U zarania AD 2012 uliczne demonstracje stały się ulubioną rozrywką mieszkańców Europy Środkowej.
W Budapeszcie - wielotysięczne manifestacje to protestują, to popierają Viktora Orbana. W Bukareszcie od dwóch tygodni na ulicach stoją przeciwnicy prezydenta Basescu - których wytrwałość i upór dziwi samych Rumunów, których natura sprzyja raczej krótkotrwałym zrywom. O Grecji nie ma co nawet wspominać, bo tam demonstracja się w ogóle chyba nie kończy.
Wczoraj - dołączyła Polska. I muszę powiedzieć, że jestem z tego dumny. Dumny bo okazało się, że większość z protestujących to ludzie w moim wieku lub młodsi.
Niesamowite, bo nakląłem się na moje pokolenie, że hej: że obojętne, że niezainteresowane sprawami publicznymi, że bezrefleksyjne i niezaangażowane, że bezmyślnie głosujące na Platformę czy PiS, że żyjące wyłącznie paleniem zielska, czy (jak chce prezes Kaczyński): "piwskiem i porno".
Konflikt o ACTA - jest czymś więcej niż protestem przeciw cenzurze czy walką z piractwem. Stał się przyczynkiem do starcia pokoleń: cyfrowego i analogowego. Pierwsze z brzegu liczby to potwierdzają: w grupie 16 - 24 lata z internetu korzysta 92% populacji. W grupie 50+ raptem jedna trzecia. I w tym kontekście starczy posłuchać: Grasia, Boniego (który nie wie kto zarządza jego www), czy jaśnie panującego pana Premiera. Dla nich, a do wczoraj także dla mass- mediów "drugiej fali"(TV, radio), sprawa ACTA to jakiś marginalny, nic nie znaczący konflikt. Traktowany był mniej więcej tak samo poważnie jak wyniki przedwyborczych internetowych sondaży zgodnie z którymi Korwin - Mikke powinien już zasiadać w Pałacu Prezydenckim trzecią kadencję. Premier i ministrowie nie rozumieją, że przeciw nim staje "trzecia fala" - mediów indywidualnych i ich odbiorców, mediów interaktywnych, swobodnych i nieznoszących kontroli. Oddziałujących na wielu - przez wielu.
Społeczeństwo (a przynajmniej jego młodsza część) zmieniło stan skupienia i miejsce zamieszkania. Przeprowadziło się do rzeczywistości wirtualnej. Siedziałoby sobie tam spokojnie, kryjąc się przed "realem", pozwalało łupić coraz wyższymi podatkami, spokojnie przyjmowało coraz idiotyczniejsze przepisy prawa, dźwigało na karku rosnącą armię urzędników. W rzeczywistości wirtualnej, można przecież rozładować frustracje, rozerwać się, poznać kogoś, poczuć się twórcą, liderem. A tu nagle okazuje się, że ktoś pakuje się z buciorami w to wszystko i do społeczeństwa zatopionego w swoich wirtualnych sprawach dociera nagle, że aby intruza wyprosić nawet zainstalowanie na FB guzika "nie lubię tego" może nie starczyć, podobnie jak podpisanej wirtualnie petycji, spłodzenie jadowitego wpisu na bloga, czy obraźliwego komentarza na forum. Żeby obronić dom - nie można się w nim po prostu zamknąć i czekać aż wróg wejdzie do środka. I sięgnęli po dość oldschoolowy sposób wyrażania dezaprobaty: uliczną demonstrację.
Nie chciałbym nikogo zniechęcać - ale to nic nie da. Zwłaszcza jeśli organizatorzy zapowiadają wystąpienia "spokojne, pokojowe i kolorowe". Co tu dużo gadać - dla rządzących taka demonstracja to żaden problem. Popatrzą na to w kategorii festynu, czy karnawału i tyle. Jak nikt nie będzie palił opon, rozbijał obozowisk namiotowych pod Sejmem, rzucał kamieniami w Pałac Prezydencki. W najbliższym czasie wyborów nie ma - to co to kogo interesuje? Zima jest połażą, pokrzyczą i pójdą do domu, żeby nie marznąć.
Podoba się nam to czy nam się nie podoba: ACTA zostanie jutro podpisane przez polskiego Ambasadora w Japonii. Premier zapowiedział. Później umowa zostanie ratyfikowana, a Policja i Prokuratury dostaną polecenie nie zwracania uwagi na przestępstwa związane z ochroną znaków towarowych i własności intelektualnej przez rok, maksimum dwa lata. W tym czasie politycy będą powtarzać, że nic się nie stało, że cała styczniowa ruchawka na nic. A jak się vacatio legis skończy to...
Mówiąc krótko: nie kijem nas - to pałą.
Najgorsze, że władza demokratycznie wybrana - obalić taką ad hoc nie tak łatwo.
PS. Strasznie żałuję, że nie ma mnie w Polsce. Móc wziąć udział w być może jedynym masowym zrywie "przeciw" zainicjowanym przez ludzi mojego pokolenia - bezcenne!
środa, 25 stycznia 2012
niedziela, 22 stycznia 2012
.gov Tango Down
Wbrew temu co twierdzą przedstawiciele Rządu RP - strony różnorakich instytucji naszego kochanego państwa padają jak muchy po zetknięciu z DDT. Nawet tacy laicy w komputerowych historiach jak ja - dowiedzieli się dziś co to znaczy DDOS i że stwierdzenie "Tango Down"* oznacza stronę internetową, którą udało się właśnie grupie Anonymous zablokować.
Na facebookowym profilu "Nie dla ACTA w Polsce" jest 250 tys. ludzi i bardzo szybko przybywa. Na Tweeterze "anonimowych" pojawiają się coraz to nowe informacje o zablokowanych stronach: w ciągu ostatniej godziny oberwał prezydent.pl i ms.gov.pl. Pełny wykaz zaatakowanych stron rządowych można znaleźć tutaj . Hiszpańskojęzyczni tweetujący w komentarzach do akcji piszą wręcz o "priemera cyber guerra mundiale" i o "revolucion". Ludzie protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa, kontrolowaniu przez instytucje państwowe tego co w sieci przeglądamy i - nie czarujmy się - możliwość piracenia filmów, gier i muzyki do woli i z minimalnymi konsekwencjami (kto jest bez winy...). Jeśli bowiem idzie o prywatność i kontrolę tego czym się w internecie interesuję - to przypuszczam, że więcej wie na mój temat Google niż jakikolwiek na świecie rząd.
Z tych czy innych powodów do protestu przyłączyć się warto - jak już nie raz dowodziłem - im mniejszy wpływ Państwa na rzeczywistość (realną czy wirtualną) - tym lepiej.
Szczególnie, że na czele naszego kraju mamy ludzi, którzy tak naprawdę nie wiedzą co się dookoła dzieje - nawet w momencie, gdy ponad wszelką wątpliwość funkcjonowanie rządowych i okołorządowych serwisów zostało z premedytacją zakłócone.
Tak dla przykładu: wystąpienie Pawła Grasia - Rzecznika Rządu RP, który stwierdził, że strony "zawiesiły się ze względu na dużą ilość odwiedzających" - dowiódł tym samym - że w ogóle nie wie o czym mówi i zupełnie nieświadomie pogorszył sytuację. Atak na stronę DDOS polega bowiem na sztucznym wygenerowaniu takiej ilości odwiedzin - by serwer nie był w stanie ich wszystkich obsłużyć - czyli w zasadzie przyznał - że atak jednak miał miejsce. Ciekawskich (jak ja) by sprawdzić czy strony rzeczywiście nie działają było na pewno całkiem sporo i być może DDoS - "zrobił się sam". Być może "anonimowi" już w ogóle nie atakują stron - a tylko mówią, że tak robią? A że na ten temat głośno - to i strony się blokują od zwiększonego ruchu zainteresowanych?
Jedyny szkopuł jednak w tym, że akcjami w wirtualnej przestrzeni mało która władza się przejmuje. Rządy, Parlamenty i Ministerstwa funkcjonowały na długo przed powstaniem internetu i doskonale sobie radziły bez www, więc czy premier ma stronę, czy nie - przypuszczam, że wszystko mu jedno. Obawiam się, że Państwa jak nie teraz to za rok dwa, po cichutku, przy okazji jakiegoś innego głośnego wydarzenia ACTA jednak wprowadzą. I wtedy cyberprotest może już nie starczyć.
* - widzę ze statystyk, że sporo internautów trafiło do mnie szukając dosłownego znaczenia tego stwierdzenia. Żeby ich wysiłek związany z kliknięciem w link mojej strony nie poszedł na marne podaję za Urban Dictionary (tłum. własne): Tango Down - to wzięte z języka jednostek specjalnych stwierdzenie określające "zdjętego" (wyeliminowanego) terrorystę. "Tango" pochodzi z tzw. kodu flagowego gdzie każda litera określana jest innym słowem (Alpha, Bravo, Charlie, Delta...) down - z angielskiego dół.
Na facebookowym profilu "Nie dla ACTA w Polsce" jest 250 tys. ludzi i bardzo szybko przybywa. Na Tweeterze "anonimowych" pojawiają się coraz to nowe informacje o zablokowanych stronach: w ciągu ostatniej godziny oberwał prezydent.pl i ms.gov.pl. Pełny wykaz zaatakowanych stron rządowych można znaleźć tutaj . Hiszpańskojęzyczni tweetujący w komentarzach do akcji piszą wręcz o "priemera cyber guerra mundiale" i o "revolucion". Ludzie protestują przeciwko ograniczaniu wolności słowa, kontrolowaniu przez instytucje państwowe tego co w sieci przeglądamy i - nie czarujmy się - możliwość piracenia filmów, gier i muzyki do woli i z minimalnymi konsekwencjami (kto jest bez winy...). Jeśli bowiem idzie o prywatność i kontrolę tego czym się w internecie interesuję - to przypuszczam, że więcej wie na mój temat Google niż jakikolwiek na świecie rząd.
Z tych czy innych powodów do protestu przyłączyć się warto - jak już nie raz dowodziłem - im mniejszy wpływ Państwa na rzeczywistość (realną czy wirtualną) - tym lepiej.
Szczególnie, że na czele naszego kraju mamy ludzi, którzy tak naprawdę nie wiedzą co się dookoła dzieje - nawet w momencie, gdy ponad wszelką wątpliwość funkcjonowanie rządowych i okołorządowych serwisów zostało z premedytacją zakłócone.
Tak dla przykładu: wystąpienie Pawła Grasia - Rzecznika Rządu RP, który stwierdził, że strony "zawiesiły się ze względu na dużą ilość odwiedzających" - dowiódł tym samym - że w ogóle nie wie o czym mówi i zupełnie nieświadomie pogorszył sytuację. Atak na stronę DDOS polega bowiem na sztucznym wygenerowaniu takiej ilości odwiedzin - by serwer nie był w stanie ich wszystkich obsłużyć - czyli w zasadzie przyznał - że atak jednak miał miejsce. Ciekawskich (jak ja) by sprawdzić czy strony rzeczywiście nie działają było na pewno całkiem sporo i być może DDoS - "zrobił się sam". Być może "anonimowi" już w ogóle nie atakują stron - a tylko mówią, że tak robią? A że na ten temat głośno - to i strony się blokują od zwiększonego ruchu zainteresowanych?
Jedyny szkopuł jednak w tym, że akcjami w wirtualnej przestrzeni mało która władza się przejmuje. Rządy, Parlamenty i Ministerstwa funkcjonowały na długo przed powstaniem internetu i doskonale sobie radziły bez www, więc czy premier ma stronę, czy nie - przypuszczam, że wszystko mu jedno. Obawiam się, że Państwa jak nie teraz to za rok dwa, po cichutku, przy okazji jakiegoś innego głośnego wydarzenia ACTA jednak wprowadzą. I wtedy cyberprotest może już nie starczyć.
* - widzę ze statystyk, że sporo internautów trafiło do mnie szukając dosłownego znaczenia tego stwierdzenia. Żeby ich wysiłek związany z kliknięciem w link mojej strony nie poszedł na marne podaję za Urban Dictionary (tłum. własne): Tango Down - to wzięte z języka jednostek specjalnych stwierdzenie określające "zdjętego" (wyeliminowanego) terrorystę. "Tango" pochodzi z tzw. kodu flagowego gdzie każda litera określana jest innym słowem (Alpha, Bravo, Charlie, Delta...) down - z angielskiego dół.
niedziela, 8 stycznia 2012
Żal do Owsiaka
Dziś, podobnie jak w każdą pierwszą niedzielę po Nowym Roku od 20 lat, na ulice polskich miast wylegną dziesiątki tysięcy młodszych i starszych wolontariuszy, w całym kraju podczas plenerowych imprez zagrają mniej lub bardziej znane rockowe zespoły, a podczas rozmaitych aukcji sprzedane zostaną najróżniejsze niepotrzebne nikomu do niczego dziwactwa.
Wieczorem w większych miastach odbędzie się pokaz sztucznych ogni: Światełko do Nieba. Przed północą Jurek Owsiak straci głos, a jutro prasa odtrąbi, że WOŚP odniosło kolejny gigantyczny sukces i zebrało jeszcze więcej kasiury dla ratowania noworodków i niemowląt niż rok temu.
Owsiak, z właściwą sobie energią i charyzmą, w sposób hippisowsko - punkowo - kiczowaty i komercyjny zarazem od dwóch dekad odwala wspaniałą robotę: mobilizuje ludzi, haruje jak wół, wywleka Polaków z domów w środku stycznia i wspierany przez idealistycznych wolontariuszy... demoralizuje włodarzy tego kraju.
Przykro mi Panie Jurku, ale ode mnie nigdy nie dostanie Pan już nawet złotówki - dokładałem się prawie zawsze, ale na tym koniec.
Nie dlatego, że żałuję pieniędzy dzieciom ani dlatego, że uważam iż pomagać sobie wzajemnie nie należy. Poczucie przyzwoitości, każe mi jednak głośno powiedzieć: swoją wspaniałą robotą daje Pan politykom rządzącym tym krajem alibi. Wyręcza ich z pracy, którą wykonywać powinni oni (a są za to przyzwoicie opłacani) - a nie Pan, nie Pańscy marznący w imię idei wolontariusze.
Rządy, posłowie, urzędnicy, zdzierają z uczciwie pracujących Polaków już około 70 - 80 procent podatków. Pod rozmaitymi postaciami. Przyzna Pan, że to spory odsetek. Pobiera się go pod pretekstem, który można sprowadzić do jednego zdania: Państwo wie lepiej. Wie lepiej na co wydawać nasze pieniądze, wie lepiej gdzie kierować pomoc i wie lepiej komu jest ona potrzebna. A mimo tego, że przecież wie lepiej (jak samo twierdzi), ze swoich zadań się nie wywiązuje, zebrane środki w ogromnej części nicuje: na utrzymywanie własnego aparatu i zapewnianie przywilejów swoim aparatczykom.
Zebrane przez Pana w ciągu dwudziestu lat pół miliarda (do którego pewnie Pan dziś w nocy dobije) to pieniądze, które Państwo tak czy siak na ratowanie tych biednych istot musiałoby przeznaczyć, a które zostały bez wątpienia przeżarte przez puchnącą administrację (zainteresowanych szczegółami zapraszam: tu, tu i tu - można poczytać o rozroście adminiostracji, urzędniczej efektywności itp.)
Dotarło to mnie w 2010 roku, gdy zainicjował Pan akcję wspierania powodzian i latem - zamiast czerwonych - Pańscy wolontariusze rozdawali niebieskie serduszka w zamian za datki. Pomyślałem sobie wtedy: zaraz, zaraz - od czego mamy Rząd, od czego ubezpieczalnie - skoro ludziom w potrzebie musi pomagać kwestujący eks - hippis?
Skorzystaj Pan z okazji, z tych godzin antenowego czasu, których masz Pan więcej niż ktokolwiek inny w tą styczniową niedzielę, stań przed kamerami i głośno, wyraźnie wykrzycz: "Wstydźcie się! Wstydźcie się politycy, wstydźcie się urzędnicy! Wstydźcie się, że Waszą robotę musi wykonywać witrażysta z zawodu, a osobistość medialna z powołania! Wstydźcie się, że nie potraficie zarządzać na tyle dobrze miliardami ściąganym pod przymusem ze społeczeństwa, że nie umiecie wygospodarować nędznych dwudziestu milionów rocznie na ratowanie życia i zdrowia najmłodszych."
A Pan ściska prawicę Prezydenta, dając niemu i tym samym całej politycznej klasie do zrozumienia: "Nie martwta się, jakby co - pomogę". O to mam do Pana żal.
Wieczorem w większych miastach odbędzie się pokaz sztucznych ogni: Światełko do Nieba. Przed północą Jurek Owsiak straci głos, a jutro prasa odtrąbi, że WOŚP odniosło kolejny gigantyczny sukces i zebrało jeszcze więcej kasiury dla ratowania noworodków i niemowląt niż rok temu.
Owsiak, z właściwą sobie energią i charyzmą, w sposób hippisowsko - punkowo - kiczowaty i komercyjny zarazem od dwóch dekad odwala wspaniałą robotę: mobilizuje ludzi, haruje jak wół, wywleka Polaków z domów w środku stycznia i wspierany przez idealistycznych wolontariuszy... demoralizuje włodarzy tego kraju.
Przykro mi Panie Jurku, ale ode mnie nigdy nie dostanie Pan już nawet złotówki - dokładałem się prawie zawsze, ale na tym koniec.
Nie dlatego, że żałuję pieniędzy dzieciom ani dlatego, że uważam iż pomagać sobie wzajemnie nie należy. Poczucie przyzwoitości, każe mi jednak głośno powiedzieć: swoją wspaniałą robotą daje Pan politykom rządzącym tym krajem alibi. Wyręcza ich z pracy, którą wykonywać powinni oni (a są za to przyzwoicie opłacani) - a nie Pan, nie Pańscy marznący w imię idei wolontariusze.
Rządy, posłowie, urzędnicy, zdzierają z uczciwie pracujących Polaków już około 70 - 80 procent podatków. Pod rozmaitymi postaciami. Przyzna Pan, że to spory odsetek. Pobiera się go pod pretekstem, który można sprowadzić do jednego zdania: Państwo wie lepiej. Wie lepiej na co wydawać nasze pieniądze, wie lepiej gdzie kierować pomoc i wie lepiej komu jest ona potrzebna. A mimo tego, że przecież wie lepiej (jak samo twierdzi), ze swoich zadań się nie wywiązuje, zebrane środki w ogromnej części nicuje: na utrzymywanie własnego aparatu i zapewnianie przywilejów swoim aparatczykom.
Zebrane przez Pana w ciągu dwudziestu lat pół miliarda (do którego pewnie Pan dziś w nocy dobije) to pieniądze, które Państwo tak czy siak na ratowanie tych biednych istot musiałoby przeznaczyć, a które zostały bez wątpienia przeżarte przez puchnącą administrację (zainteresowanych szczegółami zapraszam: tu, tu i tu - można poczytać o rozroście adminiostracji, urzędniczej efektywności itp.)
Dotarło to mnie w 2010 roku, gdy zainicjował Pan akcję wspierania powodzian i latem - zamiast czerwonych - Pańscy wolontariusze rozdawali niebieskie serduszka w zamian za datki. Pomyślałem sobie wtedy: zaraz, zaraz - od czego mamy Rząd, od czego ubezpieczalnie - skoro ludziom w potrzebie musi pomagać kwestujący eks - hippis?
Skorzystaj Pan z okazji, z tych godzin antenowego czasu, których masz Pan więcej niż ktokolwiek inny w tą styczniową niedzielę, stań przed kamerami i głośno, wyraźnie wykrzycz: "Wstydźcie się! Wstydźcie się politycy, wstydźcie się urzędnicy! Wstydźcie się, że Waszą robotę musi wykonywać witrażysta z zawodu, a osobistość medialna z powołania! Wstydźcie się, że nie potraficie zarządzać na tyle dobrze miliardami ściąganym pod przymusem ze społeczeństwa, że nie umiecie wygospodarować nędznych dwudziestu milionów rocznie na ratowanie życia i zdrowia najmłodszych."
A Pan ściska prawicę Prezydenta, dając niemu i tym samym całej politycznej klasie do zrozumienia: "Nie martwta się, jakby co - pomogę". O to mam do Pana żal.
niedziela, 18 grudnia 2011
Cyrk Palikota
Partia dziwów i cudów wszelakich (szczególnie wyborczych), w której reprezentacji parlamentarnej brak chyba tylko baby z brodą, Cygana połykacza noży i kozła, będąca przy okazji jedyną jawnie wodzowską na polskiej scenie politycznej, zdała sobie chyba sprawę, że umieszczenie nazwiska lidera w nazwie wygląda źle z czysto wizerunkowego punktu widzenia.
Ruch Palikota, bo o nim rzecz jasna mowa, ogłosił jakiś czas temu, że zmieni nazwę. Nową - chce wyłonić w konkursie. I tu, jak mawiał Wieniawa, "zaczęły się schody". Partia zamówiła kilka ekspertyz i z dwóch z nich (podaje PAP) wynika, że wykreślenie nazwy z rejestru partii, po to by w to miejsce wpisać nową, może oznaczać rozwiązanie jej samej. Partia zawahała się i ustami rzecznika Andrzeja Rozenka uznała, że musi poczekać nieco dłużej, bo perspektywa utraty jedenastu dużych baniek dofinansowania z budżetu Państwa (czyli kieszeni podatnika) mogłaby być dla niej przykra. Tym samym idealistyczny Ruch Palikota dołącza do grona politycznych kłamczuszków, ujawniając przy okazji, że w naszym prawie o partiach politycznych ukryta jest brzydka, śmierdząca kupa.
28 października Roku Pańskiego 2011 Pan Armand Ryfiński (Ruch Palikota) w wypowiedzi dla Polskiego Radia oznajmił:
Powinniśmy zrezygnować z finansowania Kościoła przy pomocy funduszu kościelnego, zlikwidować finansowanie partii i w zamian dać pół procent więcej na organizacje użytku publicznego, Kościoły i partie, i niech co roku obywatele decydują, na co chcą przeznaczyć te pieniądze.
W czym więc problem Panie Palikot? To chcecie tej kasy czy nie?
Wejście do parlamentu partii Palikota jest dowodem na fakt, że polska demokracja już przeistacza się w ochlokrację - rządy motłochu - i jest kompromitującą porażką systemu szkolnictwa. Z badania OBOP (tu) wynika bowiem, że 2/3 wyborców tej partii to ludzie z wykształceniem wyższym i średnim, 2/3 jest mieszkańcami miast i 2/3 przed 40 rokiem życia.
Jak już kiedyś pisałem "młodzi, wykształceni, wolni z dużych miast" poszli zagłosować na partię typowo populistyczną, z nierealnym, głupim i sprzecznym wewnętrznie programem, z urągającym dobremu smakowi ślubowaniem podczas nocy powyborczej. Partię, która wprowadziła do Sejmu takiego giganta intelektu jak Robert Biedroń, który za każdym razem gdy otworzy w Sejmie buzię - kompromituje jeszcze bardziej całą tą skompromitowaną już instytucję (można poczytać tu ).
Uważam, że coś w obecnej demokracji należy zmienić. Wizja Tofflera, mówiąca o dyktaturze mniejszości już się spełnia. Sądzę, że albo trzeba wprowadzić przymus głosowania (jak we Włoszech), albo losowo wybierać proporcjonalną do absencji wyborczej liczbę reprezentantów (żeby Sejm reprezentował 100 procent społeczeństwa - a nie jak w obecnym przypadku, rządzi partia na którą zagłosowało de facto 18 proc. uprawnionych do głosowania - szczegółowe wyliczenie tutaj).
Najlepiej jednak byłoby pójść w zgoła innym kierunku i wprowadzić cenzus wyborczy: trudny test z wiedzy obejmujący ekonomię, politykę, podstawy prawa, wnioskowanie logiczne itp. - ułożony przez Sąd Najwyższy albo Trybunał Konstytucyjny lub powołaną do tego celu apolityczną instytucję, złożoną z pozbawionych prawa do głosu profesorów uniwersyteckich, z których każdy pod groźbą odpowiedzialności karnej byłby zobowiązany zachować anonimowość (żeby zminimalizować ryzyko korupcji) - każdy kto chciałby mieć wpływ na rzeczywistość musiałby zaliczyć go przed wyborami. Idę o zakład, że wyniki takich wyborów byłyby zupełnie inne niż obecne, a 90% wyborców Ruchu Palikota nie byłoby w stanie go zdać. Z korzyścią zresztą dla Polski, której "plastikowa demokracja - ochlokracja" ładnych twarzy i celebrytów w polityce - najzwyczajniej w świecie szkodzi.
Jako, że Partia Palikota ogłosiła konkurs na nazwę - mam swoją propozycję - umieściłem w tytule wpisu.
niedziela, 11 grudnia 2011
Klina, klinem do stagflacji
Coś zaczyna się dziać, skoro nawet moi znajomi na facebook'u których nawet nie podejrzewałbym o takie zainteresowania umieszczają linki takie jak ten, w którym
pan Godfrey Bloom, prawicowy europoseł w bardzo prostych słowach tłumaczy co stoi za obecnym kryzysem:
"Rządy wydają więcej niż są w stanie zebrać z podatków. Gdy im brakuje, razem z bankami centralnymi dodrukowują. Gdyby tak postąpił zwykły obywatel poszedłby do więzienia."
Święta prawda. Co gorsza, z linku udostępnionego przez profesora Rybińskiego, a który można znaleźć tu wynika, że w Grecji już zaczął się run na banki. A banki mogą za chwilę się obudzić z ręką w nocniku i pustymi sejfami - nie mają bowiem i nie mogą mieć wystarczającej ilości pieniędzy do pokrycia wszystkich żądań deponentów.
Skąd się bierze kasa
Powiedzenie: masz to jak w banku, zaczyna nabierać pejoratywnego znaczenia. Dlaczego się tak właściwie dzieje? Polecam przeczytać książkę hiszpańskiego ekonomisty Jesusa Huerty de Soto zatytułowaną: "Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne" (Dinero, Crédito Bancario y Ciclos Económicos). Nie jest to lektura ani łatwa, ani lekka, a już na pewno nie przyjemna. Jeśli się jednak przebrnie choćby przez połowę liczącego sześćset stron tomiska, pozwala zrozumieć, że to co się dzieje w Europie obecnie, jest niczym innym jak dawno już opisanym i zrozumianym przez ekonomistów zjawiskiem, którego dziwnym zrządzeniem losu nikt do wiadomości przyjąć nie chce. Zjawisko to będzie zachodziło tak długo, jak banki będą cieszyć się uprzywilejowaną względem innych podmiotów na rynku pozycją. Dodawać nie trzeba, że przywileje nadaje bankom nie kto inny jak politycy. Resztę można już sobie dośpiewać.
W ogromnym skrócie: jeśli decydujemy się oddać oszczędności do banku zakładamy, że pieniądze te będą zawsze do naszej dyspozycji - na życzenie. Innymi słowy, zakładamy, że pewna określona suma pieniędzy znajduje się w skarbcu banku - fizycznie. Tak nie jest - pieniędzy tych jest w banku zależnie od prawa (i to jest właśnie jeden z przywilejów) od dwóch do dziesięciu procent. Czyli w chwili gdyby wszyscy deponenci zdecydowali się odebrać pieniądze w jednej minucie - otrzyma je maksymalnie co dziesiąty.
Co banki robią z resztą pieniędzy? Udzielają kredytu - na przykład innemu bankowi, który również zatrzymuje dziesiątą część obowiązkowej rezerwy, a resztę pożycza następnemu bankowi. Jest to rzecz jasna uproszczenie, bo pieniądze nie podróżują bezpośrednio z banku do banku, ale przez kredyty udzielane przedsiębiorcom, trafiają jako depozyty do kolejnych banków. Nazywa się to fachowo Kreacją Pieniądza. Dodajmy, że tak naprawdę banki tworzą ten pieniądz z niczego
W górę i w dół kolejką górską cyklu koniunkturalnego - czyli jak się kupuje głosy wyborców i co mają do tego banki?
Nie byłoby problemu, gdyby bank otrzymywał zawsze raty kredytów o czasie i gdyby deponenci przychodzili odebrać pieniądze dokładnie wtedy, kiedy zobowiązali się je odebrać. Zachodzą jednak pewne różnice - i od czasu do czasu bank zmuszony jest pożyczyć pieniądze od Banku Centralnego, który fizycznie ich nie ma i je dodrukowuje.
Co więcej - bankierzy z natury są chciwi, a politycy myślą w horyzoncie czasowym: byle do wyborów. Stąd też, nawet jeśli bank ma więcej rezerw niż przewiduje to prawo - ani jemu, ani politykom nie zależy na tym żeby je trzymać. Bankowcy, chcą zgarnąć jak najwięcej ekstra pieniądza z odsetek, politycy chcą wzrostu gospodarczego, rosnących wynagrodzeń i co za tym idzie idących w górę słupków poparcia - ludzie mają głęboko zakorzeniony przesąd, żeby głosować na tych, którzy obiecują im góry złota. Banki sprzedają więc kredyt przedsiębiorcom taniej, a ci chcąc inwestować biorą go i zaczynają popełniać nierozsądne decyzje na przykład kupować zbyt drogo, bądź pakować się w projekty obarczone sporym ryzykiem. Żeby było jeszcze ciekawiej: w tym samym czasie rosną płace ludzi, zatrudnionych w przedsiębiorstwach - trzeba więcej pracowników, popyt na pracę rośnie, a zatem jej cena (wypłata) rośnie również - niestety, wzrost wynagrodzeń zaczyna zjadać inflacja - będąca skutkiem dodrukowywania pieniądza przez Bank Centralny. Gorzej dla banków komercyjnych, jeśli Centralny się stawia i nie chce drukować więcej. Banki są tak mocno powiązane ze sobą, że niewypłacalność jednego, może pociągnąć za sobą upadek całej grupy kapitałowej. Banki dbają więc, zwykle zakulisowymi metodami, żeby w razie czego pieniążków nie zabrakło.
Moment przełomowy nadchodzi gdy okazuje się, że projekty, które na fali hurraoptymizmu zainicjowali przedsiębiorcy, nie są jeszcze ukończone, a w tym samym czasie pojawia się nadprodukcja i ceny produktów lecą w dół - ilość pieniędzy zarobionych przez przedsiębiorców jest niewystarczająca, żeby płacić zobowiązania: muszą więc zwalniać i oszczędzać. Jak łatwo się domyślić, zwolniony pracownik nie ma pieniędzy na zakupy, więc popyt maleje, a dochód przedsiębiorców spada jeszcze bardziej. Na tym etapie pojawiają się bankructwa.
I tak powinno się teoretycznie dziać - część firm ogłasza plajtę, część zdrowieje i cała zabawa zaczyna się od nowa. Problem w tym, że w Europie nie plajtują przedsiębiorstwa (nie tylko), a państwa. Państwa co prawda inwestują, ale przede wszystkim politycy sprawujący władzę muszą się przypodobać swoim obywatelom - chodzi wszakże o to, żeby w niedzielę, raz na cztery lata postawili krzyżyk przy właściwym kandydacie. Politycy wyboru wielkiego nie mają, bo opozycja, która nie musi się troszczyć o finanse kraju, może śmiało obiecywać gruszki na wierzbie. A wyborcę mało obchodzi, skąd się biorą pieniądze tylko patrzy, kto mu tu więcej zaoferuje.
Bankructwo państwa, to już nie bajka, choć proces jest podobny - tyle, że w Europie nie chce się dać państwom zbankrutować - bo używają dokładnie tej samej waluty co gracze, którzy nie dokonywali nierozsądnych inwestycji (rozdawania pieniędzy) i wywalenie się jednej z gospodarek - to nadwyrężenie zaufania wszystkich innych. Podobnie jak w przypadku plajtującego jednego banku.
Kac na randce
Mówiąc obrazowo: mamy bardzo ciężkiego kaca na randce. Metody są dwie: albo zwymiotować pod stół, co narazi nas na śmieszność, albo zamówić pięćdziesiątkę wódki, która być może pozwoli nam przetrwać jeszcze pół godziny.
Decydujemy się na wyjście numer dwa - pięćdziesiątka (jak łatwo zgadnąć, to kolejny kredyt pakowany w gospodarkę, sztuczne nakręcanie koniunktury). Randka się jednak przeciąga. Zamawiamy więc drugą, potem trzecią i próbując odwlec nieuniknione czujemy, że coraz nam gorzej. Próbujemy jeszcze jednego kielicha, potem kolejnego i w końcu wpadamy w stan upojenia, w którym nie wiemy co się dzieje - wymiotujemy pod stół i próbujemy zgwałcić dziewczynę, z którą się umówiliśmy. Tracimy w jej oczach podwójnie: z randki nici, a do tego jeszcze policja na karku. Jedyne co pozostaje to się urżnąć do nieprzytomności.
Grecja jest już na etapie wypijania, którejś z kolei pięćdziesiątki, treść pokarmowa podnosi się jej do gardła, barman nie chce już polewać, a dziewczyna - obywatele - wstaje od stołu i usiłuje uratować co tylko się da z wieczoru - pieniędzy, które bankom powierzył.
Dalsze ratowanie greckiej gospodarki, doprowadzi do katastrofy - trzeba jej po prostu dać zbankrutować.
pan Godfrey Bloom, prawicowy europoseł w bardzo prostych słowach tłumaczy co stoi za obecnym kryzysem:
"Rządy wydają więcej niż są w stanie zebrać z podatków. Gdy im brakuje, razem z bankami centralnymi dodrukowują. Gdyby tak postąpił zwykły obywatel poszedłby do więzienia."
Święta prawda. Co gorsza, z linku udostępnionego przez profesora Rybińskiego, a który można znaleźć tu wynika, że w Grecji już zaczął się run na banki. A banki mogą za chwilę się obudzić z ręką w nocniku i pustymi sejfami - nie mają bowiem i nie mogą mieć wystarczającej ilości pieniędzy do pokrycia wszystkich żądań deponentów.
Skąd się bierze kasa
Powiedzenie: masz to jak w banku, zaczyna nabierać pejoratywnego znaczenia. Dlaczego się tak właściwie dzieje? Polecam przeczytać książkę hiszpańskiego ekonomisty Jesusa Huerty de Soto zatytułowaną: "Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne" (Dinero, Crédito Bancario y Ciclos Económicos). Nie jest to lektura ani łatwa, ani lekka, a już na pewno nie przyjemna. Jeśli się jednak przebrnie choćby przez połowę liczącego sześćset stron tomiska, pozwala zrozumieć, że to co się dzieje w Europie obecnie, jest niczym innym jak dawno już opisanym i zrozumianym przez ekonomistów zjawiskiem, którego dziwnym zrządzeniem losu nikt do wiadomości przyjąć nie chce. Zjawisko to będzie zachodziło tak długo, jak banki będą cieszyć się uprzywilejowaną względem innych podmiotów na rynku pozycją. Dodawać nie trzeba, że przywileje nadaje bankom nie kto inny jak politycy. Resztę można już sobie dośpiewać.
W ogromnym skrócie: jeśli decydujemy się oddać oszczędności do banku zakładamy, że pieniądze te będą zawsze do naszej dyspozycji - na życzenie. Innymi słowy, zakładamy, że pewna określona suma pieniędzy znajduje się w skarbcu banku - fizycznie. Tak nie jest - pieniędzy tych jest w banku zależnie od prawa (i to jest właśnie jeden z przywilejów) od dwóch do dziesięciu procent. Czyli w chwili gdyby wszyscy deponenci zdecydowali się odebrać pieniądze w jednej minucie - otrzyma je maksymalnie co dziesiąty.
Co banki robią z resztą pieniędzy? Udzielają kredytu - na przykład innemu bankowi, który również zatrzymuje dziesiątą część obowiązkowej rezerwy, a resztę pożycza następnemu bankowi. Jest to rzecz jasna uproszczenie, bo pieniądze nie podróżują bezpośrednio z banku do banku, ale przez kredyty udzielane przedsiębiorcom, trafiają jako depozyty do kolejnych banków. Nazywa się to fachowo Kreacją Pieniądza. Dodajmy, że tak naprawdę banki tworzą ten pieniądz z niczego
W górę i w dół kolejką górską cyklu koniunkturalnego - czyli jak się kupuje głosy wyborców i co mają do tego banki?
Nie byłoby problemu, gdyby bank otrzymywał zawsze raty kredytów o czasie i gdyby deponenci przychodzili odebrać pieniądze dokładnie wtedy, kiedy zobowiązali się je odebrać. Zachodzą jednak pewne różnice - i od czasu do czasu bank zmuszony jest pożyczyć pieniądze od Banku Centralnego, który fizycznie ich nie ma i je dodrukowuje.
Co więcej - bankierzy z natury są chciwi, a politycy myślą w horyzoncie czasowym: byle do wyborów. Stąd też, nawet jeśli bank ma więcej rezerw niż przewiduje to prawo - ani jemu, ani politykom nie zależy na tym żeby je trzymać. Bankowcy, chcą zgarnąć jak najwięcej ekstra pieniądza z odsetek, politycy chcą wzrostu gospodarczego, rosnących wynagrodzeń i co za tym idzie idących w górę słupków poparcia - ludzie mają głęboko zakorzeniony przesąd, żeby głosować na tych, którzy obiecują im góry złota. Banki sprzedają więc kredyt przedsiębiorcom taniej, a ci chcąc inwestować biorą go i zaczynają popełniać nierozsądne decyzje na przykład kupować zbyt drogo, bądź pakować się w projekty obarczone sporym ryzykiem. Żeby było jeszcze ciekawiej: w tym samym czasie rosną płace ludzi, zatrudnionych w przedsiębiorstwach - trzeba więcej pracowników, popyt na pracę rośnie, a zatem jej cena (wypłata) rośnie również - niestety, wzrost wynagrodzeń zaczyna zjadać inflacja - będąca skutkiem dodrukowywania pieniądza przez Bank Centralny. Gorzej dla banków komercyjnych, jeśli Centralny się stawia i nie chce drukować więcej. Banki są tak mocno powiązane ze sobą, że niewypłacalność jednego, może pociągnąć za sobą upadek całej grupy kapitałowej. Banki dbają więc, zwykle zakulisowymi metodami, żeby w razie czego pieniążków nie zabrakło.
Moment przełomowy nadchodzi gdy okazuje się, że projekty, które na fali hurraoptymizmu zainicjowali przedsiębiorcy, nie są jeszcze ukończone, a w tym samym czasie pojawia się nadprodukcja i ceny produktów lecą w dół - ilość pieniędzy zarobionych przez przedsiębiorców jest niewystarczająca, żeby płacić zobowiązania: muszą więc zwalniać i oszczędzać. Jak łatwo się domyślić, zwolniony pracownik nie ma pieniędzy na zakupy, więc popyt maleje, a dochód przedsiębiorców spada jeszcze bardziej. Na tym etapie pojawiają się bankructwa.
I tak powinno się teoretycznie dziać - część firm ogłasza plajtę, część zdrowieje i cała zabawa zaczyna się od nowa. Problem w tym, że w Europie nie plajtują przedsiębiorstwa (nie tylko), a państwa. Państwa co prawda inwestują, ale przede wszystkim politycy sprawujący władzę muszą się przypodobać swoim obywatelom - chodzi wszakże o to, żeby w niedzielę, raz na cztery lata postawili krzyżyk przy właściwym kandydacie. Politycy wyboru wielkiego nie mają, bo opozycja, która nie musi się troszczyć o finanse kraju, może śmiało obiecywać gruszki na wierzbie. A wyborcę mało obchodzi, skąd się biorą pieniądze tylko patrzy, kto mu tu więcej zaoferuje.
Bankructwo państwa, to już nie bajka, choć proces jest podobny - tyle, że w Europie nie chce się dać państwom zbankrutować - bo używają dokładnie tej samej waluty co gracze, którzy nie dokonywali nierozsądnych inwestycji (rozdawania pieniędzy) i wywalenie się jednej z gospodarek - to nadwyrężenie zaufania wszystkich innych. Podobnie jak w przypadku plajtującego jednego banku.
Kac na randce
Mówiąc obrazowo: mamy bardzo ciężkiego kaca na randce. Metody są dwie: albo zwymiotować pod stół, co narazi nas na śmieszność, albo zamówić pięćdziesiątkę wódki, która być może pozwoli nam przetrwać jeszcze pół godziny.
Decydujemy się na wyjście numer dwa - pięćdziesiątka (jak łatwo zgadnąć, to kolejny kredyt pakowany w gospodarkę, sztuczne nakręcanie koniunktury). Randka się jednak przeciąga. Zamawiamy więc drugą, potem trzecią i próbując odwlec nieuniknione czujemy, że coraz nam gorzej. Próbujemy jeszcze jednego kielicha, potem kolejnego i w końcu wpadamy w stan upojenia, w którym nie wiemy co się dzieje - wymiotujemy pod stół i próbujemy zgwałcić dziewczynę, z którą się umówiliśmy. Tracimy w jej oczach podwójnie: z randki nici, a do tego jeszcze policja na karku. Jedyne co pozostaje to się urżnąć do nieprzytomności.
Grecja jest już na etapie wypijania, którejś z kolei pięćdziesiątki, treść pokarmowa podnosi się jej do gardła, barman nie chce już polewać, a dziewczyna - obywatele - wstaje od stołu i usiłuje uratować co tylko się da z wieczoru - pieniędzy, które bankom powierzył.
Dalsze ratowanie greckiej gospodarki, doprowadzi do katastrofy - trzeba jej po prostu dać zbankrutować.
Przenosiny
Witam wszystkich czytelników na nowym - starym blogu.
Zadałem sobie dziś trud, by w ciągu prawie dwóch godzin sfinalizować przeprowadzkę z jednej platformy blogowej na drugą.
Używałem blox.pl dwa lata i - co muszę stwierdzić z przykrością - bardzo mnie zawiódł. Być może jest dobrym narzędziem - ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie potrafię się nim prawidłowo posługiwać.
Do furii i białej gorączki doprowadzały mnie kaprysy edytora, który po wpisaniu tekstu, kosztującego kilka godzin wytężonej pracy, potrafił bez podania bodaj grama przyczyny i szczypty ostrzeżenia zawiesić się w chwili publikowania jak, nie przymierzając, nazista na sznurze po procesie w Norymberdze. I nie robiąc żadnej zapasowej kopii, beztrosko zaprezentować puste okienko wprowadzania tekstu. Wybaczcie wszyscy, którzyście słyszeli rynsztok płynący z moich ust w takich sytuacjach. Gdym wziął się na sposób i zacząłem pisywać w Open Office Writer, a następnie wklejać teksty - po kilku tygodniach okazało się, że moja ulubiona przeglądarka (Opera) nagle nie obsługuje polecenia: "kopiuj/wklej" wydawanego za pomocą prawego klawisza myszy, a skróty klawiaturowe ctrl+c i ctrl+v działają raz na pięć prób - wklejając za jednym zamachem ten sam tekst po trzykroć.
Niejasny był dla mnie również system zliczania odsłon i wyświetleń bloga: licznik pokazywał na przykład dwadzieścia wejść, a statystyka dwieście odsłon.
Miarka się jednak przebrała, gdy banner, który wykonał dla mnie jakiś czas temu mój dobry kolega Marek Wilczak, ni z tego ni z owego zaczął "prześwitywać".
Mimo, że potrafię własnoręcznie wyremontować dom, napisać artykuł, jeździć na rowerze, pływać kajakiem i mówić po francusku (nawet równocześnie), a jak szczęście dopisze łowić ryby i robić przyzwoite zdjęcia - nigdy nie zawarłem bliższej znajomości z kodem HTML, a bez tego w Blox.pl ani rusz.
Blogspot, na którym znajdujemy się w tej chwili, powinien załatwić większość tych problemów za jednym zamachem. Jest dokładnie taki jak potrzebuję: idiotoodporny. Dzięki tej jego cesze będę mógł pochylić się nad problemami, dla których wyjaśnienia, bądź opisania powołałem "Palec w kompocie" do życia - bez drżenia o to, że marnuję pół soboty na pracę, którą w mgnieniu kliknięcia szlag trafi.
Zdaję sobie sprawę, że blog powinien być wizualnie bardziej atrakcyjny - nie mam tylko pojęcia skąd nabrać fotografii ilustrujących to o czym piszę - jeśli któryś z Czytelników ma jakiś pomysł, bądź fotografie, które chciałby opublikować - będę zobowiązany.
Przy okazji przenosin dotarło do mnie jak wiele tekstów opublikowałem w ciągu minionych dwóch lat. I muszę nieskromnie przyznać, że jestem z siebie dumny. Nie z faktu, że dzielę się grafomańskimi skłonnościami z szerszą publiką, ale z tego, że jest to chyba jedyne przedsięwzięcie w całym moim dotychczasowym życiu, które wykonuję przez tak długi okres - dobrowolnie i bez wynagrodzenia.
Dziękuję wszystkim za pozytywny "feedback" - byłbym jeszcze bardziej wdzięczny, gdybyście od czasu do czasu "lajkneli" "Palca..." na Facebooku. Może dzięki temu większej ilości osób uda się przeczytać i zastanowić nad prawidłami świata w którym żyją.
Ubolewam trochę nad brakiem polemiki i nie wiem czy oznacza ona, że moje poglądy są uargumentowane tak dobrze, że nie ma co z nimi polemizować, czy wręcz przeciwnie - bredzę i polemizować nie warto.
Pozdrawiam i życzę miłej lektury!
Zadałem sobie dziś trud, by w ciągu prawie dwóch godzin sfinalizować przeprowadzkę z jednej platformy blogowej na drugą.
Używałem blox.pl dwa lata i - co muszę stwierdzić z przykrością - bardzo mnie zawiódł. Być może jest dobrym narzędziem - ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że nie potrafię się nim prawidłowo posługiwać.
Do furii i białej gorączki doprowadzały mnie kaprysy edytora, który po wpisaniu tekstu, kosztującego kilka godzin wytężonej pracy, potrafił bez podania bodaj grama przyczyny i szczypty ostrzeżenia zawiesić się w chwili publikowania jak, nie przymierzając, nazista na sznurze po procesie w Norymberdze. I nie robiąc żadnej zapasowej kopii, beztrosko zaprezentować puste okienko wprowadzania tekstu. Wybaczcie wszyscy, którzyście słyszeli rynsztok płynący z moich ust w takich sytuacjach. Gdym wziął się na sposób i zacząłem pisywać w Open Office Writer, a następnie wklejać teksty - po kilku tygodniach okazało się, że moja ulubiona przeglądarka (Opera) nagle nie obsługuje polecenia: "kopiuj/wklej" wydawanego za pomocą prawego klawisza myszy, a skróty klawiaturowe ctrl+c i ctrl+v działają raz na pięć prób - wklejając za jednym zamachem ten sam tekst po trzykroć.
Niejasny był dla mnie również system zliczania odsłon i wyświetleń bloga: licznik pokazywał na przykład dwadzieścia wejść, a statystyka dwieście odsłon.
Miarka się jednak przebrała, gdy banner, który wykonał dla mnie jakiś czas temu mój dobry kolega Marek Wilczak, ni z tego ni z owego zaczął "prześwitywać".
Mimo, że potrafię własnoręcznie wyremontować dom, napisać artykuł, jeździć na rowerze, pływać kajakiem i mówić po francusku (nawet równocześnie), a jak szczęście dopisze łowić ryby i robić przyzwoite zdjęcia - nigdy nie zawarłem bliższej znajomości z kodem HTML, a bez tego w Blox.pl ani rusz.
Blogspot, na którym znajdujemy się w tej chwili, powinien załatwić większość tych problemów za jednym zamachem. Jest dokładnie taki jak potrzebuję: idiotoodporny. Dzięki tej jego cesze będę mógł pochylić się nad problemami, dla których wyjaśnienia, bądź opisania powołałem "Palec w kompocie" do życia - bez drżenia o to, że marnuję pół soboty na pracę, którą w mgnieniu kliknięcia szlag trafi.
Zdaję sobie sprawę, że blog powinien być wizualnie bardziej atrakcyjny - nie mam tylko pojęcia skąd nabrać fotografii ilustrujących to o czym piszę - jeśli któryś z Czytelników ma jakiś pomysł, bądź fotografie, które chciałby opublikować - będę zobowiązany.
Przy okazji przenosin dotarło do mnie jak wiele tekstów opublikowałem w ciągu minionych dwóch lat. I muszę nieskromnie przyznać, że jestem z siebie dumny. Nie z faktu, że dzielę się grafomańskimi skłonnościami z szerszą publiką, ale z tego, że jest to chyba jedyne przedsięwzięcie w całym moim dotychczasowym życiu, które wykonuję przez tak długi okres - dobrowolnie i bez wynagrodzenia.
Dziękuję wszystkim za pozytywny "feedback" - byłbym jeszcze bardziej wdzięczny, gdybyście od czasu do czasu "lajkneli" "Palca..." na Facebooku. Może dzięki temu większej ilości osób uda się przeczytać i zastanowić nad prawidłami świata w którym żyją.
Ubolewam trochę nad brakiem polemiki i nie wiem czy oznacza ona, że moje poglądy są uargumentowane tak dobrze, że nie ma co z nimi polemizować, czy wręcz przeciwnie - bredzę i polemizować nie warto.
Pozdrawiam i życzę miłej lektury!
Świnka europejska
Brytyjczycy rozsyłają instrukcje do ambasad w krajach strefy euro mówiące o tym w jaki sposób postępować, gdy euro upadnie. Po Irlandii krążą plotki, że już od końca lata mennice drukują, ale nie euro, a funty. Dziś w Tok FM korespondent Rzeczpospolitej w Rzymie wypowiadał się mówiąc, że wszyscy Włosi z przerażeniem oczekują jutrzejszego wystąpienia Montiego, który ma zapowiedzieć ciężkie czasy. Rynki obgryzając paznokcie do drugiego paliczka czekają na spotkanie Sarkozy'ego z Merkel i "jakieś" decyzje, które powinny na nim zapaść. Narodowemu Bankowi Polskiemu nie udaje się interwencyjny skup złotówki. Sikorski nawołuje kraje Europy do rezygnacji z części suwerenności i pogłębienia integracji. W sieci i gazetach pojawiają się prognozy prześcigające się w czarnowidzkich prognozach tego co stanie się gdy euro się jednak wywali.
Odpowiedź na większość wątpliwości ma przynieść zbliżający się tydzień. Prawdopodobnie nie przyniesie. Prof. Krzysztof Rybiński w swoim blogu prognozuje, że w ciągu 2012 roku odbędzie się jeszcze dziesięć spotkań na szczycie, które mają uratować strefę euro, a w konsekwencji UE przed rozpadem, a podczas jedenastego zostanie uchwalone to, co powinno już być uchwalone dawno: powrót Grecji do drachmy.
Jak nie rozwalić UE?
Unia Europejska to taka (jak lubi mówić mój kolega w nieco innym kontekście) świnka morska. Ani świnka, ani morska. Nie jest to państwo, ale nie jest to też stowarzyszenie państw. Niby federacja, ale nie do końca. Podobno ma wspólną politykę zagraniczną, ale każdy z krajów członkowskich prowadzi ją po swojemu. Kraje są w niej teoretycznie niepodległe, ale prawo unijne ma priorytet w stosunku do prawa krajowego. Ma priorytet w stosunku do regulacji lokalnych, ale musi być zgodne z Konstytucją kraju członkowskiego. Takie zamieszanie powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek szybkiej i sensownej decyzji - staje się niemożliwe, jeśli nie chce się naruszyć całej misternie zbudowanej, niebosiężnej, ale i delikatnej konstrukcji zależności jednych praw od drugich.
Sama deklaracja powstania (jeśli nie pójdą za nią natychmiastowe działania i konkrety) superpaństwa europejskiego sytuację mogłaby poprawić, ale tylko na chwilę. A Unia jest tworem na wyrost: w którym jak za najwstrętniejszej komuny w ZSRR tworzy się nowego "Europejczyka" mimo, że nadal rozgrywają się mecze narodowych namiętności i interesów, chęci i niechęci - w rzekomo pozbawionym już nacjonalistycznych ciągot, wysoko rozwiniętym, samoświadomym i tolerancyjnym społeczeństwie. Gówno prawda. Belgijski rząd nie mógł powstać przez prawie dwa lata ze względu na podziały narodowościowe, Szkoci po trzystu latach okupacji angielskiej nadal mają swoją flagę, reprezentację piłkarską i broń Boże pomylić Szkota z Anglikiem. Baskowie podkładają bomby w proteście przeciw kastylijskiej dominacji, a Katalończycy w większości chcą swojego państwa, bo wiedzą, że z Barcelony lepiej zadbają o swoje interesy niż dba o to Madryt. Mediolańczycy najchętniej odpiłowaliby półwysep apeniński w okolicach Rzymu i wysłali południowców do Afryki, bo uważają, że tam ich miejsce. Ponoć u zarania włoskiej państwowości Wiktor Emanuel powiedział: "Stworzyliśmy państwo włoskie, jeszcze musimy stworzyć Włochów". Sytuacja Unii Europejskiej jest podobna - tyle, że trudniejsza, bo narody lepiej wyedukowane i samoświadome.
Sikorski przedstawił sensowny plan. Sensowny, bo pragmatyczny tyle, że oderwany od realiów i niewykonalny. Jeśliby nawet założyć na moment, że nagle rządy państw członkowskich uznają, że dla ratowania sytuacji poświęcają część suwerenności swoich krajów - daję głowę - trzy czwarte tych rządów upadnie. I nie obali ich lud wychodzący na ulice w obronie niepodległości, tylko zapisy które jak sądzę, każdy kraj ma w swojej konstytucji. Niestety, ale PiS ma rację mówiąc, że to co Sikorski proponuje jest pogwałceniem Konstytucji RP. Konkretnie artykułu 5. Co więcej: jeśli Prezydent RP zgodziłby się na podpisanie umowy międzynarodowej ograniczającej suwerenność kraju, z automatu staje się krzywoprzysiężcą, bo w ślubowaniu w Sejmie, w towarzystwie małżonki i Boga prosząc o wsparcie mówił, że będzie stał na straży niepodległości kraju.
Za samą gadaninę Trybunał Stanu pewnie Sikorskiemu nie grozi, ale za realne działania idące w tym kierunku - już tak. Pozostałaby zmiana Konstytucji - przy obecnym układzie sił w Parlamencie niemożliwa. Jedynym innym rozwiązaniem byłoby chyba referendum, ale czy narody Europy czują się naprawdę na tyle "Europejczykami" by na postawione pytanie: "Czy chcesz stworzenia jednego europejskiego superpaństwa" odpowiedzieć TAK? Myślę, że wystarczy obejrzeć dowolne rozgrywki reprezentacji narodowych by odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Zresztą, politykom samym nie zależy na pogłębieniu integracji: zdegradowanie się z Prezydenta do roli - w zasadzie wojewody chyba żadnemu z nich nie przypadłoby do smaku.
Mogłoby być tak, że UE zdecyduje się na rezygnację z euro i powrót do narodowych walut. Jestem pewien, że bankierzy trzęsą się ze strachu na myśl o takim scenariuszu i ich lobby dokłada wszelkich starań, żeby się nie ziścił. Jestem również pewien, że nie przypadłby politykom do gustu - przypuszczam, że większość obecnej klasy politycznej, w chwili gdy opadłby kurz musiałoby szukać sobie nowego zajęcia.
A jeśli jednak...?
W chwili, gdy rozleci się strefa euro, należy się spodziewać, że ludzie rzucą się do bankomatów i zaczną wypłacać pieniądze by ulokować je w czymkolwiek byle nie trzymać nic nie wartego papieru, którego za chwilę nie będzie, a którego przyszłość i przeliczenie na nowe waluty są niepewne. Problem polega na tym, że banki tych pieniędzy fizycznie nie mają (ze względu na utrzymywaną na żenująco niskim poziomie rezerwę). Zwrócą się więc, jak zwykle w takich przypadkach, do Banku Centralnego. Tylko, że on też ich nie będzie miał, bo z chwilą gdy zadecyduje się o likwidacji euro przypuszczalnie straci prawa emisyjne, a rezerwy szybko się skończą. Jeśliby nawet utrzymał prawo emisji do momentu gdy mennice państw członkowskich zaczną drukować waluty narodowe i zdecydowałby się na dodruk pieniądza rozpęta inflację na trudną do przewidzenia skalę. W momencie, gdy pierwszy klient banku odjedzie od okienka z kwitkiem, a nie oszczędnościami życia, gdy ceny poszybują do góry - na ulicach najpewniej rozpęta się piekło. Okradzeni (bo nie można tego inaczej nazwać) będą szukać sprawiedliwości, a sądy nie będą mogły jej wymierzyć - wezmą więc sprawy w swoje ręce - a oznacza to powybijane szyby, popalone samochody, starcia z policją, zabitych i rannych, samobójstwa - czyli wszystko to co działo się w kilka lat temu w Argentynie - w odpowiednio większej skali. Stratni byliby wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nazaciągali kredytów w euro - pod warunkiem, że mają zapasy jakiejś stabilnej waluty, żeby błyskawicznie je spłacić. Co działoby się dalej - można pozgadywać: może stan wyjątkowy dla przywrócenia porządku, może bankructwa państw? Prawie na pewno rosnące radykalne nastroje w społeczeństwach, przedterminowe wybory, które powygrywają jacyś polityczni outsiderzy, o których istnieniu teraz nawet nie wiemy, powrót do państw stricte narodowych, kontroli na granicach, ceł itd.
Europejskie rządy, przede wszystkim: Włoch, Hiszpanii, Grecji, Irlandii (ale nie tylko, bo nie ma w UE kraju, który byłby na plusie) zapomniały o tym, o czym wie każdy człowiek w chwili gdy zaczyna rozumieć czym są pieniądze. Nie można zadłużać się w nieskończoność, a długi kiedyś trzeba oddać, bo jeśli się tego nie zrobi - straci się twarz i nikt nigdy już nie pożyczy. W Polsce umieszczenie na listach Biura Informacji Kredytowej i na Czarnej Liście Dłużników praktycznie uniemożliwia wzięcie jakiegokolwiek kredytu. Banki zarządzają ryzykiem - państwa o tym zapomniały i długi z kredytu hipotecznego zaczęły spłacać konsumpcyjnym, konsumpcyjny kartą kredytową, a kartę kredytową kasą wziętą pod zastaw u lichwiarza. Państwa zapomniały, że nie wolno wydawać więcej niż ma się przychodów - ale politykom, w imię ich własnych interesów - było wszystko jedno - naobiecywać, narozdawać, byleby uzbierać głosów i utrzymać się przy korycie. Jak kasy brakuje - dodrukować.
Nadchodzi chwila prawdy. To co ujrzymy na dnie recesji będzie rzeczywistym obrazem gospodarki, tego ile tak naprawdę warte są nasze pieniądze, a ile warta nasza praca.
Być może nadchodzą najgorętsze Święta od kilkunastu lat.
Powodzenia!
ibsen82, niedziela, 04 grudnia 2011; Bartosz Sowisło
Odpowiedź na większość wątpliwości ma przynieść zbliżający się tydzień. Prawdopodobnie nie przyniesie. Prof. Krzysztof Rybiński w swoim blogu prognozuje, że w ciągu 2012 roku odbędzie się jeszcze dziesięć spotkań na szczycie, które mają uratować strefę euro, a w konsekwencji UE przed rozpadem, a podczas jedenastego zostanie uchwalone to, co powinno już być uchwalone dawno: powrót Grecji do drachmy.
Jak nie rozwalić UE?
Unia Europejska to taka (jak lubi mówić mój kolega w nieco innym kontekście) świnka morska. Ani świnka, ani morska. Nie jest to państwo, ale nie jest to też stowarzyszenie państw. Niby federacja, ale nie do końca. Podobno ma wspólną politykę zagraniczną, ale każdy z krajów członkowskich prowadzi ją po swojemu. Kraje są w niej teoretycznie niepodległe, ale prawo unijne ma priorytet w stosunku do prawa krajowego. Ma priorytet w stosunku do regulacji lokalnych, ale musi być zgodne z Konstytucją kraju członkowskiego. Takie zamieszanie powoduje, że podjęcie jakiejkolwiek szybkiej i sensownej decyzji - staje się niemożliwe, jeśli nie chce się naruszyć całej misternie zbudowanej, niebosiężnej, ale i delikatnej konstrukcji zależności jednych praw od drugich.
Sama deklaracja powstania (jeśli nie pójdą za nią natychmiastowe działania i konkrety) superpaństwa europejskiego sytuację mogłaby poprawić, ale tylko na chwilę. A Unia jest tworem na wyrost: w którym jak za najwstrętniejszej komuny w ZSRR tworzy się nowego "Europejczyka" mimo, że nadal rozgrywają się mecze narodowych namiętności i interesów, chęci i niechęci - w rzekomo pozbawionym już nacjonalistycznych ciągot, wysoko rozwiniętym, samoświadomym i tolerancyjnym społeczeństwie. Gówno prawda. Belgijski rząd nie mógł powstać przez prawie dwa lata ze względu na podziały narodowościowe, Szkoci po trzystu latach okupacji angielskiej nadal mają swoją flagę, reprezentację piłkarską i broń Boże pomylić Szkota z Anglikiem. Baskowie podkładają bomby w proteście przeciw kastylijskiej dominacji, a Katalończycy w większości chcą swojego państwa, bo wiedzą, że z Barcelony lepiej zadbają o swoje interesy niż dba o to Madryt. Mediolańczycy najchętniej odpiłowaliby półwysep apeniński w okolicach Rzymu i wysłali południowców do Afryki, bo uważają, że tam ich miejsce. Ponoć u zarania włoskiej państwowości Wiktor Emanuel powiedział: "Stworzyliśmy państwo włoskie, jeszcze musimy stworzyć Włochów". Sytuacja Unii Europejskiej jest podobna - tyle, że trudniejsza, bo narody lepiej wyedukowane i samoświadome.
Sikorski przedstawił sensowny plan. Sensowny, bo pragmatyczny tyle, że oderwany od realiów i niewykonalny. Jeśliby nawet założyć na moment, że nagle rządy państw członkowskich uznają, że dla ratowania sytuacji poświęcają część suwerenności swoich krajów - daję głowę - trzy czwarte tych rządów upadnie. I nie obali ich lud wychodzący na ulice w obronie niepodległości, tylko zapisy które jak sądzę, każdy kraj ma w swojej konstytucji. Niestety, ale PiS ma rację mówiąc, że to co Sikorski proponuje jest pogwałceniem Konstytucji RP. Konkretnie artykułu 5. Co więcej: jeśli Prezydent RP zgodziłby się na podpisanie umowy międzynarodowej ograniczającej suwerenność kraju, z automatu staje się krzywoprzysiężcą, bo w ślubowaniu w Sejmie, w towarzystwie małżonki i Boga prosząc o wsparcie mówił, że będzie stał na straży niepodległości kraju.
Za samą gadaninę Trybunał Stanu pewnie Sikorskiemu nie grozi, ale za realne działania idące w tym kierunku - już tak. Pozostałaby zmiana Konstytucji - przy obecnym układzie sił w Parlamencie niemożliwa. Jedynym innym rozwiązaniem byłoby chyba referendum, ale czy narody Europy czują się naprawdę na tyle "Europejczykami" by na postawione pytanie: "Czy chcesz stworzenia jednego europejskiego superpaństwa" odpowiedzieć TAK? Myślę, że wystarczy obejrzeć dowolne rozgrywki reprezentacji narodowych by odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie. Zresztą, politykom samym nie zależy na pogłębieniu integracji: zdegradowanie się z Prezydenta do roli - w zasadzie wojewody chyba żadnemu z nich nie przypadłoby do smaku.
Mogłoby być tak, że UE zdecyduje się na rezygnację z euro i powrót do narodowych walut. Jestem pewien, że bankierzy trzęsą się ze strachu na myśl o takim scenariuszu i ich lobby dokłada wszelkich starań, żeby się nie ziścił. Jestem również pewien, że nie przypadłby politykom do gustu - przypuszczam, że większość obecnej klasy politycznej, w chwili gdy opadłby kurz musiałoby szukać sobie nowego zajęcia.
A jeśli jednak...?
W chwili, gdy rozleci się strefa euro, należy się spodziewać, że ludzie rzucą się do bankomatów i zaczną wypłacać pieniądze by ulokować je w czymkolwiek byle nie trzymać nic nie wartego papieru, którego za chwilę nie będzie, a którego przyszłość i przeliczenie na nowe waluty są niepewne. Problem polega na tym, że banki tych pieniędzy fizycznie nie mają (ze względu na utrzymywaną na żenująco niskim poziomie rezerwę). Zwrócą się więc, jak zwykle w takich przypadkach, do Banku Centralnego. Tylko, że on też ich nie będzie miał, bo z chwilą gdy zadecyduje się o likwidacji euro przypuszczalnie straci prawa emisyjne, a rezerwy szybko się skończą. Jeśliby nawet utrzymał prawo emisji do momentu gdy mennice państw członkowskich zaczną drukować waluty narodowe i zdecydowałby się na dodruk pieniądza rozpęta inflację na trudną do przewidzenia skalę. W momencie, gdy pierwszy klient banku odjedzie od okienka z kwitkiem, a nie oszczędnościami życia, gdy ceny poszybują do góry - na ulicach najpewniej rozpęta się piekło. Okradzeni (bo nie można tego inaczej nazwać) będą szukać sprawiedliwości, a sądy nie będą mogły jej wymierzyć - wezmą więc sprawy w swoje ręce - a oznacza to powybijane szyby, popalone samochody, starcia z policją, zabitych i rannych, samobójstwa - czyli wszystko to co działo się w kilka lat temu w Argentynie - w odpowiednio większej skali. Stratni byliby wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy nazaciągali kredytów w euro - pod warunkiem, że mają zapasy jakiejś stabilnej waluty, żeby błyskawicznie je spłacić. Co działoby się dalej - można pozgadywać: może stan wyjątkowy dla przywrócenia porządku, może bankructwa państw? Prawie na pewno rosnące radykalne nastroje w społeczeństwach, przedterminowe wybory, które powygrywają jacyś polityczni outsiderzy, o których istnieniu teraz nawet nie wiemy, powrót do państw stricte narodowych, kontroli na granicach, ceł itd.
Europejskie rządy, przede wszystkim: Włoch, Hiszpanii, Grecji, Irlandii (ale nie tylko, bo nie ma w UE kraju, który byłby na plusie) zapomniały o tym, o czym wie każdy człowiek w chwili gdy zaczyna rozumieć czym są pieniądze. Nie można zadłużać się w nieskończoność, a długi kiedyś trzeba oddać, bo jeśli się tego nie zrobi - straci się twarz i nikt nigdy już nie pożyczy. W Polsce umieszczenie na listach Biura Informacji Kredytowej i na Czarnej Liście Dłużników praktycznie uniemożliwia wzięcie jakiegokolwiek kredytu. Banki zarządzają ryzykiem - państwa o tym zapomniały i długi z kredytu hipotecznego zaczęły spłacać konsumpcyjnym, konsumpcyjny kartą kredytową, a kartę kredytową kasą wziętą pod zastaw u lichwiarza. Państwa zapomniały, że nie wolno wydawać więcej niż ma się przychodów - ale politykom, w imię ich własnych interesów - było wszystko jedno - naobiecywać, narozdawać, byleby uzbierać głosów i utrzymać się przy korycie. Jak kasy brakuje - dodrukować.
Nadchodzi chwila prawdy. To co ujrzymy na dnie recesji będzie rzeczywistym obrazem gospodarki, tego ile tak naprawdę warte są nasze pieniądze, a ile warta nasza praca.
Być może nadchodzą najgorętsze Święta od kilkunastu lat.
Powodzenia!
ibsen82, niedziela, 04 grudnia 2011; Bartosz Sowisło
Subskrybuj:
Posty (Atom)