niedziela, 11 grudnia 2011

Historyczne zapasy w wadze półśredniej

Zawsze myślałem, że użeranie się o historię jest polskim sportem narodowym. Sportem, który jak boks dzieli się na kilkanaście kategorii wagowych: od piórkowej gdzie spiera się o zdania oceniające w podręcznikach historii dla przedszkolaków; przez półśrednią - nazewnictwo ulic; aż po ciężką i superciężką: stawianie - obalanie pomników i przyjmowanie przez Sejm i Senat Uchwał upamiętniających różne wydarzenia. Oponentami są zwykle politycy i na ogół dość łatwo przewidzieć kto będzie bronił jakiego rozwiązania i jakie będą stron argumenty - podobnie jak wiemy, mniej więcej, jaką taktykę rozegrania meczu przyjęłaby Barcelona, a jaką Szczakowianka Jaworzno.

Jak się jednak okazuje polityczno - historyczne zapasy nie są naszym curlingiem, polo, czy petanque. "Le Figaro" z 22 czerwca tego roku, na pierwszej stronie (przez niedopatrzenie pewnie nie znalazło się to w rubryce "Sport"), walnął tytułem: Robespierre n'a toujours pas droit a sa rue a Paris. (Robespierre nie ma jeszcze prawa do swojej ulicy w Paryżu) i opisem meczu w ww. dyscyplinie między Radą Miasta Paryża a komunistami i radnymi Frontu Lewicowego, którzy Maksymiliana uliczką chcieli uhonorować. Wniosek przepadł, Robespierre ulicy mieć nie będzie.

Sprawa wbrew pozorom nie jest taka zupełnie błaha. Postać, o której mówimy nie żyje już od przeszło dwóch stuleci i mimo tego - wciąż budzi kontrowersje. Nic dziwnego - Robespierre aniołkiem nie był: za jego rządów zdekapitowano około 18 tys. ludzi, a jeśli idzie o radykalizm rewolucyjny i kwestie światopoglądowe można go spokojnie postawić w jednym rzędzie z Leninem i Trockim (choć oni nie przerabiali przynajmniej kalendarza). Z drugiej strony jest autorem francuskiej dewizy narodowej: "Liberte, Egalite, Fraternite" (Wolność, Równość, Braterstwo). Paryscy radni postąpili - chyba słusznie - zachowawczo, choć nie do końca sprawiedliwie. Polityczni przeciwnicy Robespierre'a swoje ulice już mają.

W moim rodzinnym mieście zmieniono ostatnio nazwę jednej z ulic: 22 lipca na Owocową - uśmiechnąć się można ironicznie porównując "ciężar gatunkowy" patronów ulic - bo wypadamy na francuskim tle dość blado - u nich propounuje się dyktatora, rewolucjonistę - u nas zmienia nazwę ustanowioną na pamiątkę daty wydania dokumentu. Niemniej jednak dyskusja podczas sesji Rady Miasta była dość ożywiona.

Na w miarę obiektywną ocenę historii trzeba czasu (o ile jest w ogóle możliwa). Ale i to czyje nazwiska widnieją na skrzyżowaniach nie jest pozbawione znaczenia. Być może i u nas doczekamy się kiedyś ulic PRL - u, albo Gomułki - choć myślę, że nie wcześniej niż za jakieś 150 lat - podobnie zresztą w XIX wieku we Francji nikt nie wpadł na pomysł nadania ulicy imienia Robespierre'a - musiał upłynąć pewien czas i jak widać czasem 215 lat to za mało. Mimo wszystko słusznie, moim zdaniem, polikwidowano w Polsce większość ulic Nowotki (choć w Jaworznie nadal istnieje), Janka Krasickiego, Wandy Wasilewskiej itp - było nie było, ale dowiedziono już dawno, że byli sowieckimi agentami, część z nich do tego mordercami, a z ich działalności Polska odniosła raczej mierne korzyści.

Honorowanie przeszłych polityków poprzez użyczanie ich nazwisk ulicom, jest dość ryzykowną praktyką, z której niewątpliwie cieszą się producenci tabliczek adresowych, a która może być wkurzająca dla mieszkańców, gdy przychodzi im kolejny raz zmieniać wszystkie posiadane dokumenty. W jaworznickim banku nazw ulic leży jedna moja propozycja - na razie niestety nie rozpatrzona, choć wydaje się dość neutralna. Zaproponowałem Stanisława Lema. Być może Rada Miasta sprawdza, czy nie miał przypadkiem teczki w IPN, z której wynikałoby, że był Tajnym Współpracownikiem.


 ibsen82, piątek, 24 czerwca 2011; Bartosz Sowisło

Mydliny część druga

Kolega ze studiów, Maciej Stachura, od pewnego czasu udziela się na portalu Nowa Politologia, pisząc interesującego bloga o tematyce, ogólnie mówiąc: marketingowo - politycznej. Pozwoliłem sobie skomentować jeden z jego wpisów (o rozpoznawalności nazwiska, jako marki; szansach na nominację w prawyborach w USA itp.) następującymi słowy:

"Zgadzam się i nie zgadzam z tym co piszesz. W 100% zgoda, jeśli idzie o opis zastanej rzeczywistości. Natomiast bardzo głęboki sprzeciw budzi we mnie sama rzeczywistość. Traktowanie polityka jak proszku do prania, albo oliwki dla niemowląt i wciskanie rzeczonego produktu potencjalnym "klientom" - "wyborcom" ma tyle wspólnego ze społeczeństwem obywatelskim (którym wszyscy wycierają sobie gęby) co rakieta kosmiczna z aparaturą do pędzenia bimbru. Jakoś dziwnym trafem merytoryczność wypowiedzi, spójność i jasność poglądów, które w wysoko rozwiniętym społeczeństwie (wydawałoby się) powinny być kryterium decydującym o oddaniu głosu zastępowane są przez "rozpoznawalność marki/nazwiska". Chyba najwyższy czas zacząć pisać o nowym ustroju: kretynokracji lub oligarchii marketingowo - sondażowej. Tak w USA jak i u nas."

Maciej, skorom mu taką rękawicę rzucił, postanowił odpowiedzieć i uczynił to następującym wpisem:

http://www.nowapolitologia.pl/maciej-stachura/blog/marketing-polityczny-nie-jest-be

Z braku czasu, dopiero dziś mogę się doń ustosunkować.

I zasadniczo mogę odpowiedzieć jednym zdaniem: Macieju, wchodząc w szczegóły, dowodząc sprawności i wspaniałości marketingu politycznego zapominasz o tym do czego z definicji marketing służy. Wbrew temu co się wydaje nie jest to cudowne narzędzie do zbawiania świata i promowania nowych talentów (choć i to się czasem przytrafia), a po prostu technika sprzedaży czegoś. Czyli w większości przypadków umiejętnego wciskania kitu.

Zauważ, że już w pierwszym punkcie swojej wypowiedzi sam oberwałeś obuchem własnej broni nazywając Rostowskiego "utytułowanym ekonomistą". Otóż p. minister Rostowski ma formalne wykształcenie... magistra. Tytuł profesora otrzymał wyłącznie od swojej macierzystej uczelni, nie ma nawet oficjalnego doktoratu. Nie powiem, połechtałeś tym samym mile moją próżność, bo mógłbym się od tej pory przedstawiać jako utytułowany politolog - czego jednak robić nie będę i nikomu jako taki przedstawiać się nie pozwolę, bo byłoby to boleśnie nieuczciwe. Świadomie czy nie, przypisałeś Rostowskiemu cechę, której nie posiada - tylko dlatego, że takim Ci się jawi - wskutek medialnej lub po prostu autokreacji.

Czysta merytoryka, jak piszesz, w rzeczy samej - nie istnieje. Tylko po co pomagać ludziom, którzy nic nie mają do powiedzenia - albo co gorsza, nie wiedzą co mówią i czynią - wychodzić na stanowiska, na których mogą szkodzić? Pierwszy z brzegu przykład: Andrew Lepper. Uczesali go ładnie, wsadzili na pół godzinki do solarium, dobrali ładny garniturek i z wiejskiego watażki przepoczwarzył się w gwiazdę disco relax. I kilkanaście procent Samoobrona zgarnęła. Tylko czy coś dobrego z tego dla Polski wynikło? Odpowiesz pewnie, że Tymochowicz, który Jędrusia wypromował to żaden marketingowiec, tylko socjotechnik, manipulant - szarlatan, ale czy nie zrobił tego, co postulujesz? Wypromował niszowego polityka, dał poznać jego poglądy, sprawił, że ludzie zaczęli go słuchać. I oddawać nań głosy. Oczywiście najbardziej skorzystał na tym wszystkim sam Tymochowicz, który zgarnął pewnie jakąś fantastyczną kwotę, co zresztą częściowo każe wątpić w Twój postulat, jako marketingu promującego młode, polityczne talenty, bo skąd niby mają mieć pieniądze na wynajęcie tego lub innego speca?

Zgadzam się zresztą z Tobą, że marketing jest narzędziem. Powiedziałbym nawet więcej: jest bronią, a tej można (w przeciwieństwie do narzędzi) używać, albo nie używać. Rzadko się zdarza "dobre" użycie broni, tak samo jak rzadko zdarza się aby marketing polityczny był używany do sprzedaży dobrego produktu. Dobry produkt, w teorii, powinien nieźle sprzedawać się sam (widziałeś kiedykolwiek reklamę śrubki, gwoździa, albo chleba? Produkty, proste, dobre nie potrzebujące reklamy, a jakoś się całkiem nieźle sprzedają), czemu niestety przeczy codzienna praktyka życia politycznego. Trudno człowiekowi, zastanawiającymu się nad tym co się dzieje w państwie dłużej niż trzydzieści sekund miesięcznie podzielać Twój entuzjazm dla marketingowego prania mózgów i postulatów lepszego poznawania grupy docelowej, aby osiągnąć jeszcze większą w mydleniu oczu skuteczność. Zwłaszcza jeśli spojrzeć na obecny rząd, który swoją dramatyczną nieudolność, zadłużanie państwa i kłamstwa w żywe oczy maskuje działaniami stricte marketingowymi - kupowanymi przez ciemną publikę (która jeszcze jest podatna na takie tricki - o czym niżej) absolutnie bezrefleksyjnie, o czym zdaje się świadczyć niesłabnące poparcie PO.

Nieco odwracania kota tylną częścią ciała: piszesz Macieju, że jeśli używać marketingu w dobrych intencjach, to czemu nie? Zapytam tak jak Ty spytałeś przy okazji Rostowskiego: a skąd marketingowiec ma wiedzieć jakie intencje ma polityk? Co więcej, co marketingowca jakieś intencje obchodzą? Jak już wspomniałem, on ma sprzedać produkt - w tym przypadku polityka, a politycy zwykle mają trzy główne motywacje i cele działania: władzę, władzę i jeszcze raz władzę. Trochę szczerze powiedziawszy dziwi mnie Twoje nieco idealistyczne podejście do polityków - szczególnie jeśli obserwujemy ich niekonsekwencję i niestałość w poglądach zależną od wahnięć sondażowych słupków poparcia. Pamiętasz jeszcze może jak PO startowała pod hasłami podatku liniowego? A teraz ta sama quasi liberalna partia podnosi podatki i wyklucza możliwość poparcia ustawy związkach partnerskich. Halo?!? Widział tam ktoś jeszcze jakiś liberalizm?!?

Zresztą, w ramach dygresji, wydaje mi się, że "typowy" marketing polityczny odnosi porażkę - przynajmniej w Polsce. Wystarczy popatrzeć na frekwencję wyborczą i referendalną po 1989 roku. Przy jakiejś okazji policzyłem, że było to w sumie 48 proc. (średnia). Czyli ponad połowa ludzi jest do tego stopnia niezainteresowana polityką, że nawet marketing nie jest ich w stanie do urn zagonić. Większość ludzi jest przekonana, że politycy po prostu kłamią, a ich głos i tak nie ma wpływu na zmianę sytuacji. Sądzę, że w naszych realiach lepiej działałby jakiś rodzaj "buzz marketingu" opartego na opiniach ludzi, których znamy i którym ufamy. Politycy, w jakie PR owe piórka by się nie stroili budzą już tylko niechęć i obrzydzenie.

Pozostaję zatem przy swoim stanowisku: marketing polityczny to sprzedawanie wydmuszek w cenie pełnych jajek: bezrefleksyjnemu, niezorientowanemu, zagubionemu i do cna zidiociałemu odbiorcy. I dlatego jak w latach 1900 - 1960 wygrywał w USA zawsze wyższy, tak samo od Eisenhowera nigdy nie wygrał łysy. Jeśli zatem owłosienie na głowie ma większe dla elektoratu znaczenie niż to co w tej głowie się mieści - sądzę, że mam prawo twierdzić, iż ze świadomością społeczeństw jest coś bardzo nie tak. A działania marketingowe jedynie zamęt i ogłupienie potęgują.




 ibsen82, piątek, 10 czerwca 2011; Bartosz Sowisło

Deutschland, Deutschland

Nam Polakom, Niemcy kojarzą się zwykle jako ostoja spokoju, porządku publicznego, praworządności i poukładania. Co zresztą chętnie potwierdzają nasi rodacy, którym przyszło pewien czas spędzić za Odrą. Peany na cześć organizacji państwa i życia społecznego nie są niczym nadzwyczajnym. I poniekąd - w naszych powierzchownych obserwacjach - mamy rację. Przy czym aż dziw bierze, jeśli przyjrzeć się ilości paranoi, którym ulega ten naród.

Chyba najbardziej dla całego świata dotkliwym przykładem niemieckiego obłędu był wybór niejakiego Adolfa H. na kanclerza i wszelkie wynikające z tego faktu konsekwencje. Historia znana, obfitująca w nagłe zwroty akcji, zdrady, przymierza, ponowne zdrady, tajne porozumienia i konferencje, z każdą zgłoską pisaną litrami głupio przelewanej krwi. I do tej pory wierzyć się nie chce, że przedstawiciele najbardziej bodaj kulturalnego narodu Europy dawali się wysyłać milionami na front, jak cielątka na rzeź, mordując przy okazji kilkadziesiąt milionów innych, którzy mieli akurat pecha nosić w kieszeni paszport wydany przez wraży Rzeszy rząd.

Druga wojna odbija się Niemcom nieznośną czkawką i wraca palącą zgagą, mimo, że od jej zakończenia minęło już grubo ponad sześćdziesiąt lat. Bo jeśli na to spojrzeć spokojnie to: Jankesi dalej stacjonują na terenie Bundesrepubliki; w hymnie brakuje dwóch pierwszych zwrotek; Niemcy są głównym płatnikiem UE (można przypuszczać, że jest to rodzaj "cichej" rekompensaty za zniszczenia wojenne); za eksponowanie symbolu swastyki - choćby nawet na modelu statku wojennego z okresu drugiej wojny - idzie się do paki (przez co ostatnio nie mogłem poczytać w Deutsche Bahn "Vaterland" Roberta Harrisa - wydawnictwo Amber umieściło było faszystowski symbol na okładce); a jeśli zagadnąć dowolnego Niemca i poruszyć tematy tyczące się historii najnowszej, to będzie albo grzecznie milczał albo zacznie, niezręcznymi komunałami, się tłumaczyć, że owszem wojna to było i to Niemcy właśnie są za nie odpowiedzialnu. Mówiąc krótko: niemiecki kręgosłup przetrącono, a co było w nim pruskiego i nacjonalistycznego - wyrwano, rzucono na stos, a popioły rozsypano na cztery strony świata. Amen.

Niemieckie paranoje ostatnich lat są nieco inne i nie polegają już na wybieraniu na stanowiska kierownicze w państwie niewysokich, czarnowłosych aryjczyków z wąsikami, obiecujących Lebensraum na wschodzie i Tysięczną Rzeszę Trzyletnią.

Niemcy boją się o zdrowie.

W 2009 kiedy spłoszyliśmy się kichających świń i roznoszonego przez nie rzekomo wirusa AH1N1, panika ogarnęła również naszych zachodnich sąsiadów. Nie do tego stopnia wprawdzie co Ukraińców, którzy masowo zaczęli nosić na twarzach quasi – przeciwgrypowe maseczki, które miały na celu głównie poprawę samopoczucia nosiciela, ale niemiecki rząd zafundował sobie i obywatelom szczepionki dla bagatela 60% populacji. Jak się z grubsza oblicza, pięćdziesiąt milionów zastrzyków (z których zużyto co dziesiąty) kosztowało niemieckiego podatnika prawie pół miliarda kolorowych europapierów. Jeżeli spec ds. PR koncernu farmaceutycznego, który wykreował całą tą historię i umiejętnie spłoszył stado owiec nie dostał w premii miesięcznej willi z basenem nad Morzem Śródziemnym i najnowszego Aston Martina, to może się czuć pokrzywdzony, wstąpić do Solidarności '80 i rozpocząć palenie opon w sekretariacie swojego szefa.

Skoro już przy zdrowiu jesteśmy, pozwolę sobie zaburzyć nieco chronologię niemieckich paranoi ostatnich lat. Piszę ten tekst w Niemczech właśnie, a konkretnie w pociągu relacji Hamburg – Dortmund (w wagonie numer siedem drugiej klasy, jeśliby to kogokolwiek interesowało). Podobną podróż, jeno w przeciwnym kierunku, odbyłem dwa dni temu. Zaczyna się tu właśnie długi weekend - toteż wagon nabity, że krew na szybach, pijaną młodzieżą. Gazety od kilku dni, nagłówkami, odliczają ilość śmiertelnych ofiar niedomytych ogórków. Nie wiem na jakiej liczbie się skończy ani jak krwawe żniwo zbierze śmiertelna odmiana coli, ale zanosi się na to, że kilka tysięcy rolników i przedsiębiorców może pójść z torbami. Kiedy bowiem przyleciałem do Dortmundu w poniedziałek, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w kanapkach, które kupuję tam zwykle na dworcu (od 1,8 do 2,4 euro za sztukę) – czegoś brakuje. Po kilkuminutowej kontemplacji dotarło do mnie, że ze wszystkich kanapek usunięto sałatę (innych warzyw tych kupionych przeze mnie nie było, a do pozostałych nie zaglądałem). Żeby było jeszcze śmieszniej: tak w hotelu, gdzie zwykle opycham się wędzonym łososiem na śniadanie, jak i w stołówce pracowniczej zakładów Airbusa, gdzie jadam obiad – ani śladu surowych warzyw! W hotelowej restauracji można do woli napychać się bekonem, jajkami, rybami i wędlinami, ale żeby choć jeden, nędzny koktajlowy pomidorek... Co to to nie. Nawet z Airbusowej kantyny zniknęły propagandowe ulotki o przewadze sałatek nad pommes frites. Złośliwie dodam, że umieszczane nie bez przyczyny - jeśli rzucić okiem na przeciętną masę pracownika przemysłu lotniczego.

Z wypowiedzi różnych medialnych speców ds. zdrowia wynikałoby, że umycie warzyw w większości wypadków wystarcza, żeby się colą nie zatruć. Czyżby więc Niemcy sami siebie uważali za naród brudasków?

Niemcy boją się atomu

Najbardziej dotkliwą dla Niemców, a niezrozumiałą dla mnie i chyba większości trzeźwo myślących ludzi, będzie najnowsza paranoja – atomowa. Nie wiedzieć czemu, ale Niemcy wystraszyli się problemów w elektrowni atomowej Fukushima znajdującej się na drugiej półkuli, w Japonii, leżącej przecież na pograniczu dwóch płyt kontynentalnych, w rejonie sejsmicznie bardzo aktywnym – gdzie, jak sądzę, przy trzęsieniu ziemi poniżej pięciu stopni w skali Richtera nie przerywa się nawet przebierania niemowląt.

Trudno powiedzieć gdzie, ale gdzieś rozumowaniu serwowanym własnym obywatelom, jak i opinii publicznej w krajach ościennych - brakuje przynajmniej jednego ogniwa. Jeśli bowiem warunki, w jakich znajdują się japońskie i niemieckie elektrownie atomowe są diametralnie różne – zważywszy na fakt, że w Badenii, Bawarii, Brandenburgii czy gdziekolwiek jeszcze w Bundesrepublice najsilniejsze trzęsienia ziemi to te powodowane przez wydobycie węgla kamiennego – coś tu nie gra. Tym bardziej, że japońska elektrownia przetrzymała najsilniejszy notowany w tym kraju paroksyzm skorupy ziemskiej – i sam fakt, że na dzień dobry nie rozsypała się w proch i pył daje doskonałe świadectwo japońskim projektantom i budowniczym. Co jeszcze dziwniejsze: Rząd Federalny zamykając elektrownie, pozbawia się nagle prawie jednej piątej energii. W jaki sposób ma zamiar uzupełnić deficyt nie rujnując gospodarki i nie uzależniając się od sąsiadów? W jaki sposób ma zamiar zwiększyć produkcję energii nie zwiększając tym samym emisji CO2 co, tym razem dzięki paranoi internacjonalnej, zaowocuje sporymi karami?

I żeby było ciekawiej nie tylko niemiecki rząd zachowuje się jakby przespał lekcję o wnioskowaniu (co jeszcze byłoby zrozumiałe – rządzący tak mają, że zachowują się jak z innej planety). Ale i w rozmowach ze zwykłymi Niemcami da się wychwycić pewną schizofreniczną dwoistość: z jednej strony wiedzą, że tak naprawdę alternatywy nie ma, bo węgiel, ropa i gaz kiedyś się skończą, a z drugiej strony idą głosować na SPD i Zielonych „bo po Fukushimie musimy uciekać od atomu”. Obydwa poglądy usłyszałem z ust tej samej osoby, wypowiedziane na jednym niemal oddechu.

Wyjaśnienia nasuwają się aż trzy: realne, spiskowe i spiskowo - fantastyczne.

Realne, to takie, że Merkel sobie pogada, jej następcy również, a prąd jak płynął z elektrowni atomowych, tak będzie sobie płynąć jeszcze przez długie lata. Ludzie muszą sobie pogadać – w końcu zapomną, a przez deklaracje niezgodne z ludowym widzimisię można stracić kilka puntów w sondażach.

Spiskowe – ktoś na tym skorzysta. Skoro należy ograniczać pozyskiwanie energii z kopalin, atomowa jest be – wygrają producenci wiatraków, elektrowni zasilanych biomasą, farm słonecznych itp. I trzeba tylko było poczekać na odpowiedni moment kiedy społeczeństwo jest gotowe płacić więcej za energię pozyskiwaną w ten sposób ergo: kiedy poparcie dla atomu spadnie. Fukushima plus trochę umiejętnej propagandy i fertig. Swoją drogą widziałem dziś w hamburskim metrze całkiem ładną reklamę takiej ekologicznej firmy, gdzie na kilku obrazkach piktogram oznaczający radioaktywność, krok po kroku przepoczwarzał się w wiatrak.

I hipoteza spiskowo – fantastyczna: Niemcy wiedzą coś, czego reszta świata nie wie. Na przykład, że wkrótce znajdziemy się w strefie sejsmicznie aktywnej. Korespondowałoby to nieźle, z pewnym niemieckim miniserialem pt. „Wulkan”, gdzie ospałą mieścinę obraca na nice bohater tytułowy. Zresztą niedawno obiła mi się o uszy wzmianka, że gdzieś w Badenii, na dnie jednego z jezior, aktywność przejawia jakiś wulkanik. Ponoć woda w jeziorze mieszczącym się w jego kraterze zajeżdża nieco siarką.

Mając zatem na uwadze niegdysiejsze niemieckie odpały - te dzisiejsze zdają się całkiem niewinne.




 ibsen82, czwartek, 02 czerwca 2011; Bartosz Sowisło

Cenna praca

"Polak swojej pracy nie lubi" - tak zatytułowała swój artykuł w Gazecie Wyborczej p. Katarzyna Pawłowska - Salińska. Przykro mi to pisać, ale artykuł dowodzi tylko jednej rzeczy: humanistyka w ogóle, a socjologia i psychologia w szczególności schodzą na psy. A dziennikarstwo zeszmaca się w tempie zastraszającym.

Nie chcę się już czepiać samego tytułu, któremu przeczy lead umieszczony dwie linijki niżej, a oznajmiający: Jedna trzecia Polaków jest niezadowolona z zajęcia, jakie wykonuje - wynika z badań firmy Sedlak & Sedlak. Nie wiem kiedy pani Pawłowska - Salińska kończyła szkołę, ale ani dawniej, ani chyba teraz, program nauczania matematyki nie zmienił się tak dalece, by stawiać ryzykowne twierdzenia, że 30%>50%, co ewentualnie usprawiedliwiałoby uogólniające stwierdzenie: "Polak".

Ilość nagromadzonych w relacji truizmów powaliłby na ziemię byka, jeśliby tylko był wrażliwy na podobne niuanse: Wyniki (...) wskazują, że dla większości Polaków w pracy najbardziej liczą się pieniądze. Wśród zarabiających powyżej 10 tys. zł brutto zadowolonych z zajęcia jest 60 proc. osób. Gdy pytano tych zarabiających poniżej 2 tys. zł, okazało się, że swoją pracę lubi zaledwie 15 proc. Nie wiem komu przypisać ten olśniewająco odkrywczy akapit: czy cytowanemu wcześniej p. Bartoszowi Soczówce, czy samej autorce, gdyż redakcja zapomina o takich drobiazgach jak cudzysłowy, czy choćby podawanie wtrąconych wypowiedzi kursywą. Niemniej jednak, rzeczywiście, żeby dojść do błyskotliwego wniosku, że im więcej kto zarabia tym bardziej jest z pracy zadowolony, koniecznie należy przebadać prawie pięć tysięcy ludzi. Są jednak i tacy, którzy mają wątpliwości: Nie wiadomo, który z mierzonych przez nas czynników działa najsilniej na naszą satysfakcję z pracy - dodaje dr Kazimierz Sedlak. - Ale naturalnym jest, że każdy z nas chce zarabiać więcej i mieć wyższą pozycję zawodową. - co autorka znów komentuje: Rzeczywiście, poziom satysfakcji jest ściśle związany ze stanowiskiem. Z pracy zadowolonych jest niemal 57 proc. dyrektorów oraz członków zarządów firm, a tylko 22 proc. pracowników szeregowych. Tak jest, dyrektor, który nie dość że nieźle zarabia, być może robi nawet to co go interesuje i niewielu ma ludzi nad sobą, którym musi się tłumaczyć, w istocie, mógłby mieć miliony powodów do niezadowolenia. Oczywiście, odpowiedzialność większa, więcej obowiązków, ale tu powrót do punktu numer jeden - właśnie dlatego więcej zarabia.

Ciekawi mnie ile Sedlak and Sedlak skasowało za przeprowadzenie tych badań, choć jak wiele by to nie było - zleceniodawca wywalił pieniądze w błoto.

Jeśli przyjąć, że stosunek pracy polega na tym, iż pracownik najemny sprzedaje swój czas i doświadczenie w zamian za pieniądze - to wiadomo, że najbardziej zadowolony będzie gdy sprzeda je jak najdrożej. Kiedy mu się to nie udaje - zadowolenie spada. Dokładnie tak samo, jak każdy inny podmiot gry rynkowej. Czy rzeczywiście, żeby wysnuwać wnioski opisane przez ekonomistów ze dwieście lat temu, trzeba przeprowadzać jakiekolwiek badania? I jeszcze określać wyniki zaskakującymi?

A wszystkie teorie o satysfakcji, samorealizacji, rozwoju osobistym, zainteresowaniach... Przecież każdy z nas byłby to w stanie zrobić we własnym zakresie - niekoniecznie poddając się rygorowi limitowanych urlopów, wstawania o określonej godzinie, czy słuchania upierdliwego szefa. Z jednym drobnym zastrzeżeniem: na wszystko potrzeba pieniędzy, a te niestety trzeba zarobić.


 ibsen82, wtorek, 17 maja 2011; Bartosz Sowisło

TKO Premiera

Czasem nie warto się silić na wyważanie otwartych drzwi i oddać głos komuś, komu w zgrabniejszy sposób udało się dotknąć istoty rzeczy. Tak też i dziś postąpię umieszczając dość obszerny fragment tekstu p. Marka Łangalisa opublikowanego w tygodniku "Najwyższy Czas!" (nr 20 z 14.05.2011). Nie doszukałem się całości w internecie toteż nie mogę posłużyć się ulubioną metodą pracy twórczej większości magistrantów w Polsce, a nazywającą się obrazowo "control c, control v" i przyjdzie zabawić się w maszynistkę.

Oddaję głos p. Łangalisowi:



"(...) Warto w tym momencie przypomnieć 10 obietnic Donalda Tuska złożonych tuż przed wyborami w 2007, z których to obietnic - jak sam autor chciał - mieliśmy go rozliczyć:

1. Przyspieszymy i wykorzystamy wzrost gospodarczy - w 2007 roku wzrost PKB wyniósł 6,7%, rząd PO w żadnym roku nawet nie zbliżył się do tej wartości, a na 2012 rok zaplanował 4%.

2. Radykalnie podniesiemy płace dla budżetówki, zwiększymy emerytury i renty - "Dzisiaj problemem Polski numer jeden jest zapewnić środki na utrzymanie tym, którzy skazani są na państwowe pensje, a nie pracę w prywatnych firmach" - Donald Tusk (15.10.2007 rok PAP). I trzeba przyznać, że akurat tę obietnicę udało się Tuskowi spełnić. O ile w 2007 na państwowym zarabiało się średnio o ok. 20% więcej niż w sektorze prywatnym (3046 wobec 2564 złote miesięcznie), o tyle obecnie różnica ta wzrosła do 23% (3696 zł na państwowym wobec 3007 złotych w sektorze prywatnym). Różnica jest jeszcze większa jeżeli uwzględnić tylko administrację publiczną. W 2007 zarabiała ona ok. 30% więcej niż niż zarabiało się średnio w sektorze prywatnym. Obecnie ten "problem numer jeden dla Polski" został rozwiązany i w administracji publicznej zarabia się już o 35% więcej niż w sektorze prywatnym. Zatem ten najważniejszy dla Polski problem akurat Tuskowi udało się rozwiązać.

3. Wybudujemy nowoczesną sieć autostrad, dróg ekspresowych, mostów i obwodnic - planowano wybudować w trakcie całej kadencji 1529 km autostrad oraz m.in. dziewięć lotnisk. Na ten moment od 16 listopada 2007 oddano 201,7 km autostrad (...)

4. Zagwarantujemy bezpłatny dostęp do opieki medycznej i zlikwidujemy NFZ - miały być konkurujące ze sobą (nawet prywatne) fundusze, a został jeden państwowy NFZ i brak jakichkolwiek widoków na jego likwidację.

5. Uprościmy podatki - będzie podatek liniowy z ulgą prorodzinną, zlikwidujemy ponad 200 opłat urzędowych - nie ma żadnego podatku liniowego, a jeśli będzie to na pewno w wyższej stawce niż progresywne; o likwidacji ponad 200 opłat urzędowych też nikt nie słyszał.

6. Przyspieszymy budowę stadionów na Euro 2012 - przyspieszenia raczej nie było, ale uczciwie trzeba stwierdzić, że specjalnych opóźnień również. Tylko po co budować stadiony, gdy potem (jak ten w Poznaniu) zamyka się przed publicznością. (...)

7. Szybko wypełnimy naszą misję w Iraku - obietnica spełniona.

8. Sprawimy, że Polacy z emigracji będą chcieli wracać do kraju i inwestować - na razie nie tylko nie wracją, ale nowi się pakują, by wyjechać do Niemiec.

9. Podniesiemy poziom edukacji i upowszechnimy internet - ten ostatni upowszechnił się sam, i to tak bardzo, że co rusz PO próbuje go cenzurować. Jeżeli chodzi o edukację - kierunek odwrotny od zamierzonego. Upowszechnia się edukację poprzez obniżenie wymagań.

10. Podejmiemy rzeczywistą walkę z korupcją - z tej walki najbardziej zostanie zapamiętany korupcyjny karp, powrót Krauzego do kraju oraz rekordowe wyniki PO w więzieniach(...)"

Skróty i wytłuszczenia moje - zamiast autorskich.

Mam nadzieję, że ironia autora w punkcie drugim była wystarczająco czytelna.

Używając terminologii bokserskiej: techniczny knock - out premiera Tuska.

Pozostawiam pod rozwagę wszystkim, którzy planują głosować jesienią.


 ibsen82, niedziela, 15 maja 2011; Bartosz Sowisło

Postęp, postęp

Nasz MSZ okazał się wyjątkowo postępową instytucją. Jak donosi Gazeta Prawna (http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/512859,beda_nizsze_podatki_i_bezplatne_wizy_dla_homoseksualistow.html) Ministerstwo nie wyklucza zniesienia opłat za wizy Schengen dla rosyjskich, ukraińskich i białoruskich gejów i lesbijek, którzy będą chcieli wziąć udział w Paradzie Równości 11 czerwca.

Walka z dyskryminacją mniejszości, kosztem większości - nabiera kolorów. Jeśli bowiem założyć, że gejów i lesbijek jest w każdej populacji jakieś trzy - cztery procent, to pozostałych dziewięćdziesiąt sześć - siedem, ma nie mieć dostępu do przywileju należnego jedynie z tego tytułu, że uprawia się seks w sposób niekonwencjonalny.

Na miejscu wschodnich turystów, czy gastarbaiterów, niezależnie od swoich seksualnych preferencji zgłosiłbym się jako gej do polskiego konsulatu i poprosił o bezpłatną wizę. Szczególnie, że przeciętny Rosjanin zarabia 450 euro, a wiza kosztuje od 35 do 60. Za taką obniżkę kosztów wyjazdu - warto się poświęcić. A urzędnik konsularny nie będzie przecież do gaci zaglądał.

Jeśli stanie się jak przewiduję, będzie to woda na młyn środowisk homoseksualnych. Będą mogły ogłosić wszem i wobec jak bardzo wielu jest podobnych im ludzi na wschodzie Europy, co więcej oprzeć to na wiarygodnych (bo państwowych) danych i ektrapolować wynik na populację polską by domagać się dla siebie jeszcze więcej przywilejów (dużo nas).

No i przede wszystkim: wizy nie są za darmo, czyli ktoś będzie musiał za nie i tak zapłacić (albo utracić przychód). Ktoś to jak zwykle społeczeństwo, przymusowo składające się na cały ten państwowy bajzel.

Fakt, faktem - zawrotne koszty to nie będą, ale jeśli wspieramy jedną mniejszość seksualną umożliwiając jej demonstrację swoich poglądów i zwalniając z części kosztów podróży, to czemu nie wesprzeć jeszcze innej?

Ciekawe jak zareagowałoby Ministerstwo Finansów, gdybym poprosił o zwolnienie z podatku dochodowego na okres dwóch - trzech lat argumentując, że jestem dendrofilem, a gatunek drzewa do którego czuję miętę i pociąg seksualny zamieszkuje w puszczy amazońskiej i nie mogę się tam dostać by zrealizować swoje emocjonalne i fizyczne potrzeby, bo bilety lotnicze drogie. Proszę o pozytywne ustosunkowanie się do mojej prośby.

Przy okzaji, chciałbym ogłosić, że tematyka homoseksualna nie będzie już na tym blogu więcej poruszana. Problem, jako się rzekło dotyczy mniej niż trzech procent populacji, a tyle , zgodnie z metodologią statystyki, wynosi błąd badawczy. Na tak mało znaczące zjawisko i tak już zbyt wiele poświęciłem miejsca.


 ibsen82, czwartek, 12 maja 2011; Bartosz Sowisło

Marudzenie zgreda

Powiedzieć, że obyczaje Polaków na przestrzeni ostatnich dwudziestu – trzydziestu lat się zmieniły, to jak odkrywczo stwierdzić, że słońce świeci, ogień parzy, a pies ma cztery nogi i szczeka. Czy zmieniają się na lepsze, czy gorsze – stwierdzić już trudniej, gdyż w sferze kultury każde oceniające twierdzenia, siłą rzeczy, są zawsze mocno subiektywne.

Niemniej jednak: z sondaży przeprowadzanych w połowie lat dziewięćdziesiątych wynikało niezbicie, że przeciętny mężczyzna – Polak bierze pół prysznica tygodniowo. Najnowszych danych statystycznych nie mam, ale z racji wykonywanego zawodu przebywam bardzo często w towarzystwie wielu różnych, przypadkowych osób i jeśli uznać nos za przyrząd badawczy – sytuacja bardzo się poprawiła. Podobnie jak nie widzi się już Pań z nieogolonymi nogami i niedepilowanymi pachami (choć to kwestia gustu). Polacy nie palą już na ogół gdzie popadnie, ubierają się raczej dobrze, nie plują na ulicach i w ogóle jakby się nieco ucywilizowali. W restauracjach i sklepach obsługa na ogół miła i kompetentna, nawet na drogach mniej chamstwa i kozactwa (jakkolwiek w tym punkcie byłbym ostrożny – stety niestety – ale jest to w dużej mierze zasługą tego, że po naszym pięknym kraju nie ma po czym jeździć i wszyscy, sprawiedliwie, sterczą w korkach). Zapadnaja Jewropa zastukała do naszych drzwi i bez wahania je uchyliliśmy.

Różowo jednak nie jest i to mimo, iż acan Ziutek, swojsko pachnący potem i skarpetami i imć. Zdzichu z sarmackim wąsem i takimże brzuszkiem przechodzą zwolna do lamusa, zastępowani, przez wygolonych, wypachnionych i wysportowanych Józefów i Zdzisławów. Żyjemy w kraju rozwijającym się, obiema garściami biorącym ze skarbnicy cudów techniczno – marketingowych. Takich choćby jak quad i telefon komórkowy. Z których nauczyliśmy się już korzystać – w sensie ich obsługi, ale jeszcze nie dotarło do nas jak używać ich – i nie być przy tym uciążliwym dla bliźnich.

O quadach i generowanych przez, a w zasadzie ich właścicieli problemów przeczytałem w bielskim dodatku „Wybiórczej” w tekście cokolwiek egzaltowanym acz dotykającym sedna sprawy. Bo niestety jest jak autorka pisze: quady i crossy jeżdżą po Beskidach i nie tylko, po terenach Lasów Państwowych i prywatnych polach, niszczą ścieżki, płoszą zwierzynę, hałasują i smrodzą. I w rurze wydechowej mają kary za wjeżdżanie pojazdami mechanicznymi na teren lasu, bo dla osoby którą stać na zabawkę za kilka tysięcy pięćdziesięciozłotowy mandat jest przysłowiowym śmiechem na sali.

Najciekawszą częścią artykułu były jak zwykle komentarze. Vox populi podzielił się na trzy frakcje.

W skład pierwszej wchodzili zwolennicy prywatnej inicjatywy i, pomijając jego radykalizm, zaprezentowali chyba najskuteczniejsze rozwiązanie problemu, które streścić można francuskim stwierdzeniem perdre la tete, którego praktycznym zastosowaniem miałoby być rozwieszanie stalowych linek na wysokości szyi potencjalnego zakłócacza spokoju i ciszy.

Drugą grupą byli sami quadowcy, którzy uważali, że przecież nic takiego się nie dzieje i nikomu nie szkodzą. Co bardziej porywczy odgrażali się „prywaciarzom”, a bardziej racjonalni domagali się tworzenia torów, gdzie mogliby kultywować swoje hobby.

Trzecia grupa, legaliści, twierdziła, że trzeba po prostu zwiększyć karę za naruszanie zakazu jeżdżenia po lesie, a pozyskanymi w ten sposób środkami zasilić budżety gmin.

Sądzę, że najlepszym rozwiązaniem byłoby pośrednie: legalno – prywatne. Poustawiać tablice na drogach wjazdowych do lasów i napisać na nich: „Zakaz wjazdu – stalowe linki rozwieszone w poprzek drogi”. I jak ktoś chce jechać – niech jedzie.

Drugi z wynalazków, podbijającym serca Polaków, a używanym w dość dziwaczny sposób, jest komórka. Nie mam zamiaru się czepiać telefonicznych pogaduch w środkach transportu, ani rozmów przy stoliku restauracyjnym. Ostatecznie telefon jest po to, żeby przezeń rozmawiać. Ale...

Przejechałem się ostatnio autobusem PKM Jaworzno. W Mysłowicach wsiadła jakaś dziewczyna w wieku gimnazjalnym. Poza komórką przylepioną do ucha nie miała chyba nic. Rozmowa, którą prowadziła, należała do nadzwyczaj rozbudowanych. Z piętnastoletnich ust padło kilkakrotnie: „no óię ci” i „no yam am”, co jak się domyśliłem miało znaczyć: „Mówię ci” i „Byłam tam” (że młodzież traci zdolność artykułowanego wypowiadania swoich myśli, jest tematem na inny raz). Dziewczę dokończyło konwersacji i odtworzyło na komórce jakiś polski hip – hop. Nie wytrzymałem i wyszedłem na zgreda - mówiąc jej, że nie mam ochoty słuchać tej muzyki i w związku z czym proponuję użycie słuchawek bądź wyłączenie urządzenia. Wywróciła oczy, że ujrzałem drugą stronę gałki ocznej i odwróciła głowę – poza tym nie reagując. Dopiero gdy nieco ostrzej powtórzyłem prośbę – usłuchała.

Babski bokser ze mnie, bo gdyby był to dwumetrowy wyrostek – pewnie bym nie zareagował ze strachu o integralność twarzy. I tu docieram do clou.

Przemiany obyczajowe, które zaszły w polskim społeczeństwie nie zmieniły drzemiącego w nas buractwa. Nadal guzik nas obchodzi, czy komuś przeszkadzamy, czy nie robimy czegoś uciążliwego. Chłopa ze wsi można wygonić – wsi z chłopa, nigdy.

Burakami jesteśmy nadal, ale zmieniliśmy się w buraków świadomych. Z jednej strony – nie pozwolimy sobie zwrócić uwagi, a jeśli już, reagujemy najczęściej mówiąc: a gdzie to jest napisane, albo wywracając oczy. Z drugiej strony – boimy się innym zwracać uwagę: czy to w trosce o własne zdrowie, czy to sądząc, że to inni, a najlepiej uprawnione służby, są od pilnowania porządku. Nie żyje już moja babcia (rocznik 1925), która wsiadając do zatłoczonego tramwaju potrafiła powiedzieć na głos do siedzących młodzików: „Siedźcie, siedźcie, na starość sobie postoicie”.

Bo niezależnie od faktu, czy jestem zapalonym quadziarzem, czy psychofanem dowolnego gatunku muzyki – powinienem pamiętać, że może jeżdżąc moją hałaśliwą maszyną po czyimś gruncie, albo po wspólnym lesie i psuję innym wypoczynek, jak i powinienem mieć na względzie, że inni niekoniecznie muszą dzielić moje muzyczne pasje.

Jeśli chcemy budować społeczeństwo obywatelskie – musimy uczyć się wzajemnie szanować, dbać byśmy potrafili sami między sobą załatwiać sporne sprawy i nie mieszać do tego Państwa. Ono co najwyżej wszystko spartoli.

Zacznijmy znów ze sobą rozmawiać. Twarzą w twarz, odważnie. Choćbyśmy się mieli przy tym kłócić.


 ibsen82, środa, 11 maja 2011; Bartosz Sowisło