Nam Polakom, Niemcy kojarzą się zwykle jako ostoja spokoju, porządku publicznego, praworządności i poukładania. Co zresztą chętnie potwierdzają nasi rodacy, którym przyszło pewien czas spędzić za Odrą. Peany na cześć organizacji państwa i życia społecznego nie są niczym nadzwyczajnym. I poniekąd - w naszych powierzchownych obserwacjach - mamy rację. Przy czym aż dziw bierze, jeśli przyjrzeć się ilości paranoi, którym ulega ten naród.
Chyba najbardziej dla całego świata dotkliwym przykładem niemieckiego obłędu był wybór niejakiego Adolfa H. na kanclerza i wszelkie wynikające z tego faktu konsekwencje. Historia znana, obfitująca w nagłe zwroty akcji, zdrady, przymierza, ponowne zdrady, tajne porozumienia i konferencje, z każdą zgłoską pisaną litrami głupio przelewanej krwi. I do tej pory wierzyć się nie chce, że przedstawiciele najbardziej bodaj kulturalnego narodu Europy dawali się wysyłać milionami na front, jak cielątka na rzeź, mordując przy okazji kilkadziesiąt milionów innych, którzy mieli akurat pecha nosić w kieszeni paszport wydany przez wraży Rzeszy rząd.
Druga wojna odbija się Niemcom nieznośną czkawką i wraca palącą zgagą, mimo, że od jej zakończenia minęło już grubo ponad sześćdziesiąt lat. Bo jeśli na to spojrzeć spokojnie to: Jankesi dalej stacjonują na terenie Bundesrepubliki; w hymnie brakuje dwóch pierwszych zwrotek; Niemcy są głównym płatnikiem UE (można przypuszczać, że jest to rodzaj "cichej" rekompensaty za zniszczenia wojenne); za eksponowanie symbolu swastyki - choćby nawet na modelu statku wojennego z okresu drugiej wojny - idzie się do paki (przez co ostatnio nie mogłem poczytać w Deutsche Bahn "Vaterland" Roberta Harrisa - wydawnictwo Amber umieściło było faszystowski symbol na okładce); a jeśli zagadnąć dowolnego Niemca i poruszyć tematy tyczące się historii najnowszej, to będzie albo grzecznie milczał albo zacznie, niezręcznymi komunałami, się tłumaczyć, że owszem wojna to było i to Niemcy właśnie są za nie odpowiedzialnu. Mówiąc krótko: niemiecki kręgosłup przetrącono, a co było w nim pruskiego i nacjonalistycznego - wyrwano, rzucono na stos, a popioły rozsypano na cztery strony świata. Amen.
Niemieckie paranoje ostatnich lat są nieco inne i nie polegają już na wybieraniu na stanowiska kierownicze w państwie niewysokich, czarnowłosych aryjczyków z wąsikami, obiecujących Lebensraum na wschodzie i Tysięczną Rzeszę Trzyletnią.
Niemcy boją się o zdrowie.
W 2009 kiedy spłoszyliśmy się kichających świń i roznoszonego przez nie rzekomo wirusa AH1N1, panika ogarnęła również naszych zachodnich sąsiadów. Nie do tego stopnia wprawdzie co Ukraińców, którzy masowo zaczęli nosić na twarzach quasi – przeciwgrypowe maseczki, które miały na celu głównie poprawę samopoczucia nosiciela, ale niemiecki rząd zafundował sobie i obywatelom szczepionki dla bagatela 60% populacji. Jak się z grubsza oblicza, pięćdziesiąt milionów zastrzyków (z których zużyto co dziesiąty) kosztowało niemieckiego podatnika prawie pół miliarda kolorowych europapierów. Jeżeli spec ds. PR koncernu farmaceutycznego, który wykreował całą tą historię i umiejętnie spłoszył stado owiec nie dostał w premii miesięcznej willi z basenem nad Morzem Śródziemnym i najnowszego Aston Martina, to może się czuć pokrzywdzony, wstąpić do Solidarności '80 i rozpocząć palenie opon w sekretariacie swojego szefa.
Skoro już przy zdrowiu jesteśmy, pozwolę sobie zaburzyć nieco chronologię niemieckich paranoi ostatnich lat. Piszę ten tekst w Niemczech właśnie, a konkretnie w pociągu relacji Hamburg – Dortmund (w wagonie numer siedem drugiej klasy, jeśliby to kogokolwiek interesowało). Podobną podróż, jeno w przeciwnym kierunku, odbyłem dwa dni temu. Zaczyna się tu właśnie długi weekend - toteż wagon nabity, że krew na szybach, pijaną młodzieżą. Gazety od kilku dni, nagłówkami, odliczają ilość śmiertelnych ofiar niedomytych ogórków. Nie wiem na jakiej liczbie się skończy ani jak krwawe żniwo zbierze śmiertelna odmiana coli, ale zanosi się na to, że kilka tysięcy rolników i przedsiębiorców może pójść z torbami. Kiedy bowiem przyleciałem do Dortmundu w poniedziałek, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w kanapkach, które kupuję tam zwykle na dworcu (od 1,8 do 2,4 euro za sztukę) – czegoś brakuje. Po kilkuminutowej kontemplacji dotarło do mnie, że ze wszystkich kanapek usunięto sałatę (innych warzyw tych kupionych przeze mnie nie było, a do pozostałych nie zaglądałem). Żeby było jeszcze śmieszniej: tak w hotelu, gdzie zwykle opycham się wędzonym łososiem na śniadanie, jak i w stołówce pracowniczej zakładów Airbusa, gdzie jadam obiad – ani śladu surowych warzyw! W hotelowej restauracji można do woli napychać się bekonem, jajkami, rybami i wędlinami, ale żeby choć jeden, nędzny koktajlowy pomidorek... Co to to nie. Nawet z Airbusowej kantyny zniknęły propagandowe ulotki o przewadze sałatek nad pommes frites. Złośliwie dodam, że umieszczane nie bez przyczyny - jeśli rzucić okiem na przeciętną masę pracownika przemysłu lotniczego.
Z wypowiedzi różnych medialnych speców ds. zdrowia wynikałoby, że umycie warzyw w większości wypadków wystarcza, żeby się colą nie zatruć. Czyżby więc Niemcy sami siebie uważali za naród brudasków?
Niemcy boją się atomu
Najbardziej dotkliwą dla Niemców, a niezrozumiałą dla mnie i chyba większości trzeźwo myślących ludzi, będzie najnowsza paranoja – atomowa. Nie wiedzieć czemu, ale Niemcy wystraszyli się problemów w elektrowni atomowej Fukushima znajdującej się na drugiej półkuli, w Japonii, leżącej przecież na pograniczu dwóch płyt kontynentalnych, w rejonie sejsmicznie bardzo aktywnym – gdzie, jak sądzę, przy trzęsieniu ziemi poniżej pięciu stopni w skali Richtera nie przerywa się nawet przebierania niemowląt.
Trudno powiedzieć gdzie, ale gdzieś rozumowaniu serwowanym własnym obywatelom, jak i opinii publicznej w krajach ościennych - brakuje przynajmniej jednego ogniwa. Jeśli bowiem warunki, w jakich znajdują się japońskie i niemieckie elektrownie atomowe są diametralnie różne – zważywszy na fakt, że w Badenii, Bawarii, Brandenburgii czy gdziekolwiek jeszcze w Bundesrepublice najsilniejsze trzęsienia ziemi to te powodowane przez wydobycie węgla kamiennego – coś tu nie gra. Tym bardziej, że japońska elektrownia przetrzymała najsilniejszy notowany w tym kraju paroksyzm skorupy ziemskiej – i sam fakt, że na dzień dobry nie rozsypała się w proch i pył daje doskonałe świadectwo japońskim projektantom i budowniczym. Co jeszcze dziwniejsze: Rząd Federalny zamykając elektrownie, pozbawia się nagle prawie jednej piątej energii. W jaki sposób ma zamiar uzupełnić deficyt nie rujnując gospodarki i nie uzależniając się od sąsiadów? W jaki sposób ma zamiar zwiększyć produkcję energii nie zwiększając tym samym emisji CO2 co, tym razem dzięki paranoi internacjonalnej, zaowocuje sporymi karami?
I żeby było ciekawiej nie tylko niemiecki rząd zachowuje się jakby przespał lekcję o wnioskowaniu (co jeszcze byłoby zrozumiałe – rządzący tak mają, że zachowują się jak z innej planety). Ale i w rozmowach ze zwykłymi Niemcami da się wychwycić pewną schizofreniczną dwoistość: z jednej strony wiedzą, że tak naprawdę alternatywy nie ma, bo węgiel, ropa i gaz kiedyś się skończą, a z drugiej strony idą głosować na SPD i Zielonych „bo po Fukushimie musimy uciekać od atomu”. Obydwa poglądy usłyszałem z ust tej samej osoby, wypowiedziane na jednym niemal oddechu.
Wyjaśnienia nasuwają się aż trzy: realne, spiskowe i spiskowo - fantastyczne.
Realne, to takie, że Merkel sobie pogada, jej następcy również, a prąd jak płynął z elektrowni atomowych, tak będzie sobie płynąć jeszcze przez długie lata. Ludzie muszą sobie pogadać – w końcu zapomną, a przez deklaracje niezgodne z ludowym widzimisię można stracić kilka puntów w sondażach.
Spiskowe – ktoś na tym skorzysta. Skoro należy ograniczać pozyskiwanie energii z kopalin, atomowa jest be – wygrają producenci wiatraków, elektrowni zasilanych biomasą, farm słonecznych itp. I trzeba tylko było poczekać na odpowiedni moment kiedy społeczeństwo jest gotowe płacić więcej za energię pozyskiwaną w ten sposób ergo: kiedy poparcie dla atomu spadnie. Fukushima plus trochę umiejętnej propagandy i fertig. Swoją drogą widziałem dziś w hamburskim metrze całkiem ładną reklamę takiej ekologicznej firmy, gdzie na kilku obrazkach piktogram oznaczający radioaktywność, krok po kroku przepoczwarzał się w wiatrak.
I hipoteza spiskowo – fantastyczna: Niemcy wiedzą coś, czego reszta świata nie wie. Na przykład, że wkrótce znajdziemy się w strefie sejsmicznie aktywnej. Korespondowałoby to nieźle, z pewnym niemieckim miniserialem pt. „Wulkan”, gdzie ospałą mieścinę obraca na nice bohater tytułowy. Zresztą niedawno obiła mi się o uszy wzmianka, że gdzieś w Badenii, na dnie jednego z jezior, aktywność przejawia jakiś wulkanik. Ponoć woda w jeziorze mieszczącym się w jego kraterze zajeżdża nieco siarką.
Mając zatem na uwadze niegdysiejsze niemieckie odpały - te dzisiejsze zdają się całkiem niewinne.
ibsen82, czwartek, 02 czerwca 2011; Bartosz Sowisło
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 grudnia 2011
Warkocze kometom pleść
Nazwisko Michała Kusiaka większości pewnie nic nie mówi. Pierwszy (i ostatni jak do tej pory) raz obiło mi się o uszy kilkanaście dni temu, gdy trafiłem w Dzienniku Polskim na artykuł, z którego wynikało, że ów młody student - pasjonat astronomii odkrył dwie komety pod rząd. Zrobił to, analizując zdjęcia wysyłane w ramach programu SOHO.
Lubię sobie poczytać komentarze pod różnymi artykułami. Czasem pełno w nich śmiecia, czasem upolityczanianie na siłę - nawet w tym przypadku: ktoś bez związku przylutował Tuskowi, ktoś inny dla odmiany kopnął Kaczora. To wszystko jednak jest normalką nawet pod dysertacjami dowodzącymi przewagi pieluch tetrowych nad pampersami. Najbardziej zdziwiła mnie spora ilość komentarzy w stylu: "no i co z tego", "nie mógłby się czymś poważnym zająć" czy napisane, z przekąsem: "łaaaał ale sukces". Dziwne, bo odkrycie czegoś, choćby miał to być tylko kawałek skały podróżujący w te i nazad po Układzie Słonecznym, jest mimo wszystko odkryciem - dołożeniem nowego klejnociku do skarbnicy wiedzy ludzkiej i zasługuje jeśli nie na docenienie, to przynajmniej na brak krytyki. Krytyki i kąśliwej ironii skierowanej ku komuś komu się chce, przez osoby pasjonujące się życiem erotycznym Dody Elektrody.
Trudno wyciągać z tego faktu daleko idące wnioski, tyczące się charakteru narodowego Polaków, ale jakoś dziwnie przypomina mi się frazes o "polskim piekiełku" i usłyszana gdzieś opowieść o potępieńcach gotujących się w kotle ze smołą, a wciągających z powrotem tych, którzy próbują zeń wyjść.
Problem jest jednak nieco szerszy. Gdy wziąć do ręki dowolną gazetę, z tych bardziej ogólnych, sporo ponad połowę treści zajmują problemy, które może i dla nas w tej chwili są istotne: a to Schetyna złajał Tuska, a to MAK opublikował raport o katastrofie Smoleńskiej, to Kaczyński obiecuje, że kazałby służbom specjalnym inwigilować ekspertów ds. wypadków lotniczych, a to właśnie Doda pobiła się i zwyzywała kogoś podczas otwarcia jakiejś durnej tancbudy w Warszawce. Może kogoś będzie to interesowało jeszcze z tydzień, z rok, może nawet dziesięć lat? Ale za pięćset? Kto potrafi wymienić choćby jedynie nazwisko kanclerza króla Zygmunta Starego?
Komety, rozwój astronomii i badanie najbliższego otoczenia Ziemi, czy rozwój nauki w ogóle - to nie są pierdoły. To nasza przyszłość, bo czy się nam podoba, czy nie - kiedyś, jako gatunek (optymistycznie zakładając, że się do tej pory nie wyrżniemy, albo nie wykończy nas jakiś kataklizm) będziemy musieli się po naszym najbliższym pozaziemskim otoczeniu rozejrzeć. Póki co Wszechświat potrafimy się tylko oglądać z Ziemi i jej okolic: na Księżycu od 38 lat nikogo nie było, a na Marsie nikogo przez najbliższe dwadzieścia nie będzie. Skoro więc już nie latamy, i ograniczamy się do podglądactwa to dodanie do bazy danych komet dwóch rekordów - jest sprawą ważką i nawet nie wiadomo kiedy, a może się przydać. Tylko, żeby to rozumieć, trzeba mieć pod czaszką trochę oleju - i to nie zjełczałego na skutek oglądactwa TVN Style albo czytania Pomponika na przemian z Pudelkiem.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie warto naśmiewać się z odkrycia naszego młodego astronoma.
Słyszał ktoś o Kardaszewie? W latach 60, ten rosyjski astronom opracował ciekawą skalę: opisuje ona stan zaawansowania technologicznego cywilizacji, za kryterium biorąc źródło energii. Skala liczy trzy stopnie i od razu muszę zmartwić wszystkich, którzy lokują nas gdzieś na niej. Otóż nie osiągnęliśmy jeszcze nawet pierwszego. Te na pozór bezpodmiotowe (bo tyczące się przyszłości) rozważania podchwycone zostały przez naukowców - fizyków, futurystów, astronomów. Jeden z nich, Michio Kaku, dołożył do skali nawet linię czasu na której prognozuje kiedy wejdziemy na który ze stopni. Wynika z niej, że na pierwszy poziom wdrapiemy się z mozołem koło 2100 roku, na drugi w 2800, a na trzeci za jakieś 10000 lat.
Hipotezą konkurującą, czy może lepiej powiedzieć: uzupełniającą skalę Kardaszewa, jest Technologiczna Osobliwość (TO). Miałby to być punkt w przyszłości, gdy jakiekolwiek przewidywania w stosunku do dalszego rozwoju, będą już nietrafne, bo postęp będzie się dokonywał zbyt szybko. Ma wystąpić w chwili gdy człowiek stworzy sztuczną inteligencję przewyższającą intelektualnie wszystkich ludzi. Od tego momentu mamy się już znaleźć pod opieką (albo w niewoli) mądrzejszych od nas robotów, które diabli wiedzą co postanowią z nami zrobić. Bajka? Próbował ktoś z Was ostatnio wygrać w szachy z własnym telefonem komórkowym? No właśnie. Kasparow - najwybitniejszy chodzący po świecie szachista - już trzynaście lat temu przegrał z Deep Blue, a postęp i przyrost mocy obliczeniowej odbywa się w tej dziedzinie w tempie wykładniczym... Szachy, rzecz jasna, to nie całe życie, tylko nagle okazuje się, że specjalny odcinek Va Banque w USA wygrał gadający komputer, który doskonale poradził sobie nie tylko z szybkim przegrzebywaniem terabajtów informacji, a i nadążał z interpretowaniem danej frazy oraz formułowaniem pytania - czego wymaga konwencja programu; na stację kosmiczną NASA wysyła człekokształtnego robota, bo jest bardziej wydajny i bez problemu może wykonywać prace w przestrzeni...
Hipoteza TO - jak wyliczyli naukowcy badając częstość występowania przełomów technologicznych - miałaby się urzeczywistnić około 2040 roku, a więc przypuszczalnie za naszego życia. Co się będzie wtedy działo - zgodnie z podaną już definicją - trudno przewidzieć. Jedno jest pewne: jeśli miałaby nastąpić: nie będzie już ludzi - odkrywców, ani komet, ani planet, ani gwiazd. I może się okazać, że Michał Kusiak był jednym z ostatnich LUDZI, którzy zdążyli coś jeszcze do nauki astronomii wnieść.
ibsen82, niedziela, 23 stycznia 2011; Bartosz Sowisło
Lubię sobie poczytać komentarze pod różnymi artykułami. Czasem pełno w nich śmiecia, czasem upolityczanianie na siłę - nawet w tym przypadku: ktoś bez związku przylutował Tuskowi, ktoś inny dla odmiany kopnął Kaczora. To wszystko jednak jest normalką nawet pod dysertacjami dowodzącymi przewagi pieluch tetrowych nad pampersami. Najbardziej zdziwiła mnie spora ilość komentarzy w stylu: "no i co z tego", "nie mógłby się czymś poważnym zająć" czy napisane, z przekąsem: "łaaaał ale sukces". Dziwne, bo odkrycie czegoś, choćby miał to być tylko kawałek skały podróżujący w te i nazad po Układzie Słonecznym, jest mimo wszystko odkryciem - dołożeniem nowego klejnociku do skarbnicy wiedzy ludzkiej i zasługuje jeśli nie na docenienie, to przynajmniej na brak krytyki. Krytyki i kąśliwej ironii skierowanej ku komuś komu się chce, przez osoby pasjonujące się życiem erotycznym Dody Elektrody.
Trudno wyciągać z tego faktu daleko idące wnioski, tyczące się charakteru narodowego Polaków, ale jakoś dziwnie przypomina mi się frazes o "polskim piekiełku" i usłyszana gdzieś opowieść o potępieńcach gotujących się w kotle ze smołą, a wciągających z powrotem tych, którzy próbują zeń wyjść.
Problem jest jednak nieco szerszy. Gdy wziąć do ręki dowolną gazetę, z tych bardziej ogólnych, sporo ponad połowę treści zajmują problemy, które może i dla nas w tej chwili są istotne: a to Schetyna złajał Tuska, a to MAK opublikował raport o katastrofie Smoleńskiej, to Kaczyński obiecuje, że kazałby służbom specjalnym inwigilować ekspertów ds. wypadków lotniczych, a to właśnie Doda pobiła się i zwyzywała kogoś podczas otwarcia jakiejś durnej tancbudy w Warszawce. Może kogoś będzie to interesowało jeszcze z tydzień, z rok, może nawet dziesięć lat? Ale za pięćset? Kto potrafi wymienić choćby jedynie nazwisko kanclerza króla Zygmunta Starego?
Komety, rozwój astronomii i badanie najbliższego otoczenia Ziemi, czy rozwój nauki w ogóle - to nie są pierdoły. To nasza przyszłość, bo czy się nam podoba, czy nie - kiedyś, jako gatunek (optymistycznie zakładając, że się do tej pory nie wyrżniemy, albo nie wykończy nas jakiś kataklizm) będziemy musieli się po naszym najbliższym pozaziemskim otoczeniu rozejrzeć. Póki co Wszechświat potrafimy się tylko oglądać z Ziemi i jej okolic: na Księżycu od 38 lat nikogo nie było, a na Marsie nikogo przez najbliższe dwadzieścia nie będzie. Skoro więc już nie latamy, i ograniczamy się do podglądactwa to dodanie do bazy danych komet dwóch rekordów - jest sprawą ważką i nawet nie wiadomo kiedy, a może się przydać. Tylko, żeby to rozumieć, trzeba mieć pod czaszką trochę oleju - i to nie zjełczałego na skutek oglądactwa TVN Style albo czytania Pomponika na przemian z Pudelkiem.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie warto naśmiewać się z odkrycia naszego młodego astronoma.
Słyszał ktoś o Kardaszewie? W latach 60, ten rosyjski astronom opracował ciekawą skalę: opisuje ona stan zaawansowania technologicznego cywilizacji, za kryterium biorąc źródło energii. Skala liczy trzy stopnie i od razu muszę zmartwić wszystkich, którzy lokują nas gdzieś na niej. Otóż nie osiągnęliśmy jeszcze nawet pierwszego. Te na pozór bezpodmiotowe (bo tyczące się przyszłości) rozważania podchwycone zostały przez naukowców - fizyków, futurystów, astronomów. Jeden z nich, Michio Kaku, dołożył do skali nawet linię czasu na której prognozuje kiedy wejdziemy na który ze stopni. Wynika z niej, że na pierwszy poziom wdrapiemy się z mozołem koło 2100 roku, na drugi w 2800, a na trzeci za jakieś 10000 lat.
Hipotezą konkurującą, czy może lepiej powiedzieć: uzupełniającą skalę Kardaszewa, jest Technologiczna Osobliwość (TO). Miałby to być punkt w przyszłości, gdy jakiekolwiek przewidywania w stosunku do dalszego rozwoju, będą już nietrafne, bo postęp będzie się dokonywał zbyt szybko. Ma wystąpić w chwili gdy człowiek stworzy sztuczną inteligencję przewyższającą intelektualnie wszystkich ludzi. Od tego momentu mamy się już znaleźć pod opieką (albo w niewoli) mądrzejszych od nas robotów, które diabli wiedzą co postanowią z nami zrobić. Bajka? Próbował ktoś z Was ostatnio wygrać w szachy z własnym telefonem komórkowym? No właśnie. Kasparow - najwybitniejszy chodzący po świecie szachista - już trzynaście lat temu przegrał z Deep Blue, a postęp i przyrost mocy obliczeniowej odbywa się w tej dziedzinie w tempie wykładniczym... Szachy, rzecz jasna, to nie całe życie, tylko nagle okazuje się, że specjalny odcinek Va Banque w USA wygrał gadający komputer, który doskonale poradził sobie nie tylko z szybkim przegrzebywaniem terabajtów informacji, a i nadążał z interpretowaniem danej frazy oraz formułowaniem pytania - czego wymaga konwencja programu; na stację kosmiczną NASA wysyła człekokształtnego robota, bo jest bardziej wydajny i bez problemu może wykonywać prace w przestrzeni...
Hipoteza TO - jak wyliczyli naukowcy badając częstość występowania przełomów technologicznych - miałaby się urzeczywistnić około 2040 roku, a więc przypuszczalnie za naszego życia. Co się będzie wtedy działo - zgodnie z podaną już definicją - trudno przewidzieć. Jedno jest pewne: jeśli miałaby nastąpić: nie będzie już ludzi - odkrywców, ani komet, ani planet, ani gwiazd. I może się okazać, że Michał Kusiak był jednym z ostatnich LUDZI, którzy zdążyli coś jeszcze do nauki astronomii wnieść.
ibsen82, niedziela, 23 stycznia 2011; Bartosz Sowisło
Człowiek, który karmił się kozami
Człowiek to nie tylko twórca cywilizacji i jedyna niezaprzeczalnie myśląca (o której wiemy) istota w znanym nam Wszechświecie, ale przede wszystkim zwierzę, o czym świadczy choćby nazwa systematyczna, którą zresztą sam sobie nadał - jako gatunkowi fauny - homo sapiens. Zwierzę to, dostosowuje się do otaczających warunków, opanowuje wszystkie ekosystemy na ziemi (i z wolna poza nią) głównie przy użyciu różnych chytrych wytworów własnej myśli i rąk, ułatwiających mu walkę z niekorzystnymi oraz maksymalne wykorzystanie korzystnych warunków zewnętrznych. Cały problem polega na tym, że zwierzę owo przez ufność w moc swoich kreacji powoli dociera do pewnej granicy: biologicznej degeneracji.
Jak wiadomo świat zwierzęcy kieruje się zasadą doboru naturalnego. W uproszczeniu wygląda to tak: jednostki silne, sprytne, zdrowe i inteligentne przeżywają i przekazują swoje zahartowane w bojach geny następnemu pokoleniu, a słabe, chore i głupie tracą życie by ich geny z ogólnej puli zostały wyeliminowane. Jest to swoisty mechanizm ochronny, który stworzyła ewolucja, by życie tak całkiem po prostu nie zniknęło. Ludzkość od kilkudziesięciu lat - a dokładniej od 1938 roku gdy zespół A. Fleminga wyizolował pierwszy w dziejach medycyny antybiotyk, czyli penicylinę - coraz śmielej poczyna sobie z ingerowaniem w ten naturalny proces.
Nie powiem, chwalebne to, bo gdyby nie antybiotyki sam bym pewnie już parę razy odwalił kitę przy okazji zwykłej grypy. Nie tylko o nie mi chodzi. Wydają mi się jednak pewnym przełomem z dziedziny medycyny, której galopujący rozwój w połączeniu z humanitaryzmem i tendencjami w życiu społecznym, a także rodzinnym, obecnymi już w krajach wysokorozwiniętych tworzą precedens wiodący nasz gatunek na nieprzetarty szlak, gdzie można doszukiwać się jeśli nie wielu niebezpieczeństw, to już na pewno hord etycznych wątpliwości.
Na ten przykład:
Ciąża myszy domowej trwa 21 dni, słonia afrykańskiego 22 miesiące, kota domowego 65 dni, homo sapiens 280 dni. Z tego co wyczytałem, naturalne odchylenie czasu trwania ciąży to kilka procent. Niech będzie, że dziesięć. Czyli dla człowieka niecały miesiąc. Ostatnio mignął mi gdzieś artykuł (bodaj we Wprost), że lekarzom udaje się utrzymywać przy życiu wcześniaki z połowy szóstego miesiąca... Odchylenie od normy wynosi w tym przypadku już procent kilkadziesiąt. Czy poród na początku siódmego miesiąca, albo w połowie szóstego to już poród? A może jeszcze późne poronienie? Czy poronienie (o ile oczywiście nie jest spowodowane jakąś traumą zewnętrzną, pobiciem, upadkiem) nie jest głosem natury mówiącym: "Może nie tym razem..."?
Dalej: żeby do ciąży w ogóle doszło, konieczny jest pewien, dla jednych miły, dla innych mniej, akt, w trakcie którego plemnik dociera do komórki jajowej początkując jej podział i rozwój w zarodek, a potem płód (o ile dobrze pamiętam z biologii). Wiele pań miewa kłopoty z zajściem w ciążę (szowinistyczno - językowa dygresja: co to w ogóle znaczy, co czytam, że "pary mają kłopoty z zajściem w ciążę"? Jak długo żyję nie widziałem jeszcze brzemiennego faceta), niepłodność uważa się wręcz za chorobę społeczną (i tu paradoks: cywilizacja powoduje schorzenie i pomaga je leczyć), osiemdziesiąt procent przypadków daje się wyleczyć. Pozostaje jeszcze jedna piąta i w tej części zaczynają się dziać rzeczy z etycznego punktu widzenia niepokojące, mianowicie robienie dzieci, dosłownie, na siłę. Rozumiem chęć posiadania dzieci przez ludzi, ale ryzykownymi wydają mi się kombinacje w stylu in vitro i tym podobne historie. Znów, może natura chce nam coś zakomunikować? W XIX wieku podbnego problemu raczej nie było. Dlaczego? Jak dziewczyna chciała mieć dzieciaka, a z mężem jej nie szło, to udawała się z innym mężczyzną na spacer i dziewięć miesięcy później wszyscy byli zadowoleni. Najbardziej inseminator, który poużywał jak pies u studni, a nie musiał się potem w pieluchach babrać.
Użyłem ze dwa akapity wyżej słówka "hartowanie". Wydaje mi się to kategoria kluczowa dla naturalnego nabywania odporności, umacniania organizmu, by miał siły samodzielnie przezwyciężać choróbska, a następnie przekazać te właśnie mocne i silne geny potomstwu. Jak tu się jednak hartować w tej cieplarni, w której przyszło nam funkcjonować? Przysłowie mówi, że co cię nie zabije to cię wzmocni. Wziął je sobie ponoć do serca Rasputin, który według niepotwierdzonych źródeł miał faszerować się cyjankalami w niewielkich ilościach obawiając się zatrucia. Prawie mu się to opłaciło, nie wziął jedynie pod uwagę desperacji zamachowców, którzy istotnie, wpierw nakarmili go nafaszerowanymi cyjankiem potasu ciastkami i napoili podobnie przyprawionym winem i dopiero gdy to nie poskutkowało dobili strzałami z broni krótkiej. Jeśliby ta historia miała być prawdziwą wynika z niej tylko potwierdzenie odwiecznej ludowej prawdy. Rosyjski mnich - erotoman i hulaka naturalnie "zaszczepił się" przeciw działaniu trucizny.
Tymczasem: znam ludzi, którzy otwierając drzwi do toalety robią to przez chusteczkę do nosa. Znam takich, którzy prędzej narobią w spodnie niż skorzystają z publicznego kibla. Znam takich, którzy po jakimkolwiek kontakcie z osobą co do której antyseptyczności nie mają pewności biorą żel do odkażania rąk. Widzę dzieci do tego stopnia opakowane w szaliki i czapki - przy temperaturze powyżej 10 stopni celsjusza - tak, że ledwie się mogą ruszać. Chodzę do lekarzy, którzy na przeziębienie proponują mi antybiotyk, słyszę że nie wolno mi zjeść jabłka prosto z drzewa, jagód prosto z krzaka, kibel odkażam domestosem, a serek, który przedatuje się o jeden dzień powinienem wyrzucać do kosza na śmieci, bo staje się siedliskiem groźnych bakterii. Co więcej, czytałem ostatnio bloga jakiejś osoby (z ciężką chyba paranoją), której dziecko złapało lamblie (bakterie jakieś) i osoba ta w szale walki z niewidocznym przeciwnikiem zabroniła szczeniakowi korzystać z piaskownic, wyparzała klamki wrzątkiem toż samo czyniła z muszlą klozetową i prasowała kartki w książkach. Jadąc do hotelu słyszę, że mam broń mnie panie Boże nie korzystać z ręczników, nie pić z ich szklanek, a najlepiej to wziąć swoją własną pościel. Moje koleżanki z pracy lejąc wodę do butelek dziecięcych uprzedzają, że jest nieprzegotowana mimo, że została ogrzana do 93 st. a 90% drobnoustrojów ginie powyżej 70... Mam sobie kupić odkurzacz firmy X bo zatrzymuje w swoim wnętrzu roztocze...
Strach się w ogóle z domu ruszyć. Choć i w nim niebezpiecznie, bo przecież te niecne wirusy nic tylko czekają, żeby mnie zamordować. Owszem, można się zamknąć w sterylnym mieszkaniu, przemywać spirytusem i lizolem pieczywo (przecież jakiś piekarz swoimi brudnymi łapskami to ciasto wygniatał), nie chodzić do restauracji (zdradzę sekret, gdy pracowałem w hotelu widziałem kucharza, który oblizał palec przygotowując posiłek dla gościa). Ale po co się tak stresować? To raz (bo przecież niezdrowo), a po drugie - osłabiamy się tą całą sterylnością. Nie zachęcam oczywiście do nie mycia rąk po skorzystaniu z toalety, albo by wszom pozwalać hasać bezkarnie w naszych bujnych (w moim przypadku już mniej) czuprynach, ale jak we wszystkim - zdrowy rozsądek. Anglicy hartują się tak, że nawet w lutym potrafią łazić w sandałach i krótkim rękawku, ich dzieci potykają się o własne śpiki, a są narodem cywilizacyjnie bardziej zaawansowanym od nas. Finowie na golasa wyskakują z sauny by się ostudzić w zaspie śniegu, a Francuzi jedzą prawie surowe befsztyki - choć to prawie że bomba biologiczna.
Prawu doboru naturalnego, o którym pisałem na początku i do którego wrócę teraz, by ładną klamrą skończyć wywód, podlegają wszelkie organizmy żywe. Bakterie i wirusy są takimi również. One, podobnie jak my ewoluują i przystosowują się do środowiska, po to by przetrwać. Im bardziej staramy się je wykańczać, tym mocniejszy dajemy im bodziec do zmiany, czyli mutacji w nową, nieznaną póki co formę, która może okazać się bardziej zjadliwa niźli poprzednia. Człowiek, by wyewoluować od homo habilis do homo sapiens potrzebował 2 mln lat. Ptasia grypa wyewoluowała w świńską w ciągu lat pięciu. One robią się coraz to bardziej odporne - a my ratując jednostki, które bez zaawansowanej techniki i wiedzy medycznej nigdy by nie wyżyły - coraz słabsi. Za sto lat może się okazać, że będziemy uzależnieni od lekarstw od dnia narodzin, do dnia śmierci.
Uwierzyliśmy chyba za bardzo w zdobycze przemysłu farmaceutycznego, w chemię domową, w to, że potrafimy się nagle uchronić od brudu, chorób i bakterii, które od zawsze nam towarzyszą, a z mało mamy wiary we własną przyrodzoną odporność. Przypomina mi się fragment reportażu M. Wańkowicza "Bitwa o Monte Cassino" w którym opisuje żołnierza ciężko ranionego w nogę i wziętego do niewoli, leżącego siedem dni bez wody i opatrunku, aż w ranie zalęgły mu się larwy much pożerające martwe tkanki. Wyżył.
Ostatnio usłyszałem w radio, że ludzie wyjadający z nosa nieczystości, tzw. "kozy" dokonują tak naprawdę czynności autoimmunologicznej. Wprowadzają trucizny, które filtr nosa zatrzymał do organizmu w celu zwiększenia odporności (coś jak Rasputin, tylko mniej drastycznie ale i mniej estetycznie). Bon apetit!
ibsen82, piątek, 03 grudnia 2010; Bartosz Sowisło
Jak wiadomo świat zwierzęcy kieruje się zasadą doboru naturalnego. W uproszczeniu wygląda to tak: jednostki silne, sprytne, zdrowe i inteligentne przeżywają i przekazują swoje zahartowane w bojach geny następnemu pokoleniu, a słabe, chore i głupie tracą życie by ich geny z ogólnej puli zostały wyeliminowane. Jest to swoisty mechanizm ochronny, który stworzyła ewolucja, by życie tak całkiem po prostu nie zniknęło. Ludzkość od kilkudziesięciu lat - a dokładniej od 1938 roku gdy zespół A. Fleminga wyizolował pierwszy w dziejach medycyny antybiotyk, czyli penicylinę - coraz śmielej poczyna sobie z ingerowaniem w ten naturalny proces.
Nie powiem, chwalebne to, bo gdyby nie antybiotyki sam bym pewnie już parę razy odwalił kitę przy okazji zwykłej grypy. Nie tylko o nie mi chodzi. Wydają mi się jednak pewnym przełomem z dziedziny medycyny, której galopujący rozwój w połączeniu z humanitaryzmem i tendencjami w życiu społecznym, a także rodzinnym, obecnymi już w krajach wysokorozwiniętych tworzą precedens wiodący nasz gatunek na nieprzetarty szlak, gdzie można doszukiwać się jeśli nie wielu niebezpieczeństw, to już na pewno hord etycznych wątpliwości.
Na ten przykład:
Ciąża myszy domowej trwa 21 dni, słonia afrykańskiego 22 miesiące, kota domowego 65 dni, homo sapiens 280 dni. Z tego co wyczytałem, naturalne odchylenie czasu trwania ciąży to kilka procent. Niech będzie, że dziesięć. Czyli dla człowieka niecały miesiąc. Ostatnio mignął mi gdzieś artykuł (bodaj we Wprost), że lekarzom udaje się utrzymywać przy życiu wcześniaki z połowy szóstego miesiąca... Odchylenie od normy wynosi w tym przypadku już procent kilkadziesiąt. Czy poród na początku siódmego miesiąca, albo w połowie szóstego to już poród? A może jeszcze późne poronienie? Czy poronienie (o ile oczywiście nie jest spowodowane jakąś traumą zewnętrzną, pobiciem, upadkiem) nie jest głosem natury mówiącym: "Może nie tym razem..."?
Dalej: żeby do ciąży w ogóle doszło, konieczny jest pewien, dla jednych miły, dla innych mniej, akt, w trakcie którego plemnik dociera do komórki jajowej początkując jej podział i rozwój w zarodek, a potem płód (o ile dobrze pamiętam z biologii). Wiele pań miewa kłopoty z zajściem w ciążę (szowinistyczno - językowa dygresja: co to w ogóle znaczy, co czytam, że "pary mają kłopoty z zajściem w ciążę"? Jak długo żyję nie widziałem jeszcze brzemiennego faceta), niepłodność uważa się wręcz za chorobę społeczną (i tu paradoks: cywilizacja powoduje schorzenie i pomaga je leczyć), osiemdziesiąt procent przypadków daje się wyleczyć. Pozostaje jeszcze jedna piąta i w tej części zaczynają się dziać rzeczy z etycznego punktu widzenia niepokojące, mianowicie robienie dzieci, dosłownie, na siłę. Rozumiem chęć posiadania dzieci przez ludzi, ale ryzykownymi wydają mi się kombinacje w stylu in vitro i tym podobne historie. Znów, może natura chce nam coś zakomunikować? W XIX wieku podbnego problemu raczej nie było. Dlaczego? Jak dziewczyna chciała mieć dzieciaka, a z mężem jej nie szło, to udawała się z innym mężczyzną na spacer i dziewięć miesięcy później wszyscy byli zadowoleni. Najbardziej inseminator, który poużywał jak pies u studni, a nie musiał się potem w pieluchach babrać.
Użyłem ze dwa akapity wyżej słówka "hartowanie". Wydaje mi się to kategoria kluczowa dla naturalnego nabywania odporności, umacniania organizmu, by miał siły samodzielnie przezwyciężać choróbska, a następnie przekazać te właśnie mocne i silne geny potomstwu. Jak tu się jednak hartować w tej cieplarni, w której przyszło nam funkcjonować? Przysłowie mówi, że co cię nie zabije to cię wzmocni. Wziął je sobie ponoć do serca Rasputin, który według niepotwierdzonych źródeł miał faszerować się cyjankalami w niewielkich ilościach obawiając się zatrucia. Prawie mu się to opłaciło, nie wziął jedynie pod uwagę desperacji zamachowców, którzy istotnie, wpierw nakarmili go nafaszerowanymi cyjankiem potasu ciastkami i napoili podobnie przyprawionym winem i dopiero gdy to nie poskutkowało dobili strzałami z broni krótkiej. Jeśliby ta historia miała być prawdziwą wynika z niej tylko potwierdzenie odwiecznej ludowej prawdy. Rosyjski mnich - erotoman i hulaka naturalnie "zaszczepił się" przeciw działaniu trucizny.
Tymczasem: znam ludzi, którzy otwierając drzwi do toalety robią to przez chusteczkę do nosa. Znam takich, którzy prędzej narobią w spodnie niż skorzystają z publicznego kibla. Znam takich, którzy po jakimkolwiek kontakcie z osobą co do której antyseptyczności nie mają pewności biorą żel do odkażania rąk. Widzę dzieci do tego stopnia opakowane w szaliki i czapki - przy temperaturze powyżej 10 stopni celsjusza - tak, że ledwie się mogą ruszać. Chodzę do lekarzy, którzy na przeziębienie proponują mi antybiotyk, słyszę że nie wolno mi zjeść jabłka prosto z drzewa, jagód prosto z krzaka, kibel odkażam domestosem, a serek, który przedatuje się o jeden dzień powinienem wyrzucać do kosza na śmieci, bo staje się siedliskiem groźnych bakterii. Co więcej, czytałem ostatnio bloga jakiejś osoby (z ciężką chyba paranoją), której dziecko złapało lamblie (bakterie jakieś) i osoba ta w szale walki z niewidocznym przeciwnikiem zabroniła szczeniakowi korzystać z piaskownic, wyparzała klamki wrzątkiem toż samo czyniła z muszlą klozetową i prasowała kartki w książkach. Jadąc do hotelu słyszę, że mam broń mnie panie Boże nie korzystać z ręczników, nie pić z ich szklanek, a najlepiej to wziąć swoją własną pościel. Moje koleżanki z pracy lejąc wodę do butelek dziecięcych uprzedzają, że jest nieprzegotowana mimo, że została ogrzana do 93 st. a 90% drobnoustrojów ginie powyżej 70... Mam sobie kupić odkurzacz firmy X bo zatrzymuje w swoim wnętrzu roztocze...
Strach się w ogóle z domu ruszyć. Choć i w nim niebezpiecznie, bo przecież te niecne wirusy nic tylko czekają, żeby mnie zamordować. Owszem, można się zamknąć w sterylnym mieszkaniu, przemywać spirytusem i lizolem pieczywo (przecież jakiś piekarz swoimi brudnymi łapskami to ciasto wygniatał), nie chodzić do restauracji (zdradzę sekret, gdy pracowałem w hotelu widziałem kucharza, który oblizał palec przygotowując posiłek dla gościa). Ale po co się tak stresować? To raz (bo przecież niezdrowo), a po drugie - osłabiamy się tą całą sterylnością. Nie zachęcam oczywiście do nie mycia rąk po skorzystaniu z toalety, albo by wszom pozwalać hasać bezkarnie w naszych bujnych (w moim przypadku już mniej) czuprynach, ale jak we wszystkim - zdrowy rozsądek. Anglicy hartują się tak, że nawet w lutym potrafią łazić w sandałach i krótkim rękawku, ich dzieci potykają się o własne śpiki, a są narodem cywilizacyjnie bardziej zaawansowanym od nas. Finowie na golasa wyskakują z sauny by się ostudzić w zaspie śniegu, a Francuzi jedzą prawie surowe befsztyki - choć to prawie że bomba biologiczna.
Prawu doboru naturalnego, o którym pisałem na początku i do którego wrócę teraz, by ładną klamrą skończyć wywód, podlegają wszelkie organizmy żywe. Bakterie i wirusy są takimi również. One, podobnie jak my ewoluują i przystosowują się do środowiska, po to by przetrwać. Im bardziej staramy się je wykańczać, tym mocniejszy dajemy im bodziec do zmiany, czyli mutacji w nową, nieznaną póki co formę, która może okazać się bardziej zjadliwa niźli poprzednia. Człowiek, by wyewoluować od homo habilis do homo sapiens potrzebował 2 mln lat. Ptasia grypa wyewoluowała w świńską w ciągu lat pięciu. One robią się coraz to bardziej odporne - a my ratując jednostki, które bez zaawansowanej techniki i wiedzy medycznej nigdy by nie wyżyły - coraz słabsi. Za sto lat może się okazać, że będziemy uzależnieni od lekarstw od dnia narodzin, do dnia śmierci.
Uwierzyliśmy chyba za bardzo w zdobycze przemysłu farmaceutycznego, w chemię domową, w to, że potrafimy się nagle uchronić od brudu, chorób i bakterii, które od zawsze nam towarzyszą, a z mało mamy wiary we własną przyrodzoną odporność. Przypomina mi się fragment reportażu M. Wańkowicza "Bitwa o Monte Cassino" w którym opisuje żołnierza ciężko ranionego w nogę i wziętego do niewoli, leżącego siedem dni bez wody i opatrunku, aż w ranie zalęgły mu się larwy much pożerające martwe tkanki. Wyżył.
Ostatnio usłyszałem w radio, że ludzie wyjadający z nosa nieczystości, tzw. "kozy" dokonują tak naprawdę czynności autoimmunologicznej. Wprowadzają trucizny, które filtr nosa zatrzymał do organizmu w celu zwiększenia odporności (coś jak Rasputin, tylko mniej drastycznie ale i mniej estetycznie). Bon apetit!
ibsen82, piątek, 03 grudnia 2010; Bartosz Sowisło
Ja, (nie) robot (?)
Na początku była maszyna tkacka z ruchomym czółenkiem. Ustalając na maszynie odpowiednie wartości uzyskiwało się pożądany splot. Był to początek informatyki. Poźniej, na przestrzeni dwustu lat od jej powstania, nauka o przenoszeniu informacji i programowaniu określonych urządzeń rozwinęła się do tego stopnia, że trzymam teraz na kolanach komputer o takiej mocy obliczeniowej, że gdyby w jego posiadaniu znalazł się dajmy na to Hitler w 1943 roku, to historia potoczyłaby się zapewne na manowce, o których dziś wypowiadają się tylko autorzy gatunku political fiction.
Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy maszyną tkacką a dwurdzeniowym procesorem, mózgiem mojego laptopa, na początku dwudziestego wieku, ktoś wymyślił, że naukę o programowaniu można zastosować do zbiorowisk ludzkich wykonujących wspólnie określone zadanie. Fryderyk Taylor, bo to o nim mowa, dał podwaliny pod naukę zwaną obecnie zarządzaniem - najpopularniejszym zresztą przez lata dziewięćdziesiąte kierunkiem studiów w Polsce. Taylor, opracował na przykład optymalny dla robotnika kształt i rozmiar łopaty, którym tenże ładował dajmy na to węgiel. Był bardzo skuteczny - wydajność ładowaczy udało się dzięki temu zwiększyć prawie czterokrotnie. W jego ślady poszedł jeden z pionierów motoryzacji Henry Ford. Obydwaj panowie zasłużyli się teorii zarządzania na tyle, że kierunki przez nich wytyczone nazwano od ich nazwisk: "tayloryzm" i "fordyzm"
Nauka o programowaniu ludzi, nadal się rozwijała. Gdzieś na strychu w moim domu, znalazłem starą książkę pt. "Cybernetyka społeczna". Miałem wtedy jakieś czternaście lat więc siłą rzeczy nic z niej nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko wzory o liczbie pięter porównywalnych z Empire State Building, które opisywały choćby oddziaływanie propagandy na określoną grupę społeczną.
Obecnie jesteśmy programowani w sposób skrajny, a dowodem na to jest kariera słówka "procedura".
Pierwszy raz usłyszałem je gdy oglądałem w telewizji film "Apollo 13" z Tomem Hanksem. Historia nieudanej wyprawy na Księżyc. W jednej ze scen Ed Harris, który gra tam postać głównego dyspozytora w Houston, gdy nastąpiła już awaria statku kosmicznego i trzeba szybko ratować znajdujących się w niebezpieczeństwie lunonautów wykrzykuje do swoich, ogarniętych paniką współpracowników: "Nie chcę ocen, chcę procedur!"
Czym jest procedura? To pewien schemat, czy też wzór postępowania w określonej sytuacji. Mówiąc inaczej, jest to język programowania według którego w określonym momencie człowiek powinien, czy też raczej musi postępować. Mówiąc jeszcze krócej, to skoro nasze ciało, ręce, zdolności manualne, czy też intelektualne są swoistym hardware, procedura jest software - programem do wykonania.
Wolnych od procedur profesji jest coraz mniej. Swoje procedury mają wspomniani już kosmonauci, marynarze, policjanci, prawnicy, lekarze, piloci, pracownicy banków, kolejarze, nauczyciele, inżynierowie, handlowcy, nawet stewardessy i kucharze. Tak, tak - przebywałem kiedyś w kuchni w czterogwiazdkowym hotelu - pierwsze co rzucało się w oczy to olbrzymia kartka z napisem: "Proszę bezwzględnie przestrzegać receptur", a obok wisiała zalaminowana książeczka z dokładnymi przepisami i zdjęciami - jak ma wyglądać podawana potrawa. Stacje benzynowe, restauracje typu fast food, czy sieciowe hotele określonego koncernu wyglądają w identyczny sposób na całym świecie. Te same, w taki sam sposób ułożone ręczniki na wannie, prospekty informacyjne na stoliku w pokoju hotelowym, nawet identycznie ułożone trunki w minibarku.
Procedury są wymyślane przez różnorakiego autoramentu, zależnego od branży grupy ekspertów, którzy siadają i kombinują w jaki sposób najskuteczniej z punktu x przemieścić się do punktu y. Przemieszczanie się, proszę oczywiście rozumieć w sensie przenośnym. Nazwijmy ich grupą programistów.
Jeśli komuś wydaje się, że jest od procedur wolny i niezależny, to tkwi w bardzo głębokim błędzie, graniczącym z ignorancją. Nawet jeśli jest ta osoba malarzem - artystą, wykonującym swój zawód w ciszy i odosobnieniu. Największym bowiem zbiorem procedur, obecnie regulujących życie niemalże każdego człowieka na ziemi jest - prawo. Nie tylko reguluje ono czyny zabronione i pożądane, formułując zakazy i nakazy, ale i sposób postępowania w stosunkach międzyludzkich, międzypaństwowych, czy międzyinstytucjonalnych. Przykład? Każdy dział prawa ma swoje przepisy dotyczące procedowania - Kodeks Karny - Kodeks Postępowania Karnego, Kodeks Cywilny - Kodeks Postępowania Cywilnego, przepisy administracyjne - Kodeks Postępowania Administracyjnego. I spróbuj tu człecze, wolny i niezależny przecież, nie podpisać własnoręcznie dokumentu kierowanego do urzędu w najbłahszej sprawie - dokument jest wtedy wart tyle, co papier na którym został wydrukowany.
Czytelnik może odnieść wrażenie, że cały mój wywód zmierza w kierunku potępienia w czambuł wszelkich procedur. I będzie miał rację - z małym wszakże zastrzeżeniem. Są takie obszary ludzkiej działalności, gdzie bez procedur ani rusz. Pilotowi z całą pewnością łatwiej posługiwać się określoną checklistą, niż za każdym razem wymyślać od nowa jak wykonać podejście do lądowania. Faktem jednak niezbitym jest, że procedury zabijają kreatywność. Przynajmniej pośród tych, którzy zaliczają się do "wykonawców", a nie "programistów".Łatwo się domyślić, że nie jest możliwe a priori przewidzenie wszystkich zdarzeń, które mogą mieć miejsce w przyszłości i opisać je za pomocą nie budzących wątpliwości ani sprzeciwu zdań oznajmujących. Wtedy trzeba zdać się na coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem - najlepiej opartym na doświadczeniu. Z drugiej strony teoria ewolucji mówi, że organy nieużywane zanikają po jakimś czasie. Nie wiem na ile, z punktu widzenia biologii, jest to możliwe w przypadku mózgu. Odnoszę wrażenie jednak, że dalsze systemowe wtłaczanie ludzkości, w sztywne ramy przepisów opisujących możliwie najszerszy wycinek rzeczywistości i ustalonych arbitralnych i optymalnych wzorów postępowania względem fenomenów - nie tyle może, co już nas odmóżdża. Popełenianie błędów - jest nabywaniem doświadczenia. Jeśli ktoś nigdy nie popełnił żadnego błędu, bo zawsze postępował w zgodzie ze schematem to w sytuacji gdy schemat zawiedzie, nie ma się na czym oprzeć. Nie ma odruchów postępowania w sytuacjach ekstremalnych, stresujących, nieprzewidywalnych. Jeśli nie używa na codzień myślenia, to jak ma nagle zacząć myśleć?
Nasza cywilizacja, staje się coraz bardziej stechnicyzowana. Coraz większy nacisk kładzie się na rozwój technologii, nowych metod przekazywania i przechowywania informacji, implementację nowinek technologicznych w każdej dziedzinie życia. Zwiększamy wydajność i zmniejszamy koszty. Nasuwa mi się tu kilka pytań: co z ludźmi, którzy z jakichś powodów nie są programowalni (umysł ludzki, warunkowany doświadczeniami, nawykami czy cechami osobowosciowymi, ma ogromną inercję, jest w pewnym sensie nieruchawy - nie da się z dnia na dzień zrobić z kelnera profesora uniwersyteckiego, a z profesora botaniki, profesora matematyki)? Co z ludźmi, którzy zostaną bez środków do życia, bo ich dotychczasowe zajęcia zostaną wyparte przez technologię? W jaki sposób producenci dóbr utrzymają swoje dochody na tym samym poziomie (chociaż powinni je zwiększać - bo to wolnorynkowa nagroda za trud), skoro ludzie nie znajdą możliwości zarobkowania i zostaną jako konsumenci wykluczeni z rynku?
Boję się trochę, że cywilizacja w której żyjemy, jeszcze za mojego życia będzie musiała sobie odpowiedzieć na przynajmniej część tych pytań. Historia pokazuje, niestety, że rozwiązaniem większości problemów była wojna - w trakcie ginie nadwyżka ludności, po niej trzeba naprawiać zniszczenia i wszystko kręci się od nowa, ze świeżym impetem.
Boję się jeszcze jednej rzeczy. Biorąc pod uwagę prace nad sztuczną inteligencją, zastanawiam się, kiedy mój komputer będzie mądrzejszy ode mnie. Już teraz szybciej i dokładniej liczy i wymusza na mnie pewne zachowania logiką zaprogramowanego systemu. I kiedy to ja stanę się hardware, który on będzie programował, bo będzie znacznie doskonalszym programistą mojego software'u (czyli wszelkich moich działań) niż jestem nim ja. Logika, ze wszech miar pożyteczna i będąca fundamentem ludzkości, kryje w sobie potężne zagrożenie.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację: komputer, nadzorujący moje życie widzi, że palę papierosy. W bazie danych wyszukuje informację, że mogę zachorować z tego powodu na raka płuc. Dowiaduje się również, że agonia moja w wielkich cierpieniach będzie trwała wtedy przypuszczalnie kilka miesięcy. Znajduje również informację, że śmierć od porażenia prądem jest stosunkowo bezbolesna i krótkotrwała. Kierując się logiką, a nawet jakimś maszynowym miłosierdziem postanawia oszczędzić mi cierpień i organizuje przebicie prądu do wanny, w której właśnie się kąpię. Żeby było śmieszniej, mógłby to zrobić, nawet gdyby zainstalować mu I prawo robotyki Asimova - "robot nie może szkodzić istocie ludzkiej".
Ludzie odkryli logikę, ale nie są logiczni, ludzie skonstruowali roboty, ale nimi nie są. Ludzie opracowali sztukę programowania, ale ich programować nie należy. Powinniśmy o tym pamiętać i dbać o to byśmy sami z siebie nie robili robotów, nawet za cenę konsekwencji popełnianych błędów.
Na koniec jeszcze chciałbym polecić jednego bloga - znanej osoby bo Janusza Korwina Mikke - gorąco zachęcam do lektury, chociaż on akurat jest zaprzysięgłym, jak mi się wydaje po lekturze jego tekstów, logikiem.
http://korwin-mikke.pl/blog
No i założyłem jeszcze fotobloga. Chwilowo tylko kilka fotek, ale będzie ich z pewnością przybywało. Zapraszam!
http://ibsen82.flog.pl/
ibsen82, czwartek, 06 maja 2010; Bartosz Sowisło
Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy maszyną tkacką a dwurdzeniowym procesorem, mózgiem mojego laptopa, na początku dwudziestego wieku, ktoś wymyślił, że naukę o programowaniu można zastosować do zbiorowisk ludzkich wykonujących wspólnie określone zadanie. Fryderyk Taylor, bo to o nim mowa, dał podwaliny pod naukę zwaną obecnie zarządzaniem - najpopularniejszym zresztą przez lata dziewięćdziesiąte kierunkiem studiów w Polsce. Taylor, opracował na przykład optymalny dla robotnika kształt i rozmiar łopaty, którym tenże ładował dajmy na to węgiel. Był bardzo skuteczny - wydajność ładowaczy udało się dzięki temu zwiększyć prawie czterokrotnie. W jego ślady poszedł jeden z pionierów motoryzacji Henry Ford. Obydwaj panowie zasłużyli się teorii zarządzania na tyle, że kierunki przez nich wytyczone nazwano od ich nazwisk: "tayloryzm" i "fordyzm"
Nauka o programowaniu ludzi, nadal się rozwijała. Gdzieś na strychu w moim domu, znalazłem starą książkę pt. "Cybernetyka społeczna". Miałem wtedy jakieś czternaście lat więc siłą rzeczy nic z niej nie zrozumiałem. Zapamiętałem tylko wzory o liczbie pięter porównywalnych z Empire State Building, które opisywały choćby oddziaływanie propagandy na określoną grupę społeczną.
Obecnie jesteśmy programowani w sposób skrajny, a dowodem na to jest kariera słówka "procedura".
Pierwszy raz usłyszałem je gdy oglądałem w telewizji film "Apollo 13" z Tomem Hanksem. Historia nieudanej wyprawy na Księżyc. W jednej ze scen Ed Harris, który gra tam postać głównego dyspozytora w Houston, gdy nastąpiła już awaria statku kosmicznego i trzeba szybko ratować znajdujących się w niebezpieczeństwie lunonautów wykrzykuje do swoich, ogarniętych paniką współpracowników: "Nie chcę ocen, chcę procedur!"
Czym jest procedura? To pewien schemat, czy też wzór postępowania w określonej sytuacji. Mówiąc inaczej, jest to język programowania według którego w określonym momencie człowiek powinien, czy też raczej musi postępować. Mówiąc jeszcze krócej, to skoro nasze ciało, ręce, zdolności manualne, czy też intelektualne są swoistym hardware, procedura jest software - programem do wykonania.
Wolnych od procedur profesji jest coraz mniej. Swoje procedury mają wspomniani już kosmonauci, marynarze, policjanci, prawnicy, lekarze, piloci, pracownicy banków, kolejarze, nauczyciele, inżynierowie, handlowcy, nawet stewardessy i kucharze. Tak, tak - przebywałem kiedyś w kuchni w czterogwiazdkowym hotelu - pierwsze co rzucało się w oczy to olbrzymia kartka z napisem: "Proszę bezwzględnie przestrzegać receptur", a obok wisiała zalaminowana książeczka z dokładnymi przepisami i zdjęciami - jak ma wyglądać podawana potrawa. Stacje benzynowe, restauracje typu fast food, czy sieciowe hotele określonego koncernu wyglądają w identyczny sposób na całym świecie. Te same, w taki sam sposób ułożone ręczniki na wannie, prospekty informacyjne na stoliku w pokoju hotelowym, nawet identycznie ułożone trunki w minibarku.
Procedury są wymyślane przez różnorakiego autoramentu, zależnego od branży grupy ekspertów, którzy siadają i kombinują w jaki sposób najskuteczniej z punktu x przemieścić się do punktu y. Przemieszczanie się, proszę oczywiście rozumieć w sensie przenośnym. Nazwijmy ich grupą programistów.
Jeśli komuś wydaje się, że jest od procedur wolny i niezależny, to tkwi w bardzo głębokim błędzie, graniczącym z ignorancją. Nawet jeśli jest ta osoba malarzem - artystą, wykonującym swój zawód w ciszy i odosobnieniu. Największym bowiem zbiorem procedur, obecnie regulujących życie niemalże każdego człowieka na ziemi jest - prawo. Nie tylko reguluje ono czyny zabronione i pożądane, formułując zakazy i nakazy, ale i sposób postępowania w stosunkach międzyludzkich, międzypaństwowych, czy międzyinstytucjonalnych. Przykład? Każdy dział prawa ma swoje przepisy dotyczące procedowania - Kodeks Karny - Kodeks Postępowania Karnego, Kodeks Cywilny - Kodeks Postępowania Cywilnego, przepisy administracyjne - Kodeks Postępowania Administracyjnego. I spróbuj tu człecze, wolny i niezależny przecież, nie podpisać własnoręcznie dokumentu kierowanego do urzędu w najbłahszej sprawie - dokument jest wtedy wart tyle, co papier na którym został wydrukowany.
Czytelnik może odnieść wrażenie, że cały mój wywód zmierza w kierunku potępienia w czambuł wszelkich procedur. I będzie miał rację - z małym wszakże zastrzeżeniem. Są takie obszary ludzkiej działalności, gdzie bez procedur ani rusz. Pilotowi z całą pewnością łatwiej posługiwać się określoną checklistą, niż za każdym razem wymyślać od nowa jak wykonać podejście do lądowania. Faktem jednak niezbitym jest, że procedury zabijają kreatywność. Przynajmniej pośród tych, którzy zaliczają się do "wykonawców", a nie "programistów".Łatwo się domyślić, że nie jest możliwe a priori przewidzenie wszystkich zdarzeń, które mogą mieć miejsce w przyszłości i opisać je za pomocą nie budzących wątpliwości ani sprzeciwu zdań oznajmujących. Wtedy trzeba zdać się na coś, co nazywamy zdrowym rozsądkiem - najlepiej opartym na doświadczeniu. Z drugiej strony teoria ewolucji mówi, że organy nieużywane zanikają po jakimś czasie. Nie wiem na ile, z punktu widzenia biologii, jest to możliwe w przypadku mózgu. Odnoszę wrażenie jednak, że dalsze systemowe wtłaczanie ludzkości, w sztywne ramy przepisów opisujących możliwie najszerszy wycinek rzeczywistości i ustalonych arbitralnych i optymalnych wzorów postępowania względem fenomenów - nie tyle może, co już nas odmóżdża. Popełenianie błędów - jest nabywaniem doświadczenia. Jeśli ktoś nigdy nie popełnił żadnego błędu, bo zawsze postępował w zgodzie ze schematem to w sytuacji gdy schemat zawiedzie, nie ma się na czym oprzeć. Nie ma odruchów postępowania w sytuacjach ekstremalnych, stresujących, nieprzewidywalnych. Jeśli nie używa na codzień myślenia, to jak ma nagle zacząć myśleć?
Nasza cywilizacja, staje się coraz bardziej stechnicyzowana. Coraz większy nacisk kładzie się na rozwój technologii, nowych metod przekazywania i przechowywania informacji, implementację nowinek technologicznych w każdej dziedzinie życia. Zwiększamy wydajność i zmniejszamy koszty. Nasuwa mi się tu kilka pytań: co z ludźmi, którzy z jakichś powodów nie są programowalni (umysł ludzki, warunkowany doświadczeniami, nawykami czy cechami osobowosciowymi, ma ogromną inercję, jest w pewnym sensie nieruchawy - nie da się z dnia na dzień zrobić z kelnera profesora uniwersyteckiego, a z profesora botaniki, profesora matematyki)? Co z ludźmi, którzy zostaną bez środków do życia, bo ich dotychczasowe zajęcia zostaną wyparte przez technologię? W jaki sposób producenci dóbr utrzymają swoje dochody na tym samym poziomie (chociaż powinni je zwiększać - bo to wolnorynkowa nagroda za trud), skoro ludzie nie znajdą możliwości zarobkowania i zostaną jako konsumenci wykluczeni z rynku?
Boję się trochę, że cywilizacja w której żyjemy, jeszcze za mojego życia będzie musiała sobie odpowiedzieć na przynajmniej część tych pytań. Historia pokazuje, niestety, że rozwiązaniem większości problemów była wojna - w trakcie ginie nadwyżka ludności, po niej trzeba naprawiać zniszczenia i wszystko kręci się od nowa, ze świeżym impetem.
Boję się jeszcze jednej rzeczy. Biorąc pod uwagę prace nad sztuczną inteligencją, zastanawiam się, kiedy mój komputer będzie mądrzejszy ode mnie. Już teraz szybciej i dokładniej liczy i wymusza na mnie pewne zachowania logiką zaprogramowanego systemu. I kiedy to ja stanę się hardware, który on będzie programował, bo będzie znacznie doskonalszym programistą mojego software'u (czyli wszelkich moich działań) niż jestem nim ja. Logika, ze wszech miar pożyteczna i będąca fundamentem ludzkości, kryje w sobie potężne zagrożenie.
Wyobraźmy sobie następującą sytuację: komputer, nadzorujący moje życie widzi, że palę papierosy. W bazie danych wyszukuje informację, że mogę zachorować z tego powodu na raka płuc. Dowiaduje się również, że agonia moja w wielkich cierpieniach będzie trwała wtedy przypuszczalnie kilka miesięcy. Znajduje również informację, że śmierć od porażenia prądem jest stosunkowo bezbolesna i krótkotrwała. Kierując się logiką, a nawet jakimś maszynowym miłosierdziem postanawia oszczędzić mi cierpień i organizuje przebicie prądu do wanny, w której właśnie się kąpię. Żeby było śmieszniej, mógłby to zrobić, nawet gdyby zainstalować mu I prawo robotyki Asimova - "robot nie może szkodzić istocie ludzkiej".
Ludzie odkryli logikę, ale nie są logiczni, ludzie skonstruowali roboty, ale nimi nie są. Ludzie opracowali sztukę programowania, ale ich programować nie należy. Powinniśmy o tym pamiętać i dbać o to byśmy sami z siebie nie robili robotów, nawet za cenę konsekwencji popełnianych błędów.
Na koniec jeszcze chciałbym polecić jednego bloga - znanej osoby bo Janusza Korwina Mikke - gorąco zachęcam do lektury, chociaż on akurat jest zaprzysięgłym, jak mi się wydaje po lekturze jego tekstów, logikiem.
http://korwin-mikke.pl/blog
No i założyłem jeszcze fotobloga. Chwilowo tylko kilka fotek, ale będzie ich z pewnością przybywało. Zapraszam!
http://ibsen82.flog.pl/
ibsen82, czwartek, 06 maja 2010; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)