Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2011

Klina, klinem do stagflacji

Coś zaczyna się dziać, skoro nawet moi znajomi na facebook'u których nawet nie podejrzewałbym o takie zainteresowania umieszczają linki takie jak ten, w którym

pan Godfrey Bloom, prawicowy europoseł w bardzo prostych słowach tłumaczy co stoi za obecnym kryzysem:

"Rządy wydają więcej niż są w stanie zebrać z podatków. Gdy im brakuje, razem z bankami centralnymi dodrukowują. Gdyby tak postąpił zwykły obywatel poszedłby do więzienia."

Święta prawda. Co gorsza, z linku udostępnionego przez profesora Rybińskiego, a który można znaleźć  tu  wynika, że w Grecji już zaczął się run  na banki. A banki mogą za chwilę się obudzić z ręką w nocniku i pustymi sejfami - nie mają bowiem i nie mogą mieć wystarczającej ilości pieniędzy do pokrycia wszystkich żądań deponentów.

Skąd się bierze kasa

Powiedzenie: masz to jak w banku, zaczyna nabierać pejoratywnego znaczenia. Dlaczego się tak właściwie dzieje? Polecam przeczytać książkę hiszpańskiego ekonomisty Jesusa Huerty de Soto zatytułowaną: "Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne" (Dinero, Crédito Bancario y Ciclos Económicos). Nie jest to lektura ani łatwa, ani lekka, a już na pewno nie przyjemna. Jeśli się jednak przebrnie choćby przez połowę liczącego sześćset stron tomiska, pozwala zrozumieć, że to co się dzieje w Europie obecnie, jest niczym innym jak dawno już opisanym i zrozumianym przez ekonomistów zjawiskiem, którego dziwnym zrządzeniem losu nikt do wiadomości przyjąć nie chce. Zjawisko to będzie zachodziło tak długo, jak banki będą cieszyć się uprzywilejowaną względem innych podmiotów na rynku pozycją. Dodawać nie trzeba, że przywileje nadaje bankom nie kto inny jak politycy. Resztę można już sobie dośpiewać.
W ogromnym skrócie: jeśli decydujemy się oddać oszczędności do banku zakładamy, że pieniądze te będą zawsze do naszej dyspozycji - na życzenie. Innymi słowy, zakładamy, że pewna określona suma pieniędzy znajduje się w skarbcu banku - fizycznie. Tak nie jest - pieniędzy tych jest w banku zależnie od prawa (i to jest właśnie jeden z przywilejów) od dwóch do dziesięciu procent. Czyli w chwili gdyby wszyscy deponenci zdecydowali się odebrać pieniądze w jednej minucie - otrzyma je maksymalnie co dziesiąty.
Co banki robią z resztą pieniędzy? Udzielają kredytu - na przykład innemu bankowi, który również zatrzymuje dziesiątą część obowiązkowej rezerwy, a resztę pożycza następnemu bankowi. Jest to rzecz jasna uproszczenie, bo pieniądze nie podróżują bezpośrednio z banku do banku, ale przez kredyty udzielane przedsiębiorcom, trafiają jako depozyty do kolejnych banków. Nazywa się to fachowo Kreacją Pieniądza. Dodajmy, że tak naprawdę banki tworzą ten pieniądz z niczego


W górę i w dół kolejką górską cyklu koniunkturalnego - czyli jak się kupuje głosy wyborców i co mają do tego banki?



Nie byłoby problemu, gdyby bank otrzymywał zawsze raty kredytów o czasie i gdyby deponenci przychodzili odebrać pieniądze dokładnie wtedy, kiedy zobowiązali się je odebrać. Zachodzą jednak pewne różnice - i od czasu do czasu bank zmuszony jest pożyczyć pieniądze od Banku Centralnego, który fizycznie ich nie ma i je dodrukowuje.
Co więcej - bankierzy z natury są chciwi, a politycy myślą w horyzoncie czasowym: byle do wyborów. Stąd też, nawet jeśli bank ma więcej rezerw niż przewiduje to prawo - ani jemu, ani politykom nie zależy na tym żeby je trzymać. Bankowcy, chcą zgarnąć jak najwięcej ekstra pieniądza z odsetek, politycy chcą wzrostu gospodarczego, rosnących wynagrodzeń i co za tym idzie idących w górę słupków poparcia - ludzie mają głęboko zakorzeniony przesąd, żeby głosować na tych, którzy obiecują im góry złota. Banki sprzedają więc kredyt przedsiębiorcom taniej, a ci chcąc inwestować biorą go i zaczynają popełniać nierozsądne decyzje na przykład kupować zbyt drogo, bądź pakować się w projekty obarczone sporym ryzykiem. Żeby było jeszcze ciekawiej: w tym samym czasie rosną płace ludzi, zatrudnionych w przedsiębiorstwach - trzeba więcej pracowników, popyt na pracę rośnie, a zatem jej cena (wypłata) rośnie również - niestety, wzrost wynagrodzeń zaczyna zjadać inflacja - będąca skutkiem dodrukowywania pieniądza przez Bank Centralny. Gorzej dla banków komercyjnych, jeśli Centralny się stawia i nie chce drukować więcej. Banki są tak mocno powiązane ze sobą, że niewypłacalność jednego, może pociągnąć za sobą upadek całej grupy kapitałowej. Banki dbają więc, zwykle zakulisowymi metodami, żeby w razie czego pieniążków nie zabrakło.
Moment przełomowy nadchodzi gdy okazuje się, że projekty, które na fali hurraoptymizmu zainicjowali przedsiębiorcy, nie są jeszcze ukończone, a w tym samym czasie pojawia się nadprodukcja i ceny produktów lecą w dół - ilość pieniędzy zarobionych przez przedsiębiorców jest niewystarczająca, żeby płacić zobowiązania: muszą więc zwalniać i oszczędzać. Jak łatwo się domyślić, zwolniony pracownik nie ma pieniędzy na zakupy, więc popyt maleje, a dochód przedsiębiorców spada jeszcze bardziej. Na tym etapie pojawiają się bankructwa.
I tak powinno się teoretycznie dziać - część firm ogłasza plajtę, część zdrowieje i cała zabawa zaczyna się od nowa. Problem w tym, że w Europie nie plajtują przedsiębiorstwa (nie tylko), a państwa. Państwa co prawda inwestują, ale przede wszystkim politycy sprawujący władzę muszą się przypodobać swoim obywatelom - chodzi wszakże o to, żeby w niedzielę, raz na cztery lata postawili krzyżyk przy właściwym kandydacie. Politycy wyboru wielkiego nie mają, bo opozycja, która nie musi się troszczyć o finanse kraju, może śmiało obiecywać gruszki na wierzbie. A wyborcę mało obchodzi, skąd się biorą pieniądze tylko patrzy, kto mu tu więcej zaoferuje.
Bankructwo państwa, to już nie bajka, choć proces jest podobny - tyle, że w Europie nie chce się dać państwom zbankrutować - bo używają dokładnie tej samej waluty co gracze, którzy nie dokonywali nierozsądnych inwestycji (rozdawania pieniędzy) i wywalenie się jednej z gospodarek - to nadwyrężenie zaufania wszystkich innych. Podobnie jak w przypadku plajtującego jednego banku.

Kac na randce

Mówiąc obrazowo: mamy bardzo ciężkiego kaca na randce. Metody są dwie: albo zwymiotować pod stół, co narazi nas na śmieszność, albo zamówić pięćdziesiątkę wódki, która być może pozwoli nam przetrwać jeszcze pół godziny.
Decydujemy się na wyjście numer dwa - pięćdziesiątka (jak łatwo zgadnąć, to kolejny kredyt pakowany w gospodarkę, sztuczne nakręcanie koniunktury). Randka się jednak przeciąga. Zamawiamy więc drugą, potem trzecią i próbując odwlec nieuniknione czujemy, że coraz nam gorzej. Próbujemy jeszcze jednego kielicha, potem kolejnego i w końcu wpadamy w stan upojenia, w którym nie wiemy co się dzieje - wymiotujemy pod stół i próbujemy zgwałcić dziewczynę, z którą się umówiliśmy. Tracimy w jej oczach podwójnie: z randki nici, a do tego jeszcze policja na karku. Jedyne co pozostaje to się urżnąć do nieprzytomności.
Grecja jest już na etapie wypijania, którejś z kolei pięćdziesiątki, treść pokarmowa podnosi się jej do gardła, barman nie chce już polewać, a dziewczyna - obywatele - wstaje od stołu i usiłuje uratować co tylko się da z wieczoru - pieniędzy, które bankom powierzył.
Dalsze ratowanie greckiej gospodarki, doprowadzi do katastrofy - trzeba jej po prostu dać zbankrutować.

Świnka europejska

Brytyjczycy rozsyłają instrukcje do ambasad w krajach strefy euro mówiące o tym w jaki sposób postępować, gdy euro upadnie. Po Irlandii krążą plotki, że już od końca lata mennice drukują, ale nie euro, a funty. Dziś w Tok FM korespondent Rzeczpospolitej w Rzymie wypowiadał się mówiąc, że wszyscy Włosi z przerażeniem oczekują jutrzejszego wystąpienia Montiego, który ma zapowiedzieć ciężkie czasy. Rynki obgryzając paznokcie do drugiego paliczka czekają na spotkanie Sarkozy'ego z Merkel i "jakieś" decyzje, które powinny na nim zapaść. Narodowemu Bankowi Polskiemu nie udaje się interwencyjny skup złotówki. Sikorski nawołuje kraje Europy do rezygnacji z części suwerenności i pogłębienia integracji. W sieci i gazetach pojawiają się prognozy prześcigające się w czarnowidzkich prognozach tego co stanie się gdy euro się jednak wywali.

Odpowiedź na większość wątpliwości ma przynieść zbliżający się tydzień. Prawdopodobnie nie przyniesie. Prof. Krzysztof Rybiński w swoim blogu prognozuje, że w ciągu 2012 roku odbędzie się jeszcze dziesięć spotkań na szczycie, które mają uratować strefę euro, a w konsekwencji UE przed rozpadem, a podczas jedenastego zostanie uchwalone to, co powinno już być uchwalone dawno: powrót Grecji do drachmy.

Jak nie rozwalić UE?

Unia Europejska to taka (jak lubi mówić mój kolega w nieco innym kontekście) świnka morska. Ani świnka, ani morska. Nie jest to państwo, ale nie jest to też stowarzyszenie państw. Niby federacja, ale nie do końca. Podobno ma wspólną politykę zagraniczną, ale każdy z krajów członkowskich prowadzi ją po swojemu. Kraje są w niej teoretycznie niepodległe, ale prawo unijne ma priorytet w stosunku do prawa krajowego. Ma priorytet w stosunku do regulacji lokalnych, ale musi być zgodne z Konstytucją kraju członkowskiego. Takie zamieszanie powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek szybkiej i sensownej decyzji - staje się niemożliwe, jeśli nie chce się naruszyć całej misternie zbudowanej, niebosiężnej, ale i delikatnej konstrukcji zależności jednych praw od drugich.

Sama deklaracja powstania (jeśli nie pójdą za nią natychmiastowe działania i konkrety) superpaństwa europejskiego sytuację mogłaby poprawić, ale tylko na chwilę. A Unia jest tworem na wyrost: w którym jak za najwstrętniejszej komuny w ZSRR tworzy się nowego "Europejczyka" mimo, że nadal rozgrywają się mecze narodowych namiętności i interesów, chęci i niechęci - w rzekomo pozbawionym już nacjonalistycznych ciągot, wysoko rozwiniętym, samoświadomym i tolerancyjnym społeczeństwie. Gówno prawda. Belgijski rząd nie mógł powstać przez prawie dwa lata ze względu na podziały narodowościowe, Szkoci po trzystu latach okupacji angielskiej nadal mają swoją flagę, reprezentację piłkarską i broń Boże pomylić Szkota z Anglikiem. Baskowie podkładają bomby w proteście przeciw kastylijskiej dominacji, a Katalończycy w większości chcą swojego państwa, bo wiedzą, że z Barcelony lepiej zadbają o swoje interesy niż dba o to Madryt. Mediolańczycy najchętniej odpiłowaliby półwysep apeniński w okolicach Rzymu i wysłali południowców do Afryki, bo uważają, że tam ich miejsce. Ponoć u zarania włoskiej państwowości Wiktor Emanuel powiedział: "Stworzyliśmy państwo włoskie, jeszcze musimy stworzyć Włochów". Sytuacja Unii Europejskiej jest podobna - tyle, że trudniejsza, bo narody lepiej wyedukowane i samoświadome.

Sikorski przedstawił sensowny plan. Sensowny, bo pragmatyczny tyle, że oderwany od realiów i niewykonalny. Jeśliby nawet założyć na moment, że nagle rządy państw członkowskich uznają, że dla ratowania sytuacji poświęcają część suwerenności swoich krajów - daję głowę - trzy czwarte tych rządów upadnie. I nie obali ich lud wychodzący na ulice w obronie niepodległości, tylko zapisy które jak sądzę, każdy kraj ma w swojej konstytucji. Niestety, ale PiS ma rację mówiąc, że to co Sikorski proponuje jest pogwałceniem Konstytucji RP. Konkretnie artykułu 5. Co więcej: jeśli Prezydent RP zgodziłby się na podpisanie umowy międzynarodowej ograniczającej suwerenność kraju, z automatu staje się krzywoprzysiężcą, bo w ślubowaniu w Sejmie, w towarzystwie małżonki i Boga prosząc o wsparcie mówił, że będzie stał na straży niepodległości kraju.

Za samą gadaninę Trybunał Stanu pewnie Sikorskiemu nie grozi, ale za realne działania idące w tym kierunku - już tak. Pozostałaby zmiana Konstytucji - przy obecnym układzie sił w Parlamencie niemożliwa. Jedynym innym rozwiązaniem byłoby chyba referendum, ale czy narody Europy czują się naprawdę na tyle "Europejczykami" by na postawione pytanie: "Czy chcesz stworzenia jednego europejskiego superpaństwa" odpowiedzieć TAK? Myślę, że wystarczy obejrzeć dowolne rozgrywki reprezentacji narodowych by odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Zresztą, politykom samym nie zależy na pogłębieniu integracji: zdegradowanie się z Prezydenta do roli - w zasadzie wojewody chyba żadnemu z nich nie przypadłoby do smaku.

Mogłoby być tak, że UE zdecyduje się na rezygnację z euro i powrót do narodowych walut. Jestem pewien, że bankierzy trzęsą się ze strachu na myśl o takim scenariuszu i ich lobby dokłada wszelkich starań, żeby się nie ziścił. Jestem również pewien, że nie przypadłby politykom do gustu - przypuszczam, że większość obecnej klasy politycznej, w chwili gdy opadłby kurz musiałoby szukać sobie nowego zajęcia.

A jeśli jednak...?

W chwili, gdy rozleci się strefa euro, należy się spodziewać, że ludzie rzucą się do bankomatów i zaczną wypłacać pieniądze by ulokować je w czymkolwiek byle nie trzymać nic nie wartego papieru, którego za chwilę nie będzie, a którego przyszłość i przeliczenie na nowe waluty są niepewne. Problem polega na tym, że banki tych pieniędzy fizycznie nie mają (ze względu na utrzymywaną na żenująco niskim poziomie rezerwę). Zwrócą się więc, jak zwykle w takich przypadkach, do Banku Centralnego. Tylko, że on też ich nie będzie miał, bo z chwilą gdy zadecyduje się o likwidacji euro przypuszczalnie straci prawa emisyjne, a rezerwy szybko się skończą. Jeśliby nawet utrzymał prawo emisji do momentu gdy mennice państw członkowskich zaczną drukować waluty narodowe i zdecydowałby się na dodruk pieniądza rozpęta inflację na trudną do przewidzenia skalę. W momencie, gdy pierwszy klient banku odjedzie od okienka z kwitkiem, a nie oszczędnościami życia, gdy ceny poszybują do góry - na ulicach najpewniej rozpęta się piekło. Okradzeni (bo nie można tego inaczej nazwać) będą szukać sprawiedliwości, a sądy nie będą mogły jej wymierzyć - wezmą więc sprawy w swoje ręce - a oznacza to powybijane szyby, popalone samochody, starcia z policją, zabitych i rannych, samobójstwa - czyli wszystko to co działo się w kilka lat temu w Argentynie - w odpowiednio większej skali. Stratni byliby wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nazaciągali kredytów w euro - pod warunkiem, że mają zapasy jakiejś stabilnej waluty, żeby błyskawicznie je spłacić. Co działoby się dalej - można pozgadywać: może stan wyjątkowy dla przywrócenia porządku, może bankructwa państw? Prawie na pewno rosnące radykalne nastroje w społeczeństwach, przedterminowe wybory, które powygrywają jacyś polityczni outsiderzy, o których istnieniu teraz nawet nie wiemy, powrót do państw stricte narodowych, kontroli na granicach, ceł itd.

Europejskie rządy, przede wszystkim: Włoch, Hiszpanii, Grecji, Irlandii (ale nie tylko, bo nie ma w UE kraju, który byłby na plusie) zapomniały o tym, o czym wie każdy człowiek w chwili gdy zaczyna rozumieć czym są pieniądze. Nie można zadłużać się w nieskończoność, a długi kiedyś trzeba oddać, bo jeśli się tego nie zrobi - straci się twarz i nikt nigdy już nie pożyczy. W Polsce umieszczenie na listach Biura Informacji Kredytowej i na Czarnej Liście Dłużników praktycznie uniemożliwia wzięcie jakiegokolwiek kredytu. Banki zarządzają ryzykiem - państwa o tym zapomniały i długi z kredytu hipotecznego zaczęły spłacać konsumpcyjnym, konsumpcyjny kartą kredytową, a kartę kredytową kasą wziętą pod zastaw u lichwiarza. Państwa zapomniały, że nie wolno wydawać więcej niż ma się przychodów - ale politykom, w imię ich własnych interesów - było wszystko jedno - naobiecywać, narozdawać, byleby uzbierać głosów i utrzymać się przy korycie. Jak kasy brakuje - dodrukować.

Nadchodzi chwila prawdy. To co ujrzymy na dnie recesji będzie rzeczywistym obrazem gospodarki, tego ile tak naprawdę warte są nasze pieniądze, a ile warta nasza praca.

Być może nadchodzą najgorętsze Święta od kilkunastu lat.

Powodzenia!


 ibsen82, niedziela, 04 grudnia 2011; Bartosz Sowisło

Jak się w Polsce gasi pożar

Krótko przed świętami Wielkiej Nocy w 2010 roku zasiadłem w pierwszym rzędzie Airbusa A320 lecącego z Katowic do Madrytu. W planach miałem zwiedzić: Valladolid, Santiago di Compostela i La Corunę. Najciekawsza przygoda tego wyjazdu miała jednak miejsce na kilka minut po tym, gdy różowy samolot wystartował z Pyrzowic.

Co kibic wiezie w torbie

Obok mnie zasiadło kilku nadzwyczaj malowniczych dżentelmenów, których stroje wskazywały na sportowe upodobania, sylwetki na wiele godzin spędzonych na siłowni, a twarze na bardzo bogatą przeszłość. Czaszki mieli ogolone - w przeciwieństwie do twarzy - a upodobania kulinarno – trunkowe sprowadzały się do miniaturowych buteleczek Johny'ego Walker'a, po cztery euro sztuka, które opróżniali z zadziwiającą sprawnością i zaciekłością. Alkohol rozwiązuje języki, szybko więc postanowili się ze mną zaprzyjaźnić i wciągnęli mnie w jedną z bardziej interesujących konwersacji jakie miałem okazję odbyć w swoim dotychczasowym w życiu.

Panowie, gdy tylko prześwietlili moją przeszłość pod kątem wspierania określonych klubów piłkarskich i gdy okazało się, że pod koniec podstawówki obnosiłem się z biało niebieskim szalikiem z logo jednego ze śląskich klubów uznali mnie prędko za swojaka i przyznali się, że do Hiszpanii lecą w charakterze... przyszłych gwiazd kina. Istotnie, kilka rzędów za nami miejsce zajął reżyser i operator kamery w jednej osobie, który po nakręceniu biograficznego filmu o Ryśku Riedlu, wziął się za temat kontrkultury kibicowskiej.

Program zwiedzania mieli nieco inny niż mój. Można by go określić mianem sportu ekstremalnego: mecz na stadionie Atletico Madryt z którym to klubem ich klub trzyma europejską sztamę, ustawka w lesie koło Pampeluny i jeśli by ją przeżyli – zwiedzanie Barcelony.

Rzecz jasna, najbardziej zaciekawiła mnie ustawka – szczególnie, że wszyscy zbliżali się już na oko do czwartego krzyżyka. Na moje pytanie, czy nie są już na to za starzy, siedzący najbliżej mnie odpowiedział:

- Stary... Wiesz jaki ja potem grzeczny w domu jestem? Mam trzydzieści osiem lat, dla mnie to już końcówka, ale jaka żona zadowolona gdy się tak wyżyję poza domem. A w ogóle, to wiesz kto z nami jedzie?

- No wiem – odpowiedziałem – ten reżyser...

- No on też, ale wiesz kto z nami jeszcze jedzie? Nigdy nie zgadniesz.

Przeskanowałem przestrzeń w pobliżu w poszukiwaniu jakiejś znanej twarzy i rzuciłem nazwiskiem dość znanego piłkarza grającego w latach pięćdziesiątych w tym klubie. Obecnie będącego pewnie koło osiemdziesiątki. Łysa, poznaczona bliznami czaszka pokręciła się w prawo i w lewo.

- Mówiłem, że nie zgadniesz. Ale ci powiem – i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu – Jedzie z nami... Adolf Hitler.

Zrobiłem wtedy jakąś krytyczną uwagę na temat ilości whisky, którą wypił. Ale oryginalny towarzysz podróży szybko wyjaśnił:

- Kolega, wiesz, ten co siedzi pod oknem. Jest takim trochę, no, neonazistą...

Moi bohaterowie mogą wydawać się czytelnikowi śmieszni. Dorośli ludzie tłukący się po łbach w zasadzie bez powodu, jadący do Hiszpanii z portretem Hitlera. Czy ocenilibyśmy ich jednak tak samo surowo, gdyby bili się na ulicach w interesie społeczeństwa, przeciwko zachłannym zakusom rządzących, którzy nie mają innego pomysłu na naprawę finansów publicznych jak tylko zedrzeć dodatkowe kilka miliardów z ludzi?

Ubezwładnieni internetem

W czasach w których żyjemy, w społeczeństwie w którym nas umieścił los, coraz już mniej takich ludzi. Może to i dobrze, bo na ulicach spokojniej i bez strachu można przejść przez park w nocy. Zresztą, sądząc może trochę po pozorach – moi współtowarzysze podróży nie sprawiali wrażenia takich, którzy zaatakowaliby na ulicy kogoś z chęci zysku, czy bez powodu. Wymyślili sobie jakąś dziwną jednoczącą ich ideologię opartą o klubowe barwy i uznali ją za atrakcyjną na tyle, by okładać się w jej imię po lasach łańcuchami i stylami od łopat.

W wysokorozwiniętych społeczeństwach, coraz mniej jest już idei, które pociągnęłyby za sobą ludzi tak dalece, by dali się za nie może nawet nie zabijać, ale w ogóle narażać na jakikolwiek dyskomfort. Są oczywiście wyjątki, jak choćby niedawne zajścia w Londynie, czy Rzymie. Wyjątki jednak, jak mówi przysłowie, potwierdzają regułę.

Sporą rolę w katalizowaniu negatywnych emocji społeczeństwa, pełni Internet. Ekspresja frustracji, którą dawniej realizowałoby się na przykład demolując ulice, urządzając przewroty, walcząc z policją, czy dokonując zamachu na znienawidzonym polityku, przeniosła się do sieci. Mimo wszelkich dobrodziejstw jakie niesie ze sobą Internet, stał się znakomitym wentylem bezpieczeństwa dla polityków, którzy mogą robić w zasadzie co im się żywnie podoba bo napięcia, niechęć i agresja w znacznej mierze realizują się na forach, w komentarzach pod artykułami, czy wypowiedziami, w blogach... Przypuszczam, że gdyby nie ten postmodernistyczny Hyde Park ilość ulicznych ruchawek przeciwko postępowaniu rządzących byłaby znacznie większa. A tak: wygadają się, wywrzeszczą milcząco katując klawiatury i będzie spokój.

Coś jednak się zmienia. Mimo, że Internet w jakiś tam sposób daje możliwość neutralizacji negatywnych emocji, po niedawnym expose Tuska można odnieść wrażenie, że Rząd się boi.

Rząd się boi

Wyborcza.biz zamieściła niedawno artykuł: „Rząd zaciska pasa”. I owszem zaciska, tylko nie sobie, a obywatelom i nie pasa, a pętlę. Na szyi. O ile zapowiedzi zrównania wieku emerytalnego i podniesienie go można jeszcze jakoś zrozumieć, o tyle podnoszenie praktycznie wszystkich podatków – w tym akcyzy na olej napędowy, która wpłynie na ceny wszystkiego co trzeba transportować – to już rozbój w biały dzień. Szczególnie, że w exposee nie padło ani słowo na temat np. redukcji zatrudnienia w administracji publicznej ( a jest tych darmozjadów 640 tysięcy – cztery razy więcej niż za Jaruzelskiego i co gorsza, będą pracować do 67 roku życia, czyli trzeba im będzie dłużej płacić pełną pensję!), prywatyzacji, bądź likwidacji ZUS, czy racjonalizacji wydatków publicznych. Rząd nie oszczędza - Rząd zabiera się za rabowanie tego co obywatelom jeszcze zostało i wie, że obywatelom może się to przestać podobać. Wie Internet katalizujący frustrację nie jest rozwiązaniem ostatecznym, a jedynie środkiem, który podnosi temperaturę wrzenia, ale nie spowoduje, że wrzenie nigdy nie nastąpi. Rząd wie, że ludzie mogą w końcu wyjść na ulice Warszawy, tak samo jak wyszli niedawno na ulice Rzymu.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, w tym samym wystąpieniu, w którym obiecuje się wszystkim ciężkie lata, podwyższone podatki i wydłużoną pracę, pod koniec padają zdania o podwyżkach dla policjantów i żołnierzy.

Kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności, Pan Prezydent po zadymie z 11 listopada proponuje nagle zakaz zasłaniania twarzy podczas zgromadzeń publicznych. Ciekawe, że dzieje się to akurat teraz, ciekawe, że nikt nie zaproponował tego przez minione dwadzieścia lat: gdy protestowali górnicy, gdy kibice podpalali stadiony, gdy Lepper urządzał zadymy końcem lat dziewięćdziesiątych. Propozycja zakazu pojawia się akurat teraz, gdy dwie małe grupki ekstremistów pobiły się w trakcie święta niepodległości, a tuż po exposee, które przewiduje na wszystkie problemy tylko jedną receptę: podnieść podatki i kazać ludziom dłużej pracować.

Teoria walki z pożarem

Są grupy ludzi, którzy muszą się wyżywać używając fizycznej przemocy, którym nie wystarczy marudzenie online, czy offline. Stanowią margines - jak moi znajomi z samolotu – gdy czasy są spokojne. Gdy jednak sytuacja się pogarsza i wini się za nią (nie bez powodu zresztą) nieudolną politykę Rządu margines się poszerza i wtedy najbardziej namacalnym przedstawicielem Władzy, któremu można wymierzyć kopa, albo rzucić w niego kamieniem jest policjant. Ten właśnie glina, stojąc w kordonie, w kasku, z tarczą i pałą naprzeciw tłumu, gdy wokół latają kostki brukowe i gdy wie, że ludzie Ci wyszli na ulice w słusznej sprawie, ma nie mieć wątpliwości, kto mu płaci i kogo ma bronić. Szczególnie, że w tłumie stojącym naprzeciw może ujrzeć sąsiada, albo kuzyna. Im więcej dostanie pieniędzy – tym mniej skrupułów i tym mniejsza pokusa, żeby nie stawić się na służbę.

Żeby tego było mało: w ramach ściślejszej integracji europejskiej, już od kilku lat funkcjonuje wewnątrz UE formacja o nazwie Eurogendfor (European Gendarmerie Force). Polska jest krajem partnerskim tego projektu. Są to siły porządkowe, które mają uprawnienia do działania na terenie dowolnego kraju sygnatariusza. Oznacza to, że jednostka francuskiej żandarmerii umieszczona na terenie Polski ma dokładnie takie same uprawnienia jak polska policja. Wniosek jest prosty: jeśli polscy policjanci nie zechcą pałować, albo polewać wodą z armatek polskich demonstracji – sprowadza się Francuzów, którzy takich skrupułów mieć już nie powinni. Jednym z trzech głównych celów Eurogendfor jest bowiem dbanie o porządek publiczny (można poczytać na www.eurogendfor.eu).

Rząd, powtórzę raz jeszcze, grozi społeczeństwu paluszkiem, daje do zrozumienia: siedźcie w domach, jeśli wyjdziecie na ulice z nieczystymi intencjami i zasłoniętą twarzą zamkniemy Was nim zdążycie cokolwiek zrobić.

Pożar na światowych rynkach zbliża się do polskich granic. Złotówka leci na łeb na szyję bez wyraźnego powodu i jeśli ta tendencja się utrzyma, wkrótce odczujemy to wszyscy przy najbliższych zakupach, gdy przyjdzie nam zapłacić więcej za pomarańcze, banany, czy jakikolwiek inny towar, który został sprowadzony zza granicy i za który importer zapłacił unijną walutą, na to nałoży się jeszcze wzrost cen spowodowany wyższymi cenami paliwa, za sprawą podatku od kopalin podrożeje energia elektryczna. Gdy ludzie zorientują się, że pieniądze w ich portfelach to coraz mniej warty papier i gdy okaże się, że jest tego papieru nie dość by spłacać kredyt mieszkaniowy zaciągnięty w obcej walucie okaże się, że siedzenie w domu i wylewanie żalów na forach internetowych nie starcza i wybuchnie pożar. Rząd Tuska nie udaje nawet, że ma zamiar próbować zapobiec temu pożarowi, szykuje się do gaszenia. A pierwsza zasada walki z ogniem mówi: walcz agresywnie.




ibsen82, niedziela, 27 listopada 2011

Efekt stada spłosonych łowiecek

Jest 17.25. Za kilka minut zakończą się dzisiejsze notowania na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Nic nie wskazuje na to, żeby WIG miał się odbić od dna i przełamać miesięczną już tendencję spadkową. A stracił całkiem sporo, bo prawie 20% w ciągu minionych trzydziestu dni.

Poprzedni tydzień, kiedym zupełnie nieświadom doniosłych zdarzeń w światowych finansach spływał sobie kajakiem Wdą, przypominał nie tylko na polskiej, ale i światowych giełdach zjazd po skoczni narciarskiej. W czasie, gdy wiosłowałem czerwonym wiosłem, piłem piwko i śpiewałem przy ognisku - przytrafił się jeden z dziwniejszych przypadków w historii współczesnej ekonomii.

Od kilku tygodni w amerykańskim kongresie, Republikanie z Demokratami spierali się o kształt amerykańskich finansów publicznych. Demokraci, z prezydentem Obamą na czele życzyli sobie dalszego życia na kredyt – czyli emisji dodatkowej puli obligacji i podniesienia podatków, by mieć za co finansować wsparcie dla różnych demokracji na świecie, reformę służby zdrowia i inne fanaberie. Republikanie – przeciwni tym rozwiązaniom twardo bronili swojego stanowiska – żądali cięć wydatków i zaprzestania zadłużania kraju i żadnych nowych podatków. I słusznie, bo jakby na to nie patrzeć bogactwo tworzy się z oszczędności i inwestycji, a nie życia na kredyt. Jednak na skutek uporu wybrańców Grand Old Party, mądrzy na opak dziennikarze i analitycy finansowi poczęli wypisywać katastroficzną pracę zbiorową pod wspólnym tytułem: „Czy USA zbankrutują?”. No i się zaczęło. Mimo, że Demokraci i Republikanie poszli, koniec końców, na jakiś zgniły kompromis.

Ekonomia w dobie globalizacji przypomina trochę stado owiec i działają w niej prawidła znane już Le Bonowi, gdy pisał „Psychologię tłumu”. Kiedy pasterz się waha, owce idą za instynktem, a ten każe im szukać bezpiecznego – jak im się wydaje schronienia. Że USA to taki pastuch (by nie powiedzieć świniopas) współczesnego świata, cała reszta owieczek patrzy jak się zachowa. A że stał niepewny już dłuższy czas, to owieczki – inwestorzy się rozpierzchli i uciekli w to, co wydawało im się bezpieczne – wycofując się z pastwiska giełdy, a chowając po jaskiniach złota i krzakach franków helweckich - ku rozpaczy młodożeńców i kredytobiorców frankowych windując ich ceny na poziom najwyższy w historii. Obserwując to wszystko, można odnieść wrażenie, że logikę i giełdę wynalazły jakieś dwie różne ludzkości – bo jednego w drugim nie ma za grosz – pisałem o tym kiedyś zresztą w tekście „Globalne Pierdnięcie”.

Logicznym bowiem byłoby, że skoro amerykańscy politycy jakoś się tam dogadali, to wyprzedaż papierów wartościowych powinna się skończyć (skoro już posługujemy się tym pokrętnym rozumowaniem, że jeśli jakieś Państwo ma kłopoty to przedsiębiorstwa również je mają) – ale nie. Do pieca dołożyła w piątek agencja ratingowa Standard's and Poor's, która wykoncypowała sobie, że Stanom należy obniżyć ocenę wiarygodności kredytowej. Paranoja z jaką zareagowały na to dziś rynki (chyba żadna giełda na świecie nie zamknęła się na plusie), była o tyle irracjonalna, co łatwa do przewidzenia. Zastanowić się tylko należy, czy ocena Standard's and Poor's była aby dziełem przypadku.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy posiadaczem kilku – kilkunastu miliardów dolarów. Chcielibyśmy je jakoś zainwestować, żeby mieć kilkadziesiąt – bo próżność pcha nas ku ścieżce sławy – kto jest najbogatszy na świecie – wiadomo, a my dopiero w drugiej setce i pies z kulawym ogonem o nas nie słyszał. A tu tak: w Europie kryzys, euro leci w dół, ale politycy twardo negocjują, więc może się ruszy w górę, złoto i frank już tak drogie, że pakować się w nie trąci naiwniactwem, kupowaniem na górce i sporym ryzykiem, że się straci. Ale giełdy nurkują - można więc zagrać na spadek, szczególnie, że się wie iż Republikanie nie mogą się zgodzić na podniesienie podatków, bo kongresmen, czy senator, który na to pójdzie, może z automatu szukać innego zajęcia, bo nie dostanie nominacji partyjnej. Zdziwionym jak tu zarobić na spadkach, pędzę wyjaśniać: istnieją takie instrumenty finansowe, które pozwalają zarabiać na lecącym w dół kursie akcji – nazywa się to opcja. Działa jak gra w ruletkę w kasynie – z tą różnicą, że na poważniejszą forsę. Kupuje się więc takich opcji, z dobrą finansową dźwignią (czyli pożycza się na każdego swojego dolara na przykład dziesięć, żeby mieć dobrą „masę” inwestycyjną pieniądza) i czeka, aż kurs spadnie do poziomu, o który się założyliśmy. A tu nagle przykra niespodzianka. Politycy, niby nieugięci w poglądach, wynajdują jakąś trzecią drogę, ścieżynę, której się do tej pory nie dostrzegło. Dźwignie się wzięło dużą - więc w razie wtopy – nie dość, że kasa przepada, to i jeszcze długi zostaną. Co robić? Mając świadomość, że inwestorzy na świecie patrzą jak cielęta na publikowane przez rozmaite agencje ratingi – dzwoni się do kolegi, który akurat piastuje stanowisko dyrektora w jednej z nich. I proponuje, przykładowo miliard, jeśli wymierzy lekkiego klapsa USA. Że każdy ma swoją cenę, a i jakieś poszlaki po temu są - niezawodny, a odpowiednio zmotywowany finansowo kolega dyrektor zmienia rating USA z AAA na AA+. Rynki oczywiście reagują masową wyprzedażą, a wykres kursu staje się linią prostopadłą do osi czasu.

A gdyby się tak na zimno zastanowić, to co właściwie oznacza, że jedna z prywatnych firm obniżyła ocenę USA? Nic. Jedno wielkie zero. Gdyby inwestorzy zwyczajnie olali co tam sobie jakaś agencja gada, nie stałoby się nic. Nawet jeśli taka ocena jest uzasadniona, to degraduje USA do pozycji Belgii, Japonii czy Nowej Zelandii; mówiąc bardziej obrazowo: uczniowi, który miał do tej pory szóstkę z każdego dyktanda, daje się szóstkę minus – bo nie postawił jednego przecinka.

Większość krajów na świecie, prowadzi politykę bardzo nierozsądną polegającą na stałym zadłużaniu się. Jeśliby w podobny sposób funkcjonowały przedsiębiorstwa (albo rodziny), zaciągając długi, po to, żeby je rozdawać na prawo i lewo komu popadnie, by kupić popularność wśród ludzi – dawno mielibyśmy społeczeństwa składające się wyłącznie z bankrutów i żebraków. Że cały świat żyje na kredyt – wiadomo nie od dziś – w końcu, jak twierdzą niektórzy: pieniądze to dług. Każda złotówka, którą mam w kieszeni jest czyimś zobowiązaniem zapłaty. Nie zmienia to faktu, że nawet w tym dziwacznym systemie, gdzie forsa ma wartość hipoteki czyjegoś domu, samochodu lub basenu: Stany, bez problemu będą swoje zobowiązania spłacać. I to długo.

Mali, prywatni inwestorzy pewnie nie zwróciliby nawet uwagi na pomysły S&P. Gdyby nie dwie rzeczy: wiedzą, że opiniom agencji przyglądają się analitycy funduszy inwestycyjnych posługujący się w swoim korporacyjnym, absolutnie niedemokratycznym świecie, procedurami, które każą im nic innego właśnie, jak przyglądać się opiniom agencji. I gdy wiarygodność kredytowa USA spada – sprzedają, a robią tak bo wydaje im się, że spadnie, bo sądzą, że wszyscy zaczną sprzedawać. Małym inwestorom również wydaje się że cena akcji spadnie, bo sądzą, że duzi sprzedadzą – więc sprzedają swoje – pogłębiając tym samym bessę. Gra na giełdzie najbardziej przypomina biesiadną zabawę, gdzie póki gra muzyka, póty ludzie chodzą wokół krzeseł: gdy się zatrzyma – siadają. Tyle, że krzeseł jest mniej niż ludzi i zawsze jest ktoś przegrany. W świecie giełdowym jest nim zwykle ten, kto za późno kupi i za późno sprzeda, a rolę muzyki pełnią wspomniane przesądy i wydawanie się.

Jednak fakt, że opinia prywatnej firmy, którą tak naprawdę mógłby założyć każdy i wypisywać w swoich statystykach dowolne wyssane z palca bujdy*, jest bardziej istotna i wiarygodna dla milionów inwestorów giełdowych na świecie niż potęga gospodarcza, finansowa i militarna jedynego (jeszcze) supermocarstwa – jest bardzo znamienna. Oznacza, że ludzie przestają ufać państwom. Nie chciałbym, by była to pierwsza jaskółka upadku Ameryki – choćby i miał on nastąpić za pięćdziesiąt lat – i jeśli tego doczekam, będę miał ponurą satysfakcję, że eksperyment demokratyczny drugi raz w dziejach nie wypalił.

Kłopoty na giełdzie, mimo że dzięki nowoczesnym instrumentom finansowym jest ona największym kasynem świata, nie są wcale takie wirtualne. Nie wolno zapominać, że akcje, to udział w przedsiębiorstwie – ich angielska nazwa to shares czyli części. Jeśli firma pozyskuje pieniądze na rozwój i inwestycję właśnie z giełdy, to gdy tej kasy braknie, grozi jej stagnacja, albo i recesja, a w najgorszym wypadku bankructwo. A co to dla zwykłego zjadacza chleba oznacza – nie trzeba chyba tłumaczyć.



* - I tak w zasadzie jest – Rosja, która ma większe nadwyżki budżetowe, ma niższy rating niż USA, które ma biliony długów, mimo, że znów na logikę biorąc, jeśli ktoś ma pieniądze, to bardziej prawdopodobne, że je odda niż ktoś, kto chodzi w pożyczonych butach.

Bartosz Sowisło


ibsen82, poniedziałek, 08 sierpnia 2011