W piątkowy wieczór, chwilę przed położeniem się spać obejrzałem rozmowę Agnieszki Kublik z Katarzyną Piekarską (SLD) i Iwo Zaniewskim (dyrektor artystyczny agencji reklamowej PZL). I spać się nie położyłem: w obawie przed koszmarami.
Kiedyś napisałem, że polityczna poprawność jest niczym innym jak nowym rodzajem cenzury i w świetle linkowanego powyżej materiału wygląda na to, że mam stuprocentową rację.
Tym razem komuś nie spodobały się tak zwane "głupie reklamy". Reklamy na ogół raczej drażnią i w większości mamy tendencję do ich ignorowania, więc gdyby zniknęły nikt by po nich nie płakał, ale tym razem wkurzyła się na nie "polityczka" (jeśli konsekwentnie zastosować politpoprawną nowomowę) i jeśli będzie skuteczna, to być może zapoczątkuje proces prowadzący do otwarcia na nowo niesławnego gmachu przy Mysiej 2 w Warszawie - gdzie za PRL mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.
Otóż panią Piekarską reklamy pudrów zirytowały do tego stopnia, że postanowiła zgłosić je do Rady Etyki Mediów wnioskując zarazem o zakaz ich publikacji. Dlaczego? Bo modelki są "zbyt poprawione Photoshopem". W związku z powyższym, kobiety ze zmarszczkami zbyt głębokimi by można je ukryć pod warstwą fluidu mogą poczuć się rozczarowane, zdołowane i brzydkie (szczególnie jeśli puder nie wygładzi niedoskonałości ich urody), a to z kolei może wpłynąć negatywnie na ich życie emocjonalne i postrzeganie samych siebie.
Przykro pisać, ale orędowniczka sprawy kobiet pani Katarzyna Piekarska wygłaszając takie sądy - sprawie kobiet tylko szkodzi. W uczciwość i obiektywność reklamy nie wierzą nawet małe dzieci - natomiast p. Piekarska sugeruje, że kobiety są po prostu zbyt głupie by poradzić sobie z oceną oglądanego materiału.
Żyję już kilkadziesiąt lat na tym świecie, ostatnie siedem spędziłem pracując głównie z kobietami i nie spotkałem jeszcze ani jednej, która powiedziałaby mi, że w stu procentach wierzy w skuteczność kosmetycznych mazideł, w to, że się jej za ich pomocą w cudowny sposób zatrzymać czas. Nie spotkałem też chyba żadnej, która z tego powodu miałaby zrezygnować z wcierania ich w skórę każdego, albo prawie każdego dnia. Kobiety, zachęcone reklamą czy bez niej, będą starały się wyglądać ładnie. I to nawet nie dla mężczyzn - bo ci w większości nawet tych starań nie zauważą, ale dla siebie - taka już ich natura.
Drugim wątkiem poruszonym w tej zajmującej dyskusji były reklamy seksistowskie i utrwalające stereotypy.Ten fragment był nawet zabawny. Otóż utrwalaniem stereotypu ma być na przykład reklama zmywarki do naczyń. Pokazano w niej, uwaga, uwaga: kobietę zmywającą naczynia i mężczyznę, który kupuje zmywarkę - aby swojej żonie ulżyć. Jak się okazuje - to stereotyp. Pan Zaniewski (do tej pory grzecznie potakujący totalitarnym tezom Piekarskiej), mimochodem stwierdził, że przecież w tej reklamie nic takiego dyskryminującego nie ma, w końcu to kobiety statystycznie częściej wykonują prace domowe. Mówiąc oczywistą dla każdego prawdę naraził się i od raz dostał od rozmówczyń po uszach, a Agnieszka Kublik uznała się za statystyczną reprezentatywną grupę, jako że "u niej w domu to na przykład nie". Co trochę dziwi, gdyż dziennikarz - profesjonalista powinien jednak odróżniać własne doświadczenia od doświadczeń ogółu.
Nie wolno zapomnieć o jednym: jeśli chce się już pod tym kątem cenzurować reklamy, to chyba należałoby sprawiedliwie stwierdzić, że utrwalaniem stereotypów jest też reklama w której mężczyzna dajmy na to: maluje pokój albo naprawia cieknący kran, czy też przetyka kibel. Bo gdzie jest powiedziane, że tylko faceci mają babrać się w gównie?
Seksistowskimi reklamami mają być też te, w których piękne młode dziewczyny zachęcają do kupna jakiegoś przedmiotu: opon, roweru, monitora, telewizora czy jakiegokolwiek innego produktu. Nie wiem czemu przypisać niechęć do modelek topless na kalendarzach w zakładach wulkanizacyjnych - chyba tylko zawiści posuniętej w latach, nieatrakcyjnej baby za którą nikt się już nie ogląda.
Seks się sprzedaje, bo jest pierwotnym instynktem, każdemu znanym: jak głód, czy konieczność regularnego wypróżniania się. Zaspokojenie każdej z tych potrzeb większości ludzi kojarzy się przyjemnie - a że seks jest bardziej estetyczny niż robienie kupy to znalazł zastosowanie jako narzędzie marketingowe. Ciężko mi dopatrzyć się w tym czegokolwiek nagannego - ludzie są istotami biologicznymi i basta. Młoda, atrakcyjna samica / samiec będą się zawsze wydawały bardziej pociągające od starych. Młodość jest atrakcyjna, bo to w młodości ma się dokonywać prokreacja i trzeba do niej jakoś zachęcić - i każda biologiczna istota w taki właśnie podświadomy sposób to odbiera. Wiek dojrzały, czy podeszły mają inne zalety i inne problemy i nie należy do nich poszukiwanie partnera do prokreacji, czyli zachęcanie, kuszenie i prowokowanie - cechy wspólne reklamy i uwodzenia.
Nie lubię być traktowany jak bezmózgi kretyn. Nie lubię też, gdy traktuje się tak moich bliźnich, z których każdy został wyposażony w lepiej lub gorzej funkcjonujący, ale zawsze, mózg. Tak cenzurowanie reklam, jak i umieszczanie piętnastosekundowych ostrzeżeń o wszystkich przeciwwskazaniach reklamowanego produktu farmaceutycznego to traktowanie nas wszystkich jako idiotów nie umiejących czytać i nie rozumiejących świata, nie wiedzących czym jest reklama i nie potrafiących dbać o siebie.
Pani Piekarska i inni kryptototalitarni socjaliści przypominają mi starą ciotkę, która przy dziesięciu stopniach powyżej zera każe ubierać szalik i czapkę. A że chyba każdy pamięta co miał ochotę przy takiej okazji ciotce powiedzieć - cytował nie będę.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politpoprawność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą politpoprawność. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 marca 2012
niedziela, 11 grudnia 2011
Mydliny część druga
Kolega ze studiów, Maciej Stachura, od pewnego czasu udziela się na portalu Nowa Politologia, pisząc interesującego bloga o tematyce, ogólnie mówiąc: marketingowo - politycznej. Pozwoliłem sobie skomentować jeden z jego wpisów (o rozpoznawalności nazwiska, jako marki; szansach na nominację w prawyborach w USA itp.) następującymi słowy:
"Zgadzam się i nie zgadzam z tym co piszesz. W 100% zgoda, jeśli idzie o opis zastanej rzeczywistości. Natomiast bardzo głęboki sprzeciw budzi we mnie sama rzeczywistość. Traktowanie polityka jak proszku do prania, albo oliwki dla niemowląt i wciskanie rzeczonego produktu potencjalnym "klientom" - "wyborcom" ma tyle wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim (którym wszyscy wycierają sobie gęby) co rakieta kosmiczna z aparaturą do pędzenia bimbru. Jakoś dziwnym trafem merytoryczność wypowiedzi, spójność i jasność poglądów, które w wysoko rozwiniętym społeczeństwie (wydawałoby się) powinny być kryterium decydującym o oddaniu głosu zastępowane są przez "rozpoznawalność marki/nazwiska". Chyba najwyższy czas zacząć pisać o nowym ustroju: kretynokracji lub oligarchii marketingowo - sondażowej. Tak w USA jak i u nas."
Maciej, skorom mu taką rękawicę rzucił, postanowił odpowiedzieć i uczynił to następującym wpisem:
http://www.nowapolitologia.pl/maciej-stachura/blog/marketing-polityczny-nie-jest-be
Z braku czasu, dopiero dziś mogę się doń ustosunkować.
I zasadniczo mogę odpowiedzieć jednym zdaniem: Macieju, wchodząc w szczegóły, dowodząc sprawności i wspaniałości marketingu politycznego zapominasz o tym do czego z definicji marketing służy. Wbrew temu co się wydaje nie jest to cudowne narzędzie do zbawiania świata i promowania nowych talentów (choć i to się czasem przytrafia), a po prostu technika sprzedaży czegoś. Czyli w większości przypadków umiejętnego wciskania kitu.
Zauważ, że już w pierwszym punkcie swojej wypowiedzi sam oberwałeś obuchem własnej broni nazywając Rostowskiego "utytułowanym ekonomistą". Otóż p. minister Rostowski ma formalne wykształcenie... magistra. Tytuł profesora otrzymał wyłącznie od swojej macierzystej uczelni, nie ma nawet oficjalnego doktoratu. Nie powiem, połechtałeś tym samym mile moją próżność, bo mógłbym się od tej pory przedstawiać jako utytułowany politolog - czego jednak robić nie będę i nikomu jako taki przedstawiać się nie pozwolę, bo byłoby to boleśnie nieuczciwe. Świadomie czy nie, przypisałeś Rostowskiemu cechę, której nie posiada - tylko dlatego, że takim Ci się jawi - wskutek medialnej lub po prostu autokreacji.
Czysta merytoryka, jak piszesz, w rzeczy samej - nie istnieje. Tylko po co pomagać ludziom, którzy nic nie mają do powiedzenia - albo co gorsza, nie wiedzą co mówią i czynią - wychodzić na stanowiska, na których mogą szkodzić? Pierwszy z brzegu przykład: Andrew Lepper. Uczesali go ładnie, wsadzili na pół godzinki do solarium, dobrali ładny garniturek i z wiejskiego watażki przepoczwarzył się w gwiazdę disco relax. I kilkanaście procent Samoobrona zgarnęła. Tylko czy coś dobrego z tego dla Polski wynikło? Odpowiesz pewnie, że Tymochowicz, który Jędrusia wypromował to żaden marketingowiec, tylko socjotechnik, manipulant - szarlatan, ale czy nie zrobił tego, co postulujesz? Wypromował niszowego polityka, dał poznać jego poglądy, sprawił, że ludzie zaczęli go słuchać. I oddawać nań głosy. Oczywiście najbardziej skorzystał na tym wszystkim sam Tymochowicz, który zgarnął pewnie jakąś fantastyczną kwotę, co zresztą częściowo każe wątpić w Twój postulat, jako marketingu promującego młode, polityczne talenty, bo skąd niby mają mieć pieniądze na wynajęcie tego lub innego speca?
Zgadzam się zresztą z Tobą, że marketing jest narzędziem. Powiedziałbym nawet więcej: jest bronią, a tej można (w przeciwieństwie do narzędzi) używać, albo nie używać. Rzadko się zdarza "dobre" użycie broni, tak samo jak rzadko zdarza się aby marketing polityczny był używany do sprzedaży dobrego produktu. Dobry produkt, w teorii, powinien nieźle sprzedawać się sam (widziałeś kiedykolwiek reklamę śrubki, gwoździa, albo chleba? Produkty, proste, dobre nie potrzebujące reklamy, a jakoś się całkiem nieźle sprzedają), czemu niestety przeczy codzienna praktyka życia politycznego. Trudno człowiekowi, zastanawiającymu się nad tym co się dzieje w państwie dłużej niż trzydzieści sekund miesięcznie podzielać Twój entuzjazm dla marketingowego prania mózgów i postulatów lepszego poznawania grupy docelowej, aby osiągnąć jeszcze większą w mydleniu oczu skuteczność. Zwłaszcza jeśli spojrzeć na obecny rząd, który swoją dramatyczną nieudolność, zadłużanie państwa i kłamstwa w żywe oczy maskuje działaniami stricte marketingowymi - kupowanymi przez ciemną publikę (która jeszcze jest podatna na takie tricki - o czym niżej) absolutnie bezrefleksyjnie, o czym zdaje się świadczyć niesłabnące poparcie PO.
Nieco odwracania kota tylną częścią ciała: piszesz Macieju, że jeśli używać marketingu w dobrych intencjach, to czemu nie? Zapytam tak jak Ty spytałeś przy okazji Rostowskiego: a skąd marketingowiec ma wiedzieć jakie intencje ma polityk? Co więcej, co marketingowca jakieś intencje obchodzą? Jak już wspomniałem, on ma sprzedać produkt - w tym przypadku polityka, a politycy zwykle mają trzy główne motywacje i cele działania: władzę, władzę i jeszcze raz władzę. Trochę szczerze powiedziawszy dziwi mnie Twoje nieco idealistyczne podejście do polityków - szczególnie jeśli obserwujemy ich niekonsekwencję i niestałość w poglądach zależną od wahnięć sondażowych słupków poparcia. Pamiętasz jeszcze może jak PO startowała pod hasłami podatku liniowego? A teraz ta sama quasi liberalna partia podnosi podatki i wyklucza możliwość poparcia ustawy związkach partnerskich. Halo?!? Widział tam ktoś jeszcze jakiś liberalizm?!?
Zresztą, w ramach dygresji, wydaje mi się, że "typowy" marketing polityczny odnosi porażkę - przynajmniej w Polsce. Wystarczy popatrzeć na frekwencję wyborczą i referendalną po 1989 roku. Przy jakiejś okazji policzyłem, że było to w sumie 48 proc. (średnia). Czyli ponad połowa ludzi jest do tego stopnia niezainteresowana polityką, że nawet marketing nie jest ich w stanie do urn zagonić. Większość ludzi jest przekonana, że politycy po prostu kłamią, a ich głos i tak nie ma wpływu na zmianę sytuacji. Sądzę, że w naszych realiach lepiej działałby jakiś rodzaj "buzz marketingu" opartego na opiniach ludzi, których znamy i którym ufamy. Politycy, w jakie PR owe piórka by się nie stroili budzą już tylko niechęć i obrzydzenie.
Pozostaję zatem przy swoim stanowisku: marketing polityczny to sprzedawanie wydmuszek w cenie pełnych jajek: bezrefleksyjnemu, niezorientowanemu, zagubionemu i do cna zidiociałemu odbiorcy. I dlatego jak w latach 1900 - 1960 wygrywał w USA zawsze wyższy, tak samo od Eisenhowera nigdy nie wygrał łysy. Jeśli zatem owłosienie na głowie ma większe dla elektoratu znaczenie niż to co w tej głowie się mieści - sądzę, że mam prawo twierdzić, iż ze świadomością społeczeństw jest coś bardzo nie tak. A działania marketingowe jedynie zamęt i ogłupienie potęgują.
ibsen82, piątek, 10 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
"Zgadzam się i nie zgadzam z tym co piszesz. W 100% zgoda, jeśli idzie o opis zastanej rzeczywistości. Natomiast bardzo głęboki sprzeciw budzi we mnie sama rzeczywistość. Traktowanie polityka jak proszku do prania, albo oliwki dla niemowląt i wciskanie rzeczonego produktu potencjalnym "klientom" - "wyborcom" ma tyle wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim (którym wszyscy wycierają sobie gęby) co rakieta kosmiczna z aparaturą do pędzenia bimbru. Jakoś dziwnym trafem merytoryczność wypowiedzi, spójność i jasność poglądów, które w wysoko rozwiniętym społeczeństwie (wydawałoby się) powinny być kryterium decydującym o oddaniu głosu zastępowane są przez "rozpoznawalność marki/nazwiska". Chyba najwyższy czas zacząć pisać o nowym ustroju: kretynokracji lub oligarchii marketingowo - sondażowej. Tak w USA jak i u nas."
Maciej, skorom mu taką rękawicę rzucił, postanowił odpowiedzieć i uczynił to następującym wpisem:
http://www.nowapolitologia.pl/maciej-stachura/blog/marketing-polityczny-nie-jest-be
Z braku czasu, dopiero dziś mogę się doń ustosunkować.
I zasadniczo mogę odpowiedzieć jednym zdaniem: Macieju, wchodząc w szczegóły, dowodząc sprawności i wspaniałości marketingu politycznego zapominasz o tym do czego z definicji marketing służy. Wbrew temu co się wydaje nie jest to cudowne narzędzie do zbawiania świata i promowania nowych talentów (choć i to się czasem przytrafia), a po prostu technika sprzedaży czegoś. Czyli w większości przypadków umiejętnego wciskania kitu.
Zauważ, że już w pierwszym punkcie swojej wypowiedzi sam oberwałeś obuchem własnej broni nazywając Rostowskiego "utytułowanym ekonomistą". Otóż p. minister Rostowski ma formalne wykształcenie... magistra. Tytuł profesora otrzymał wyłącznie od swojej macierzystej uczelni, nie ma nawet oficjalnego doktoratu. Nie powiem, połechtałeś tym samym mile moją próżność, bo mógłbym się od tej pory przedstawiać jako utytułowany politolog - czego jednak robić nie będę i nikomu jako taki przedstawiać się nie pozwolę, bo byłoby to boleśnie nieuczciwe. Świadomie czy nie, przypisałeś Rostowskiemu cechę, której nie posiada - tylko dlatego, że takim Ci się jawi - wskutek medialnej lub po prostu autokreacji.
Czysta merytoryka, jak piszesz, w rzeczy samej - nie istnieje. Tylko po co pomagać ludziom, którzy nic nie mają do powiedzenia - albo co gorsza, nie wiedzą co mówią i czynią - wychodzić na stanowiska, na których mogą szkodzić? Pierwszy z brzegu przykład: Andrew Lepper. Uczesali go ładnie, wsadzili na pół godzinki do solarium, dobrali ładny garniturek i z wiejskiego watażki przepoczwarzył się w gwiazdę disco relax. I kilkanaście procent Samoobrona zgarnęła. Tylko czy coś dobrego z tego dla Polski wynikło? Odpowiesz pewnie, że Tymochowicz, który Jędrusia wypromował to żaden marketingowiec, tylko socjotechnik, manipulant - szarlatan, ale czy nie zrobił tego, co postulujesz? Wypromował niszowego polityka, dał poznać jego poglądy, sprawił, że ludzie zaczęli go słuchać. I oddawać nań głosy. Oczywiście najbardziej skorzystał na tym wszystkim sam Tymochowicz, który zgarnął pewnie jakąś fantastyczną kwotę, co zresztą częściowo każe wątpić w Twój postulat, jako marketingu promującego młode, polityczne talenty, bo skąd niby mają mieć pieniądze na wynajęcie tego lub innego speca?
Zgadzam się zresztą z Tobą, że marketing jest narzędziem. Powiedziałbym nawet więcej: jest bronią, a tej można (w przeciwieństwie do narzędzi) używać, albo nie używać. Rzadko się zdarza "dobre" użycie broni, tak samo jak rzadko zdarza się aby marketing polityczny był używany do sprzedaży dobrego produktu. Dobry produkt, w teorii, powinien nieźle sprzedawać się sam (widziałeś kiedykolwiek reklamę śrubki, gwoździa, albo chleba? Produkty, proste, dobre nie potrzebujące reklamy, a jakoś się całkiem nieźle sprzedają), czemu niestety przeczy codzienna praktyka życia politycznego. Trudno człowiekowi, zastanawiającymu się nad tym co się dzieje w państwie dłużej niż trzydzieści sekund miesięcznie podzielać Twój entuzjazm dla marketingowego prania mózgów i postulatów lepszego poznawania grupy docelowej, aby osiągnąć jeszcze większą w mydleniu oczu skuteczność. Zwłaszcza jeśli spojrzeć na obecny rząd, który swoją dramatyczną nieudolność, zadłużanie państwa i kłamstwa w żywe oczy maskuje działaniami stricte marketingowymi - kupowanymi przez ciemną publikę (która jeszcze jest podatna na takie tricki - o czym niżej) absolutnie bezrefleksyjnie, o czym zdaje się świadczyć niesłabnące poparcie PO.
Nieco odwracania kota tylną częścią ciała: piszesz Macieju, że jeśli używać marketingu w dobrych intencjach, to czemu nie? Zapytam tak jak Ty spytałeś przy okazji Rostowskiego: a skąd marketingowiec ma wiedzieć jakie intencje ma polityk? Co więcej, co marketingowca jakieś intencje obchodzą? Jak już wspomniałem, on ma sprzedać produkt - w tym przypadku polityka, a politycy zwykle mają trzy główne motywacje i cele działania: władzę, władzę i jeszcze raz władzę. Trochę szczerze powiedziawszy dziwi mnie Twoje nieco idealistyczne podejście do polityków - szczególnie jeśli obserwujemy ich niekonsekwencję i niestałość w poglądach zależną od wahnięć sondażowych słupków poparcia. Pamiętasz jeszcze może jak PO startowała pod hasłami podatku liniowego? A teraz ta sama quasi liberalna partia podnosi podatki i wyklucza możliwość poparcia ustawy związkach partnerskich. Halo?!? Widział tam ktoś jeszcze jakiś liberalizm?!?
Zresztą, w ramach dygresji, wydaje mi się, że "typowy" marketing polityczny odnosi porażkę - przynajmniej w Polsce. Wystarczy popatrzeć na frekwencję wyborczą i referendalną po 1989 roku. Przy jakiejś okazji policzyłem, że było to w sumie 48 proc. (średnia). Czyli ponad połowa ludzi jest do tego stopnia niezainteresowana polityką, że nawet marketing nie jest ich w stanie do urn zagonić. Większość ludzi jest przekonana, że politycy po prostu kłamią, a ich głos i tak nie ma wpływu na zmianę sytuacji. Sądzę, że w naszych realiach lepiej działałby jakiś rodzaj "buzz marketingu" opartego na opiniach ludzi, których znamy i którym ufamy. Politycy, w jakie PR owe piórka by się nie stroili budzą już tylko niechęć i obrzydzenie.
Pozostaję zatem przy swoim stanowisku: marketing polityczny to sprzedawanie wydmuszek w cenie pełnych jajek: bezrefleksyjnemu, niezorientowanemu, zagubionemu i do cna zidiociałemu odbiorcy. I dlatego jak w latach 1900 - 1960 wygrywał w USA zawsze wyższy, tak samo od Eisenhowera nigdy nie wygrał łysy. Jeśli zatem owłosienie na głowie ma większe dla elektoratu znaczenie niż to co w tej głowie się mieści - sądzę, że mam prawo twierdzić, iż ze świadomością społeczeństw jest coś bardzo nie tak. A działania marketingowe jedynie zamęt i ogłupienie potęgują.
ibsen82, piątek, 10 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
Ofiara political corectness
Poprawność polityczna, czy jak chcą anglosasi political corectness krok po kroczku wchodzi i w naszą przestrzeń publiczną.
Przypadek posła Węgrzyna z PO jest tutaj świetnym przykładem jak najnowsza wersja cenzury potrafi łamać kariery i kręgosłupy ludzkie.
Dwa miesiące temu, pan poseł Węgrzyn zapytany przez dziennikarza TVN 24 o ewentualne rozbieżności światopoglądowe przy budowaniu hipotetycznej koalicji między PO a SLD, a konkretniej gdy reporter spytał o pomysły legalizacji małżeństw homoseksualnych, nonszalancko, po męsku odparł: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami... chętnie bym popatrzył". Co działo się potem - mniej więcej wiemy. Węgrzyna publicznie zlinczowano, nazwano homofobem, a na koniec wylano z partii.
Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, jeśli spojrzy na opisaną wyżej sytuację, spokojnie i ignorując histeryczny wrzask mediów gardłujących w koło Macieju o nietolerancji, musi w ogólnym rozrachunku przyznać, że całość to szekspirowskie "wiele hałasu o nic". Czy Węgrzyn rzeczywiście powiedział coś, co można by uznać za obrzydliwe, nienawistne albo homofobiczne? Nie: powiedział to co myśli sobie w swoich brudnych móżdżkach przynajmniej osiemdziesiąt procent facetów. Jeśli ktoś ma wątpliwości - niech odpowie sobie na pytanie: kto inny jak nie mężczyźni wymyślił walki roznegliżowanych babek w kisielu? Kto pisze scenariusze filmów porno?
Poprawność polityczna ma swoje dobre strony. Że nazywa się jak się nazywa - wymyślili Amerykanie, ale i my Europejczycy czy nawet Polacy mamy swoje określenia na podobne zachowania. Otóż drzewiej mówiło się o "dyplomatyczności", "subtelności", czy "delikatności" stwierdzeń, fachowo: "eufemizowaniu". I jasna sprawa: czasami wręcz wypada poowijać w bawełnę, nie mówiąc już o tym jak bardzo dzięki temu wzbogaca się nasze słownictwo.
Niestety, ale rozwój leksykalny i umiejętność powiedzenia czegoś w ładny, uprzejmy sposób w niewielkim tylko stopniu równoważy szkody, jakie tego rodzaju wyrażanie myśli ze sobą niesie. Z dwóch wprawdzie, ale ważkich, powodów. Poprawność polityczna jest: primo - niesymetryczna, secundo - fałszująca rzeczywistość.
Niesymetryczność poprawności politycznej polega na tym, że jednej osobie w określonej sytuacji wypada/wolno użyć jakiegoś ciężkiego stwierdzenia, natomiast drugiej osobie w podobnej (lub innej) sytuacji dokładnie tego samego zwrotu - użyć już nie wolno. Przykładowo: w USA na pogardliwe określenie murzyna (które to w j. polskim zdążyło zresztą nabrać pejoratywnego znaczenia - o tym na koniec) zwykło się mówić nigger, co znaczy mniej więcej - czarnuch. Gdyby tego słowa użył biały - dramat i ciemna mogiła - rozruchy pewne jak amen w pacierzu, krzyk w telewizji i prasie, a autor na suchej gałęzi. Tymczasem niggers, zwracają się tak do siebie na zasadzie koleżeńskiego "stary" i póki co jeszcze się nie wymordowali. Inny przykład: jakoś rok temu w Szczecinie homoseksualna para wygrała proces sądowy, który wytoczyła sąsiadowi dość głośno mówiącemu, że dom obok niego zajmują "pedały". Co oznacza to stwierdzenie nie muszę chyba tłumaczyć. Przy czym: jeśli ów sąsiad sam byłby "pedałem" prawdopodobnie nie doszłoby do żadnego procesu, a i pokrzywdzeni wiedząc, że gościu jest w analogicznej sytuacji nie poczuliby się urażeni. Na własne uszy słyszałem gejów mówiących o innych gejach "pedał" czy "ciota" i brzmiało to dla mnie raczej jak pieszczotliwe "kotku", "myszko". Choć gdybym ja (hetero) użył podobnego stwierdzenia - dostałbym w zęby, albo pozew. Wniosek? Mniejszościom w świecie poprawności politycznej wolno więcej niż większości - a cackanie się ze zgniłym jajkiem na dłuższą metę męczy i w pewnym momencie się go po prostu pozbywa. Próbując "ugłaskać" społeczeństwo - dokłada się tylko do pieca. A jak wiadomo każdy kocioł parowy musi mieć zawór bezpieczeństwa, bo inaczej wybucha. Innymi słowy: lepiej chyba dać ksenofobii i niezrozumieniu ujście w słowach - niż nakręcić atmosferę i doprowadzić do pogromu.
Poprawność polityczna fałszuje rzeczywistość. Szkoliłem się kiedyś z pierwszej pomocy. Jeden z tematów: epilepsja, czasami zwana też padaczką. Instruktor puścił nam film nagrany przez Amerykanów, gdzie w jednym z pierwszych zdań padło słowo seizures (ataki) i wytłumaczenie, że lepiej na opisanie osoby cierpiących na tę tajemniczą chorobę używać stwierdzenia: person with seizures zamiast epyleptic gdyż rzekomo epilepsja źle się kojarzy i określenie kogoś jako epileptyka może sprowadzić nań społeczny ostracyzm. Trudno chyba o bardziej dobitny przykład próby fałszowania rzeczywistości. Czy to, że nazwiemy kogoś "osobą z atakami" zmieni fakt, że jest po prostu epileptykiem? Czy będzie dostawał rzadziej drgawek? Co więcej - tego rodzaju owijanie w bawełnę może prowadzić do nieporozumień. Ataków różnych dolegliwości jest wiele. Choćby wilkołactwa, włażenia na dachy i wycia do księżyca.
Spooro wypowiadanych przez nas słów (szczególnie w kwestiach światopoglądowych) niesie ze sobą pewien emocjonalny ładunek. Określenia: gej, pedał, ciota, homoseksualista, kochający inaczej - nie są sobie równoważne. Po tym którego z nich użyjemy - umieszczamy się na osi: akceptacja - neutralność - brak akceptacji. Polityczna poprawność, kastrując nas z używania pewnych słów - uniemożliwia szybkie określenie się.
Tytuł filmu Polańskiego "Ghost writer" przetłumaczono na język polski jako "Pisarz widmo". Co najciekawsze, jest to zwykła kalka (może i lepiej brzmiąca) nie uwzględniająca faktu, że w naszej rodzimej mowie istnieje już od kilkudziesięciu przynajmniej lat słowo opisujące pisarza, który użycza swego talentu by stworzyć dzieło, pod którym ktoś inny ma się podpisać. Tym słowem jest "murzyn" (zainteresowanych odsyłam do książki Melchiora Wańkowicza "Karafka La Fontaine'a"). Źródłosłów dość prosty do odgadnięcia - murzyn zwykle był kimś kto odwalał brudną robotę, synonimem niewolnika - tak samo jak "pisarz - widmo". Tak się śmiesznie złożyło, że i w polszczyźnie "murzyn" na przestrzeni ostatnich lat stał się słówkiem nie do końca poprawnym i coraz częściej zastępuje się go "czarnym", bądź "czarnoskórym", przy czym "murzyn" w znaczeniu pisarza nadal ma się dobrze i funkcjonuje w fachowym (literaturoznawczym) słowniku - o czym przekonałem się słuchając wywiadu z autorką biografii Jerzego Kosińskiego. Ciekaw jestem, czy tłumacz tytułu dał się uwieść political corectness, czy może powodowały nim jakieś inne względy.
Polityczną poprawność, zostawmy może gdzie jej miejsce - w polityce. I to najlepiej międzynarodowej.
ibsen82, sobota, 16 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło
Przypadek posła Węgrzyna z PO jest tutaj świetnym przykładem jak najnowsza wersja cenzury potrafi łamać kariery i kręgosłupy ludzkie.
Dwa miesiące temu, pan poseł Węgrzyn zapytany przez dziennikarza TVN 24 o ewentualne rozbieżności światopoglądowe przy budowaniu hipotetycznej koalicji między PO a SLD, a konkretniej gdy reporter spytał o pomysły legalizacji małżeństw homoseksualnych, nonszalancko, po męsku odparł: "Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami... chętnie bym popatrzył". Co działo się potem - mniej więcej wiemy. Węgrzyna publicznie zlinczowano, nazwano homofobem, a na koniec wylano z partii.
Każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek, jeśli spojrzy na opisaną wyżej sytuację, spokojnie i ignorując histeryczny wrzask mediów gardłujących w koło Macieju o nietolerancji, musi w ogólnym rozrachunku przyznać, że całość to szekspirowskie "wiele hałasu o nic". Czy Węgrzyn rzeczywiście powiedział coś, co można by uznać za obrzydliwe, nienawistne albo homofobiczne? Nie: powiedział to co myśli sobie w swoich brudnych móżdżkach przynajmniej osiemdziesiąt procent facetów. Jeśli ktoś ma wątpliwości - niech odpowie sobie na pytanie: kto inny jak nie mężczyźni wymyślił walki roznegliżowanych babek w kisielu? Kto pisze scenariusze filmów porno?
Poprawność polityczna ma swoje dobre strony. Że nazywa się jak się nazywa - wymyślili Amerykanie, ale i my Europejczycy czy nawet Polacy mamy swoje określenia na podobne zachowania. Otóż drzewiej mówiło się o "dyplomatyczności", "subtelności", czy "delikatności" stwierdzeń, fachowo: "eufemizowaniu". I jasna sprawa: czasami wręcz wypada poowijać w bawełnę, nie mówiąc już o tym jak bardzo dzięki temu wzbogaca się nasze słownictwo.
Niestety, ale rozwój leksykalny i umiejętność powiedzenia czegoś w ładny, uprzejmy sposób w niewielkim tylko stopniu równoważy szkody, jakie tego rodzaju wyrażanie myśli ze sobą niesie. Z dwóch wprawdzie, ale ważkich, powodów. Poprawność polityczna jest: primo - niesymetryczna, secundo - fałszująca rzeczywistość.
Niesymetryczność poprawności politycznej polega na tym, że jednej osobie w określonej sytuacji wypada/wolno użyć jakiegoś ciężkiego stwierdzenia, natomiast drugiej osobie w podobnej (lub innej) sytuacji dokładnie tego samego zwrotu - użyć już nie wolno. Przykładowo: w USA na pogardliwe określenie murzyna (które to w j. polskim zdążyło zresztą nabrać pejoratywnego znaczenia - o tym na koniec) zwykło się mówić nigger, co znaczy mniej więcej - czarnuch. Gdyby tego słowa użył biały - dramat i ciemna mogiła - rozruchy pewne jak amen w pacierzu, krzyk w telewizji i prasie, a autor na suchej gałęzi. Tymczasem niggers, zwracają się tak do siebie na zasadzie koleżeńskiego "stary" i póki co jeszcze się nie wymordowali. Inny przykład: jakoś rok temu w Szczecinie homoseksualna para wygrała proces sądowy, który wytoczyła sąsiadowi dość głośno mówiącemu, że dom obok niego zajmują "pedały". Co oznacza to stwierdzenie nie muszę chyba tłumaczyć. Przy czym: jeśli ów sąsiad sam byłby "pedałem" prawdopodobnie nie doszłoby do żadnego procesu, a i pokrzywdzeni wiedząc, że gościu jest w analogicznej sytuacji nie poczuliby się urażeni. Na własne uszy słyszałem gejów mówiących o innych gejach "pedał" czy "ciota" i brzmiało to dla mnie raczej jak pieszczotliwe "kotku", "myszko". Choć gdybym ja (hetero) użył podobnego stwierdzenia - dostałbym w zęby, albo pozew. Wniosek? Mniejszościom w świecie poprawności politycznej wolno więcej niż większości - a cackanie się ze zgniłym jajkiem na dłuższą metę męczy i w pewnym momencie się go po prostu pozbywa. Próbując "ugłaskać" społeczeństwo - dokłada się tylko do pieca. A jak wiadomo każdy kocioł parowy musi mieć zawór bezpieczeństwa, bo inaczej wybucha. Innymi słowy: lepiej chyba dać ksenofobii i niezrozumieniu ujście w słowach - niż nakręcić atmosferę i doprowadzić do pogromu.
Poprawność polityczna fałszuje rzeczywistość. Szkoliłem się kiedyś z pierwszej pomocy. Jeden z tematów: epilepsja, czasami zwana też padaczką. Instruktor puścił nam film nagrany przez Amerykanów, gdzie w jednym z pierwszych zdań padło słowo seizures (ataki) i wytłumaczenie, że lepiej na opisanie osoby cierpiących na tę tajemniczą chorobę używać stwierdzenia: person with seizures zamiast epyleptic gdyż rzekomo epilepsja źle się kojarzy i określenie kogoś jako epileptyka może sprowadzić nań społeczny ostracyzm. Trudno chyba o bardziej dobitny przykład próby fałszowania rzeczywistości. Czy to, że nazwiemy kogoś "osobą z atakami" zmieni fakt, że jest po prostu epileptykiem? Czy będzie dostawał rzadziej drgawek? Co więcej - tego rodzaju owijanie w bawełnę może prowadzić do nieporozumień. Ataków różnych dolegliwości jest wiele. Choćby wilkołactwa, włażenia na dachy i wycia do księżyca.
Spooro wypowiadanych przez nas słów (szczególnie w kwestiach światopoglądowych) niesie ze sobą pewien emocjonalny ładunek. Określenia: gej, pedał, ciota, homoseksualista, kochający inaczej - nie są sobie równoważne. Po tym którego z nich użyjemy - umieszczamy się na osi: akceptacja - neutralność - brak akceptacji. Polityczna poprawność, kastrując nas z używania pewnych słów - uniemożliwia szybkie określenie się.
Tytuł filmu Polańskiego "Ghost writer" przetłumaczono na język polski jako "Pisarz widmo". Co najciekawsze, jest to zwykła kalka (może i lepiej brzmiąca) nie uwzględniająca faktu, że w naszej rodzimej mowie istnieje już od kilkudziesięciu przynajmniej lat słowo opisujące pisarza, który użycza swego talentu by stworzyć dzieło, pod którym ktoś inny ma się podpisać. Tym słowem jest "murzyn" (zainteresowanych odsyłam do książki Melchiora Wańkowicza "Karafka La Fontaine'a"). Źródłosłów dość prosty do odgadnięcia - murzyn zwykle był kimś kto odwalał brudną robotę, synonimem niewolnika - tak samo jak "pisarz - widmo". Tak się śmiesznie złożyło, że i w polszczyźnie "murzyn" na przestrzeni ostatnich lat stał się słówkiem nie do końca poprawnym i coraz częściej zastępuje się go "czarnym", bądź "czarnoskórym", przy czym "murzyn" w znaczeniu pisarza nadal ma się dobrze i funkcjonuje w fachowym (literaturoznawczym) słowniku - o czym przekonałem się słuchając wywiadu z autorką biografii Jerzego Kosińskiego. Ciekaw jestem, czy tłumacz tytułu dał się uwieść political corectness, czy może powodowały nim jakieś inne względy.
Polityczną poprawność, zostawmy może gdzie jej miejsce - w polityce. I to najlepiej międzynarodowej.
ibsen82, sobota, 16 kwietnia 2011; Bartosz Sowisło
Energia lesbijki
Kilka dni temu, gdy rutynowo przeglądałem internet w poszukiwaniu rozmaitych widomości, rzucił mi się w oczy tekst p. Marcina Markowskiego z łódzkiej "Wyborczej" zatytułowany: "Prześladowanie lesbijki kotem". Tytuł, przyznać trzeba, wielce intrygujący, bo od razu zacząłem się zastanawiać w jaki sposób można kogoś - choćby i lesbijkę - prześladować kotem. Pomijając oczywiście sympatycznego kota - szermierza ze Shreka i ewentualne osoby z alergią na sierść, które mogłyby wykichać mózg przez dziurki od nosa, gdyby im sierściucha położyć na poduszkę.
Zajrzałem więc do owego tekstu i zgłupiałem. Od początku jednak. Pani Marta Konarzewska polonistka - lesbijka (skoro już postanwiła się w taki sposób światu przedstawić) napisała przed wakacjami artykuł, który opublikowała "GW". Tekst będący jej "coming outem", co w przypadku lesbijki (w moim w sumie też, tylko nie muszę tego obwieszczać) oznacza "wara ode mnie penisy, od tej pory cały świat wie, że wolę dziewczynki".
"Energia, która wybuchła (sic!) po opublikowaniu artykułu, właściwie uniemożliwiła mi dalszą pracę. Nie potrafiłabym przekazywać wiedzy w atmosferze zatrutej niechęcią, intrygą". Złożyła wypowiedzenie umowy o pracy, zostało ono przyjęte - co jak dla mnie zrozumiałe - bo pewnie znajdzie się na jej miejsce jakiś inny polonista, któremu energia nie wybucha. Owe koty, wredne pachołki imperialistycznego ucisku mniejszości homoseksualnych przez heteroseksualną kołtuńsko - ciemnogrodzką większość - wykonały swoje opresyjne zadanie srając i szczając na prace domowe uczniów, kserówki i inne materiały, które poniewierały się po sali lekcyjnej gdzie nauczycielka - lesbijka prowadziła zajęcia.
Śmierdzi mi tu. I to nie kocimi ekskrementami, które miały być dowodem ucisku, a lekką paranoją. Przypuszczenie, że ktoś mógłby nawpuszczać kotów do czyjejś sali lekcyjnej, by zbeszcześciły niewątpliwe perełki literatury jakimi są zadania klasowe licealistów i wszystko w celu pognębienia nauczycielki - która i tak się już zwolniła. To nawet głupio brzmi. Wygląda natomiast tak: napisała baba artykuł, pod koniec wakacji doszła do wniosku, że w szkole nie ma co dłużej pracować i się zwolniła. I na tym możnaby postawić kropkę.
Zadumałem się jednak przez chwilę i stwierdziłem, że może jestem jednak zacofanym gruboskórnym kmiotem ze średniowiecza, który nie ma za grosz zrozumienia ni to dla wrażliwości mniejszości, ni to dla spiskowych teorii działania kadr na obszarze edukacji. Nikt nie lubi się uważać za zacofanego - ja również, żeby więc uspokoić sumienie, zacząłem grzebać dalej.
Co logiczne, koniecznym było dogrzebanie się do artykułu, który stał się zarzewiem całej afery. Nie szukałem długo.
Może i głupi jestem i szowinistyczny, ale wnioski z lektury wyciągnąłem następujące (kursywą zaznaczyłem swoją interpretację myśli autorki):
1. Żartobliwe stwierdzenia nauczycieli formułowane w kierunku uczniów są już dyskryminacją (bo nauczyciel śmie stwierdzić, że uczennice stoją szukając męża, podczas gdy nie przejdzie mu nawet, staremu prykowi do głowy, że pannice może szukają żony). W związku z tym nauczyciele w ogóle nie powinni żartować ze swoimi uczniami i surowo przestrzegac norm poprawności politycznej, a najlepiej w ogóle nie odzywać się do swoich uczniów.
2. Jakiekolwiek śmiechy w pobliżu osób, które podejrzewamy o orientację homoseksualną są również nietolerancyjne, bo mogą zostać odebrane jako naśmiewanie się z tejże orientacji (P. Konarzewska, gdy wchodziła do szkoły słyszała pokątne śmiechy uczniów, którzy wprawdzie mogli się śmiać z czegoś innego, ale że była jedyną lesbijką w okolicy przypisała im znaczenie homofobiczne). Czyli seks we wszelkich jego odmianach traktujemy śmiertelnie poważnie. W obecności osób, które nie określiły swojej orientacji od śmiechu należy się powstrzymywać, by nie sprowadzić na rzeczoną osobę ryzyka traumy.
3. Coś takiego jak tolerancja, rozpatrywana przy pominięciu relacji homoseksualnych w ogóle nie ma prawa bytu (bo zapytano uczennice, która pisała pracę o tolerancji, czy nie dało się opisać tematu bez poruszania problemu mniejszości seksualnych). Ergo: rasizm, antysemityzm, ksenofobia, nietolerancja religijna itp. wszystko to blednie i jest absolutnie nieistotne, jeśli nie rozpatrujemy tego łącznie ze śmianiem się z czyjejś orientacji.
4. Wielkoduszne milczenie na temat czyjejś homoseksualnej orientacji jest również nietolerancją (cyt. "Nie chcę wielkodusznego milczenia") Czyli tolerancja to nie tylko milcząca akceptacja ale i afirmacja osób od nas odmiennych, zachęcanie ich do propagowania swoich poglądów i stylu bycia, niezależnie od tego czy nam się podoba czy nie.
Pytanie, które chyba każdy, kogo rusza w jakiś sposób ta tematyka powinien sobie najpierw postawić - należałoby sformułować następująco: czym właściwie jest tolerancja? Czy jest to przyzwolenie dla odmienności - choćby i milczące niewtrącanie się do czyjegoś życia? Czy może musimy się obnosić z naszą akceptacją dla zjawisk, przed którymi z jakiegoś tam powodu czujemy opór po to tylko by "oświecone środowiska" nie przykleiły nam łatki fobii? Z drugiej strony, czemu mamy się wstydzić łatki fobii? Słowo to oznacza obawę, a czy ludziom nie wolno się obawiać? Czy tolerancja jest równa bezkrytycznej akceptacji - choćby jej konsekwencją było burzenie przyjętych norm społecznych? Jeśli tak, to dlaczego popieramy kastrację pedofili? Przecież oni też chcą tylko realizować swój popęd seksualny, a że w nieakceptowany przez prawo i społeczeństwo sposób...
Przegięta do granic zdrowego rozsądku poprawność polityczna dobija i tak zdychającą wolność słowa i stanowi próbę zaszczepienia w ludziach autocenzury. Wygładza obyczaje i fałszuje rzeczywistość ubierając ją w słowa, które nijak się do tej rzeczywistości mają. Jeśli ktoś uważa homoseksualistę za "pedała" to mówiąc o nim "gej" wyraża się nieprecyzyjnie, bo obydwa te słowa nie mają równoważnego ładunku emocjonalnego. Dokładnie tak samo jest z tolerancją. Można mnie zmusić do tolerowania jakiegoś zjawiska, nie można natomiast zmusić mnie bym uznał za normalne to co normą nie jest (choćby i w sensie statystycznym), nie można mnie również zmusić, bym polubił coś czego nie lubię. Nie można, rzecz jasna, bez prania mózgu, a odnoszę wrażenie, że ma właśnie ono miejsce.
Pani Marta stanowczo odżegnuje się od łatek. Z konsekwencją o tyle godną podziwu co absolutnie nie odpowiadającą leksykalnemu znaczeniu tego słowa. Czy nie jest zamykaniem się w granicach stereotypu publikowanie tekstu pt. "Jestem nauczycielką, jestem lesbijką" w największym dzienniku wychodzącym w Polsce?
Sądzę, że tego typu publikacje przewijające się przez prasę mają na celu jedno: uczynić z nikogo - kogoś. Szczególnie, że próbuje się nam owymi tekstami dowieść, że taka osoba nie jest nikim nadzwyczajnym, tylko identycznym człowiekiem jak każdy inny.
Nie do końca też rozumiem promowaną od jakiegoś czasu tendencję do umieszczania w pseudo-notkach biograficznych informacji o orientacji seksualnej. Czy naprawdę taki ktoś nie potrafi się określić w inny sposób niż przez to w jaki sposób realizuje swój popęd? Czy naprawdę musimy doczekać czasów, gdy na wizytówkach pojawiać się będzie: inż. Kowalski, nekrofil, albo dr Nowak onanista.
Gdyby do tego doszło to na mojej będzie widnieć: blogger iBSen82 czasem walę konia.
ibsen82, wtorek, 07 września 2010; Bartosz Sowisło
Zajrzałem więc do owego tekstu i zgłupiałem. Od początku jednak. Pani Marta Konarzewska polonistka - lesbijka (skoro już postanwiła się w taki sposób światu przedstawić) napisała przed wakacjami artykuł, który opublikowała "GW". Tekst będący jej "coming outem", co w przypadku lesbijki (w moim w sumie też, tylko nie muszę tego obwieszczać) oznacza "wara ode mnie penisy, od tej pory cały świat wie, że wolę dziewczynki".
"Energia, która wybuchła (sic!) po opublikowaniu artykułu, właściwie uniemożliwiła mi dalszą pracę. Nie potrafiłabym przekazywać wiedzy w atmosferze zatrutej niechęcią, intrygą". Złożyła wypowiedzenie umowy o pracy, zostało ono przyjęte - co jak dla mnie zrozumiałe - bo pewnie znajdzie się na jej miejsce jakiś inny polonista, któremu energia nie wybucha. Owe koty, wredne pachołki imperialistycznego ucisku mniejszości homoseksualnych przez heteroseksualną kołtuńsko - ciemnogrodzką większość - wykonały swoje opresyjne zadanie srając i szczając na prace domowe uczniów, kserówki i inne materiały, które poniewierały się po sali lekcyjnej gdzie nauczycielka - lesbijka prowadziła zajęcia.
Śmierdzi mi tu. I to nie kocimi ekskrementami, które miały być dowodem ucisku, a lekką paranoją. Przypuszczenie, że ktoś mógłby nawpuszczać kotów do czyjejś sali lekcyjnej, by zbeszcześciły niewątpliwe perełki literatury jakimi są zadania klasowe licealistów i wszystko w celu pognębienia nauczycielki - która i tak się już zwolniła. To nawet głupio brzmi. Wygląda natomiast tak: napisała baba artykuł, pod koniec wakacji doszła do wniosku, że w szkole nie ma co dłużej pracować i się zwolniła. I na tym możnaby postawić kropkę.
Zadumałem się jednak przez chwilę i stwierdziłem, że może jestem jednak zacofanym gruboskórnym kmiotem ze średniowiecza, który nie ma za grosz zrozumienia ni to dla wrażliwości mniejszości, ni to dla spiskowych teorii działania kadr na obszarze edukacji. Nikt nie lubi się uważać za zacofanego - ja również, żeby więc uspokoić sumienie, zacząłem grzebać dalej.
Co logiczne, koniecznym było dogrzebanie się do artykułu, który stał się zarzewiem całej afery. Nie szukałem długo.
Może i głupi jestem i szowinistyczny, ale wnioski z lektury wyciągnąłem następujące (kursywą zaznaczyłem swoją interpretację myśli autorki):
1. Żartobliwe stwierdzenia nauczycieli formułowane w kierunku uczniów są już dyskryminacją (bo nauczyciel śmie stwierdzić, że uczennice stoją szukając męża, podczas gdy nie przejdzie mu nawet, staremu prykowi do głowy, że pannice może szukają żony). W związku z tym nauczyciele w ogóle nie powinni żartować ze swoimi uczniami i surowo przestrzegac norm poprawności politycznej, a najlepiej w ogóle nie odzywać się do swoich uczniów.
2. Jakiekolwiek śmiechy w pobliżu osób, które podejrzewamy o orientację homoseksualną są również nietolerancyjne, bo mogą zostać odebrane jako naśmiewanie się z tejże orientacji (P. Konarzewska, gdy wchodziła do szkoły słyszała pokątne śmiechy uczniów, którzy wprawdzie mogli się śmiać z czegoś innego, ale że była jedyną lesbijką w okolicy przypisała im znaczenie homofobiczne). Czyli seks we wszelkich jego odmianach traktujemy śmiertelnie poważnie. W obecności osób, które nie określiły swojej orientacji od śmiechu należy się powstrzymywać, by nie sprowadzić na rzeczoną osobę ryzyka traumy.
3. Coś takiego jak tolerancja, rozpatrywana przy pominięciu relacji homoseksualnych w ogóle nie ma prawa bytu (bo zapytano uczennice, która pisała pracę o tolerancji, czy nie dało się opisać tematu bez poruszania problemu mniejszości seksualnych). Ergo: rasizm, antysemityzm, ksenofobia, nietolerancja religijna itp. wszystko to blednie i jest absolutnie nieistotne, jeśli nie rozpatrujemy tego łącznie ze śmianiem się z czyjejś orientacji.
4. Wielkoduszne milczenie na temat czyjejś homoseksualnej orientacji jest również nietolerancją (cyt. "Nie chcę wielkodusznego milczenia") Czyli tolerancja to nie tylko milcząca akceptacja ale i afirmacja osób od nas odmiennych, zachęcanie ich do propagowania swoich poglądów i stylu bycia, niezależnie od tego czy nam się podoba czy nie.
Pytanie, które chyba każdy, kogo rusza w jakiś sposób ta tematyka powinien sobie najpierw postawić - należałoby sformułować następująco: czym właściwie jest tolerancja? Czy jest to przyzwolenie dla odmienności - choćby i milczące niewtrącanie się do czyjegoś życia? Czy może musimy się obnosić z naszą akceptacją dla zjawisk, przed którymi z jakiegoś tam powodu czujemy opór po to tylko by "oświecone środowiska" nie przykleiły nam łatki fobii? Z drugiej strony, czemu mamy się wstydzić łatki fobii? Słowo to oznacza obawę, a czy ludziom nie wolno się obawiać? Czy tolerancja jest równa bezkrytycznej akceptacji - choćby jej konsekwencją było burzenie przyjętych norm społecznych? Jeśli tak, to dlaczego popieramy kastrację pedofili? Przecież oni też chcą tylko realizować swój popęd seksualny, a że w nieakceptowany przez prawo i społeczeństwo sposób...
Przegięta do granic zdrowego rozsądku poprawność polityczna dobija i tak zdychającą wolność słowa i stanowi próbę zaszczepienia w ludziach autocenzury. Wygładza obyczaje i fałszuje rzeczywistość ubierając ją w słowa, które nijak się do tej rzeczywistości mają. Jeśli ktoś uważa homoseksualistę za "pedała" to mówiąc o nim "gej" wyraża się nieprecyzyjnie, bo obydwa te słowa nie mają równoważnego ładunku emocjonalnego. Dokładnie tak samo jest z tolerancją. Można mnie zmusić do tolerowania jakiegoś zjawiska, nie można natomiast zmusić mnie bym uznał za normalne to co normą nie jest (choćby i w sensie statystycznym), nie można mnie również zmusić, bym polubił coś czego nie lubię. Nie można, rzecz jasna, bez prania mózgu, a odnoszę wrażenie, że ma właśnie ono miejsce.
Pani Marta stanowczo odżegnuje się od łatek. Z konsekwencją o tyle godną podziwu co absolutnie nie odpowiadającą leksykalnemu znaczeniu tego słowa. Czy nie jest zamykaniem się w granicach stereotypu publikowanie tekstu pt. "Jestem nauczycielką, jestem lesbijką" w największym dzienniku wychodzącym w Polsce?
Sądzę, że tego typu publikacje przewijające się przez prasę mają na celu jedno: uczynić z nikogo - kogoś. Szczególnie, że próbuje się nam owymi tekstami dowieść, że taka osoba nie jest nikim nadzwyczajnym, tylko identycznym człowiekiem jak każdy inny.
Nie do końca też rozumiem promowaną od jakiegoś czasu tendencję do umieszczania w pseudo-notkach biograficznych informacji o orientacji seksualnej. Czy naprawdę taki ktoś nie potrafi się określić w inny sposób niż przez to w jaki sposób realizuje swój popęd? Czy naprawdę musimy doczekać czasów, gdy na wizytówkach pojawiać się będzie: inż. Kowalski, nekrofil, albo dr Nowak onanista.
Gdyby do tego doszło to na mojej będzie widnieć: blogger iBSen82 czasem walę konia.
ibsen82, wtorek, 07 września 2010; Bartosz Sowisło
Efekt kawy w SCS
Mieliście kiedyś wrażenie, że producenci różnego rodzaju sprzętów, restauratorzy, linie lotnicze czy korporacje albo legislatura traktują Was jak upośledzonych kretynów o IQ przeciętnej rybki akwariowej? Bo ja dość często. Na przykład, kiedy muszę w słoneczny dzień ubierać kamizelkę odblaskową, żeby zmienić oponę w samochodzie na drodze. Albo gdy w instrukcji obsługi żelazka czytam, że stopa jest gorąca i nie należy jej dotykać, albo w instrukcji obsługi samochodu znajduję informację, że w trakcie jazdy do przodu nie wolno wbijać biegu wstecznego, bądź gdy dowiaduję się z etykiety trutki na szczury, że jest trująca i nie należy jej spożywać. Albo, gdy na kubku z kawą w McDonaldsie czytam, że "Zawartość może być gorąca".
Większości z nas nazwisko Stelli Liebeck nie mówi nic. I niedobrze, bo jak za chwilę wyjaśnię owa starsza pani (zmarła w 2004 roku) w dość znaczący sposób wpłynęła na życie nas wszystkich. Nie była ani politykiem, ani działaczem, ani artystą. Otóż 1992 roku, p. Liebeck (wówczas lat 79) poparzyła się kawą. Nie byle jaką bo z McDonald's. Stało się to, gwoli ścisłości, w samochodzie jej syna. Wiekopomny kubek z kawą umieszczony został między nogami Stelli, która usiłowała dosypać doń cukru. Gwałtowne zdjęcie pokrywki, doprowadziło - zgodnie zresztą z prawami dynamiki i ściśliwości płynów - do rozlania się kawy na nogi i w konsekwencji - poparzenia (III stopnia).
Nie byłoby w tej historii nic dziwnego, gdyby nie fakt, że p. Liebeck poszła podzielić się swoim cierpieniem z sądem (spędziła sporo czasu w szpitalu), gdzie ława przysięgłych przyznała jej 2,86 mln zielonych odszkodowania. W toku postępowania ustalono, że kawa w restauracjach Mc Donald's ma temperaturę pomiędzy 82 a 88 stopni Celsjusza i jak argumentował adwokat p. Liebeck, jest to temperatura niebezpieczna, a sam Mc Donald's dopuścił się poważnego zaniedbania (gross negligance) dopuszczając tak groźną substancję jak kawa do obrotu (według niego, kawa powinna mieć 60 - 65 st. Celsjusza).
Od tej pory, różne dziwne pozwy stały się narodową specjalnością Amerykanów. Ostatnio z Angory dowiedziałem się nawet, że w internecie powstała specjalna nagroda (imienia Stelli). Przyznawana jest tym, którzy wyłudzą najdziwniejsze odszkodowania. Mamy tam bardzo ciekawe przypadki: a to włamywacz, który zatrzasnął się w obrabowywanym garażu, spędził w nim osiem dni - pół miliona (kwoty w USD podane za tygodnikiem Angora). A to babka, która złamała kość ogonową, jak wywinęła orła na napoju, który sama wylała - 113,5 tys. Grand Pirx zdobył gościu, który pozwał do sądu producenta samochodu kampingowego. Otóż ów pan podróżując nowym camperem nie wiedział, że jak włączy tempomat, to nie upoważnia go to do pójścia na tyły wozu w celu przygotowania sobie czegoś do picia, bo można z prędkością 110 km/h opuścić jezdnię. Zarobił na tym 1,75 mln i nową furę w miejsce rozbitej.
Naprawdę nie zazdroszczę im tych odszkodowań. Ani połamanej kości ogonowej nie chciałbym mieć (kiedyś potłukłem, załatwienie się siedząc na toalecie, tak żeby nie wrzeszczeć z bólu było wyczynem), ani temu który tydzień siedział w garażu i żywił się karmą dla psów (też kiedyś próbowałem - psy powinny stanowczo zaprotestować, przeciw manipulacji), ani nawet temu który miał wypadek samochodowy.
Z jednej strony cieszę się, że wreszcie ktoś oskubał jedną czy drugą korporację. Nadszedł czas, że mają za swoje: za wykorzystywanie pracowników, za bezduszność, za próby wtrącania się i sterowania życiem całych społeczeństw. Za wykorzystywanie krajów trzeciego świata, unikanie płacenia podatków (czego ja niestety nie potrafię), wyprowadzanie zysków poza granice do rajów podatkowych itp itd. Wymieniać możnaby w nieskończoność.
Jest jednak druga strona medalu. Efekt motyla. Korporacja to organizm, który uczy się na błędach i po raz drugi w identycznej sytuacji nie pozwoli sobie gola strzelić. I mimo, że w niektórych przypadkach może okazać się taka korporacyjna przegrana dla ogółu ludzi korzystna (np. usunięcie istotnej usterki w jakimś urządzeniu, bądź ujawnienie jakiegoś poważnego zagrożenia) to na ogół będą to bzdury. Zaczną się więc działania prewencyjne. Choćby takie jak robienie nadruków na kubkach (o gorącej zawartości), drukowanie bzdetnych instrukcji, które mnie (i chyba nie tylko mnie) po prostu rażą, gdyż obrażają moją (choćby nienajwyższą) inteligencję, czy rozsądek pomijając to, że są po prostu niepotrzebnym wycinaniem drzew na papier. Nieco później korporacja nakaże swoim pracownikom mówić: "Proszę uważać, gdyż kawa jest płynem i można się nim zakrztusić" (doprowadzając do furii pracowników, którzy będą musieli tą formułkę wyklepywać i klientów skazanych na jej wysłuchiwanie), aby na koniec zacząć na produkowanych przez siebie oknach montować naklejki o treści: "Wolna przestrzeń na zewnątrz, wyjście może grozić upadkiem ze znacznej wysokości", a na pistoletach informację, że "niewłaściwie używany może prowadzić do uszczerbku na zdrowiu" (tak jak plaster nikotynowy, albo witamina C z reklam radiowych). Za wszystkie te wątpliwe udoskonalenia (koszt plakietki, piktogramu, grubszej instrukcji, dłuższej reklamy w radio) będzie musiał zapłacić konsument - klient korporacji. Podobnie zresztą koszty przegranego przez korporację procesu sądowego choćby tak, że za kawę zapłaci o złotówkę więcej niż do tej pory. Mogę pójść jeszcze dalej - wzrost cen produktów prowadzi do wzrostu żądań płacowych, a uleganie im nakręca inflację, która z naszych pieniędzy robi bezwartościowe śmieci.
Może i się zagalopowałem i przejaskrawiłem całe zjawisko, ale dla powyższych powodów, cwaniaczki występujące z podobnymi pozwami, nie mają co liczyć na moją sympatię. Piszę cwaniaczki, bo nikt mi nie wmówi, że 79 letnia kobieta nie wie, że może poparzyć się kawą. Podobnie jak nie dociera do mnie argumentacja, że kierowca niby nie wie, iż podczas jazdy nie wolno mu opuszczać swojego fotela, bo w instrukcji nie ma słowa na ten temat. Wydawało mi się zawsze, że zasłanianie się ignorancją nie przynosi nikomu powodów do chwały, a w USA, jak się okazuje, jest jeszcze opłacalne finansowo. W sumie, to powinienem sam pozwać laureatów nagrody Stelli. Za to, że przez ich działania, jestem traktowany jak idiota. Ciekawe na ile wyceniłby odszkodowanie dla mnie amerykański sąd. Chyba, że będzie zajęty rozpatrywaniem sprawy przeciw Walt Disney Pictures, które w jednej z kreskówek pokazało jak to Goofy opuszcza miejsce za kierownicą i udaje się na, nomen omen, kawę do przyczepy kampingowej, zapominając uprzednio zatrzymać pojazd. A że tak nie wolno robić, zapomniano poinformować widza. Po staro-cerkiewno-słowiańsku.
ibsen82, środa, 02 grudnia 2009; Bartosz Sowisło
Większości z nas nazwisko Stelli Liebeck nie mówi nic. I niedobrze, bo jak za chwilę wyjaśnię owa starsza pani (zmarła w 2004 roku) w dość znaczący sposób wpłynęła na życie nas wszystkich. Nie była ani politykiem, ani działaczem, ani artystą. Otóż 1992 roku, p. Liebeck (wówczas lat 79) poparzyła się kawą. Nie byle jaką bo z McDonald's. Stało się to, gwoli ścisłości, w samochodzie jej syna. Wiekopomny kubek z kawą umieszczony został między nogami Stelli, która usiłowała dosypać doń cukru. Gwałtowne zdjęcie pokrywki, doprowadziło - zgodnie zresztą z prawami dynamiki i ściśliwości płynów - do rozlania się kawy na nogi i w konsekwencji - poparzenia (III stopnia).
Nie byłoby w tej historii nic dziwnego, gdyby nie fakt, że p. Liebeck poszła podzielić się swoim cierpieniem z sądem (spędziła sporo czasu w szpitalu), gdzie ława przysięgłych przyznała jej 2,86 mln zielonych odszkodowania. W toku postępowania ustalono, że kawa w restauracjach Mc Donald's ma temperaturę pomiędzy 82 a 88 stopni Celsjusza i jak argumentował adwokat p. Liebeck, jest to temperatura niebezpieczna, a sam Mc Donald's dopuścił się poważnego zaniedbania (gross negligance) dopuszczając tak groźną substancję jak kawa do obrotu (według niego, kawa powinna mieć 60 - 65 st. Celsjusza).
Od tej pory, różne dziwne pozwy stały się narodową specjalnością Amerykanów. Ostatnio z Angory dowiedziałem się nawet, że w internecie powstała specjalna nagroda (imienia Stelli). Przyznawana jest tym, którzy wyłudzą najdziwniejsze odszkodowania. Mamy tam bardzo ciekawe przypadki: a to włamywacz, który zatrzasnął się w obrabowywanym garażu, spędził w nim osiem dni - pół miliona (kwoty w USD podane za tygodnikiem Angora). A to babka, która złamała kość ogonową, jak wywinęła orła na napoju, który sama wylała - 113,5 tys. Grand Pirx zdobył gościu, który pozwał do sądu producenta samochodu kampingowego. Otóż ów pan podróżując nowym camperem nie wiedział, że jak włączy tempomat, to nie upoważnia go to do pójścia na tyły wozu w celu przygotowania sobie czegoś do picia, bo można z prędkością 110 km/h opuścić jezdnię. Zarobił na tym 1,75 mln i nową furę w miejsce rozbitej.
Naprawdę nie zazdroszczę im tych odszkodowań. Ani połamanej kości ogonowej nie chciałbym mieć (kiedyś potłukłem, załatwienie się siedząc na toalecie, tak żeby nie wrzeszczeć z bólu było wyczynem), ani temu który tydzień siedział w garażu i żywił się karmą dla psów (też kiedyś próbowałem - psy powinny stanowczo zaprotestować, przeciw manipulacji), ani nawet temu który miał wypadek samochodowy.
Z jednej strony cieszę się, że wreszcie ktoś oskubał jedną czy drugą korporację. Nadszedł czas, że mają za swoje: za wykorzystywanie pracowników, za bezduszność, za próby wtrącania się i sterowania życiem całych społeczeństw. Za wykorzystywanie krajów trzeciego świata, unikanie płacenia podatków (czego ja niestety nie potrafię), wyprowadzanie zysków poza granice do rajów podatkowych itp itd. Wymieniać możnaby w nieskończoność.
Jest jednak druga strona medalu. Efekt motyla. Korporacja to organizm, który uczy się na błędach i po raz drugi w identycznej sytuacji nie pozwoli sobie gola strzelić. I mimo, że w niektórych przypadkach może okazać się taka korporacyjna przegrana dla ogółu ludzi korzystna (np. usunięcie istotnej usterki w jakimś urządzeniu, bądź ujawnienie jakiegoś poważnego zagrożenia) to na ogół będą to bzdury. Zaczną się więc działania prewencyjne. Choćby takie jak robienie nadruków na kubkach (o gorącej zawartości), drukowanie bzdetnych instrukcji, które mnie (i chyba nie tylko mnie) po prostu rażą, gdyż obrażają moją (choćby nienajwyższą) inteligencję, czy rozsądek pomijając to, że są po prostu niepotrzebnym wycinaniem drzew na papier. Nieco później korporacja nakaże swoim pracownikom mówić: "Proszę uważać, gdyż kawa jest płynem i można się nim zakrztusić" (doprowadzając do furii pracowników, którzy będą musieli tą formułkę wyklepywać i klientów skazanych na jej wysłuchiwanie), aby na koniec zacząć na produkowanych przez siebie oknach montować naklejki o treści: "Wolna przestrzeń na zewnątrz, wyjście może grozić upadkiem ze znacznej wysokości", a na pistoletach informację, że "niewłaściwie używany może prowadzić do uszczerbku na zdrowiu" (tak jak plaster nikotynowy, albo witamina C z reklam radiowych). Za wszystkie te wątpliwe udoskonalenia (koszt plakietki, piktogramu, grubszej instrukcji, dłuższej reklamy w radio) będzie musiał zapłacić konsument - klient korporacji. Podobnie zresztą koszty przegranego przez korporację procesu sądowego choćby tak, że za kawę zapłaci o złotówkę więcej niż do tej pory. Mogę pójść jeszcze dalej - wzrost cen produktów prowadzi do wzrostu żądań płacowych, a uleganie im nakręca inflację, która z naszych pieniędzy robi bezwartościowe śmieci.
Może i się zagalopowałem i przejaskrawiłem całe zjawisko, ale dla powyższych powodów, cwaniaczki występujące z podobnymi pozwami, nie mają co liczyć na moją sympatię. Piszę cwaniaczki, bo nikt mi nie wmówi, że 79 letnia kobieta nie wie, że może poparzyć się kawą. Podobnie jak nie dociera do mnie argumentacja, że kierowca niby nie wie, iż podczas jazdy nie wolno mu opuszczać swojego fotela, bo w instrukcji nie ma słowa na ten temat. Wydawało mi się zawsze, że zasłanianie się ignorancją nie przynosi nikomu powodów do chwały, a w USA, jak się okazuje, jest jeszcze opłacalne finansowo. W sumie, to powinienem sam pozwać laureatów nagrody Stelli. Za to, że przez ich działania, jestem traktowany jak idiota. Ciekawe na ile wyceniłby odszkodowanie dla mnie amerykański sąd. Chyba, że będzie zajęty rozpatrywaniem sprawy przeciw Walt Disney Pictures, które w jednej z kreskówek pokazało jak to Goofy opuszcza miejsce za kierownicą i udaje się na, nomen omen, kawę do przyczepy kampingowej, zapominając uprzednio zatrzymać pojazd. A że tak nie wolno robić, zapomniano poinformować widza. Po staro-cerkiewno-słowiańsku.
ibsen82, środa, 02 grudnia 2009; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)