niedziela, 11 grudnia 2011

Wolontariusz niewolnik

Widmo krąży po Europie. Widmo wolontariatu.

Jak się okazuje, jesteśmy na przedostatnim w Unii Europejskiej miejscu jeśli idzie o działalność: "dobrowolną, świadomą i bezpłatną na rzecz innych lub całego społeczeństwa, wykraczającą poza związki rodzinno - koleżeńsko - przyjacielskie" - jak opisuje wolontariat polska Wikipedia opierając się na ustawowej definicji z "Ustawy o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie".

Jest fatalnie. Raptem 11,3% naszego społeczeństwa było lub bywało w 2008 roku wolontariuszami (źr. wg. Stowarzyszenia Klon/Jawor), a tymczasem w Wielkiej Brytanii aż 43% mieszkańców bez wynagrodzenia poświęciło swój czas przynajmniej raz w roku, a 28% poświęca go raz miesięcznie.

Różne wolontariackie stowarzyszenia, fundacje czy organizacje rozdzierają szaty i wylewają gorzkie łzy nad naszym wstrętnym narodem, który zobojętniale domaga się zapłaty za każde kiwnięcie palcem. Podają też przyczyny tej znieczulicy: nie dość struktur i organizacji (strona bazy.ngo.pl podaje nieco ponad 8 tys wyników, czyli około 4 na gminę i ponad 25 na powiat), brak tradycji, niska świadomość i dążenie do materialnej (a fe!) poprawy własnego w pierwszej kolejności losu.

Widać z powyższego, że jako neofici quasi - kapitalizmu w jakim przyszło nam funkcjonować odrobiliśmy zadanie domowe na celujący. Po dziesiątkach lat zasuwania w soboty w czynach społecznych za bezdurno, a do tego widząc teraz jak efekty tej harówki zostały sprywatyzowane i ktoś robi na nich sporą kasę - logicznie wywodząc mamy wszelkie podobnej maści działania w głębokim poważaniu.

I bardzo dobrze.

Praca - miara wysiłku człowieka w wytwarzanie danego dobra, czynności umysłowe i fizyczne podejmowane do realizacji danego celu. Poprzez działalność człowiek generuje wartość ekonomiczną w postaci towarów i usług.

To definicja wikipedystyczna pracy. Jak się okazało, w miejscu gdzie sądziłem, że na stronie startowej znajdę czego potrzebuję, czyli portalu Międzynarodowej Organizacji Pracy - definicji nie ma. W żadnym z dokumentów wydanych przez tą organizację od 1919 roku, które udało mi się przeczytać nie istnieje podana expressis verbis definicja pracy jako takiej. Pojawiają się określenia czym praca nie jest, jaka powinna być i jakiego rodzaju warunki powinny być spełniane przy wykonywaniu poszczególnych zawodów. Mimochodem przebąkują też coś o wynagrodzeniu, równoważnym rozwoju i prawach do rokowań. Szukałem przede wszystkim akapitu, gdzie czarno na białym stałoby namazane, że nie ma czegoś takiego jak praca bez wynagrodzenia - nie znalazłem.

Doszukałem się za to poniżej cytowanej z Wikipedii definicji pracy. Autor artykułu pisze: każdej osobie wykonującej pracę należy się wynagrodzenie. Nie wiem na ile podyktował mu to twierdzenie zdrowy rozsądek, a na ile oparł się na źródłach (przypisu brak) - ale jest logiczne. Pracuje się - zarabia się.

Oczywiście wynagrodzenie niekoniecznie musi być materialne (w naturze, czy gotówce) i na tym opiera się idea pracy woluntarnej, gdzie wynagrodzeniem osoby pracującej (czyli: generującej wartość ekonomiczną w postaci towarów lub usług), a wykonywanej dobrowolnie i bezpłatnie jest: satysfakcja, samorealizacja, zaspokojenie własnego ego, zdobycie doświadczenia czy co tam jeszcze, poza pieniędzmi można z pracy wynieść w sensie metaforycznym.

Szczerze - po zredukowaniu wszystkiego w powyższym akapicie do absurdu - mamy mokry sen kapitalisty. Pracownicy nań robią i nie chcą w zamian nic. Pokolenia związkowców i bojowników robotniczych przewracają się właśnie w grobach, a my zbliżamy się niebezpiecznie blisko granicy słownikowej definicji niewolnictwa. Pech chce, że podobne sny na jawie nie są wyłącznie moimi konstrukcjami myślowymi i abstrakcyjnymi bytami. Dzieją dookoła nas.

O ile chyba każdy zgodzi się, że wykonywanie pracy na rzecz staruszków czy upośledzonych dzieci, albo ochrony środowiska naturalnego ma na celu nie tyle zysk, a wytworzenie jakiejś "moralnej/etycznej wartości dodanej". Nie można tego samego powiedzieć o pracy u kogoś, kto osiąga materialną korzyść nie płacąc pracownikom. A jeśli do tego dokłada czynnik przymusu i szantaż - przekraczamy wzmiankowaną wyżej granicę i wkraczamy na grząski i smrodliwy grunt pracy niewolniczej.

Przykład.

Niedawno w Katowicach odbył się wielki festiwal muzyczny, mający za sponsora jeden z największych koncernów energetycznych w Polsce, którego zresztą logo i nazwa znalazły się w nazwie samego festiwalu. Z tej okazji nocowały u mnie dwie gdańskie studentki - jedna kupiła normalnie bilet i brała udział w koncertach, druga zaangażowała się w obsługę jako wolontariuszka.

Dziewczyna przepracowała dwie noce (do piątej rano, w najgorętszy chyba weekend minionego lata) nie otrzymując nawet grosza wynagrodzenia. Nie wiem czy miała przynajmniej okazję obejrzeć jakiś koncert, bo z opowieści wynikało, że siedzi w czymś w rodzaju punktu obsługi klienta i przyjmuje zgłoszenia o zagubionych przedmiotach, rzeczy do depozytu itp.

Drugiego dnia - wdzięczne, że użyczyłem im dachu nad głową - zaprosiły mnie na kolację. Spóźniłem się niestety i kolacja ograniczona została do mniej więcej godzinnego oczekiwania na naleśniki i skonsumowania ich w ekspresowym tempie sześciu minut, a tylko dlatego, że sympatyczna wolontariuszka koniecznie musiała znaleźć się w Katowicach o 20.00. Zasugerowałem, że skoro i tak jej nie płacą - z roboty nie wyleci, więc może się spóźnić, a jeśli wolontariat jest pracą dobrowolną - to się robi go albo i nie. Nie chciała słuchać. Mruknęła coś o rekomendacji, którą mają jej napisać i zaczęła obmyślać wymówkę do sprzedania przełożonym - na bramie miał być tłok. Nam za to wskakuje ostatni element układanki: przymus wykonania zadania w określonym przez zleceniodawcę miejscu i czasie oraz domyślny szantaż: strach o niekorzystny list referencyjny, bądź jego brak - czyli brak wynagrodzenia...

Zdumiewa mnie takie nastawienie. Wg. Gazety Wyborczej bawiło się na tym festiwalu nawet 17 tys. osób, z których każda zapłaciła pewnie średnio około 100 złotych za bilet. Czyli przychód z imrezy, licząc same tylko bilety wyniósł 1,7 mln złotych. Pomijając reklamę za darmo jaką miał sponsor, bo trąbiły o festiwalu media w całej Polsce i przypuszczalną tłustą kwotę, którą zaksięgował po stronie kosztów. W takiej sytuacji, gdy na koncertach zarobili wszyscy: artyści, organizator, sponsor - biedna gdańska studentka boi się spóźnić na posterunek, bo nie dostanie ładnego listu referencyjnego. Ciekawe czy "zatrudniający" ją również robił to za darmo?

Wolontariat w takiej wypaczonej postaci - szkodzi. I to bardzo. Młodzi ludzie, kończący studia, którzy w dobrze pojętym interesie całego kraju powinni szukać godziwie płatnej pracy, zakładać rodziny i rodzić dzieci - pakują się w podobne zlecenia, marnując tak czas jak i energię, karmieni złudzeniami o "doświadczeniu", "wpisie w CV" itp. przez rozmaitych cwaniaków popisujących się potem przed przełożonymi lepszą efektywnością. Bo tak Bogiem a Prawdą - czy koszt festiwalu byłby naprawdę dużo większy, gdyby dać dziewczynie zarobić choćby sto złotych, by zwrócił jej się bilet do domu? Czy podniesienie średniej ceny biletu o dwa złote, co dałoby dodatkowe 34 tys. przychodu, którym możnaby zapłacić za ciężką pracę tzw. wolontariuszy ograniczyłoby liczbę uczestników? Wątpię.

Wolontariat, jeśli już, powinni wykonywać ludzie stabilni finansowo, zarabiający, którzy uważają, że mają jeszcze trochę zbędnej energii i czasu. Studenci czy bezrobotni - w swoim własnym interesie - powinni podobnych akcji unikać jak ognia.

Gdy słuchałem kiedyś audycji (nie pamiętam jaka stacja to była) o wolontariacie jeden ze słuchaczy świetnie spointował całą dyskusję: "Wolontariat? Ja się tak czuję co miesiąc, gdy dostaję przelew na konto"








 ibsen82, poniedziałek, 05 września 2011; Bartosz Sowisło

Rzeź cyklistów

Dało odetchnąć wczoraj TVN 24 i miłosiernie, na krótką chwilę zlazło z tematu kolącego siedemset tysięcy serc polskich posiadaczy kredytów we frankach i - ilu ich tam jest giełdowych inwestorów; przerwało na jakiś czas relację z jazdy rollercoastera, którym w ostatnie dni stały się światowe finanse.

Przerwało, by oddać za sprawą krótkiego reportażu hołd czterdziestu dwu trupom i przy okazji wyemitować ostrzegawcze memento dla wszystkich rowerzystów. Zdawało mi się początkowo, że to jakaś ogólnoeuropejska akcja, bo kilka miesięcy temu Daily Telegraph na pierwszej stronie umieścił kilkadziesiąt portretów ludzi, każdy opatrzony imieniem, nazwiskiem i wiekiem – z nie wiadomo do kogo właściwie krzyczącą kapitalikami apostrofą: „Stop killing our cyclists!”.

Te trzy i pół tuzina dokonało żywota na polskich drogach w okresie od 10 czerwca do 10 sierpnia bieżącego roku. Skąd akurat taka cezura? Równo dwa miesiące temu weszła w życie nowela Kodeksu Drogowego, rozszerzająca prawa rowerzystów na drogach publicznych.

Pamiętam, że kiedy została przegłosowana przez Sejm siedziałem na jakimś proszonym grillu na niewielkiej działce POD. Atmosfera była gorąca. Częściowo za tą sprawą iż o kilka metrów, dokładnie nad naszymi głowami, przechodziła linia wysokiego napięcia, a wokół szalała ciskająca bezładnie piorunami burza, a częściowo za sprawą bardzo intensywnej dyskusji, którą toczyłem z moimi znajomymi – radykalnymi cyklistami – na temat nowych przepisów właśnie. Doskonale przypominam sobie, jak bardzo nie zgadzali się z moimi argumentami, gdy twierdziłem, że po wejściu w życie nowych zasad ruchu drogowego – polskie ulice zbiorą krwawe żniwo, bo przepisy te zwalniają rowerzystów z elementarnej ostrożności i mamią nieopancerzonych karoserią użytkowników drogi widmem rzekomego bezpieczeństwa.

Dziś muszę z przykrością stwierdzić – miałem rację. Z wyemitowanego materiału wynikało, że liczba wypadków z udziałem rowerzystów w porównaniu do odpowiedniego okresu minionego roku – znacząco wzrosła.

Kiedym dowodził, że rower jest zbyt szybkim i zbyt małym środkiem lokomocji, by dawać mu tak daleko idące na publicznych drogach przywileje (pierwszeństwo na niektórych skrzyżowaniach, śluzy rowerowe, możliwość omijania samochodu z dowolnej strony) – spotkały mnie drwiny i stwierdzenia: „To kierowca ma uważać”. Tylko co rozsmarowanemu po asfalcie rowerzyście po tym, jeśli zgodnie z przysługującym mu prawem wpakuje się pod samochód? Co mu w trumnie albo na wózku inwalidzkim da świadomość, że miał rację? Jaką satysfakcję będzie miał z tego, że kierowca pójdzie do kicia? Dwa życia złamane – jedno zabitego, drugie zamkniętego człowieka. Być może, gdyby rowerzysta miał uważać na samochód, a nie na odwrót, nawet gdyby doszło do tragicznego wypadku, ocalamy jednego człowieka – bo nie trafi do więzienia. Przecież, wypadków nie powodują wyłącznie kierowcy pijani, nieodpowiedzialni, szarżujący na drogach jak Kozietulski na Somosierrę. Kierowca samochodu, to człowiek jota w jotę jak ten który jedzie na rowerze. Może być przygnębiony, rozkojarzony, zakatarzony, przemęczony – a wszystko to wpływa, ujemnie, na koncentrację. Nie wspominając już o tym drobiazgu, że obsługuje dalece bardziej skomplikowane od roweru urządzenie.

Rowerzyści często zarzucają kierowcom, że ci zachowują się jakby drogi należały do nich. I to prawda - bez przekąsu. Przy czym ci sami rowerzyści próbują uzurpować sobie prawo własności do dróg, nie mając ani logicznych, ani siłowych argumentów. Bo czymże jest człowiek na metalowej ramie i dwóch wątłych kółeczkach wobec rozpędzonych do dajmy na to 90 km/h tysiąca czterystu kilogramów żelastwa? Zapominają przy tym również, że utwardzane drogi, mają szerokość jaką mają i nawierzchnię czy to z betonu, czy asfaltu - po to właśnie by mogły poruszać się nimi właśnie w pierwszej kolejności samochody. Bo rowerem nie przewieziesz piętnastu ton piasku ani autobusu pełnego ludzi. Nie dostaniesz się też nim na odległość pięciuset kilometrów w czasie krótszym niż siedem godzin. Gdyby drogi projektowano przede wszystkim pod rowery byłyby połowę węższe i wysypane tłuczniem.

Jakaś pani opowiadała również wczoraj, w tym samym programie, że musimy uczyć kierowców kultury. To prawda, chociaż jak dziś przypomina mi się sytuacja, którą widziałem w Warszawie parę lat temu. W okolicach Dworca Centralnego, na jednej ze „skanalizowanych” odnóg Alei Jerozolimskich dzielnie pedałował jakiś młodzian. Dodać należy, że jechał dokładnie po osi jednokierunkowej jezdni. Kiwałem głową z uznaniem, bo plucha i deszcz aż przykro, bo sam w taką pogodę w życiu bym na dwa kółka nie wsiadł. Wlókł się za nim cierpliwie jakiś starszy taksówkarz. Nie wytrzymał (szczególnie że i za nim poczęły tłoczyć się samochody) i nacisnął klakson. Droga była na tyle szeroka, że starczyłby krótki ruch kierownicy i przejechaliby oboje: i taksówkarz – swoim tempem, i rowerzysta wypacający się w ten listopadowy dzień – swoim. Stało się jednak, że młodzian, który należał pewnie do cyklistów świadomych, wygiął tułów na siodle, pozdrowił taryfiarza międzynarodowym gestem przyjaźni wyciągając środkowy palec lewej dłoni, a na wypadek, gdyby ów nie pojął jeszcze dostatecznie wydarł się jeszcze krzykiem rozdzierającym, jak krzyczeć musiał ćwiartowany św. Stanisław, aż się cała gawiedź na placu Defilad obejrzała: „Mam k... prawo tak jechać!!!”. Taksówkarz nie reagował – bo i jak. Lekcja kultury przydałaby się obu stronom.

Najprościej byłoby wywalić rowerzystów z dróg i chodników na ichnie drogi – rowerowe. Całkiem niezła ich sieć jest na przykład w Trójmieście. Tymczasem wygląda to niestety często tak, jak w moim mieście, Jaworznie, gdzie przed kilkunastu laty zrobiono okolicom rynku delikatny face – lifting i podwyższono i poszerzono chodniki, na ich obrzeżach pomontowano gargantuiczne słupy i podobnie subtelne, łączące je, żelazne łańcuchy. Pamiętam, że jako nastolatek nie mogłem się nadziwić iż ktoś po prostu, zamiast poszerzać o metr chodnik nie namaluje na asfalcie ciągłej linii i oznaczy powstały pas jako drogi rowerowej. I taniej i praktyczniej. Widać włodarze wiedzieli lepiej. Wielu się pewno ze mną nie zgodzi – ale rower nie jest środkiem transportu z prawdziwego zdarzenia – dlatego pewnie jest nieco dyskryminowany. Zimą się nim zwykle nie jeździ, do dojazdów do pracy nadaje się słabo (nawet moi radykalni cykliści do pracy docierają zazwyczaj komunikacją miejską – bo się przecież człowiek upoci), zakupy większe też trudno nim przewieźć, na dyskotekę, ani do knajpy podobnie się słabo nadaje, na powrót trzeba by chyba za kierownicę prowadzić. Jest narzędziem rekreacji, a rozrywka zawsze stała dość nisko w budżetach samorządowych. Było nie było – ludzkość nie po to wynalazła silnik spalinowy, by nagle uznać, że napędzanie wehikułu własnymi mięśniami jest jednak lepsze i efektywniejsze.

Skoro więc, Rowerzyści Drodzy, nie macie swoich dróg, a na publicznych jesteście gośćmi – zachowujcie się jak goście i potraktujcie przywileje dane Wam przez ustawodawcę, jak grzeczną zachętę pani domu: „czuj się jak u siebie” - po której przecież nie wywalacie butów na stolik, nie puszczacie bąka i nie zaczynacie dłubiąc w zębach, ani przerzucać kanałów w celu znalezienia ulubionego serialu. Gospodyni, w imię gościnności nic Wam pewnie nie powie, ale może z wrażenia spuścić na głowę wazę gorącego rosołu. A taka kąpiel, podobnie jak spotkanie ze stalową maską samochodu – to chyba nic przyjemnego.

Bartosz Sowisło


ibsen82, czwartek, 11 sierpnia 2011

Ekologionomia oszukana

Zapowiedzi nowych europejskich podatków, o których pisałem kilka tygodni temu, które, jeśli wprowadzone, spowodują wzrost ceny np. płynnego gazu do prawie czterech złotych za litr, a tony węgla do 1200 - usprawiedliwia się mówiąc, że UE potrzebuje pieniędzy na inwestycje, które ocalą naszą planetę przed zgubnymi skutkami efektu cieplarnianego. Władza pieniędzy potrzebuje zawsze, ale akurat przypadku emisji dwutlenku węgla do atmosfery, argumenty za wyższym opodatkowaniem, jako czynnikiem stymulującym rozwój „czystych” źródeł energii – są po prostu chybione. Bawi się tym samym w Kapitana Planetę, który siłę do działania bierze nie z mocy pięciu żywiołów zamkniętych w pierścieniach – a z naszych kieszeni. I to co gorsza - grubo poniewczasie.

Pozostawiając na boku samą słuszność teorii dowodzących genezy efektu cieplarnianego jako niechcianego dziecka industrializacji należy sobie zadać pytanie: czy rzeczywiście ludzie do tej pory nie robili nic – nie stymulowani przez rządy, a sami z siebie – dla zredukowania emisji?

Odpowiedź jest przecząca. Już od wielu, wielu lat proces oszczędzania paliw kopalnych, a co za tym idzie zmniejszenia się ilości gazów cieplarnianych dostających się do atmosfery – ma miejsce. I to oddolnie – motywowane nie politycznymi decyzjami mądrzących się polityków, a koniecznością ekonomiczną ludzi, którzy chcą oszczędzić trochę grosza i móc go wydać na swoje przyjemności.

Jeśli wziąć do ręki dwa zdjęcia dowolnego polskiego miasta, jedno pstryknięte w 1991, a drugie wczoraj – różnica jest widoczna gołym okiem. Nie mam dostępu do danych statystycznych, ale na ulicy gdzie mieszkają moi rodzice przynajmniej połowa domów została oklejona styropianem, otynkowana; dachy i stropy docieplone; wymienione – na szczelniejsze – okna; inteligentne piece same regulujące temperaturę w pomieszczeniach. Niektóre z domów mają panele do podgrzewania wody, inne rekuperatory ciepła, ktoś tam nawet pompę ciepła. Turbiny wiatrowe nie należą do rzadkości, a i coraz więcej właścicieli domków decyduje się na ogniwa fotowoltaiczne. Nie tylko zresztą domki – praktycznie wszystkie spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe termomodernizują swoje zasoby, przemysłu ciężkiego ubyło (pozamykano większość hut i kopalni i ze Śląska w zasadzie codziennie widać góry – co dwadzieścia lat temu było nie do pomyślenia), albo wdrożył czyste technologie.

Ford Fiesta rocznik 1987 (od rdzy dziurawy jak sito), o silniku 1.1 z wtryskiem i mocy zawrotnych 54 KM, które pozwalały rozpędzić ten bolid do 140 kmph, będący przez ponad dekadę własnością mojej rodziny, palił mniej więcej 7l/100km. Citroen C5, rocznik 2005, którym obecnie jeździ mój ojciec, rozpędza się do przynajmniej 220, ma silnik 1,9 Tdi, o mocy jakichś 120 kucy i pali średnio 6 litrów ropy...

Wszędzie widzimy żarówki energooszczędne, nowe technologie w AGD i RTV, wszystko pozwala oszczędzać energię, a co za tym idzie – pieniądze i emisję dwutlenku węgla.

Jeśliby podliczyć przykładowo dom, w którym mieszkają moi rodzice to sądzę, że w porównaniu do początku lat 90 zużywa on jakieś 30% mniej energii. Nawet przy założeniu, że liczba urządzeń pobierających energię w domu wzrosła o powiedzmy połowę.

Wszystko co wymieniłem wyżej, powinno pozwolić wyciągnąć następujący wniosek: emisja szkodliwych gazów w naszym kraju maleje i redukcja emisji CO2 dokonała się samoistnie i co jeszcze istotniejsze, z korzyścią dla całej (prawie) gospodarki. Bo opłacało się to każdemu: właścicielowi domu, bo oszczędza; pracownikom zatrudnionym przy modernizacji, bo mają pracę; producentom w zasadzie wszystkiego – od kołków do styropianu przez wełnę mineralną aż po kaloryfery i okna; bankom, które część z tych inwestycji finansowały kredytami. Opłaca się właścicielom, klubów, barów, restauracji i agencji towarzyskich – bo właściciel może z czystym sumieniem oszczędzone na ogrzewaniu pieniądze – przechlać i wydać na panienki. Opłaca się nawet Państwu – bo przecież od wszystkiego trzeba zapłacić podatek, a jak obrót duży to i podatku sporo.

Jedynie producenci energii kręcą nosem, ale i oni znaleźli sposób – sprzedają mniej - więc podnoszą ceny, a pech chce, że rynek energii jest tylko iluzorycznie wolny toteż mogą sobie z cenami robić co im się żywnie podoba.

Oszczędzanie w ogóle popłaca. Jest akumulacją kapitału, który można później w jakiś sposób mnożyć i wykorzystać. Przysłowie mówi: „niech oszczędzają bogaci – i nam się opłaci”. Problem polega tylko na tym, że gdy ludzie za dużo oszczędzają – kiepsko się mają banki. Stoi to w sprzeczności z tym co napisałem akapit wyżej – ale tylko pozornie. Jeśli bowiem ktoś ma wątpliwości, niech zastanowi się ile razy zadzwonił do niego ktoś z banku z propozycją otworzenia lokaty. Do mnie ani razu – natomiast proponując kredyt lub kartę kredytową – wydzwaniają regularnie raz na miesiąc.

Oszczędzać nie lubią też politycy. A nie lubią, gdyż zwykle oznacza to tzw. racjonalizację wydatków, czyli po ludzku mówiąc cięcia, a ciąć się nie opłaca, bo się uważa, że źle się to odbija na notowaniach - tłuszczy potrzebne przecież chleb i igrzyska – a za nie brzęczącą monetą trzeba płacić.

Unia Europejska w przypadku podatku węglowego postępuje dokładnie odwrotnie niż powinna. Bo zamiast nakładać podatek na trujących środowisko powinna zwolnić z podatku, tych, którzy postępują zgodnie z jej światopoglądem – a robią to nie dla pustych ideologicznych frazesów, czy dążąc ślepo za niepotwierdzonymi wiarygodnie przez nikogo przyczynami ocieplania się klimatu – a dlatego właśnie, że chcą nieco grosza zaoszczędzić. I za tę zapobiegliwość i gospodarność się ich teraz karze – bo jeśli doprowadziło się dom do stanu, że można go ogrzać przysłowiową świeczką – to jak oszczędzać energię dalej?



Bartosz Sowisło


ibsen82, wtorek, 09 sierpnia 2011

Efekt stada spłosonych łowiecek

Jest 17.25. Za kilka minut zakończą się dzisiejsze notowania na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Nic nie wskazuje na to, żeby WIG miał się odbić od dna i przełamać miesięczną już tendencję spadkową. A stracił całkiem sporo, bo prawie 20% w ciągu minionych trzydziestu dni.

Poprzedni tydzień, kiedym zupełnie nieświadom doniosłych zdarzeń w światowych finansach spływał sobie kajakiem Wdą, przypominał nie tylko na polskiej, ale i światowych giełdach zjazd po skoczni narciarskiej. W czasie, gdy wiosłowałem czerwonym wiosłem, piłem piwko i śpiewałem przy ognisku - przytrafił się jeden z dziwniejszych przypadków w historii współczesnej ekonomii.

Od kilku tygodni w amerykańskim kongresie, Republikanie z Demokratami spierali się o kształt amerykańskich finansów publicznych. Demokraci, z prezydentem Obamą na czele życzyli sobie dalszego życia na kredyt – czyli emisji dodatkowej puli obligacji i podniesienia podatków, by mieć za co finansować wsparcie dla różnych demokracji na świecie, reformę służby zdrowia i inne fanaberie. Republikanie – przeciwni tym rozwiązaniom twardo bronili swojego stanowiska – żądali cięć wydatków i zaprzestania zadłużania kraju i żadnych nowych podatków. I słusznie, bo jakby na to nie patrzeć bogactwo tworzy się z oszczędności i inwestycji, a nie życia na kredyt. Jednak na skutek uporu wybrańców Grand Old Party, mądrzy na opak dziennikarze i analitycy finansowi poczęli wypisywać katastroficzną pracę zbiorową pod wspólnym tytułem: „Czy USA zbankrutują?”. No i się zaczęło. Mimo, że Demokraci i Republikanie poszli, koniec końców, na jakiś zgniły kompromis.

Ekonomia w dobie globalizacji przypomina trochę stado owiec i działają w niej prawidła znane już Le Bonowi, gdy pisał „Psychologię tłumu”. Kiedy pasterz się waha, owce idą za instynktem, a ten każe im szukać bezpiecznego – jak im się wydaje schronienia. Że USA to taki pastuch (by nie powiedzieć świniopas) współczesnego świata, cała reszta owieczek patrzy jak się zachowa. A że stał niepewny już dłuższy czas, to owieczki – inwestorzy się rozpierzchli i uciekli w to, co wydawało im się bezpieczne – wycofując się z pastwiska giełdy, a chowając po jaskiniach złota i krzakach franków helweckich - ku rozpaczy młodożeńców i kredytobiorców frankowych windując ich ceny na poziom najwyższy w historii. Obserwując to wszystko, można odnieść wrażenie, że logikę i giełdę wynalazły jakieś dwie różne ludzkości – bo jednego w drugim nie ma za grosz – pisałem o tym kiedyś zresztą w tekście „Globalne Pierdnięcie”.

Logicznym bowiem byłoby, że skoro amerykańscy politycy jakoś się tam dogadali, to wyprzedaż papierów wartościowych powinna się skończyć (skoro już posługujemy się tym pokrętnym rozumowaniem, że jeśli jakieś Państwo ma kłopoty to przedsiębiorstwa również je mają) – ale nie. Do pieca dołożyła w piątek agencja ratingowa Standard's and Poor's, która wykoncypowała sobie, że Stanom należy obniżyć ocenę wiarygodności kredytowej. Paranoja z jaką zareagowały na to dziś rynki (chyba żadna giełda na świecie nie zamknęła się na plusie), była o tyle irracjonalna, co łatwa do przewidzenia. Zastanowić się tylko należy, czy ocena Standard's and Poor's była aby dziełem przypadku.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy posiadaczem kilku – kilkunastu miliardów dolarów. Chcielibyśmy je jakoś zainwestować, żeby mieć kilkadziesiąt – bo próżność pcha nas ku ścieżce sławy – kto jest najbogatszy na świecie – wiadomo, a my dopiero w drugiej setce i pies z kulawym ogonem o nas nie słyszał. A tu tak: w Europie kryzys, euro leci w dół, ale politycy twardo negocjują, więc może się ruszy w górę, złoto i frank już tak drogie, że pakować się w nie trąci naiwniactwem, kupowaniem na górce i sporym ryzykiem, że się straci. Ale giełdy nurkują - można więc zagrać na spadek, szczególnie, że się wie iż Republikanie nie mogą się zgodzić na podniesienie podatków, bo kongresmen, czy senator, który na to pójdzie, może z automatu szukać innego zajęcia, bo nie dostanie nominacji partyjnej. Zdziwionym jak tu zarobić na spadkach, pędzę wyjaśniać: istnieją takie instrumenty finansowe, które pozwalają zarabiać na lecącym w dół kursie akcji – nazywa się to opcja. Działa jak gra w ruletkę w kasynie – z tą różnicą, że na poważniejszą forsę. Kupuje się więc takich opcji, z dobrą finansową dźwignią (czyli pożycza się na każdego swojego dolara na przykład dziesięć, żeby mieć dobrą „masę” inwestycyjną pieniądza) i czeka, aż kurs spadnie do poziomu, o który się założyliśmy. A tu nagle przykra niespodzianka. Politycy, niby nieugięci w poglądach, wynajdują jakąś trzecią drogę, ścieżynę, której się do tej pory nie dostrzegło. Dźwignie się wzięło dużą - więc w razie wtopy – nie dość, że kasa przepada, to i jeszcze długi zostaną. Co robić? Mając świadomość, że inwestorzy na świecie patrzą jak cielęta na publikowane przez rozmaite agencje ratingi – dzwoni się do kolegi, który akurat piastuje stanowisko dyrektora w jednej z nich. I proponuje, przykładowo miliard, jeśli wymierzy lekkiego klapsa USA. Że każdy ma swoją cenę, a i jakieś poszlaki po temu są - niezawodny, a odpowiednio zmotywowany finansowo kolega dyrektor zmienia rating USA z AAA na AA+. Rynki oczywiście reagują masową wyprzedażą, a wykres kursu staje się linią prostopadłą do osi czasu.

A gdyby się tak na zimno zastanowić, to co właściwie oznacza, że jedna z prywatnych firm obniżyła ocenę USA? Nic. Jedno wielkie zero. Gdyby inwestorzy zwyczajnie olali co tam sobie jakaś agencja gada, nie stałoby się nic. Nawet jeśli taka ocena jest uzasadniona, to degraduje USA do pozycji Belgii, Japonii czy Nowej Zelandii; mówiąc bardziej obrazowo: uczniowi, który miał do tej pory szóstkę z każdego dyktanda, daje się szóstkę minus – bo nie postawił jednego przecinka.

Większość krajów na świecie, prowadzi politykę bardzo nierozsądną polegającą na stałym zadłużaniu się. Jeśliby w podobny sposób funkcjonowały przedsiębiorstwa (albo rodziny), zaciągając długi, po to, żeby je rozdawać na prawo i lewo komu popadnie, by kupić popularność wśród ludzi – dawno mielibyśmy społeczeństwa składające się wyłącznie z bankrutów i żebraków. Że cały świat żyje na kredyt – wiadomo nie od dziś – w końcu, jak twierdzą niektórzy: pieniądze to dług. Każda złotówka, którą mam w kieszeni jest czyimś zobowiązaniem zapłaty. Nie zmienia to faktu, że nawet w tym dziwacznym systemie, gdzie forsa ma wartość hipoteki czyjegoś domu, samochodu lub basenu: Stany, bez problemu będą swoje zobowiązania spłacać. I to długo.

Mali, prywatni inwestorzy pewnie nie zwróciliby nawet uwagi na pomysły S&P. Gdyby nie dwie rzeczy: wiedzą, że opiniom agencji przyglądają się analitycy funduszy inwestycyjnych posługujący się w swoim korporacyjnym, absolutnie niedemokratycznym świecie, procedurami, które każą im nic innego właśnie, jak przyglądać się opiniom agencji. I gdy wiarygodność kredytowa USA spada – sprzedają, a robią tak bo wydaje im się, że spadnie, bo sądzą, że wszyscy zaczną sprzedawać. Małym inwestorom również wydaje się że cena akcji spadnie, bo sądzą, że duzi sprzedadzą – więc sprzedają swoje – pogłębiając tym samym bessę. Gra na giełdzie najbardziej przypomina biesiadną zabawę, gdzie póki gra muzyka, póty ludzie chodzą wokół krzeseł: gdy się zatrzyma – siadają. Tyle, że krzeseł jest mniej niż ludzi i zawsze jest ktoś przegrany. W świecie giełdowym jest nim zwykle ten, kto za późno kupi i za późno sprzeda, a rolę muzyki pełnią wspomniane przesądy i wydawanie się.

Jednak fakt, że opinia prywatnej firmy, którą tak naprawdę mógłby założyć każdy i wypisywać w swoich statystykach dowolne wyssane z palca bujdy*, jest bardziej istotna i wiarygodna dla milionów inwestorów giełdowych na świecie niż potęga gospodarcza, finansowa i militarna jedynego (jeszcze) supermocarstwa – jest bardzo znamienna. Oznacza, że ludzie przestają ufać państwom. Nie chciałbym, by była to pierwsza jaskółka upadku Ameryki – choćby i miał on nastąpić za pięćdziesiąt lat – i jeśli tego doczekam, będę miał ponurą satysfakcję, że eksperyment demokratyczny drugi raz w dziejach nie wypalił.

Kłopoty na giełdzie, mimo że dzięki nowoczesnym instrumentom finansowym jest ona największym kasynem świata, nie są wcale takie wirtualne. Nie wolno zapominać, że akcje, to udział w przedsiębiorstwie – ich angielska nazwa to shares czyli części. Jeśli firma pozyskuje pieniądze na rozwój i inwestycję właśnie z giełdy, to gdy tej kasy braknie, grozi jej stagnacja, albo i recesja, a w najgorszym wypadku bankructwo. A co to dla zwykłego zjadacza chleba oznacza – nie trzeba chyba tłumaczyć.



* - I tak w zasadzie jest – Rosja, która ma większe nadwyżki budżetowe, ma niższy rating niż USA, które ma biliony długów, mimo, że znów na logikę biorąc, jeśli ktoś ma pieniądze, to bardziej prawdopodobne, że je odda niż ktoś, kto chodzi w pożyczonych butach.

Bartosz Sowisło


ibsen82, poniedziałek, 08 sierpnia 2011

Łupienie LPG

Jeżeli jest jeszcze pośród normalnie i uczciwie zarabiających ludzi ktoś, kto uważa, że Państwo nie dość go łupi z pieniędzy - pobudka bo na larum dzwony biją. Unia Europejska, czyli hiperpaństwo, w granicach którego żyjemy - szykuje kolejny skok na kasę swoich obywateli.

Jak informuje biznes.interia.pl, Komisja Europejska ujawniła plany nowego podatku tzw. węglowego (płaconego w zależności od emisji CO2 z tony nośnika energii) oraz o proponowanych zmianach w wysokości podatku akcyzowego. Jak oblicza portal, gdyby proponowane zmiany zostały przyjęte, spowodowałyby wzrost ceny litra LPG z 2,3 - 2,7 PLN do 3,6 - 4 PLN, a tony węgla z 700 do 1200 PLN. Stosunkowo niewiele podrożałaby benzyna i olej napędowy (w przypadku benzyny, miałby to być wzrost kwoty akcyzy o raptem 1 euro na tonę). Jak słusznie zauważa autor artykułu - podwyżka akcyzy nie byłaby jedynym składnikiem wzrostu cen jej wzrost - pociągnie ona za sobą także VAT (Łatwo policzyć: 0,23 x 2,3 = 0,52 ^ 0,23 x 3,6 = 0,82 => 0,52

Każdemu, kto jest skazany na poruszanie się autem powyższe informacje muszą podnosić ciśnienie i temperaturę. Bo chyba tylko białej gorączki może dostać właściciel samochodu, który zainwestował w instalację gazową, a za kilka lat okaże się, że jest ona niczym więcej jak ekologiczną ekstrawagancją. Wątpię, by znalazło się pośród kierowców aż tak wielu ekologicznie świadomych, którzy w imię idei chcieliby tracić miejsce w bagażniku, płacić za montaż i przeglądy oraz ryzykować większe spalanie - bez znaczącej ekonomicznie gratyfikacji - w postaci niższych cen paliwa. Unia najwyraźniej wyszła z założenia, że nie ma powodu, by ktokolwiek miał cieszyć się taryfą ulgową w kosztach budowania lepszej przyszłości - szczególnie jeśli to bogacz, którego nie dość, że stać na auto, to jeszcze na instalację za parę tysięcy. I jak się tu nie zgodzić z Januszem Korwinem Mikke, który nazywa UE - Eurokołchozem. Jakby na to nie patrzeć: urawniłowka aż miło...

Poza faktem, że budżet UE wybogaci się o kilka miliardów pieniędzy z eurobiznesu - trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek pozytywne strony tego rozwiązania i zaciskania podatkowej pętli. Każde dziecko rozumie, że rosnące ceny transportu - to rosnące ceny w zasadzie wszystkiego, co trzeba wozić z miejsca na miejce, a więc: żywności, odzieży, towarów przemysłowych... Ponadto, jeśli optymistycznie przyjąć, że jakieś piętnaście procent jeździ na LPG dla idei (bo to jednak dalece bardziej przyjazne dla środowiska paliwo niż np. benzyna), a reszta założyła instalację, żeby oszczędzać - to czeka nas fala spektakularnych plajt, gdy warsztaty montujące STAGi i inne Landi Renzo zaczną masowo tracić klientów (a warto zauwazyć, że jest to dobrze rozwijający się rynek: szacuje się, że w 2010 zamontowano w Polsce ok. 180 tys instalacji).

Jeśli ktoś zapyta, na co Unii aż tyle pieniędzy - niech się nie martwi zawsze znajdzie się jakaś polityka: czy to wyrównywania szans, czy ratowania środowiska naturalnego, zwiększenia zatrudnienia (urzędników), wspierania upadających gospodarek albo dopłacania do rolników. Europosłów, eurourzędników, czy po prostu zwykłych leniuszków meneli wyciągających rękę po brzęczącą monetę na Starym Kontynencie nie brak. Połowę z pozyskanych pieniędzy wywali się na koszty własnego funkcjonowania, połowę z pozostałej połowy trafi do kieszeni dysponujących środkami urzędników, kolejną część wyda się na odszkodowania, dla tych którzy na nowo wymyślonych przepisach stracą - a na koniec jakieś 12 procent zdartych z grzbietów podatników pieniędzy trafi w ramach redystrybucji na rynek, co pewnie spowoduje wzrost PKB o jakieś astronomiczne 0,00001%.

Ciekaw jestem kiedy przyjdzie kres pazerności rządzących i gdy radośnie rozpuszczą już wszystkie zrabowane pieniądze - skąd mają zamiar nabrać ich, by finansować swoje nowe obietnice, mrzonki i walki z wiatrakami w stylu globalnego ocieplenia? Obawiam się, że bliski jest dzień, gdy zaczniemy płacić podatek od powierzchni posiadanego dachu - bo będzie on mógł być potencjalnie wykorzystywany do montowania ogniw fotowoltaicznych i produkcji przy ich użyciu prądu elektrycznego. Potem przyjdzie czas na podatek wiatrowy (bo turbinę można zamontować), wodny (bo spadek wody można wykorzystać do produkcji energii), makulaturowy i dziecięcy (bo dzieci mogłyby pedałować na rowerach napędzających dynama). Ukoronowaniem ich będzie podatek gówniany, obliczany na podstawie średniej ilości wydalanego kału - gdyby ktoś wpadł na pomysł budowy przydomowej biogazowni. Fantazję w tworzeniu nowych form opodatkowania rządzący mają większą niż przeciętny pisarz sci - fi, a i Rzymianie wiedzieli, że forsa nie śmierdzi.

Pozostaje żyć nadzieją, aż w końcu ktoś się wkurzy i całe to brukselskie koło wzajemnej adoracji kijami rozpędzi, nim wpadną na pomysł, że w zasadzie wypłat nie ma po co ludziom przelewać, bo omnipotentny duch Europy wie lepiej jak należy nimi dysponować.


 ibsen82, piątek, 22 lipca 2011; Bartosz Sowisło

Kilka mililitrów spermy - czyli sprawa Piotrusia

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli tutaj i teraz. Prawomocnym wyrokiem sądu, po procesie, zgodnie z obowiązującymi procedurami odebrano matce pełnię praw rodzicielskich i przekazano je ojcu - który z całą bezwzględnością przysługujące mu prawo wyegzekwował. Mowa oczywiście o sprawie Piotrusia, którą od kilku dni żyją media.

Ojciec ma przekichane. Ojciec czyli profesor psychologii UG pan J. Cokolwiek by nie zrobił, czegokolwiek nie powiedział, obrócone zostanie przeciwko niemu. Łącznie z profesorskim tytułem, doświadczeniem dydaktycznym i akademickim, które na szpaltach zostanie opisane wyłącznie w aluzyjnym kontekście "wywierania wpływu na wyrok sądu" i niejednoznacznymi sugestiami, że sądowi strona myli się z biegłym. Niemiło pisać, ale chłopu - jeśli nie chce zrujnować sobie życia - nie pozostaje nic innego jak odpuścić. Machnąć na dzieciaka ręką i przehandlować przysługujące mu prawo do opieki, w zamian za zrzeczenie się przez matkę prawa do alimentów. Dlaczego? Jeżeli matka i jej prawnicy dowodzą wszem i wobec, iż między synem a ojcem nie istnieje już żadna więź - to jaki interes ma mieć ojciec w utrzymywaniu na swoim garnuszku obcej osoby?

Sprwiedliwie należy skwitować, że rzeczona więź rzeczywiście może już nie istnieć. W tekście "Kubuś sadysta", który opublikowałem na tym blogu jakieś pół roku temu dowodziłem - jak mi się wydaje dość logicznie - że małe dziecko jest w zasadzie dzikusem, którego relacje z otoczeniem dopiero kształtują jako cywilizowaną jednostkę. Jeśli więc dzieciak przebywał do tej pory głównie z mamą, a ta zapewne powtarzała mu po kilka razy dziennie, że może zostać zabrany do tego pana, który dla mamusi był zły, który krzyczał na nią, czy w trakcie awantur domowych się z nią szarpał - uwierzy w to prędzej czy później i biologicznego ojca, dysponującego choćby i werdyktem wydanym przez UNICEF - znienawidzi.

Prawo jest bowiem skonstruowane w taki sposób, że a priori zakłada, iż dziecku lepiej będzie z matką - ojca redukując do roli inseminatora. Ile jest przypadków, że sąd uznaje prawa ojca i dochodzi do wniosku, że dziecku będzie u niego lepiej niż u matki? Sądzę, że 10 procent jest w tym wypadku górną granicą, a w pozostałych 90 prawa rodzicielskie mężczyzny ograniczają się do spotkań raz na tydzień i comiesięcznego przelewu gotówki. Z tym, że z pierwszego zrezygnować można, a za niedopełnienie drugiego trafia się do paki. Żeby było jeszcze dziwniej - przedmiot sporu, czyli dziecko, do momentu wyjaśnienia sprawy przebywa zwykle z matką, bo to ona, z założenia, lepiej się nim zaopiekuje, dając jej tym samym możliwość kładzenia łebkowi do czaszki dowolnego dziadostwa, które uzna za stosowne.

Obecna medialna histeria w sprawie małego Piotrusia, dowodzi że i wyrok niezawisłego sądu nie jest w państwie prawa czymkolwiek wiążącym. Rozpętanie huraganu na całą Polskę, publiczne ukrzyżowanie człowieka i odpowiednie rozłożenie sympatii przez środki masowego przekazu, jeśli nawet nie doprowadzi do ugięcia się ojca, to bez wątpienia wpłynie na wyrok w drugiej instancji. Temida może i jest ślepa, ale na pewno nie głucha i ze strachu przed posądzeniami o stronniczość następnym razem wyda wyrok zaspokajający oczekiwania "publiczki onej sobaczej".

Przychodzi tylko ze smutkiem skwitować, że brak równouprawnienia w Polsce, o którym tak gardłują feministki, jest faktem - tylko że z przeciwnym znakiem niż Kazia Szczuka i Magda Środa by chciały. Skoro bowiem mężczyzna, który pokłócił się ze swoją partnerką nie ma możności decydowania (nawet w świetle prawa) o dalszych losach kilkunastu mililitrów swojej spermy, która wykiełkowała w łonie kobiety w nowe życie, to coś z tym równouprawnieniem jest rzeczywiście nie tak. Do całej sytuacji najlepiej chyba przystaje filozofia babki Pawlaka z "Samych swoich": Sąd - sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

Zresztą, jak już do znudzenia powtarzam i ta sytuacja jest dowodem ciężkiej choroby na jaką cierpi demokracja: przestała być bowiem rządami większości, a stała się rządami słabych, rządami miernot i mniejszości. Od pewnego bowiem czasu, odnoszę wrażenie, że powininem się wstydzić, że urodziłem się białym, heteroseksualnym mężczyzną, gdyż jako taki odpowiedzialny jestem za wszelkie kataklizmy tego świata, z czarną ospą i hemoroidami włącznie. Na murzyna muszę uważać, by nie powiedzieć, że murzyn, na geja, że ciota, a na kobietę, że baba. Do tego przychodzi mi pracować dłużej niż kobietom, a gdy przychodzi do opieki nad moim dzieckiem - nic do gadania nie mam.

Panie profesorze! Odpuść Pan sobie i to nie dlatego, że nie masz Pan racji, ale dlatego, że żal mi Pana, chociaż nigdyśmy się nie spotkali. Szkoda Pańskiego i życia i reputacji.


 ibsen82, poniedziałek, 11 lipca 2011; Bartosz Sowisło

Marudź narodzie

Gdy dwóch Anglików lub Amerykanów spotyka się w pracy, zaraz po powiedzeniu "Hallo", czy "Hi", pada sakramentalne: "How are you", na które kod kulturowy w zasadzie nie pozwala odpowiedzieć inaczej niż "Fine", "Well", czy "Good". Podobnie jest zresztą u Francuzów, gdzie "Bien" albo "Tres bien" jest jedyną dopuszczalną odpowiedzią na "Comment ca va" czy "Comment va la vie". Nieco inaczej jest w Polsce.

"Jak się masz" - powiedziane niewłaściwej osobie w naszym kraju niesie ze sobą pewne, całkiem spore ryzyko. Nigdy nie wiadomo, czy interlokutorowi nie przyjdzie do głowy podzielić się spostrzeżeniami na temat niewierności własnej żony ("a bo każdemu daje ino nie mi"), zdrowia teściowej ("mamusi się obumarło, jak się była na nóż siedemnaście razy potknęła"), zarobków ("gdzie ta, panie, wyżyć za te marne 10 tysięcy") tudzież rozmaitych variów, choćby na tematy związane z sytuacją polityczną ("te złodzieje, panie"). Wśród młodszej część społeczeństwa sytuacja nieco się wprawdzie poprawia: w ten jednak sposób, że najpierw mówią "w porządku", a na następnym wydechu dorzucają powyższą litanię - niekoniecznie dokładnie taką i nie w powyższym porządku, ale zwykle coś na rzeczy, czym można by się z kimś podzielić - się znajdzie. Zjawisko na tyle powszechne, że gdy ktoś zapytany o stan swojego samopoczucia i zadowolenia życiowego odpowie po prostu: "nieźle" można go zacząć podjerzewać o niedawną wygraną w toto lotka.

Polskie ponuractwo i maruderstwo, z czego wynika - nie będę dziś dochodził (choć pokrótce można chyba powiedzieć, że my taki biedny naród od wieków tępiony...), ale w świetle tego com ostatnio wyczytał stanowczo muszę dać odpór wszelkim głosom względem wymienionych wyżej cech - krytycznym. Powiem więcej: marudzenie gwarancją bytu biologicznego naszego społeczeństwa!

Jak podaje czerwcowa "Wiedza i życie": W społeczeństwach, w których duża liczba obywateli deklaruje zadowolnie życiem, dochodzi do zadziwiająco wielu samobójstw - taki wniosek wyciągnęli naukowcy z University of Warwick z Wielkiej Brytanii oraz Hamilton College z NYC. (...) Przykładem mogą być Hawaje, zajmujące drugie miejsce na liście "najszczęśliwszych" stanów i jednocześnie piąte pod względem liczby targnięć się jego mieszkańców na własne życie (...) Nowy Jork, który znalazł się na 45 miejscu pod względem zadowolenia z życia, ma najmnieszy wskaźnik samobójstw w USA.

Wnioski z badań, przyznać trzeba, rzeczywiście dość zaskakujące. Bo niby jaką racjonalną prawidłowość wyciągnąć ze sprzecznych danych? Czy nowojorczycy uważają swoją sytuację, za tak beznadziejną, że nie próbują się już nawet zabijać, a mieszkańcy Honolulu popełniają samobójstwa, w ekstatycznym transie?

Wiedza i Życie: Zdaniem naukowców decyduje samoocena. Większość ludzi dokonuje jej przez pryzmat otoczenia. Tak np. osoby mieszkające w otoczeniu bogatych sąsiadów czują się wyjątkowo nieszczęśliwe. Porównywanie się z bogatymi znajomymi nasila depresję i przyspiesza decyzję o targnięciu się na własne życie.

Może i jest to jakieś wytłumaczenie. Ja dodałbym jeszcze swoją interpretację, chyba prostszą: ocena własnej szczęśliwości, jest oceną subiektywną - ci, którzy oceniają się jako nieszczęśliwi - marudząc i narzekając uwalniają negatywne emocje, które inaczej dusiliby w sobie i które skumulowane mogłyby prowadzić do dramatycznych decyzji. Ot taki wentyl bezpieczeństwa - wygadam się, lżej mi się na sercu zrobi.

Marudź więc narodzie, bo jeszcze Polska nie umarła póki narzekamy!


 ibsen82, sobota, 09 lipca 2011; Bartosz Sowisło