Krótko przed wyjazdem z Polski, jednym okiem, jednym uchem, obserwowałem toczącą się na łamach „GW" dyskusję o liście lektur szkolnych. Nazwisk stron nie pamiętam, ale też nie sądzę by były nadzwyczajnie dla sprawy istotne - w przeciwieństwie do poglądów przez nie głoszonych. Podobnie jak w większości bieżących światopoglądowych polemik w Polsce starły się ze sobą dwa przeciwstawne stanowiska, to które określam zwykle mianem „postępowego" i drugie: „konserwatywne". Jak łatwo się domyślić, postępowcy chcieliby głębokiej rewizji kanonu lektur, co pociągnęłoby za sobą przypuszczalnie wymiecenie pozycji „bogoojczyźnianych" i „martyrologicznych", a wprowadzenie w jego miejsce książek nowych i niosących „nowe" wartości: tolerancję dla odmienności, postmodernistyczną niepewność, multikulturowość i według obrońcy powyższego stanowiska: „zmuszające do myślenia".
Faktem jest, że szkoła powinna ewoluować, bo w ciągu piętnastu lat w trakcie których rozhulała się informatyczna rewolucja – szkolnictwo jakoś zasadniczo się nie zmieniło, ale nie w tym rzecz. Zmiana kanonu lektur jest zmianą jakościową w bardzo ograniczonym zakresie – zamianą rogalika z czekoladą na rogalik z dżemem. Zastanowić się tylko należy czy zmiana nadzienia rzeczywiście wyjdzie młodzieży na dobre.
Jeśliby propozycja się przyjęła należy przypuszczać, że wszystkie dotychczasowe nakłady „Pana Tadeusza", „Ogniem i Mieczem", poezje Baczyńskiego, Norwida, dramaty Wyspiańskiego, proza Reymonta czy Żeromskiego posłużyłyby do podpierania przewracających się bibliotecznych szaf wypełnionych... No właśnie – czym?
Pech chciał, że historia naszego kraju, na przestrzeni minionych trzystu lat to jedno pasmo: zmian granic, wojen, powstań, najazdów, konfederacji, upadków i powstawania od nowa państwowości, spisków, zdrad, uderzeń w pysk na odlew od sąsiadów, przemieszanych z kopniakami w tyłek od tychże, wypinania się sojuszników, rządów sprzedawczyków i może 40 lat jako takiej niepodległości (dwudziestolecie międzywojenne i lata nam współczesne – chociaż obecne umiejscowienie Polski w systemie prawnym UE stawia faktyczną niepodległość pod poważnym znakiem zapytania). Skoro tak dużo się na terenie tego kraju działo – trudno żeby pisarze i poeci roztkliwiali się nad egzystencjalnym bólem istnienia (choć i takich mieliśmy), w chwilach gdy samo istnienie jest zagrożone – pisali o tym co było im najbliższe i najbardziej rzucające się w oczy: o kraju i tym co się z nim wyprawia. Nie zmieni tego żaden nowoczesny, kosmopolityczny intelektualista: większość polskiego piśmiennictwa – jest o Polsce – zgodnie z zasadą, że bliższa koszula ciału. Żeby odpowiedzieć na pytanie, czy warto babrać się w brudach przeszłości, jątrzyć rany i zmuszać dzieciaki do brnięcia po strofach trzynastozgłoskowca odpowiem: warto. Szkoła nie służy do uczenia wyłącznie rzeczy łatwych, lekkich i przyjemnych (bo nie byłoby w niej na przykład matematyki), a nasza historia i jej obraz w literaturze ani łatwe, ani lekkie, ani przyjemne nie były.
Lewicowi intelektualiści zadaliby pytanie: po co? Po co w ogóle odnosić się czasach globalizacji i światowego społeczeństwa do kategorii narodu, po co wspominać, że kiedyś nas najechali Rosjanie innym razem Niemcy, a jeszcze innym Szwedzi? Może właśnie lepiej byłoby o wszystkim zapomnieć, zostawić za sobą i poczekać aż w melting pot roztopią się kultury narodowe i narodzi się kultura globalna? Cóż, chyba jeszcze długo, długo nie. Wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy nacjonalistami – podobnie reagujemy na flagę, dźwięki hymnu, zwykle staramy się mówić dobrze o naszym kraju, gdy przebywamy za granicami. Ponadto, aby doprowadzić do powstania prawdziwego globalnego społeczeństwa, najlepiej jednolicie zarządzanego trzeba by wyeliminować wpierw różnice w poziomie rozwoju (tak gospodarczego, jak i mentalnościowego) poszczególnych społeczeństw, a na to trzeba jeszcze dziesiątków jeśli nie setek lat (choćby cała Afryka, gdzie pojęcie tożsamości narodowej jeszcze się nawet nie narodziło). Trudno powiedzieć czy dojdzie do tego kiedykolwiek – kraje rozwinięte, wbrew użyciu czasownika w formie dokonanej, są w gruncie rzeczy krajami rozwijającymi się i nie czekają na to aż inne kraje ich dogonią. Jakie są skutki integrowania się w sferze ekonomicznej państw o różnym poziomie rozwoju, obserwujemy właśnie na przykładzie greckiej awantury.
Do tego dochodzi czynnik chyba jeszcze ważniejszy: tak długo, jak przedstawiciele poszczególnych grup etnicznych będą się posługiwać różnymi językami, tak długo nie dojdzie do pełnej integracji – chyba, że ktoś zdecyduje się narzucić jeden język dla całego świata, który zostanie potraktowany gremialnie jako „wspólna mowa" i będzie uczona od de facto urodzenia nowej jednostki. Tak długo więc jak te bariery nie zostaną zlikwidowane – pojecie narodu będzie aktualne, a skoro tak – to należy o nie dbać i pielęgnować – a dzieje się to przez choćby czytanie odpowiednich lektur.
Obejrzałem dziś, po raz trzeci i na pewno nie ostatni, film Ryszarda Bugajskiego „Generał Nil". Nie wiem czy polskie szkolnictwo zabrnęło już na tyle daleko, by umieszczać na liście obowiązkowych lektur filmy – jeśli nie, to ten powinien być pierwszy. Nazwać go wzruszającym, to powiedzieć tyle co nic. Jest wstrząsający. Będąc nauczycielem - wciągnąłbym go do programu nauczania przynajmniej trzech przedmiotów: historii, wiedzy o społeczeństwie i psychologii. Dwugodzinny seans pozwala zrozumieć więcej niż dziesięć przeczytanych książek.
Film pokazuje tak samo dobrze mafijną i bandycką istotę systemu komunistycznego w wydaniu stalinowskim, gdzie na sądowej sali znudzona sędzina mająca zadecydować o życiu oskarżonego, uchyla po kolei każde pytanie jego obrońcy, gdzie Sędzia Sądu Najwyższego boi się umieścić votum separatum w decyzji podtrzymującej wyrok śmierci, gdzie wyrok na Nila zapada w istocie podczas alkoholowej libacji między Różańskim, a radzieckim oficerem, gdzie poczucie niesprawiedliwości i bezradności maluje się nawet na twarzy kata odczytującego postanowienie sądu o powieszeniu skazanego na minutę przed egzekucją, gdzie w końcu używa się całej machiny państwowej do zamordowania człowieka, który wykonywał swoją pracę – w służbie ojczyzny.
Systemu, co trzeba dodać, opierającemu się na hasłach kosmopolitycznej współpracy proletariuszy wszystkich krajów, obiecującym stworzenie „nowego" człowieka, „nowych" systemów wartości, odcięcie się od przeszłości, zerwanie z tradycją itp. (brzmi znajomo?), w którym promowało się i dawało władzę niedouczonym miernotom i drobnym cwaniaczkom. Wiedzieć trzeba też, że mafijna struktura totalnego komunizmu powodowała równanie do poziomu intelektualnego najpotężniejszego, znajdującego się u szczytu piramidy – gangstera wywodzącego się najczęściej z podejrzanego motłochu.
Bierut, którego biografię kiedyś czytałem, i o ile sobie dobrze przypominam, skończył siedem klas. Stalin cztery. Wątpię, żeby w tym czasie zdążyli przeczytać jakiekolwiek lektury i obaj są dowodem, na to co dzieje się z najpiękniejszymi nawet ideami interpretowanymi przez niewyrobione – choćby tradycyjną lekturą – umysły.
A o Fieldorfie i innych wymordowanych bez powodu przez bezkarną (nikt, nigdy nie poniósł odpowiedzialności za śmierć generała) czerwoną swołocz nie wolno nam zapomnieć, tak samo jak nie wolno zapomnieć nam, że ludzie którzy się tego dopuścili, byli takimi samymi jak my Polakami, którym się przytrafiło zapomnieć co znaczy naród.
Bartosz Sowisło
Korzystając z okazji, chciałbym przeprosić za dość długą przerwę w pisaniu i publikowaniu tekstów. Wiele się w moim życiu zawodowym obecnie zmienia - mam bardzo mało czasu.
ibsen82, sobota, 19 listopada 2011
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Historyczne zapasy w wadze półśredniej
Zawsze myślałem, że użeranie się o historię jest polskim sportem narodowym. Sportem, który jak boks dzieli się na kilkanaście kategorii wagowych: od piórkowej gdzie spiera się o zdania oceniające w podręcznikach historii dla przedszkolaków; przez półśrednią - nazewnictwo ulic; aż po ciężką i superciężką: stawianie - obalanie pomników i przyjmowanie przez Sejm i Senat Uchwał upamiętniających różne wydarzenia. Oponentami są zwykle politycy i na ogół dość łatwo przewidzieć kto będzie bronił jakiego rozwiązania i jakie będą stron argumenty - podobnie jak wiemy, mniej więcej, jaką taktykę rozegrania meczu przyjęłaby Barcelona, a jaką Szczakowianka Jaworzno.
Jak się jednak okazuje polityczno - historyczne zapasy nie są naszym curlingiem, polo, czy petanque. "Le Figaro" z 22 czerwca tego roku, na pierwszej stronie (przez niedopatrzenie pewnie nie znalazło się to w rubryce "Sport"), walnął tytułem: Robespierre n'a toujours pas droit a sa rue a Paris. (Robespierre nie ma jeszcze prawa do swojej ulicy w Paryżu) i opisem meczu w ww. dyscyplinie między Radą Miasta Paryża a komunistami i radnymi Frontu Lewicowego, którzy Maksymiliana uliczką chcieli uhonorować. Wniosek przepadł, Robespierre ulicy mieć nie będzie.
Sprawa wbrew pozorom nie jest taka zupełnie błaha. Postać, o której mówimy nie żyje już od przeszło dwóch stuleci i mimo tego - wciąż budzi kontrowersje. Nic dziwnego - Robespierre aniołkiem nie był: za jego rządów zdekapitowano około 18 tys. ludzi, a jeśli idzie o radykalizm rewolucyjny i kwestie światopoglądowe można go spokojnie postawić w jednym rzędzie z Leninem i Trockim (choć oni nie przerabiali przynajmniej kalendarza). Z drugiej strony jest autorem francuskiej dewizy narodowej: "Liberte, Egalite, Fraternite" (Wolność, Równość, Braterstwo). Paryscy radni postąpili - chyba słusznie - zachowawczo, choć nie do końca sprawiedliwie. Polityczni przeciwnicy Robespierre'a swoje ulice już mają.
W moim rodzinnym mieście zmieniono ostatnio nazwę jednej z ulic: 22 lipca na Owocową - uśmiechnąć się można ironicznie porównując "ciężar gatunkowy" patronów ulic - bo wypadamy na francuskim tle dość blado - u nich propounuje się dyktatora, rewolucjonistę - u nas zmienia nazwę ustanowioną na pamiątkę daty wydania dokumentu. Niemniej jednak dyskusja podczas sesji Rady Miasta była dość ożywiona.
Na w miarę obiektywną ocenę historii trzeba czasu (o ile jest w ogóle możliwa). Ale i to czyje nazwiska widnieją na skrzyżowaniach nie jest pozbawione znaczenia. Być może i u nas doczekamy się kiedyś ulic PRL - u, albo Gomułki - choć myślę, że nie wcześniej niż za jakieś 150 lat - podobnie zresztą w XIX wieku we Francji nikt nie wpadł na pomysł nadania ulicy imienia Robespierre'a - musiał upłynąć pewien czas i jak widać czasem 215 lat to za mało. Mimo wszystko słusznie, moim zdaniem, polikwidowano w Polsce większość ulic Nowotki (choć w Jaworznie nadal istnieje), Janka Krasickiego, Wandy Wasilewskiej itp - było nie było, ale dowiedziono już dawno, że byli sowieckimi agentami, część z nich do tego mordercami, a z ich działalności Polska odniosła raczej mierne korzyści.
Honorowanie przeszłych polityków poprzez użyczanie ich nazwisk ulicom, jest dość ryzykowną praktyką, z której niewątpliwie cieszą się producenci tabliczek adresowych, a która może być wkurzająca dla mieszkańców, gdy przychodzi im kolejny raz zmieniać wszystkie posiadane dokumenty. W jaworznickim banku nazw ulic leży jedna moja propozycja - na razie niestety nie rozpatrzona, choć wydaje się dość neutralna. Zaproponowałem Stanisława Lema. Być może Rada Miasta sprawdza, czy nie miał przypadkiem teczki w IPN, z której wynikałoby, że był Tajnym Współpracownikiem.
ibsen82, piątek, 24 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
Jak się jednak okazuje polityczno - historyczne zapasy nie są naszym curlingiem, polo, czy petanque. "Le Figaro" z 22 czerwca tego roku, na pierwszej stronie (przez niedopatrzenie pewnie nie znalazło się to w rubryce "Sport"), walnął tytułem: Robespierre n'a toujours pas droit a sa rue a Paris. (Robespierre nie ma jeszcze prawa do swojej ulicy w Paryżu) i opisem meczu w ww. dyscyplinie między Radą Miasta Paryża a komunistami i radnymi Frontu Lewicowego, którzy Maksymiliana uliczką chcieli uhonorować. Wniosek przepadł, Robespierre ulicy mieć nie będzie.
Sprawa wbrew pozorom nie jest taka zupełnie błaha. Postać, o której mówimy nie żyje już od przeszło dwóch stuleci i mimo tego - wciąż budzi kontrowersje. Nic dziwnego - Robespierre aniołkiem nie był: za jego rządów zdekapitowano około 18 tys. ludzi, a jeśli idzie o radykalizm rewolucyjny i kwestie światopoglądowe można go spokojnie postawić w jednym rzędzie z Leninem i Trockim (choć oni nie przerabiali przynajmniej kalendarza). Z drugiej strony jest autorem francuskiej dewizy narodowej: "Liberte, Egalite, Fraternite" (Wolność, Równość, Braterstwo). Paryscy radni postąpili - chyba słusznie - zachowawczo, choć nie do końca sprawiedliwie. Polityczni przeciwnicy Robespierre'a swoje ulice już mają.
W moim rodzinnym mieście zmieniono ostatnio nazwę jednej z ulic: 22 lipca na Owocową - uśmiechnąć się można ironicznie porównując "ciężar gatunkowy" patronów ulic - bo wypadamy na francuskim tle dość blado - u nich propounuje się dyktatora, rewolucjonistę - u nas zmienia nazwę ustanowioną na pamiątkę daty wydania dokumentu. Niemniej jednak dyskusja podczas sesji Rady Miasta była dość ożywiona.
Na w miarę obiektywną ocenę historii trzeba czasu (o ile jest w ogóle możliwa). Ale i to czyje nazwiska widnieją na skrzyżowaniach nie jest pozbawione znaczenia. Być może i u nas doczekamy się kiedyś ulic PRL - u, albo Gomułki - choć myślę, że nie wcześniej niż za jakieś 150 lat - podobnie zresztą w XIX wieku we Francji nikt nie wpadł na pomysł nadania ulicy imienia Robespierre'a - musiał upłynąć pewien czas i jak widać czasem 215 lat to za mało. Mimo wszystko słusznie, moim zdaniem, polikwidowano w Polsce większość ulic Nowotki (choć w Jaworznie nadal istnieje), Janka Krasickiego, Wandy Wasilewskiej itp - było nie było, ale dowiedziono już dawno, że byli sowieckimi agentami, część z nich do tego mordercami, a z ich działalności Polska odniosła raczej mierne korzyści.
Honorowanie przeszłych polityków poprzez użyczanie ich nazwisk ulicom, jest dość ryzykowną praktyką, z której niewątpliwie cieszą się producenci tabliczek adresowych, a która może być wkurzająca dla mieszkańców, gdy przychodzi im kolejny raz zmieniać wszystkie posiadane dokumenty. W jaworznickim banku nazw ulic leży jedna moja propozycja - na razie niestety nie rozpatrzona, choć wydaje się dość neutralna. Zaproponowałem Stanisława Lema. Być może Rada Miasta sprawdza, czy nie miał przypadkiem teczki w IPN, z której wynikałoby, że był Tajnym Współpracownikiem.
ibsen82, piątek, 24 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
Deutschland, Deutschland
Nam Polakom, Niemcy kojarzą się zwykle jako ostoja spokoju, porządku publicznego, praworządności i poukładania. Co zresztą chętnie potwierdzają nasi rodacy, którym przyszło pewien czas spędzić za Odrą. Peany na cześć organizacji państwa i życia społecznego nie są niczym nadzwyczajnym. I poniekąd - w naszych powierzchownych obserwacjach - mamy rację. Przy czym aż dziw bierze, jeśli przyjrzeć się ilości paranoi, którym ulega ten naród.
Chyba najbardziej dla całego świata dotkliwym przykładem niemieckiego obłędu był wybór niejakiego Adolfa H. na kanclerza i wszelkie wynikające z tego faktu konsekwencje. Historia znana, obfitująca w nagłe zwroty akcji, zdrady, przymierza, ponowne zdrady, tajne porozumienia i konferencje, z każdą zgłoską pisaną litrami głupio przelewanej krwi. I do tej pory wierzyć się nie chce, że przedstawiciele najbardziej bodaj kulturalnego narodu Europy dawali się wysyłać milionami na front, jak cielątka na rzeź, mordując przy okazji kilkadziesiąt milionów innych, którzy mieli akurat pecha nosić w kieszeni paszport wydany przez wraży Rzeszy rząd.
Druga wojna odbija się Niemcom nieznośną czkawką i wraca palącą zgagą, mimo, że od jej zakończenia minęło już grubo ponad sześćdziesiąt lat. Bo jeśli na to spojrzeć spokojnie to: Jankesi dalej stacjonują na terenie Bundesrepubliki; w hymnie brakuje dwóch pierwszych zwrotek; Niemcy są głównym płatnikiem UE (można przypuszczać, że jest to rodzaj "cichej" rekompensaty za zniszczenia wojenne); za eksponowanie symbolu swastyki - choćby nawet na modelu statku wojennego z okresu drugiej wojny - idzie się do paki (przez co ostatnio nie mogłem poczytać w Deutsche Bahn "Vaterland" Roberta Harrisa - wydawnictwo Amber umieściło było faszystowski symbol na okładce); a jeśli zagadnąć dowolnego Niemca i poruszyć tematy tyczące się historii najnowszej, to będzie albo grzecznie milczał albo zacznie, niezręcznymi komunałami, się tłumaczyć, że owszem wojna to było i to Niemcy właśnie są za nie odpowiedzialnu. Mówiąc krótko: niemiecki kręgosłup przetrącono, a co było w nim pruskiego i nacjonalistycznego - wyrwano, rzucono na stos, a popioły rozsypano na cztery strony świata. Amen.
Niemieckie paranoje ostatnich lat są nieco inne i nie polegają już na wybieraniu na stanowiska kierownicze w państwie niewysokich, czarnowłosych aryjczyków z wąsikami, obiecujących Lebensraum na wschodzie i Tysięczną Rzeszę Trzyletnią.
Niemcy boją się o zdrowie.
W 2009 kiedy spłoszyliśmy się kichających świń i roznoszonego przez nie rzekomo wirusa AH1N1, panika ogarnęła również naszych zachodnich sąsiadów. Nie do tego stopnia wprawdzie co Ukraińców, którzy masowo zaczęli nosić na twarzach quasi – przeciwgrypowe maseczki, które miały na celu głównie poprawę samopoczucia nosiciela, ale niemiecki rząd zafundował sobie i obywatelom szczepionki dla bagatela 60% populacji. Jak się z grubsza oblicza, pięćdziesiąt milionów zastrzyków (z których zużyto co dziesiąty) kosztowało niemieckiego podatnika prawie pół miliarda kolorowych europapierów. Jeżeli spec ds. PR koncernu farmaceutycznego, który wykreował całą tą historię i umiejętnie spłoszył stado owiec nie dostał w premii miesięcznej willi z basenem nad Morzem Śródziemnym i najnowszego Aston Martina, to może się czuć pokrzywdzony, wstąpić do Solidarności '80 i rozpocząć palenie opon w sekretariacie swojego szefa.
Skoro już przy zdrowiu jesteśmy, pozwolę sobie zaburzyć nieco chronologię niemieckich paranoi ostatnich lat. Piszę ten tekst w Niemczech właśnie, a konkretnie w pociągu relacji Hamburg – Dortmund (w wagonie numer siedem drugiej klasy, jeśliby to kogokolwiek interesowało). Podobną podróż, jeno w przeciwnym kierunku, odbyłem dwa dni temu. Zaczyna się tu właśnie długi weekend - toteż wagon nabity, że krew na szybach, pijaną młodzieżą. Gazety od kilku dni, nagłówkami, odliczają ilość śmiertelnych ofiar niedomytych ogórków. Nie wiem na jakiej liczbie się skończy ani jak krwawe żniwo zbierze śmiertelna odmiana coli, ale zanosi się na to, że kilka tysięcy rolników i przedsiębiorców może pójść z torbami. Kiedy bowiem przyleciałem do Dortmundu w poniedziałek, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w kanapkach, które kupuję tam zwykle na dworcu (od 1,8 do 2,4 euro za sztukę) – czegoś brakuje. Po kilkuminutowej kontemplacji dotarło do mnie, że ze wszystkich kanapek usunięto sałatę (innych warzyw tych kupionych przeze mnie nie było, a do pozostałych nie zaglądałem). Żeby było jeszcze śmieszniej: tak w hotelu, gdzie zwykle opycham się wędzonym łososiem na śniadanie, jak i w stołówce pracowniczej zakładów Airbusa, gdzie jadam obiad – ani śladu surowych warzyw! W hotelowej restauracji można do woli napychać się bekonem, jajkami, rybami i wędlinami, ale żeby choć jeden, nędzny koktajlowy pomidorek... Co to to nie. Nawet z Airbusowej kantyny zniknęły propagandowe ulotki o przewadze sałatek nad pommes frites. Złośliwie dodam, że umieszczane nie bez przyczyny - jeśli rzucić okiem na przeciętną masę pracownika przemysłu lotniczego.
Z wypowiedzi różnych medialnych speców ds. zdrowia wynikałoby, że umycie warzyw w większości wypadków wystarcza, żeby się colą nie zatruć. Czyżby więc Niemcy sami siebie uważali za naród brudasków?
Niemcy boją się atomu
Najbardziej dotkliwą dla Niemców, a niezrozumiałą dla mnie i chyba większości trzeźwo myślących ludzi, będzie najnowsza paranoja – atomowa. Nie wiedzieć czemu, ale Niemcy wystraszyli się problemów w elektrowni atomowej Fukushima znajdującej się na drugiej półkuli, w Japonii, leżącej przecież na pograniczu dwóch płyt kontynentalnych, w rejonie sejsmicznie bardzo aktywnym – gdzie, jak sądzę, przy trzęsieniu ziemi poniżej pięciu stopni w skali Richtera nie przerywa się nawet przebierania niemowląt.
Trudno powiedzieć gdzie, ale gdzieś rozumowaniu serwowanym własnym obywatelom, jak i opinii publicznej w krajach ościennych - brakuje przynajmniej jednego ogniwa. Jeśli bowiem warunki, w jakich znajdują się japońskie i niemieckie elektrownie atomowe są diametralnie różne – zważywszy na fakt, że w Badenii, Bawarii, Brandenburgii czy gdziekolwiek jeszcze w Bundesrepublice najsilniejsze trzęsienia ziemi to te powodowane przez wydobycie węgla kamiennego – coś tu nie gra. Tym bardziej, że japońska elektrownia przetrzymała najsilniejszy notowany w tym kraju paroksyzm skorupy ziemskiej – i sam fakt, że na dzień dobry nie rozsypała się w proch i pył daje doskonałe świadectwo japońskim projektantom i budowniczym. Co jeszcze dziwniejsze: Rząd Federalny zamykając elektrownie, pozbawia się nagle prawie jednej piątej energii. W jaki sposób ma zamiar uzupełnić deficyt nie rujnując gospodarki i nie uzależniając się od sąsiadów? W jaki sposób ma zamiar zwiększyć produkcję energii nie zwiększając tym samym emisji CO2 co, tym razem dzięki paranoi internacjonalnej, zaowocuje sporymi karami?
I żeby było ciekawiej nie tylko niemiecki rząd zachowuje się jakby przespał lekcję o wnioskowaniu (co jeszcze byłoby zrozumiałe – rządzący tak mają, że zachowują się jak z innej planety). Ale i w rozmowach ze zwykłymi Niemcami da się wychwycić pewną schizofreniczną dwoistość: z jednej strony wiedzą, że tak naprawdę alternatywy nie ma, bo węgiel, ropa i gaz kiedyś się skończą, a z drugiej strony idą głosować na SPD i Zielonych „bo po Fukushimie musimy uciekać od atomu”. Obydwa poglądy usłyszałem z ust tej samej osoby, wypowiedziane na jednym niemal oddechu.
Wyjaśnienia nasuwają się aż trzy: realne, spiskowe i spiskowo - fantastyczne.
Realne, to takie, że Merkel sobie pogada, jej następcy również, a prąd jak płynął z elektrowni atomowych, tak będzie sobie płynąć jeszcze przez długie lata. Ludzie muszą sobie pogadać – w końcu zapomną, a przez deklaracje niezgodne z ludowym widzimisię można stracić kilka puntów w sondażach.
Spiskowe – ktoś na tym skorzysta. Skoro należy ograniczać pozyskiwanie energii z kopalin, atomowa jest be – wygrają producenci wiatraków, elektrowni zasilanych biomasą, farm słonecznych itp. I trzeba tylko było poczekać na odpowiedni moment kiedy społeczeństwo jest gotowe płacić więcej za energię pozyskiwaną w ten sposób ergo: kiedy poparcie dla atomu spadnie. Fukushima plus trochę umiejętnej propagandy i fertig. Swoją drogą widziałem dziś w hamburskim metrze całkiem ładną reklamę takiej ekologicznej firmy, gdzie na kilku obrazkach piktogram oznaczający radioaktywność, krok po kroku przepoczwarzał się w wiatrak.
I hipoteza spiskowo – fantastyczna: Niemcy wiedzą coś, czego reszta świata nie wie. Na przykład, że wkrótce znajdziemy się w strefie sejsmicznie aktywnej. Korespondowałoby to nieźle, z pewnym niemieckim miniserialem pt. „Wulkan”, gdzie ospałą mieścinę obraca na nice bohater tytułowy. Zresztą niedawno obiła mi się o uszy wzmianka, że gdzieś w Badenii, na dnie jednego z jezior, aktywność przejawia jakiś wulkanik. Ponoć woda w jeziorze mieszczącym się w jego kraterze zajeżdża nieco siarką.
Mając zatem na uwadze niegdysiejsze niemieckie odpały - te dzisiejsze zdają się całkiem niewinne.
ibsen82, czwartek, 02 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
Chyba najbardziej dla całego świata dotkliwym przykładem niemieckiego obłędu był wybór niejakiego Adolfa H. na kanclerza i wszelkie wynikające z tego faktu konsekwencje. Historia znana, obfitująca w nagłe zwroty akcji, zdrady, przymierza, ponowne zdrady, tajne porozumienia i konferencje, z każdą zgłoską pisaną litrami głupio przelewanej krwi. I do tej pory wierzyć się nie chce, że przedstawiciele najbardziej bodaj kulturalnego narodu Europy dawali się wysyłać milionami na front, jak cielątka na rzeź, mordując przy okazji kilkadziesiąt milionów innych, którzy mieli akurat pecha nosić w kieszeni paszport wydany przez wraży Rzeszy rząd.
Druga wojna odbija się Niemcom nieznośną czkawką i wraca palącą zgagą, mimo, że od jej zakończenia minęło już grubo ponad sześćdziesiąt lat. Bo jeśli na to spojrzeć spokojnie to: Jankesi dalej stacjonują na terenie Bundesrepubliki; w hymnie brakuje dwóch pierwszych zwrotek; Niemcy są głównym płatnikiem UE (można przypuszczać, że jest to rodzaj "cichej" rekompensaty za zniszczenia wojenne); za eksponowanie symbolu swastyki - choćby nawet na modelu statku wojennego z okresu drugiej wojny - idzie się do paki (przez co ostatnio nie mogłem poczytać w Deutsche Bahn "Vaterland" Roberta Harrisa - wydawnictwo Amber umieściło było faszystowski symbol na okładce); a jeśli zagadnąć dowolnego Niemca i poruszyć tematy tyczące się historii najnowszej, to będzie albo grzecznie milczał albo zacznie, niezręcznymi komunałami, się tłumaczyć, że owszem wojna to było i to Niemcy właśnie są za nie odpowiedzialnu. Mówiąc krótko: niemiecki kręgosłup przetrącono, a co było w nim pruskiego i nacjonalistycznego - wyrwano, rzucono na stos, a popioły rozsypano na cztery strony świata. Amen.
Niemieckie paranoje ostatnich lat są nieco inne i nie polegają już na wybieraniu na stanowiska kierownicze w państwie niewysokich, czarnowłosych aryjczyków z wąsikami, obiecujących Lebensraum na wschodzie i Tysięczną Rzeszę Trzyletnią.
Niemcy boją się o zdrowie.
W 2009 kiedy spłoszyliśmy się kichających świń i roznoszonego przez nie rzekomo wirusa AH1N1, panika ogarnęła również naszych zachodnich sąsiadów. Nie do tego stopnia wprawdzie co Ukraińców, którzy masowo zaczęli nosić na twarzach quasi – przeciwgrypowe maseczki, które miały na celu głównie poprawę samopoczucia nosiciela, ale niemiecki rząd zafundował sobie i obywatelom szczepionki dla bagatela 60% populacji. Jak się z grubsza oblicza, pięćdziesiąt milionów zastrzyków (z których zużyto co dziesiąty) kosztowało niemieckiego podatnika prawie pół miliarda kolorowych europapierów. Jeżeli spec ds. PR koncernu farmaceutycznego, który wykreował całą tą historię i umiejętnie spłoszył stado owiec nie dostał w premii miesięcznej willi z basenem nad Morzem Śródziemnym i najnowszego Aston Martina, to może się czuć pokrzywdzony, wstąpić do Solidarności '80 i rozpocząć palenie opon w sekretariacie swojego szefa.
Skoro już przy zdrowiu jesteśmy, pozwolę sobie zaburzyć nieco chronologię niemieckich paranoi ostatnich lat. Piszę ten tekst w Niemczech właśnie, a konkretnie w pociągu relacji Hamburg – Dortmund (w wagonie numer siedem drugiej klasy, jeśliby to kogokolwiek interesowało). Podobną podróż, jeno w przeciwnym kierunku, odbyłem dwa dni temu. Zaczyna się tu właśnie długi weekend - toteż wagon nabity, że krew na szybach, pijaną młodzieżą. Gazety od kilku dni, nagłówkami, odliczają ilość śmiertelnych ofiar niedomytych ogórków. Nie wiem na jakiej liczbie się skończy ani jak krwawe żniwo zbierze śmiertelna odmiana coli, ale zanosi się na to, że kilka tysięcy rolników i przedsiębiorców może pójść z torbami. Kiedy bowiem przyleciałem do Dortmundu w poniedziałek, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w kanapkach, które kupuję tam zwykle na dworcu (od 1,8 do 2,4 euro za sztukę) – czegoś brakuje. Po kilkuminutowej kontemplacji dotarło do mnie, że ze wszystkich kanapek usunięto sałatę (innych warzyw tych kupionych przeze mnie nie było, a do pozostałych nie zaglądałem). Żeby było jeszcze śmieszniej: tak w hotelu, gdzie zwykle opycham się wędzonym łososiem na śniadanie, jak i w stołówce pracowniczej zakładów Airbusa, gdzie jadam obiad – ani śladu surowych warzyw! W hotelowej restauracji można do woli napychać się bekonem, jajkami, rybami i wędlinami, ale żeby choć jeden, nędzny koktajlowy pomidorek... Co to to nie. Nawet z Airbusowej kantyny zniknęły propagandowe ulotki o przewadze sałatek nad pommes frites. Złośliwie dodam, że umieszczane nie bez przyczyny - jeśli rzucić okiem na przeciętną masę pracownika przemysłu lotniczego.
Z wypowiedzi różnych medialnych speców ds. zdrowia wynikałoby, że umycie warzyw w większości wypadków wystarcza, żeby się colą nie zatruć. Czyżby więc Niemcy sami siebie uważali za naród brudasków?
Niemcy boją się atomu
Najbardziej dotkliwą dla Niemców, a niezrozumiałą dla mnie i chyba większości trzeźwo myślących ludzi, będzie najnowsza paranoja – atomowa. Nie wiedzieć czemu, ale Niemcy wystraszyli się problemów w elektrowni atomowej Fukushima znajdującej się na drugiej półkuli, w Japonii, leżącej przecież na pograniczu dwóch płyt kontynentalnych, w rejonie sejsmicznie bardzo aktywnym – gdzie, jak sądzę, przy trzęsieniu ziemi poniżej pięciu stopni w skali Richtera nie przerywa się nawet przebierania niemowląt.
Trudno powiedzieć gdzie, ale gdzieś rozumowaniu serwowanym własnym obywatelom, jak i opinii publicznej w krajach ościennych - brakuje przynajmniej jednego ogniwa. Jeśli bowiem warunki, w jakich znajdują się japońskie i niemieckie elektrownie atomowe są diametralnie różne – zważywszy na fakt, że w Badenii, Bawarii, Brandenburgii czy gdziekolwiek jeszcze w Bundesrepublice najsilniejsze trzęsienia ziemi to te powodowane przez wydobycie węgla kamiennego – coś tu nie gra. Tym bardziej, że japońska elektrownia przetrzymała najsilniejszy notowany w tym kraju paroksyzm skorupy ziemskiej – i sam fakt, że na dzień dobry nie rozsypała się w proch i pył daje doskonałe świadectwo japońskim projektantom i budowniczym. Co jeszcze dziwniejsze: Rząd Federalny zamykając elektrownie, pozbawia się nagle prawie jednej piątej energii. W jaki sposób ma zamiar uzupełnić deficyt nie rujnując gospodarki i nie uzależniając się od sąsiadów? W jaki sposób ma zamiar zwiększyć produkcję energii nie zwiększając tym samym emisji CO2 co, tym razem dzięki paranoi internacjonalnej, zaowocuje sporymi karami?
I żeby było ciekawiej nie tylko niemiecki rząd zachowuje się jakby przespał lekcję o wnioskowaniu (co jeszcze byłoby zrozumiałe – rządzący tak mają, że zachowują się jak z innej planety). Ale i w rozmowach ze zwykłymi Niemcami da się wychwycić pewną schizofreniczną dwoistość: z jednej strony wiedzą, że tak naprawdę alternatywy nie ma, bo węgiel, ropa i gaz kiedyś się skończą, a z drugiej strony idą głosować na SPD i Zielonych „bo po Fukushimie musimy uciekać od atomu”. Obydwa poglądy usłyszałem z ust tej samej osoby, wypowiedziane na jednym niemal oddechu.
Wyjaśnienia nasuwają się aż trzy: realne, spiskowe i spiskowo - fantastyczne.
Realne, to takie, że Merkel sobie pogada, jej następcy również, a prąd jak płynął z elektrowni atomowych, tak będzie sobie płynąć jeszcze przez długie lata. Ludzie muszą sobie pogadać – w końcu zapomną, a przez deklaracje niezgodne z ludowym widzimisię można stracić kilka puntów w sondażach.
Spiskowe – ktoś na tym skorzysta. Skoro należy ograniczać pozyskiwanie energii z kopalin, atomowa jest be – wygrają producenci wiatraków, elektrowni zasilanych biomasą, farm słonecznych itp. I trzeba tylko było poczekać na odpowiedni moment kiedy społeczeństwo jest gotowe płacić więcej za energię pozyskiwaną w ten sposób ergo: kiedy poparcie dla atomu spadnie. Fukushima plus trochę umiejętnej propagandy i fertig. Swoją drogą widziałem dziś w hamburskim metrze całkiem ładną reklamę takiej ekologicznej firmy, gdzie na kilku obrazkach piktogram oznaczający radioaktywność, krok po kroku przepoczwarzał się w wiatrak.
I hipoteza spiskowo – fantastyczna: Niemcy wiedzą coś, czego reszta świata nie wie. Na przykład, że wkrótce znajdziemy się w strefie sejsmicznie aktywnej. Korespondowałoby to nieźle, z pewnym niemieckim miniserialem pt. „Wulkan”, gdzie ospałą mieścinę obraca na nice bohater tytułowy. Zresztą niedawno obiła mi się o uszy wzmianka, że gdzieś w Badenii, na dnie jednego z jezior, aktywność przejawia jakiś wulkanik. Ponoć woda w jeziorze mieszczącym się w jego kraterze zajeżdża nieco siarką.
Mając zatem na uwadze niegdysiejsze niemieckie odpały - te dzisiejsze zdają się całkiem niewinne.
ibsen82, czwartek, 02 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)