Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2011

Cyrk Palikota

Partia dziwów i cudów wszelakich (szczególnie wyborczych), w której reprezentacji parlamentarnej brak chyba tylko baby z brodą, Cygana połykacza noży i kozła, będąca przy okazji jedyną jawnie wodzowską na polskiej scenie politycznej, zdała sobie chyba sprawę, że umieszczenie nazwiska lidera w nazwie wygląda źle z czysto wizerunkowego punktu widzenia.

Ruch Palikota, bo o nim rzecz jasna mowa, ogłosił jakiś czas temu, że zmieni nazwę. Nową - chce wyłonić w konkursie. I tu, jak mawiał Wieniawa, "zaczęły się schody". Partia zamówiła kilka ekspertyz i z dwóch z nich (podaje PAP) wynika, że wykreślenie nazwy z rejestru partii, po to by w to miejsce wpisać nową, może oznaczać rozwiązanie jej samej.  Partia zawahała się i ustami rzecznika Andrzeja Rozenka uznała, że musi poczekać nieco dłużej, bo perspektywa utraty jedenastu dużych baniek dofinansowania z budżetu Państwa (czyli kieszeni podatnika) mogłaby być dla niej przykra. Tym samym idealistyczny Ruch Palikota dołącza do grona politycznych kłamczuszków, ujawniając przy okazji, że w naszym prawie o partiach politycznych ukryta jest brzydka, śmierdząca kupa.
28 października Roku Pańskiego 2011 Pan Armand Ryfiński (Ruch Palikota) w wypowiedzi dla Polskiego Radia oznajmił:

Powinniśmy zrezygnować z finansowania Kościoła przy pomocy funduszu kościelnego, zlikwidować finansowanie partii i w zamian dać pół procent więcej na organizacje użytku publicznego, Kościoły i partie, i niech co roku obywatele decydują, na co chcą przeznaczyć te pieniądze.

W czym więc problem Panie Palikot? To chcecie tej kasy czy nie?

Wejście do parlamentu partii Palikota jest dowodem na fakt, że polska demokracja już przeistacza się w ochlokrację - rządy motłochu - i jest kompromitującą porażką systemu szkolnictwa. Z badania OBOP (tu) wynika bowiem, że 2/3 wyborców tej partii to ludzie z wykształceniem wyższym i średnim, 2/3 jest mieszkańcami miast i 2/3 przed 40 rokiem życia.
Jak już kiedyś pisałem "młodzi, wykształceni, wolni z dużych miast" poszli zagłosować na partię typowo populistyczną, z nierealnym, głupim i sprzecznym wewnętrznie programem, z urągającym dobremu smakowi ślubowaniem podczas nocy powyborczej. Partię, która wprowadziła do Sejmu takiego giganta intelektu jak Robert Biedroń, który za każdym razem gdy otworzy w Sejmie buzię - kompromituje jeszcze bardziej całą tą skompromitowaną już instytucję (można poczytać tu ).
Uważam, że coś w obecnej demokracji należy zmienić. Wizja Tofflera, mówiąca o dyktaturze mniejszości już się spełnia. Sądzę, że albo trzeba wprowadzić przymus głosowania (jak we Włoszech), albo losowo wybierać proporcjonalną do absencji wyborczej liczbę reprezentantów (żeby Sejm reprezentował 100 procent społeczeństwa - a nie jak w obecnym przypadku, rządzi partia na którą zagłosowało de facto 18 proc. uprawnionych do głosowania - szczegółowe wyliczenie tutaj).
Najlepiej jednak byłoby pójść w zgoła innym kierunku i wprowadzić cenzus wyborczy: trudny test z wiedzy obejmujący ekonomię, politykę, podstawy prawa, wnioskowanie logiczne itp. - ułożony przez Sąd Najwyższy albo Trybunał Konstytucyjny lub powołaną do tego celu apolityczną instytucję, złożoną z pozbawionych prawa do głosu profesorów uniwersyteckich, z których każdy pod groźbą odpowiedzialności karnej byłby zobowiązany zachować anonimowość (żeby zminimalizować ryzyko korupcji) - każdy kto chciałby mieć wpływ na rzeczywistość musiałby zaliczyć go przed wyborami. Idę o zakład, że wyniki takich wyborów byłyby zupełnie inne niż obecne, a 90% wyborców Ruchu Palikota nie byłoby w stanie go zdać. Z korzyścią zresztą dla Polski, której "plastikowa demokracja - ochlokracja" ładnych twarzy i celebrytów w polityce - najzwyczajniej w świecie szkodzi. 
Jako, że Partia Palikota ogłosiła konkurs na nazwę - mam swoją propozycję - umieściłem w tytule wpisu.

niedziela, 11 grudnia 2011

Powtórka z rozrywki

Piszę na gorąco.

Słucham w PR 1 wieczoru wyborczego, do Polskiej telewizji dostępu niestety nie mam. Ogłoszono właśnie wyniki sondażowe:

Wg. TNS OBOP:

PO 39,6 %, PiS 30,1, Palikot 10,1%, PSL 8,2%, SLD 7,7%

Wg. Homo Homini

PO 34,9 %, PiS 29,6%, SLD 12,8%, PSL 9,9%, Palikot 8,6%.

Po pierwsze: Kaczyński zapowiedział, że czeka na Budapeszt (czyli załamanie ekonomiczne kraju, które da mu władzę), że jest pewien, iż za cztery lata będzie rządził. Nieczęsto się z nim zgadzam, ale w tym przypadku akurat ma rację - jest to wariant wielce prawdopodobny. 19% społeczeństwa - bo tyle zadecydowało o zwycięstwie Platformy (48% uprawnionych do głosowania razy 39% oddanych na PO głosów),uznało, że droga dalszego zadłużania kraju, wzrostu zatrudnienia urzędnikówi inflacji prawa, rozrostu biurokracji i bezsensownych pseudo inwestycji - jest drogą słuszną. Kontynuacja takiej polityki może rzeczywiście doprowadzić do tego o czym Kaczor marzy, a czego Salon się obawia.

Po drugie: Wybory pokazały też, że młodzi, liberalni obyczajowo "z lewa i prawa" - jak określił jeden z komentatorów Polskiego Radia wyborców Palikota potrzebują tak naprawdę politycznego zamordyzmu i prowadzenia za rączkę przez przywódcę. Jak ceniący sobie wolności, młodzi ludzie mogą głosować na typowo wodzowską organizację, która nawet nie zdobyła się na wymyślenie innej nazwy niż dodanie rzeczownika do nazwiska przywódcy? Jak ci sami samodzielnie, podobno, myślący ludzie mogą podnieść prawice i publicznie złożyć quasi ślubowanie swojemu wodzowi będące w istocie pijarowską szopką?

Po trzecie: poczekajmy na oficjalne wyniki wyborów. Sondażownie po raz kolejny dowiodły, że ich praca to wróżenie z fusów. Niedoszacowanie, bądź przeszacowanie o 50% wyniku SLD - zakrawa na kompromitację. Najsprawiedliwszy byłby chyba zakaz publikowania sondaży w roku wyborczym: być może zmusiłby wreszcie ludzi do zastanowienia się nad tym na co tak naprawdę głosują, a nie ślepe patrzenie na słupki poparcia.

Po czwarte: Korwin zapowiedział, że złoży do Sądu Najwyższego skargę na wynik wyborów, co może doprowadzić, jeśli sprawy wyglądają jak je przedstawia, do unieważnienia wyników, choć scenariusz ten można chyba odłożyć w sferę fantazji.

Po piąte: Polacy w dalszym ciągu nie chcą demokracji. Są to kolejne wybory z frekwencją poniżej 50%. Jeśliby potraktować je jak referendum - są nieważne. Ponad połowa ludzi nie chce w tym cyrku brać udziału. Jak to rozwiązać? Może obsadzić wybranymi w wyborach ludźmi tyle procent ile wyniosła frekwencja, a resztę wylosować spośród posiadających bierne prawo wyborcze?

Po szóste: Napieralskiemu pewnie głowę koledzy partyjni zetną (okaże się w nocy, jak ogłoszą oficjalne wyniki). Kaczyńskiemu ściąć powinni - jest czynnikiem, który odstrasza od w miarę sensownej partii gigantyczną część elektoratu.

Polacy po raz kolejny kupili dziś serwowaną im od kilku lat papkę w postaci polityki miłości PO tym razem okraszone PR -owymi sztuczkami Janusza Palikota. Jest to, w połączeniu z niską frekwencją, dowód na to, że społeczeństwo w znacznej mierze składa się z ludzi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem, liczyć i myśleć samodzielnie.

Cieszę się, że od tygodnia mieszkam w Rumunii, i że nieprędko stąd wrócę.

Zapraszam przy okazji na nowego otwartego przeze mnie dziś w niemałym mozole bloga:

http://polonezwrumunii.blogspot.com

Zapraszam Bartosz Sowisło




ibsen82, niedziela, 09 października 2011

Mydliny część druga

Kolega ze studiów, Maciej Stachura, od pewnego czasu udziela się na portalu Nowa Politologia, pisząc interesującego bloga o tematyce, ogólnie mówiąc: marketingowo - politycznej. Pozwoliłem sobie skomentować jeden z jego wpisów (o rozpoznawalności nazwiska, jako marki; szansach na nominację w prawyborach w USA itp.) następującymi słowy:

"Zgadzam się i nie zgadzam z tym co piszesz. W 100% zgoda, jeśli idzie o opis zastanej rzeczywistości. Natomiast bardzo głęboki sprzeciw budzi we mnie sama rzeczywistość. Traktowanie polityka jak proszku do prania, albo oliwki dla niemowląt i wciskanie rzeczonego produktu potencjalnym "klientom" - "wyborcom" ma tyle wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim (którym wszyscy wycierają sobie gęby) co rakieta kosmiczna z aparaturą do pędzenia bimbru. Jakoś dziwnym trafem merytoryczność wypowiedzi, spójność i jasność poglądów, które w wysoko rozwiniętym społeczeństwie (wydawałoby się) powinny być kryterium decydującym o oddaniu głosu zastępowane są przez "rozpoznawalność marki/nazwiska". Chyba najwyższy czas zacząć pisać o nowym ustroju: kretynokracji lub oligarchii marketingowo - sondażowej. Tak w USA jak i u nas."

Maciej, skorom mu taką rękawicę rzucił, postanowił odpowiedzieć i uczynił to następującym wpisem:

http://www.nowapolitologia.pl/maciej-stachura/blog/marketing-polityczny-nie-jest-be

Z braku czasu, dopiero dziś mogę się doń ustosunkować.

I zasadniczo mogę odpowiedzieć jednym zdaniem: Macieju, wchodząc w szczegóły, dowodząc sprawności i wspaniałości marketingu politycznego zapominasz o tym do czego z definicji marketing służy. Wbrew temu co się wydaje nie jest to cudowne narzędzie do zbawiania świata i promowania nowych talentów (choć i to się czasem przytrafia), a po prostu technika sprzedaży czegoś. Czyli w większości przypadków umiejętnego wciskania kitu.

Zauważ, że już w pierwszym punkcie swojej wypowiedzi sam oberwałeś obuchem własnej broni nazywając Rostowskiego "utytułowanym ekonomistą". Otóż p. minister Rostowski ma formalne wykształcenie... magistra. Tytuł profesora otrzymał wyłącznie od swojej macierzystej uczelni, nie ma nawet oficjalnego doktoratu. Nie powiem, połechtałeś tym samym mile moją próżność, bo mógłbym się od tej pory przedstawiać jako utytułowany politolog - czego jednak robić nie będę i nikomu jako taki przedstawiać się nie pozwolę, bo byłoby to boleśnie nieuczciwe. Świadomie czy nie, przypisałeś Rostowskiemu cechę, której nie posiada - tylko dlatego, że takim Ci się jawi - wskutek medialnej lub po prostu autokreacji.

Czysta merytoryka, jak piszesz, w rzeczy samej - nie istnieje. Tylko po co pomagać ludziom, którzy nic nie mają do powiedzenia - albo co gorsza, nie wiedzą co mówią i czynią - wychodzić na stanowiska, na których mogą szkodzić? Pierwszy z brzegu przykład: Andrew Lepper. Uczesali go ładnie, wsadzili na pół godzinki do solarium, dobrali ładny garniturek i z wiejskiego watażki przepoczwarzył się w gwiazdę disco relax. I kilkanaście procent Samoobrona zgarnęła. Tylko czy coś dobrego z tego dla Polski wynikło? Odpowiesz pewnie, że Tymochowicz, który Jędrusia wypromował to żaden marketingowiec, tylko socjotechnik, manipulant - szarlatan, ale czy nie zrobił tego, co postulujesz? Wypromował niszowego polityka, dał poznać jego poglądy, sprawił, że ludzie zaczęli go słuchać. I oddawać nań głosy. Oczywiście najbardziej skorzystał na tym wszystkim sam Tymochowicz, który zgarnął pewnie jakąś fantastyczną kwotę, co zresztą częściowo każe wątpić w Twój postulat, jako marketingu promującego młode, polityczne talenty, bo skąd niby mają mieć pieniądze na wynajęcie tego lub innego speca?

Zgadzam się zresztą z Tobą, że marketing jest narzędziem. Powiedziałbym nawet więcej: jest bronią, a tej można (w przeciwieństwie do narzędzi) używać, albo nie używać. Rzadko się zdarza "dobre" użycie broni, tak samo jak rzadko zdarza się aby marketing polityczny był używany do sprzedaży dobrego produktu. Dobry produkt, w teorii, powinien nieźle sprzedawać się sam (widziałeś kiedykolwiek reklamę śrubki, gwoździa, albo chleba? Produkty, proste, dobre nie potrzebujące reklamy, a jakoś się całkiem nieźle sprzedają), czemu niestety przeczy codzienna praktyka życia politycznego. Trudno człowiekowi, zastanawiającymu się nad tym co się dzieje w państwie dłużej niż trzydzieści sekund miesięcznie podzielać Twój entuzjazm dla marketingowego prania mózgów i postulatów lepszego poznawania grupy docelowej, aby osiągnąć jeszcze większą w mydleniu oczu skuteczność. Zwłaszcza jeśli spojrzeć na obecny rząd, który swoją dramatyczną nieudolność, zadłużanie państwa i kłamstwa w żywe oczy maskuje działaniami stricte marketingowymi - kupowanymi przez ciemną publikę (która jeszcze jest podatna na takie tricki - o czym niżej) absolutnie bezrefleksyjnie, o czym zdaje się świadczyć niesłabnące poparcie PO.

Nieco odwracania kota tylną częścią ciała: piszesz Macieju, że jeśli używać marketingu w dobrych intencjach, to czemu nie? Zapytam tak jak Ty spytałeś przy okazji Rostowskiego: a skąd marketingowiec ma wiedzieć jakie intencje ma polityk? Co więcej, co marketingowca jakieś intencje obchodzą? Jak już wspomniałem, on ma sprzedać produkt - w tym przypadku polityka, a politycy zwykle mają trzy główne motywacje i cele działania: władzę, władzę i jeszcze raz władzę. Trochę szczerze powiedziawszy dziwi mnie Twoje nieco idealistyczne podejście do polityków - szczególnie jeśli obserwujemy ich niekonsekwencję i niestałość w poglądach zależną od wahnięć sondażowych słupków poparcia. Pamiętasz jeszcze może jak PO startowała pod hasłami podatku liniowego? A teraz ta sama quasi liberalna partia podnosi podatki i wyklucza możliwość poparcia ustawy związkach partnerskich. Halo?!? Widział tam ktoś jeszcze jakiś liberalizm?!?

Zresztą, w ramach dygresji, wydaje mi się, że "typowy" marketing polityczny odnosi porażkę - przynajmniej w Polsce. Wystarczy popatrzeć na frekwencję wyborczą i referendalną po 1989 roku. Przy jakiejś okazji policzyłem, że było to w sumie 48 proc. (średnia). Czyli ponad połowa ludzi jest do tego stopnia niezainteresowana polityką, że nawet marketing nie jest ich w stanie do urn zagonić. Większość ludzi jest przekonana, że politycy po prostu kłamią, a ich głos i tak nie ma wpływu na zmianę sytuacji. Sądzę, że w naszych realiach lepiej działałby jakiś rodzaj "buzz marketingu" opartego na opiniach ludzi, których znamy i którym ufamy. Politycy, w jakie PR owe piórka by się nie stroili budzą już tylko niechęć i obrzydzenie.

Pozostaję zatem przy swoim stanowisku: marketing polityczny to sprzedawanie wydmuszek w cenie pełnych jajek: bezrefleksyjnemu, niezorientowanemu, zagubionemu i do cna zidiociałemu odbiorcy. I dlatego jak w latach 1900 - 1960 wygrywał w USA zawsze wyższy, tak samo od Eisenhowera nigdy nie wygrał łysy. Jeśli zatem owłosienie na głowie ma większe dla elektoratu znaczenie niż to co w tej głowie się mieści - sądzę, że mam prawo twierdzić, iż ze świadomością społeczeństw jest coś bardzo nie tak. A działania marketingowe jedynie zamęt i ogłupienie potęgują.




 ibsen82, piątek, 10 czerwca 2011; Bartosz Sowisło

Demokratyczny miraż

Wybory idą, Platformie poparcie to spada, to rośnie więc przez media przewijają się po raz kolejny informacje mające PiS i Kaczora demonizować albo ośmieszać. Abstrahując od faktu, że żadne dodatkowe ośmieszanie ani Partii ani jej Przywódcy nie są potrzebne, gdyż owe podmioty same robią to z podziwu godną sprawnością, warto spojrzeć nieco szerzej i zastanowić się, na ile w istocie straszenie autokratycznymi zakusami Prezesa i opisywanie go w kategoriach "największego zagrożenia dla polskiej demokracji" ma się do rzeczywistości. Pozwolę sobie bowiem postawić nieco ryzykowną, zawartą już w tytule tezę, że demokracja, w tej postaci w jakiej ją dziś znamy jest niczym innym jak tylko... ułudą, mirażem, fatamorganą i najzwyklejszą w świecie manipulacją.

Latający Holender - ktoś go podobno widział, ktoś o nim słyszał, legendę znają wszyscy, ale bez szczegółów. I dokładnie tak samo jest z demokracją w Polsce. Legendę znają wszyscy, wielu o niej mówi, ale jak to dokładnie działa - nie wiadomo, co więcej jeśliby o nią spytać dowolnego człowieka na ulicy to powie pewnie coś w stylu, że jest bardzo ważna, bo każdy powinien mieć wpływ na to w jakim kierunku zmierza Państwo. Diabeł jednakże tkwi w szczegółach, a konkretnie w tym, że demokracja polska nie jest po prostu demokracją w sensie ateńskim, tylko demokracją pośrednią. Wytłuszczam, bo dla dalszego wywodu to bardzo istotne. Pośredniość demokracji polega na tym, że naród sprawuje władzę za pośrednictwem swoich wybranych przedstawicieli. No i git: wybieramy 460 posłów i setkę senatorów. Sejm powołuje Rząd. Szkopuł w tym, że ordynacja wyborcza i sposób przeliczania głosów na mandaty skonstruowano tak, że głos oddaje się w zasadzie na komitet wyborczy, a nie poszczególnego osobnika, co do którego chcielibyśmy, żeby nas reprezentował. Ponadto, umieszczone w ordynacji wyborczej progi (5 i 8%) uniemożliwiają umieszczenie w sejmie choćby świetnego polityka, który zdobyłby w swoim odwodzie maksymalną ilość głosów, ale jego lista partyjna nie przekroczyła w skali kraju progu wyborczego.

W wyborach do Sejmu startuje Jan Kowalski. Jest burmistrzem rodzinnego miasta, wiele dobrego dlań uczynił, ma pełne poparcie mieszkańców. Rozwój jego rodzinnej miejscowości hamują jednak bzdurne, ogólnokrajowe prawa, stanowione przez parlament - postanawia więc spróbować wpłynąć na proces legislacyjny i wziąć udział w wyborach do Sejmu, aby tam, na szerszym forum zwrócić uwagę na krajowe paradoksy. Jan Kowalski ma jednak pewną, niemiłą w świecie wielkiej polityki przypadłość: uważa, że żadna z partii występujących na scenie politycznej nie jest godna, by zaszczycił ją swoim członkostwem. Jest politykiem lokalnym, więc nie ma takiej siły oddziaływania by stworzyć ogólnokrajowe zaplecze. Tworzy więc swój własny komitet i umieszcza siebie i kolegów na liście. Gdy dochodzi do wyborów zdobywa w okręgu ponad pięćdziesiąt procent ważnie oddanych głosów. Mandatu poselskiego jednak nie otrzyma, gdyż zgodnie z ordynacją wyborczą jego komitet wyborczy nie ma szans na przekroczenie 5 proc. (ogólnokrajowego) progu wyborczego. Miejsca w Sejmie zamiast niego zajmą zatem przedstawiciele wielkich partii, którzy w sumie, razem, zdobyli w okręgu Kowalskiego mniej głosów niż tylko on sam!

Interesujący scenariusz, prawda? System, który oparty jest na tak opisanych zasadach trudno nazwać demokracją. Wola ludzi, popierających hipotetycznego Kowalskiego i jego poglądy została w przedbiegach już zignorowana. Żyjemy więc nie tyle w demokracji pośredniej co w oligarchii partyjnej.

Dyscyplina. No dobrze, może ktoś powiedzieć, co z tego że nie mamy prawdziwej demokracji, a partie. Przecież partie składają się z ludzi ci ludzie też zostali w końcu przez kogoś wybrani i dzięki temu ścierające się w partii poglądy pozwolą na wykrystalizowanie stanowiska, które zostanie później przegłosowane w Sejmie.

Jest to niestety tylko częściowo prawda. Polskie partie, po różnych spektakularnych rozłamach lat 90 i początku obecnego stulecia boją się pokazywać na zewnątrz inaczej niż jako monolit. Praktycznie we wszystkich sejmowych głosowaniach obowiązuje dyscyplina partyjna tj. głosowanie wg. partyjnego klucza. Jakie są konsekwencje złamania jej? Nie wiem, ale sądzę, że gdyby poszło o poważne przegrane głosowanie, mogłoby się skończyć na wyrzuceniu z partii. Około 80% projektów ustaw - to projekty rządowe. Na czele Rządu i Partii mającej większość w Sejmie stoi zazwyczaj jedna i ta sama osoba.

Ergo: system w którym funkcjonujemy demokracją jest tylko z nazwy. Jeśli posłowie są maszynkami do głosowania, a projekty obowiązujących praw pochodzą od bardzo wąskiego grona osób, czy wręcz jednej osoby, to z czym mamy do czynienia?

"Nie zgadzam się by ktoś za mnie decydował. Wszyscy ludzie są równi". Tak powiedziała mi kiedyś jedna z moich koleżanek, gdy usiłowałem jej wyłozyć powyższe zależności i stwierdziłem, że dawanie każdej osobie po jednym takim samym głosie jest rażącą niesprawiedliwością.

Powszechna równość jest największą bujdą ideologiczną jaką tylko mógł wymyślić człowiek. Jakoś nijak nie czuję się równy ze stojącym pod sklepem spożywczym całymi dniami menelem. Podobnie Bill Gates, gdybym miał okazję powiedzieć mu, że jesteśmy sobie równi może z uprzejmości nie roześmiałby się, tylko wsiadł do swojego buisness jeta pozwalając mi kontemplować idee egalitaryzmu za kierownicą mojego siedemnastoletniego auta.

Nie tylko o pieniądze tu zresztą chodzi. Będę musiał pracować do 65 roku życia, zanim dostanę (lub nie) emeryturę. Kobiety pracują do 60, policjanci, jeśli wcześnie zaczną swoją karierę mają szansę na emeryturę około 35.

Jeden jest w stanie stworzyć coś ciekawego, nową teorię, odkryć jakąś fizyczną zależność, napisać książkę, wybudować dom, robić piękne fotografie, znać pięć języków obcych, drugi nauczy się po podstawówce układać cegły jedną na drugiej, siedzieć przed telewizorem i pić piwo, aby bez cienia jakiejkolwiek refleksji na temat otaczającego go świata przejść na drugą stronę.

Gdzie tu równość? Jednych szanujemy za to co robią, za to jaką mają wiedzę, a innych nie. Jedni robią coś wartościowego dla społeczeństwa inni jedynie na tym pasożytują, albo wręcz niszczą czyjś dorobek.

Skoro więc, jako gatunek, jesteśmy najbardziej hierarchiczną z form życia na ziemi, czemu mamy mieć jednakowy wpływ na rozwój wypadków? Czemu ktoś, kto nie ma żadnej świadomości świata w którym funkcjonuje, jak również nie jest sobie w stanie nawet wyobrazić konsekwencji podejmowanych przez siebie wyborów, ma mieć takie samo prawo głosu jak osoba, która poświęciła czas i wysiłek, żeby wszystkie powyższe zgłębić?

A to właśnie jest demokracja, w postaci w jakiej ją mamy dziś w Polsce. Partie, które chcą utrzymać się przy władzy (albo ją zdobyć), będą starały się wyciągać owych bezmyślnych przeżuwaczy z domu, tworząc programy rodem z filmów science fiction, zamiast dbać o ich merytoryczną poprawność. Jak pieniądz nie śmierdzi - tak i głos nie śmierdzi.

Jeśli już musimy żyć w świecie, gdzie decyzje w głosowaniach podejmuje masa to niech już ten głos będzie właśnie taki jak ta masa - różnorodny. Dajmy tym, którzy mają większą świadomość funkcjonowania otaczającego ich świata, więcej głosów. Proporcjonalnie do tego jaki mają na rzeczywistość wpływ.

I nie ma się co obruszać, że ktoś podejmie za nas decyzje. Większości ludzi dobrze z tym, że ktoś za nich decyduje. Nawet w tych ograniczonej demokracji warunkach.

47,8% - tyle wyniosła średnia frekwencja w wyborach i referendach w Polsce między 1989 a 2010 rokiem.

52,2% ludzi uprawnionych do głosowania, chce żeby za nich podejmować decyzje. Likwidujemy demokrację. To i tak tylko miraż.


 ibsen82, sobota, 30 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło