się udało z tego wykrzesać. A ministerstwo te parę złotych mogłoby przeznaczyć na zakup myszek do laboratorium, albo bimbru na juwenalia.
Niestety, żeby taką analizę mogli wykonać studenci, musieliby mieć choćby tę odrobinę uczciwości, którą wykazałem się na początku dzisiejszego wpisu, czyli przyznać, że ich wykształcenie jest równie pożądane jak biegunka na balu maturalnym. A uczelnie firmując takie badania, popełniłyby radosne finansowe harakiri.
Co dały mi studia? No mniej więcej tyle, że potrafię ze zrozumieniem przeczytać gazetę, wiem co znaczą słowa: relewantny, metafizyka, socjaldemokracja, ekonomia i semantyka (choć tego ostatniego nie jestem pewien), wiem czym się z grubsza różni PiS od PO i z jakich opcji wywodzą się ich czołowi politycy. Wiem nawet ile trwa kadencja prezydenta w Polsce, ile we Włoszech i dlaczego system polityczny Finlandii zwie się semiprezydenckim. Zaiste wiedza w życiu codziennym niezbędna. Wszystko to podane było w tak interesujący sposób (z małymi wyjątkami), że podczas wykładów wysypiałem się jak nigdy wcześniej ani później w życiu. Studia przestały mnie interesować po drugich zajęciach, gdy okazało się, że żeby dostać plusa za aktywność wystarczy przeczytać na głos akapit z książki.
Po co w takim razie studiowałem? W 2001 roku, kiedy na miękkich kolanach trafiłem na Bankową 13 w Katowicach, bezrobocie wynosiło jakieś 20 procent, a poza tym jako posiadacz kategorii zdrowia "A" byłem poborowym - do wojska mi się nie spieszyło. Oczywiście, że nie dorosłem do studiowania, podobnie zresztą jak 95% moich kolegów na kierunkach humanistycznych.
Być humanistą, moim zdaniem, to trochę jak z panienką lekkich obyczajów - to nie jest zawód a charakter, sposób bycia. Zawodu na szczeblu wyższym można się owszem uczyć, ale nie na studiach humanistycznych i to będzie zarówno konkluzja, jak i punkt wyjścia owej strategii za dwa miliony. Ktoś kto chce budować mosty trafia na politechnikę i tam go tego nauczą, tu przęsło tam legar, norma taka i taka.
Humanistyki się tak uczyć nie da, bo do niej trzeba po prostu dojrzeć. 19 letni łebek, który nie wie co ze sobą w życiu robić raczej nie wyrośnie na wybitnego politologa. Zawód politolog? Coś takiego po prostu nie istnieje. Owszem pewnie jest jakieś zapotrzebowanie na analityków i naukowców, ale ilu ich może potrzebować Polska rocznie? Dwustu? Po jaką cholerę więc u mnie na roku było 150 studentów dziennych i tyle samo zaocznych (proszę przemnożyć przez na przykład dziesięć roczników i piętnaście uczelni). Skoro predyspozycje prawdziwie humanistyczne, ludzi którzy naprawdę te studia czuli i się nimi interesowali było raptem kilkunastu, a z nich może jeden wymyśli coś co będzie w przyszłości pożyteczne, czy wniesie coś do ogólnie pojmowanej ludzkiej wiedzy (a to i tak optymistyczny szacunek). Cała reszta, patrząc z perspektywy tych kilku lat, robi rzeczy absolutnie niepowiązane z tym co sobie kładła do łbów przez cały okres trwania studiów. Teraz siedzi gdzieś mocno sfrustrowana patrząc jak kolega z podstawówki, który kończył wieczorowy kurs spawania, zarabia dwa razy tyle co dyrektor szkoły. Do tego wszystkiego pracują u szefa który mawia: "że spędził zajebisty wieczór z narzyczoną".
Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa z pedagogiką, którą ponoć studiuje największa proporcjonalnie liczba studentów. W kraju, gdzie przyrost naturalny jest niemal zerowy (pół promila jeśli się nie mylę). Ciekawe skąd nabiorą tych dzieci do wychowywania.
Rynek jest bezwzględny i ceni to na co jest popyt. Z tego zdały sobie sprawy uczelnie, działając jak bardzo sprawne przedsiębiorstwa. Przykład: Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, który przez lata całe przyjmował po 1000 studentów prawa i 1000 studentów administracji na pierwszy rok studiów zaocznych. Każdy z nich płacił 1000 złotych wpisowego i 1000 złotych za pierwszy semstr studiów. Rachunek jest prosty: co roku w lipcu na konto Wydziału wpływało około 4 mln złotych. Połowę studentów wywalało się, zgodnie ze wszystkimi regułami gry akademickiej po pierwszym semstrze, połowę pozostałych po drugim. Czysty zysk - wszystko zgodnie z prawem. Nic dziwnego, że Wydział przeniósł swoją siedzibę z walącej się rudery na rogu Bankowej i Warszawskiej w Katowicach do nowiutkiego futurystycznego budynku kilkaset metrów dalej.
Pora na wnioski (przy okazji proszę Ministra Nauki o gratyfikację, w końcu pewnie to samo wymyślą specjaliści z Ernst & Young - niekoniecznie dwa miliony - 20 tys. PLN starczy): liczbę studentów dziennych kierunków społeczno - humanistycznych zredukować do jednej dziesiątej. Wyłaniać ich egzaminami spośród tych, którzy naprawdę dobrze rokują, albo mają już jakieś naukowe osiągnięcia, dać im porządne stypendia i zapewnić super warunki do pracy. Studentów zaocznych (studiów humanistycznych) natomiast potraktować jako hobbystów, którzy uczą się dla własnej frajdy, zwiększyć ich liczbę i łupić bezwzględnie z forsy - bo i tak nic z tego nie mają a zwykle trafiają do pracy na stanowiska niewymagające wykształcenia uniwersyteckiego. Kasa przyda się też na finansowanie badań naukowych i stypendia dla studentów dziennych. Inżynierów się nie czepiam. Ostatecznie różnica między mgr a mgr inż. jest następująca: o ile mgr oznacza "możesz gówno robić", to mgr inż. znaczy dokładnie to samo tyle, że z dodatkiem "i nieźle żyć".
ibsen82, piątek, 08 stycznia 2010; Bartosz Sowisło
Na dyplomie napisane jest, że taki to a taki, urodzony tego i tego, dnia wyżej już wymienionego złożył egzamin magisterski i ma prawo używać tytułu magistra nauk politycznych o specjalności samorządowej. I na tym w zasadzie mógłbym zakończyć cały wywód. Jeśli bowiem czytają go absolwenci kierunków technicznych, to mają na takich jak ja ukute określenie: "magister gier i zabaw" i z grubsza się pewnie domyślają do czego będę dalej pił. Zresztą, co bardziej autoironiczni studenci wydziału, na którym studiowałem również. Ostatecznie nie ja wymyśliłem rozwinięcie skrótowca WNS (Wydział Nauk Społecznych) jako Wydział Nauk Sporadycznych.
Po co tak sobie walę w mordę, ewentualnie samo się biczuję skoro do Wielkiego Postu jeszcze daleko?
Przeczytałem dziś, że Ministerstwo Nauki, postanowiło się przestać zajmować pierdołami, a wziąć się za stworzenie strategii. Strategia Rozwoju Szkolnictwa Wyższego do 2020 roku, żeby ironiczniej było, nie powstaje w żadnym z ośrodków uniwersyteckich, a w prywatnej firmie konsultingowej Ernst & Young i w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. Pomijając, że ma kosztować dwie duże bańki, to sam fakt zlecenia utworzenia takiego dokumentu firmie która nieźle na tym zarobi, dużo mówi o kondycji polskiego szkolnictwa wyższego i przy okazji powinna dać do myślenia wszystkim zwolennikom teorii J. M. Keynesa. Co ciekawe, wszystko to ma miejsce w kraju, gdzie politologia, socjologia, a przede wszystkim pedagogika to najbardziej oblegane kierunki. Na których zresztą promotorzy umierają z nudów czytając po raz setny prace magisterskie pod tytułem: "Pozycja radnego w świetle ustawy...", albo "Zrównoważony rozwój dzieci w wieku przedszkolnym, jako..." Myślę, że i studenci i promotorzy bardzo by się ucieszyli mogąc przewałkować temat szkolnictwa wyższego, zrobić na tym kilka magisterek czy doktoratów. Być może nawet coś by się udało z tego wykrzesać. A ministerstwo te parę złotych mogłoby przeznaczyć na zakup myszek do laboratorium, albo bimbru na juwenalia.
Niestety, żeby taką analizę mogli wykonać studenci, musieliby mieć choćby tę odrobinę uczciwości, którą wykazałem się na początku dzisiejszego wpisu, czyli przyznać, że ich wykształcenie jest równie pożądane jak biegunka na balu maturalnym. A uczelnie firmując takie badania, popełniłyby radosne finansowe harakiri.
Co dały mi studia? No mniej więcej tyle, że potrafię ze zrozumieniem przeczytać gazetę, wiem co znaczą słowa: relewantny, metafizyka, socjaldemokracja, ekonomia i semantyka (choć tego ostatniego nie jestem pewien), wiem czym się z grubsza różni PiS od PO i z jakich opcji wywodzą się ich czołowi politycy. Wiem nawet ile trwa kadencja prezydenta w Polsce, ile we Włoszech i dlaczego system polityczny Finlandii zwie się semiprezydenckim. Zaiste wiedza w życiu codziennym niezbędna. Wszystko to podane było w tak interesujący sposób (z małymi wyjątkami), że podczas wykładów wysypiałem się jak nigdy wcześniej ani później w życiu. Studia przestały mnie interesować po drugich zajęciach, gdy okazało się, że żeby dostać plusa za aktywność wystarczy przeczytać na głos akapit z książki.
Po co w takim razie studiowałem? W 2001 roku, kiedy na miękkich kolanach trafiłem na Bankową 13 w Katowicach, bezrobocie wynosiło jakieś 20 procent, a poza tym jako posiadacz kategorii zdrowia "A" byłem poborowym - do wojska mi się nie spieszyło. Oczywiście, że nie dorosłem do studiowania, podobnie zresztą jak 95% moich kolegów na kierunkach humanistycznych.
Być humanistą, moim zdaniem, to trochę jak z panienką lekkich obyczajów - to nie jest zawód a charakter, sposób bycia. Zawodu na szczeblu wyższym można się owszem uczyć, ale nie na studiach humanistycznych i to będzie zarówno konkluzja, jak i punkt wyjścia owej strategii za dwa miliony. Ktoś kto chce budować mosty trafia na politechnikę i tam go tego nauczą, tu przęsło tam legar, norma taka i taka.
Humanistyki się tak uczyć nie da, bo do niej trzeba po prostu dojrzeć. 19 letni łebek, który nie wie co ze sobą w życiu robić raczej nie wyrośnie na wybitnego politologa. Zawód politolog? Coś takiego po prostu nie istnieje. Owszem pewnie jest jakieś zapotrzebowanie na analityków i naukowców, ale ilu ich może potrzebować Polska rocznie? Dwustu? Po jaką cholerę więc u mnie na roku było 150 studentów dziennych i tyle samo zaocznych (proszę przemnożyć przez na przykład dziesięć roczników i piętnaście uczelni). Skoro predyspozycje prawdziwie humanistyczne, ludzi którzy naprawdę te studia czuli i się nimi interesowali było raptem kilkunastu, a z nich może jeden wymyśli coś co będzie w przyszłości pożyteczne, czy wniesie coś do ogólnie pojmowanej ludzkiej wiedzy (a to i tak optymistyczny szacunek). Cała reszta, patrząc z perspektywy tych kilku lat, robi rzeczy absolutnie niepowiązane z tym co sobie kładła do łbów przez cały okres trwania studiów. Teraz siedzi gdzieś mocno sfrustrowana patrząc jak kolega z podstawówki, który kończył wieczorowy kurs spawania, zarabia dwa razy tyle co dyrektor szkoły. Do tego wszystkiego pracują u szefa który mawia: "że spędził zajebisty wieczór z narzyczoną".
Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa z pedagogiką, którą ponoć studiuje największa proporcjonalnie liczba studentów. W kraju, gdzie przyrost naturalny jest niemal zerowy (pół promila jeśli się nie mylę). Ciekawe skąd nabiorą tych dzieci do wychowywania.
Rynek jest bezwzględny i ceni to na co jest popyt. Z tego zdały sobie sprawy uczelnie, działając jak bardzo sprawne przedsiębiorstwa. Przykład: Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego, który przez lata całe przyjmował po 1000 studentów prawa i 1000 studentów administracji na pierwszy rok studiów zaocznych. Każdy z nich płacił 1000 złotych wpisowego i 1000 złotych za pierwszy semstr studiów. Rachunek jest prosty: co roku w lipcu na konto Wydziału wpływało około 4 mln złotych. Połowę studentów wywalało się, zgodnie ze wszystkimi regułami gry akademickiej po pierwszym semstrze, połowę pozostałych po drugim. Czysty zysk - wszystko zgodnie z prawem. Nic dziwnego, że Wydział przeniósł swoją siedzibę z walącej się rudery na rogu Bankowej i Warszawskiej w Katowicach do nowiutkiego futurystycznego budynku kilkaset metrów dalej.
Pora na wnioski (przy okazji proszę Ministra Nauki o gratyfikację, w końcu pewnie to samo wymyślą specjaliści z Ernst & Young - niekoniecznie dwa miliony - 20 tys. PLN starczy): liczbę studentów dziennych kierunków społeczno - humanistycznych zredukować do jednej dziesiątej. Wyłaniać ich egzaminami spośród tych, którzy naprawdę dobrze rokują, albo mają już jakieś naukowe osiągnięcia, dać im porządne stypendia i zapewnić super warunki do pracy. Studentów zaocznych (studiów humanistycznych) natomiast potraktować jako hobbystów, którzy uczą się dla własnej frajdy, zwiększyć ich liczbę i łupić bezwzględnie z forsy - bo i tak nic z tego nie mają a zwykle trafiają do pracy na stanowiska niewymagające wykształcenia uniwersyteckiego. Kasa przyda się też na finansowanie badań naukowych i stypendia dla studentów dziennych. Inżynierów się nie czepiam. Ostatecznie różnica między mgr a mgr inż. jest następująca: o ile mgr oznacza "możesz gówno robić", to mgr inż. znaczy dokładnie to samo tyle, że z dodatkiem "i nieźle żyć".
ibsen82, piątek, 08 stycznia 2010; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)